«
»

Złowione w sieci

CARL SCHMITT

07.01.08 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Prawnik i teolog o. Wolfgang Spindler OP rozprasza nieporozumienia narosłe wokół Carla Schmitta. Cytuje m.in. żydowskiego filozofa i rabina Jacoba Taubesa, który w połowie lat 80. XX wieku w dość drastyczny sposób podsumował znaczną część niemieckiej literatury poświęconej Schmittowi: „Większość z tych książek to chłam wręcz niewyobrażalny, oni nie mają zielonego pojęcia o prawdziwych mocach i kryzysach, po prostu odklepują demokratyczne abecadło, byle privatdozent na politologii w swoim wykładzie inauguracyjnym musi naturalnie kopnąć w tyłek Carla Schmitta, że wróg/przyjaciel to niesłuszna kategoria, cała gałąź nauki powstała, żeby to zagłuszyć; jak się zastanowić, to jest przecież śmieszne badziewie w porównaniu ze sposobem, w jaki Schmitt stawiał problemy, to go prowadziło na manowce, ale było przynajmniej postawieniem problemu”.
Jednak od śmierci Schmitta w 1985 roku, pisze o. Spindler, powstały liczne prace naukowe na temat jego dzieła, które wyjaśniły wiele szczegółowych kwestii, ujawniły nieznane źródła, z których czerpał myśliciel, umieściły jego dzieło w kontekstach historycznych, politycznych i intelektualnych epoki. Młodsza generacja naukowców ignorując wszelkie ostrzeżenia przed Schmittem, bez uprzedzeń po niego sięga, aby radzić się go w zasadniczych kwestiach państwa, konstytucji i prawa międzynarodowego. Peter Bossdorf stwierdza, że Schmitt to obecnie w Niemczech akademicka normalność, temat prac proseminaryjnych i, aby zasłużyć na dobrą ocenę, nie wystarczy już dziś łaskawie nie zaliczyć Schmitta do faszystów. Nadal jednak niemieckie środowiska opiniotwórcze nie polecają jego książek do czytania. Chociaż i to może się zmienić po tym, jak kilka lat temu profesor prawa publicznego i nauki o państwie na Uniwersytecie Mannheim, członek jednego z krajowych Trybunałów Konstytucyjnych Rudolf Weber-Fas w swojej książce O władzy państwa. Od idealnego państwa Platona do Unii Europejskiej zamieścił portrety 20 najwybitniejszych myślicieli-teoretyków państwa, a wśród nich Carla Schmitta. Jerker Spits przypomina, że Jürgen Habermas uznał dzieło Schmitta za „intelektualne śmieci”, tymczasem przeżywa ono w ostatnich latach renesans na całym świecie. Politolodzy, germaniści, teologowie i filozofowie dyskutują nad jego ideami i czerpią z nich inspirację, wyczuwając, że liberalny Zachód potrzebuje antyliberalnego Schmitta po to, żeby pokazał mu jego słabości. Opinia Habermasa okazała się zwyczajnym wishfull thinking kogoś, kto był pod wpływem Schmitta i w pewnym sensie całą swoją polityczną filozofię zamierzył jako polemikę z nim. Prawicowy schmittysta francuski Alain de Benoist, autor bibliografii prac Schmitta, obliczył, że tylko w latach 1996-2002 ukazało się 85 książek na jego temat – jedna na miesiąc, poza tym powódź artykułów, rozpraw, dysertacji. Z ciekawostek można wymienić publikację protokołów przesłuchań Schmitta w Norymberdze opatrzonych niezwykle szczegółowymi i wnikliwymi komentarzami prof. Helmuta Quaritscha, byłego rektora Wyższej Szkoły Nauk Administracyjnych w Spirze, oraz pracę Renato Cristiego odzyskującą Schmitta dla liberalizmu – Carl Schmitt i autorytarny liberalizm: silne państwo, wolna gospodarka.
