«
»

Złowione w sieci

DE BENOIST, NOLTE, ROTHBARD

02.06.08 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

We Francji, jak wiadomo, panuje duży pluralizm ideologiczny – walczą ze sobą komuniści, trockiści, lepeniści, gaulliści, socjaliści, monarchiści i tak dalej. Ale czy istnieje coś, co łączy te wszystkie nurty, obozy i partie? Alain de Benoist nie ma wątpliwości, że tak. W swoim tekście To, co Inne, musiało stać się Takie Same, dowodzi on, że ideologiczno-politycznym spoiwem całej francuskiej klasy rządzącej jest od ponad dwustu lat jakobinizm, co widać na przykład w jej stosunku do różnorodności regionalnej i językowej Francji. Ideologia jakobińska zakłada, że politycznej jedności musi bezwzględnie odpowiadać jedność kulturalna i językowa ludzi zamieszkujących dane terytorium. Saint-Just i Robespierre nie ustawali w powtarzaniu: jedność jest naszą fundamentalną maksymą, jedność jest naszą ochroną przed federalizmem, w jedności nasze zbawienie”. Zgodnie z ideologią jakobińską naród złożony z „równych” jednostek jest produktem władzy centralnej i jej homogenizacyjnych świadomych zabiegów, dokonywanych w różnych dziedzinach, także w dziedzinie języka. Dlatego językoznawca Bernard Cerquiglini mógł stwierdzić, że „Państwo ukonstytuowało się we Francji poprzez swój język”. Alain de Benoist przypomina, że w sierpniu 1539 roku Franciszek I podpisał dekret o wprowadzeniu języka francuskiego, zamiast łaciny, dla wszystkich pisanych dokumentów w administracji i wymiarze sprawiedliwości. Francuski zaczyna wypierać łacinę od końca XVI. wieku, ale jego dominacja odbywa się także kosztem języków regionalnych. Równocześnie sam język francuski, będąc językiem państwa, w coraz większym stopniu zostaje przekształcany w homogeniczną i jednolitą całość. Założenie Akademii Francuskiej przez Richelieu w 1634 roku odegrało w tym procesie ważną rolę. W roku 1694 Akademia opublikowała pierwsze wydanie słynnego słownika, aby ustalić powszechne reguły i normy językowe oraz zwalczać odstępstwa od nich. Ta państwowa polityka językowa osłabia przy okazji witalność języka, eliminuje bogactwo spontanicznie powstających wariantów językowych. Wspierał ją nie tylko dwór, ale idące w górę mieszczaństwo, które, awansując socjalnie i politycznie, rezygnowało z języków regionalnych przechodząc z języka ludu na język państwa, który równocześnie był językiem ponadregionalnego handlu. Ale w przededniu rewolucji przytłaczająca większość Francuzów nie mówiła jeszcze po francusku lub mówiła słabo. Masy ludowe mówiły po bretońsku, baskijsku, alzacku, mozelsko-frankijsku, flamandzku lub posługiwały się regionalnymi dialektami langue d`oc i langue d`oil. Rewolucjoniści, którzy na swoich sztandarach wypisali hasło „Francja jedna i niepodzielna”, uznali jeden „język narodowy” za polityczną konieczność. W językach regionalnych i dialektach widzieli archaiczną przeszkodę dla rozpowszechniania nowych oświeceniowo-rewolucyjnych idei. 27 stycznia 1794 roku w Konwencie Narodowym jakobin Barere oświadczył: „Zrewolucjonizowaliśmy rząd, obyczaje i myślenie, zrewolucjonizujemy także język: federalizm i przesąd mówią po dolnobretońsku, emigracja i nienawiść do republiki mówią po niemiecku, kontrrewolucja mówi po włosku, fanatyzm mówi po baskijsku. Musimy złamać te narzędzia szkodnictwa i błędu (..) Obywatele, język wolnego ludu musi być dla wszystkich jeden i ten sam!” Rewolucyjne władze zakazały używania języków regionalnych w szkołach, aby zniszczyć wszystkie „przesądy przeszłości”, czyli wszystko, co przypominało o przeszłości. Chciano nie tylko zlikwidować dialekty, gwary i idiomy jako wyraz zacofania, lecz także wyeliminować ścianę dzieląca jednostkę od państwa, aby „wszystkich obywateli stopić w jedna narodową masę”, i tym samym „uprościć pracę maszynerii politycznej”. Ujednolicony język, w którym po raz pierwszy wyrażono idee Oświecenia, uważany był za język najdoskonalszy i najbardziej uniwersalny, z natury rzeczy przeznaczony do tego, aby po całym świecie roznosić ideały „Rozumu” i „Postępu”. Od tamtego czasu następuje powolny upadek języków regionalnych: w ciągu XIX. i XX. wieku na terytorium Francji z każdym rokiem ubywa ludzi, którzy ze swoimi dziećmi mówią tym językiem, którym w rozmowie z nimi posługiwali się ich rodzice. Ale jeszcze w 1863 roku jedna czwarta obywateli Francji nie mówiła po francusku, punktem zwrotnym stało się dopiero wprowadzenie przymusu szkolnego i przymusowego poboru do wojska. Używanie języków regionalnych było w szkole zakazane, zaś armia z natury rzeczy posługiwała się językiem państwowym. Później oczywiście swój wpływ miały radio i telewizja. Właściwie, uważa Alain de Benoist, cały ten proces narzucenia ludowi francuskiemu jednego języka państwowego można interpretować jako wewnętrzną kolonizację. Jakobińska, ujednolicająca i scentralizowana polityka językowa nie zmieniała się przez dwa wieki niezależnie od 15 form rządów, jakie Francja miała w ciągu tego czasu. Jest to jeden z dowodów na to, że wszystkie partie francuskie od skrajnej prawicy do skrajnej lewicy pozostały jakobińskie. Być może zatem fakt, że to Francuzi ergo „jakobini i kolonizatorzy” byli głównymi autorami i promotorami tzw. konstytucji europejskiej, spowodował, że miała ona kształt, który nie spodobał się ludom europejskim. Jakobinizm nie jest oczywiście tylko francuską specjalnością, niemiecki konserwatysta napisał książkę Rzesza brunatnych jakobinów, mając na myśli oczywiście narodowych socjalistów. Na ich temat wiele ma do powiedzenia wybitny znawca narodowego socjalizmu prof. Ernst Nolte. Z profesorem Nolte jest w Polsce dziwna sprawa: jego artykuły pojawiają się w różnych czasopismach, choćby na łamach „Gazety Wyborczej”, która, publikując w czerwcu zeszłego roku Auschwitz zrodził się z Gułagu, być może chciała zrobić na złość prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, który określił kiedyś niemieckiego historyka mianem „czołowego niemieckiego rewizjonisty znanego z zapiekłej nienawiści do Polski”. Do tej pory, o ile wiem, nie ukazała się po polsku żadna z jego książek. A przecież dobrze byłoby poznać twórczość autora tak skandalizujących dzieł jak Europejska wojna domowa 1917-1945; Punkty sporne. Obecne i przyszłe kontrowersje wokół narodowego socjalizmu – zawierający ciekawy rozdział „Wieczna lewica”, czy pochodzące z ostatnich lat Związek przyczynowy. O rewizjach i rewizjonizmach w naukach historycznych oraz Faszyzm. Od Mussoliniego do Hitlera. Czekając zatem na polskie przekłady liczących zwykle po kilkaset stron dzieł Noltego, zajmijmy się wykładem Europejska filozofia i przyszłość Europy, jaki niemiecki historyk wygłosił dwa lata temu w Rzymie, dokąd zaprosił go przewodniczący włoskiego Senatu prof. Marcello Pera. W Palazzo Giustiniani, w obecności licznych senatorów i deputowanych prof. Nolte rozważał pojęcia „Europy” i „postępu”, charakteryzował główne europejskie koncepcje historii i historiozofie w XIX. i w XX. wieku – Condorceta, Marksa i Englesa, Comte`a, Henri Saint-Simona, de Tocqueville`a, Gobineau, Nietzschego, Toynbee`go, i pokazywał jak różne filozofie historii coraz silniej wciągane były w polityczne i