Schmitta tłumaczy się na całym świecie, w Pekinie przygotowywane jest wydanie dzieł zbiorowych. We Francji, gdzie recypowali go i popularyzowali Raymond Aron i Julien Freund, zostały już wydane wszystkie książki Schmitta, ale brakowało pracy Lewiatan w nauce o państwie Thomasa Hobbesa (Hamburg 1938). I oto dwa lata temu znane wydawnictwo Seuil opublikowało tę, wydaną za rządów Hitlera, książkę, a przedmową opatrzył ją najwybitniejszy obecnie francuski filozof marksistowski Etienne Balibar. Sprawą charakterystyczną dla obecnej, globalnej recepcji myśli Schmita, jak zauważa Alain de Benoist, jest fakt, że we Francji, we Włoszech, w Wielkiej Brytanii i USA najwyżej cenią Carla Schmitta autorzy z lewicy i skrajnej lewicy, którzy nie wahają się klasyfikować go jako największego politologa i specjalisty od prawa państwowego. I trzeba tu przyznać rację naczelnemu ideologowi francuskiej Nowej Prawicy, bo o ile kiedyś Schmitta anektowała przede wszystkim prawica, to dzisiaj powołują się na niego z pełną swobodą wspomniany Etienne Balibar, trockistowski filozof i ideolog Daniel Bensaïd, Giorgio Agamben, Massimo Cacciari, Antonio Negri, Martti Koskenniemi, Slavoj Žižek, nieżyjący już lewicowi liberałowie, Jaques Derrida i Norberto Bobbio, który podziwiał Schmitta i z nim korespondował. Podobnie dla autorów z kręgu „New Left Review”, jak Perry Anderson czy Gopal Balakrishnan, autor książki Wróg. Intelektualny portret Carla Schmitta (2000), Schmitt jest po prostu oczywistym punktem odniesienia, źródłem inspiracji, autorem recypowanym krytycznie, reinterpretowanym, aktualizowanym. A przyczynę tego zainteresowania wyjawił Gopal Balakrishnan stwierdzając, że książki Schmitta są „otrzeźwiającym antidotum na odurzający konsensus, który obejmuje wielkie kwestie wojny i pokoju w nowym porządku światowym”. Widać wyraźnie, że Schmitt, ów „dangerous mind” (Jan-Werner Müller) powrócił z wygnania. Sytuacja stała się na tyle poważna, że Raphael Gross, zajmujący się w swojej książce Carl Schmitt i Żydzi (2002) akurat marginalnym i całkowicie zdezaktualizowanym wątkiem jego twórczości, przeraził się, iż Schmitt będzie niedługo takim samym autorytetem jak John Rawls!
Eks-komunista, prawicowy schmittysta Günther Maschke, „jedyny autentyczny renegat z pokolenia 68” (jak go nazwał Habermas), wybitny niemiecki znawca, komentator i wydawca Schmitta, wystąpił na schmittiańskiej konferencji „Polityka, prawo, wielkie obszary”, która odbyła się w zeszłym roku na uniwersytecie w Medellin (Kolumbia). Jej pomysłodawcą był kolumbijski schmittysta, politolog Jorge Giraldo Ramirez, autor książki Ślad Kaina – wojna, pokój i wojna domowa – która, uważa Maschke, koniecznie powinna zostać spopularyzowana w Europie. Jej tytuł, wyjaśnia Maschke, autor zaczerpnął z jednominutowego wykładu Schmitta: „Adam i Ewa mieli dwóch synów Kaina i Abla, Kain zabił Abla i tak zaczęła się historia świata, i ta historia jeszcze się nie skończyła”.
Dag Krienen zgadza się z opinią, że duża część prac Schmitta musi być odczytywana w kontekście historycznym, jakim była polityka Rzeszy Niemieckiej w walce o status europejskiego i światowego mocarstwa. Jednak wartość myśli Schmitta jest nieprzemijająca, gdyż stworzył on pojęciowe instrumentarium analizy politycznej, które nic a nic się nie zestarzało. Niesłuszne są oskarżenia wysuwane wobec Schmitta, że był cynikiem, a prawo międzynarodowe uważał za fikcję; po prostu w swoich analizach metodycznie i systemowo wychodził on od aksjomatu, że nie prawo i normy rządzą, ale ludzie i grupy ludzi nad innymi ludźmi. To nie znaczy, że prawa i normy są fikcjami, ale że stają się nimi wówczas, kiedy pewne grupy ludzi fingują panowanie normatywnych systemów, chcąc przeforsować swoje władcze interesy.