ideologiczne walki współczesnej epoki. Nolte poświęcił tym kwestiom swoją książkę Myślenie historyczne w 20. wieku; przed nim uczynił to nieżyjący już Hanno Kesting, który w 1959 roku opublikował znakomitą książkę na ten temat Filozofia historii i światowa wojna domowa (Geschichtsphilosophie und Weltbürgerkrieg) W swoim wykładzie Nolte nie omieszkał powrócić do swojego ulubionego tematu: stosunku bolszewizmu i narodowego socjalizmu. Bolszewicy stworzyli w 1917 roku „ponadpaństwowe” państwo mające urzeczywistnić doktrynę marksistowską, czyli osiągnąć przewidywaną już przez Condorceta jedność świata i równość wszystkich ludzi. W Europie ich przeciwnicy widzieli w Rosji Sowieckiej, dokonującej socjalnej i fizycznej likwidacji wrogów, morderczy reżim przestępców. W każdym razie to Rosja Sowiecka była pierwszym nadzwyczajnym państwem ideokratycznym XX. wieku. Było rzeczą oczywistą, że takie gigantyczne, mające powszechnodziejowe znaczenie zjawisko musiało wywołać reakcję w postaci powstania obozu antybolszewickiego, który byłby tak samo ideokratyczny jak Sowiety i mający takie samo powszechnodziejowe znaczenie jak jego główny bolszewicki wróg. Jednak konkretna forma, którą ten obóz przyjął, i szanse jego zwycięstwa zależały od rozlicznych czynników, także natury osobistej. Jeszcze przed zwycięstwem włoskiego faszyzmu pod przywództwem byłego socjalisty Mussoliniego, lider niemieckiego narodowego socjalizmu Adolf Hitler dążył do stworzenia partii tak samo bojowej jak stojąca po drugiej stronie barykady światowa partia komunistyczna. Podczas gdy Lenin orientował się na Condorceta i Marksa, Hitler – na de Maistre`a, Gobineau i Nietzschego. Klęska Niemiec uczyniła go popularnym jako tego, kto najbardziej zdecydowanie atakował wersalski „dyktat pokojowy”. Ale w ostatecznym rozrachunku motorem jego działań była nienawiść do marksizmu. Równocześnie Hitler chciał usilnie znaleźć „klucz” wyjaśniający zagadkową siłę bolszewickiego wroga. Tym „kluczem” byli dla Hitlera Żydzi, owa, wedle jego opinii, siła fatalna działająca od wieków w historii świata. W strukturze ideologii politycznej Hitlera „Żydzi” są takim samym „kluczem”, jak „własność prywatna” u Marksa. Ten, kto czytał Gobineau i Nietzschego nie powinien ułatwiać sobie zadania traktując ów „antysemityzm” jako prostą obsesję, zamiast widzieć w nim konkretną i generalizującą interpretację oczywistego faktu jakim było historyczne znaczenie dawnego Izraela i potem Żydostwa. Raymond Aron, człowiek żydowskiego pochodzenia, pisał w swojej autobiografii, iż był przekonany, że jeśli Armia Czerwona zajmie Europę, to warstwy kierownicze Europy zostaną wytępione. „Klucz” Hitlera był kluczem fałszywym, ale jego lek przed bolszewizmem był tak samo prawdziwy jak lęk Arona. Z pewnością można stwierdzić, wywodził Nolte, że Józef de Maistre nie rozpoznałby swojej kontrrewolucji w kontrrewolucji Hitlera, i nie uznałby jej za swoją, gdyż w jego oczach ze względu na swoją „postępowość” stała się ona szczególnie godną nienawiści formą rewolucji. W każdym razie narodowosocjalistyczne Niemcy były drugim, nadzwyczajnym i ideokratycznym państwem pierwszej poł. XX wieku, które jednak nie dotrwało do połowy tego wieku, gdyż poniosło katastrofalną klęskę, przez jego wrogów odczuwaną jako klęska wszystkich „reakcjonistów”. Ale ta klęska w niełatwy do rozpoznania i wyśledzenia sposób miała też swój znaczący udział w równie katastrofalnej klęsce Rosji Sowieckiej w 1991 roku. Oba wielkie ideokratyczne reżimy upadły i nie mają przyszłości, choć kilka ich najbardziej znanych symboli i haseł rozprzestrzeniło się daleko poza granice Rosji i Niemiec. Natomiast niejasna jest przyszłość trzeciego nadzwyczajnego i na swój sposób ideokratycznego państwa europejskiego, które nie leży wprawdzie na ziemi europejskiej, ale zostało stworzone przez Europejczyków, przede wszystkim przez dyskryminowanych Żydów z carskiej Rosji i Żydów z Polski odrodzonej po 1918 roku. Ta część wykładu Noltego, w której niebacznie zapuścił się on w meandry współczesnej polityki międzynarodowej (Izrael, kwestia palestyńska, USA, wojna z Irakiem), wzbudziła, co łatwo było przewidzieć, liczne oskarżenia i ataki, ale też ten wypad historyka we współczesność jest mało interesujący a jego tezy grzeszą sporą naiwnością. Lepiej by było, żeby historyk zajmował się historią, bo na tym się dobrze zna, ale widocznie, występując przed senatorami i posłami, czyli przedstawicielami władzy, Nolte nie oparł się pokusie wygłoszenia dość mętnych politycznych dywagacji, które jednak nie powinny być pretekstem do dezawuowania jego naczelnego postulatu, a mianowicie, że historyk może i musi porównywać różne zjawiska, a tym samym je relatywizować. Nie tylko zjawiska można porównywać, ale również ludzi. Na przykład byłego prezesa zarządu amerykańskiego banku centralnego nazwanego Funduszem Rezerw Alana Greenspana i zmarłego dziesięć lat temu ekonomistę Murray`a Newtona Rothbarda. Obaj przyszli na świat w 1926 roku w Nowym Jorku w rodzinach żydowskich imigrantów. Ojciec Murray`a David Rothbard urodził się w jednej z podwarszawskich wsi i w 1910 roku wyemigrował do USA. Wspominając swojego ojca na łamach organu palekonserwatystów Chronicles. A Magazine of American Culture, Rothbard pisał, że w przeciwieństwie do wielu ówczesnych żydowskich imigrantów w USA, nie był on ani komunistą, ani socjalistą czy syjonistycznym trybalistą, lecz indywidualistą, który wierzył w rząd minimalny, wolną przedsiębiorczość i własność prywatną. Natomiast ojciec Alana Greenspana był zwolennikiem rooseveltowskiego Nowego Ładu. Rothbard i Greenspan poznali się w drugiej połowie lat 50., kiedy obaj należeli do grona skupionego wokół Ayn Rand – Rothbard poświęcił potem autorce Hymnu złośliwy pamflet zatytułowany Socjologia kultu Ayn Rand. Podczas gdy Greenspan wybrał pracę dla rządu, Rothbard całą swoją bogatą twórczość poświęcił dowodzeniu, że interwencja rządu w gospodarkę i życie jednostki nigdy nie przynosi niczego dobrego. Napisał wiele książek, wśród nich jedną tak grubą, że wydawca zażądał, aby ją skrócił o…. 700 stron. Ponadto opublikował kilkaset artykułów w czasopismach naukowych. Za swoje osiągnięcia na polu teorii i historii ekonomicznej, filozofii politycznej i etyki powinien otrzymać nagrodę Nobla, ale ponieważ nie zajmował się zastosowaniem teorii gier w ekonomii, ekonometrią, ekonomiczną teorią bodźców i podobnymi problemami, które uważał za pobawione jakiegokolwiek znaczenia dla nauki ekonomii, więc jej nie dostał. Ale i tak jego wielkie dzieła Człowiek, gospodarka i państwo, Wielki kryzys w Ameryce, Władza i rynek, Poczęte w wolności (czterotomowa historia polityczno-ekonomiczna Stanów Zjednoczonych do 1784 roku); Etyka wolności, Historia myśli ekonomicznej przed Adamem Smithem, Klasyczna ekonomia należą już do kanonu myśli ekonomicznej XX. wieku. W przerwach pomiędzy pisaniem swoich książek i wykładaniem studentom teorii ekonomii Rothbard uprawiał publicystykę, a ponieważ z zainteresowaniem śledził karierę Alana Greenspana, to od czasu do czasu ją komentował. W jednym ze swoich tekstów przypisał Greenspanowi dar długiego mówienia o niczym i budowania barokowych