Wolfgang Spindler OP uważa, że ciągle jeszcze dostęp do myśli Schmitta blokują moralno-polityczne werdykty na temat jego osoby. Niektórym wystarczy, że usłyszą tytuł jednej ze wczesnych prac Schmitta Dyktatura (1921), żeby, nawet do niej nie zaglądnąwszy, rzucić się do bohaterskiej obrony demokracji, a przecież instytucja dyktatury rozpatrywana jest tam na tle teorii państwa i prawa, a nie jako postulat polityczny, zresztą w przeciwieństwie do naszych czasów, kiedy demokratyzm jest oczywistym elementem systemu wartości politycznych, w tamtej epoce toczono normalne i wielce uczone dyskusje na temat dyktatury jako „formy państwa”, zwłaszcza kiedy chodziło o instytucję ograniczoną w czasie, działającą na rzecz swojego własnego rozwiązania. Stąd Schmitt odróżniał dyktaturę, która uzależnia swoje trwanie od osiągnięcia pewnego konkretnego celu, a zatem chce sama siebie uczynić zbędną, od arbitralnego despotyzmu. Dyktatura jest tymczasową figurą prawną, która jest prawowita, bo choć ignoruje prawo, to po to, by je urzeczywistnić. Dlatego dyktatura nawet w swojej niekomisarycznej, suwerennej postaci nie oznacza po prostu samowoli i przemocy – w tym sensie dla Schmitta takimi samymi „dyktatorami” byli Napoleon, Bismarck i papież Pius IX. Schmitt szczegółowo szkicuje prawno-historyczne przejście od „średniowiecznego państwa prawa” do pojęcia „nowoczesnego państwa”. Tutaj już między wierszami odczytać można to, co później w Teologii politycznej (1922) pojawi się jako znany teoremat, że wszystkie pojęcia współczesnej doktryny państwowej są zsekularyzowanymi pojęciami teologicznymi. Również nowożytna postać dyktatury ma kościelno-teologiczny wzorzec – to papieska plentitudo potestatis, tak jak była ona używana od czasów Innocentego III, stanowi „typiczną antycypację” nowożytnej dyktatury. Nawet gdyby odczytywać tamte teksty Schmitta przez współczesne okulary, to w żadnym razie nie można ich interpretować jako zakamuflowanego wezwania do zniszczenia Republiki Weimarskiej, na odwrót – propagowały one całkiem prawowitą, legalną, i moralnie bez zarzutu opcję na rzecz mocniejszej pozycji prezydenta, koniecznej po to, żeby zachować substancję konstytucji. Nie atakowanie porządku konstytucyjnego, ale konstytucyjna i polityczna stabilność państwa była nadrzędnym motywem wielu koncepcji Schmitta, które dzisiaj są powszechnym dobrem nauki o państwie i prawie.
Za dowód odrzucenia przez Schmitta konstytucyjnego ładu Rzeszy Niemieckiej po 1918 roku ma też służyć Duchowa i historyczna sytuacja dzisiejszego parlamentaryzmu (1923). Ale nie parlament weimarski jako organ konstytucyjny jest poddany przez Schmitta fundamentalnej krytyce, lecz panujący w nim „liberalistyczny” duch, nie demokracja w ogóle, ale masowa demokracja zdominowana przez partie. Krytyka Schmitta nie kieruje się przeciw „systemowi parlamentarnemu” jako takiemu, ale przeciw zjawiskom – dzisiaj piętnowanych w politycznych felietonach – takim jak nieograniczona władza liderów partyjnych, przeniesienie dyskusji do niejawnych gremiów, udział posłów w rządzie etc., sprawiających, że „stara idea parlamentaryzmu”, której składnikami były „równowaga głoszonych poglądów w publicznej mowie i kontrmowie” oraz podział władz – zostaje zniesiona. Kiedy jawność i dyskusja w realnym parlamentaryzmie stają się pustą i pozbawioną treści formalnością, to parlament, tak jak rozwinął się on w XIX stuleciu, traci swoje podstawy i swój sens. Pojęcie demokracji u Schmitta jest rozsądne i trzeźwe – demokracja to tylko forma organizacyjna, którą treścią wypełniają siły polityczne. To formalne podejście do demokracji typowe było dla wszystkich myślicieli i teoretyków konserwatywno-liberalnych epoki. Stawiany Schmittowi zarzut antydemokratyzmu jest przejawem typowego anachroniczno-moralizującego podejścia do koncepcji i idei politycznych z przeszłości. Ponadto, zwraca uwagę o. Spindler, ówczesna pozycja Schmitta była w pełni zgodna z deklaracjami Urzędu Nauczycielskiego Kościoła.