zdań, z których nigdy nie udawało się odczytać jasno sformułowanego stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Greenspan, przypomina Rothbard, próbował sił w prywatnym biznesie, ale ponieważ niczego nie udawało mu się trafnie przewidzieć, więc poszedł na posadę rządową, gdzie za brak umiejętności przewidywania nie ponosi się kary w postaci bankructwa. Greenspan jest ,zdaniem Rothbarda, konserwatywnym keynesistą niczym nie różniącym się od socliberalnego keynesisty. Jego główną zaletą w oczach establishmentu – tego z lewa, tego z prawa i tego z centrum – było to, że mogli mu zaufać: wiedzieli, że nie wpakuje ich łódki na rafę. Rothbard zastanawia się, co czyni każdego prezesa „banku centralnego” tak kochanym i tak podziwianym jak Greenspan. Oczywiście nie idzie o jakiekolwiek osobiste przymioty, ale o fakt bycia prezesem instytucji, którą otacza atmosfera majestatu, tajemniczości, nabożnej czci. Nikt nie wie dokładnie, jaka jest jej funkcja, ale wszyscy wiedzą, że jest ona niezwykle ważna, wręcz kluczowa dla gospodarki USA i całego świata. Automatycznie zatem posiadacz fotela prezesa czczony jest i podziwiany. Nawet gdyby prezesem została Lassie, też otrzymałaby takie same laurki jak każdy inny prezes. Wszyscy zachwycają się prezesem póki jest prezesem, kiedy przestaje nim być, wszyscy błyskawicznie zapominają o tym „najpotężniejszym człowieku na kuli ziemskiej”. A co ten człowiek naprawdę robi? Ano dba o to, żeby naród amerykański i cała ludzkość miała zaufanie do dolara i do amerykańskiego systemu bankowego. Zaufanie, zaufanie i jeszcze raz zaufanie. Ale nie tylko. Rezerwa Federalna to, zdaniem Rothbarda, bankowy kartel zorganizowany i utrzymywany siłą rządu federalnego, zaś prezes ma dbać o to, żeby interesy tego kartelu nie zostały naruszone, wyczarowując z powietrza kolejne miliardy papierowych dolarów zawsze wtedy, kiedy rząd i zaprzyjaźnieni z nim bankierzy ich potrzebują. Rothbard przypomina, że w dawnych czasach, kiedy Greenspan zafascynowany był ideami i osobą Ayn Rand, napisał esej „Złoto i wolność ekonomiczna”. Gdyby Greenspan kierował się w swojej działalności publicznej poglądami, które w nim wyrażał, to musiałby robić coś dokładnie odwrotnego niż to, co w kwestiach podatkowych i monetarnych robił jako doradca rządzących i prezes banku centralnego. Ponieważ ten i ów pamiętał stary artykuł Greenspana, więc kiedy Greenspan miał zostać prezesem, nastąpiło pewne zaniepokojenie. Ale „New York Times” szybko pospieszył z zapewnieniami, że co prawda Greenspan jest zwolennikiem rządu minimalnego, ale tylko „na wyższej płaszczyźnie filozoficznej”, a tak naprawdę jest godnym zaufania pragmatykiem. I rzeczywiście, zauważa Rothbard, udało się Greenspanowi całkowicie oddzielić swoje poglądy teoretyczne od praktyki politycznej; w żadnym momencie swojej kariery nie uczynił on absolutnie nic, co choćby trochę zgadzało się z jego teoretycznym randyzmem. Ale, pyta retorycznie Rothbard, czyż od długoletniego członka kontrolowanej przez Rockefellerów Komisji Trójstronnej, gdzie umawiają się na schadzkę wielkie interesy bankowe i polityczne, można wymagać czegoś innego? Rothbard nigdy nie nawoływał „Greenspan musi odejść!”, lecz napisał po prostu całą książkę, w której udowadniał, jakim niesłychanym dobrodziejstwem dla gospodarki USA i całej gospodarki światowej, byłaby natychmiastowa likwidacja Rezerwy Federalnej. Zatem jego hasło mogłoby ewentualnie brzmieć: „Greenspan musi odejść razem z Rezerwą Federalną!” Trzeba przyznać, że w odróżnieniu do Greenspana, pragmatykiem to Rothbard nie był, oj nie był.
Książki i artykuły Rothbarda, nawet przez tych, którzy nie podzielali jego poglądów, uznawane były za wzór naukowego i metodologicznego rygoryzmu.
Tego nie da się niestety powiedzieć o innym amerykańskim uczonym, którym zajmuje się Daniel Flynn. Flynn cieszy się sporą popularnością w konserwatywnych środowiskach Ameryki z powodu swojej książki o „intelektualistach-kretynach” (głównie lewicowych, ale nie tylko). Jednym z jej bohaterów jest Alfred Kinsey, o którym nakręcono film wyświetlany również na ekranach polskich kin. Omawiając film Flynn stwierdza, że powiela on wszystkie mity na temat „pioniera rewolucji seksualnej”. Oczywiście liberalno-lewicowe media w USA odpowiednio „ustawiają” odbiór filmu, posługując się fałszywą dychotomią, która redukuje kontrowersję wokół Kinsey`a do bitwy pomiędzy zwolennikami pruderii a libertynami, dla pierwszych entomolog, który postanowił zostać seksuologiem to ten, co otworzył puszkę Pandory permisywizmu i perwersji, dla drugich jest on prometejską postacią, wyzwalającą Amerykanów z okowów ciemnoty, przesądów i hipokryzji. Takie ujęcie przysłonić ma kwestię rzetelności badań Kinsey`a i całkowicie naturalną i konieczną krytykę jego hipotez. Spór dotyczy nie obyczajów seksualnych, ale uczciwości i wiarygodności naukowca. Flynn uważa, że Kinsey był szarlatanem, który swoje przekonania na temat seksualności ubrał w naukową szatę nie przestrzegając przy tym podstawowych procedur i metod naukowych. Filmowy Kinsey ma niewiele wspólnego z realnym Kinsey`em. Zabawne jest też to, że przeciwstawiając „wyzwolonego” Kinsey`a juniora surowemu kaznodziei i przedstawicielowi „Ciemnogrodu” Kinsey`owi seniorowi, reżyser i gejowski aktywista Bill Condon zrobił właśnie film typowo kaznodziejski i moralizatorski a rebours, w którym główny bohater zmaga się heroicznie z „siłami zła” upostaciowionymi w chrześcijańskich fundamentalistach, antykomunistach i wszystkich ludziach mówiących z południowym akcentem. Na odrębne potraktowanie zasługuje wpływ, jaki, powiedzmy, złożona, seksualność Kinsey`a, miała na metody i wyniki jego badań. Jeśli przyjrzymy się jego badaniom nad seksualnością dzieci, to nasuwa się przypuszczenie, że podobnie jak w Polsce pisano o „znanym seksuologu Andrzeju S.”, należałoby pisać „znany seksuolog Alfred K.”.

(Pierwodruk: „Nowe Państwo”, 2006, nr 1)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»