„Suwerenem jest ten, kto rozstrzyga o stanie wyjątkowym”, brzmi najsławniejsze i najczęściej cytowane zdanie Schmitta z Teologii politycznej, które ciągle podnieca umysły, nie wiadomo właściwie dlaczego, bo przecież, stwierdza o. Spindler, opisuje ono tylko wielokrotnie w historii potwierdzony fakt. Schmitt próbuje odpowiedzieć na pytanie, co się dzieje, kiedy w politycznie ekstremalnej sytuacji porządek prawny zostaje faktycznie podważony. Idzie o rozstrzygnięcie kwestii, „kto jest kompetentny dla przypadku, dla którego nie przewidziano kompetencji”. Byłoby naiwnością sądzić, zauważa o. Spindler, że wszystko jest załatwione, kiedy, zgodnie z prawem pozytywnym, ustali się wyjątki i „reguły o wyjątkach”, co jest contradictio in adiecto, albowiem gdyby istniały reguły dotyczące wyjątków i postępowano by zgodnie z nimi, to nie             chodziłoby już o wyjątki. A Schmitt ma na myśli wyjątki właśnie! Podobnie nie załatwiają sprawy takie prawne figury jak „obrona konieczna”, „pomoc konieczna”, „stan klęski” etc. Schmitt w żadnym razie nie kwestionuje możliwości i potrzeby prawno-konstytucyjnej regulacji stanu wyjątkowego. Ale taka regulacja zawsze pozostaje legislacyjną abstrakcją. Może ona wprawdzie opisać sytuację ekstremalną jako przypadek najwyższej konieczności, kryzys, krytyczną sytuację, zagrożenie egzystencji państwa itp. Może nawet postanowić, kto w tej sytuacji powinien działać. Jednak nie da się w sensie legislacyjnym określić do końca stanu faktycznego, jest rzeczą niemożliwą, aby „absolutny wyjątek” mieścił się bez reszty na płaszczyźnie racjonalno-prawnej, albowiem podjęte działanie ma podmiot, który jest wolny, gdyż nie podlega żadnej instancji kontrolnej, i suwerenny, ponieważ jego „kompetencja” nie jest regulowalna i ograniczalna na płaszczyźnie legislacyjnej i prawa państwowego. Dlatego w chwili decyzji stoi on poza normalnie obowiązującym ładem prawnym, a jednak doń przynależy, albowiem decyzja nie jest skierowana po prostu na ustanowienie nowego „układu władzy”, ale na odbudowanie ładu w ogóle jako koniecznego warunku funkcjonowania każdego ładu prawnego – aby istniało i działało prawo, musi zostać stworzona normalna sytuacja i suwerenem jest ten, kto ostatecznie rozstrzyga o tym, czy ten stan rzeczywiście (tzn. znowu) panuje. Oczywiście, pisze o. Spindler, wolno podejście Schmitta do kwestii stanu wyjątkowego krytykować jako monistyczne albo nadmiernie wyostrzone, ale jego definicja suwerenności ma przynajmniej tę zaletę, że nie jest wyprowadzona – jak to było długi czas w zwyczaju – z płaszczyzny normatywno-abstrakcyjnej, ale ze wzajemnego stosunku pomiędzy normatywnością i faktycznością, a zatem widziana jest przez pryzmat konkretnego urzeczywistnienia prawa. Schmittowi chodziło o „fenomenologię” realizacji prawa, o przejście od „idei prawa” do prawa w akcie praktycznej decyzji. Ład prawny, jak każdy ład, nie spoczywa w ostatecznej instancji na normie, ale na decyzji – to jest realistyczny, podstawowy rys nauki Schmitta o suwerenności, nie ma on nic wspólnego z imputowanym mu poglądem, że prawo wywodzi się po prostu z władzy. Teza Schmitta o normatywnym creatio ex nihilo oznacza w konsekwencji, że decyzja nie rodzi się z władzy, ale z „niczego” i stąd właśnie do urzeczywistnienia prawa potrzebuje auctoritatis interpositio. Prawno-epistemologicznym problemem nie jest stosunek prawa do władzy, ale stosunek prawa do konkretnej rzeczywistości w różnych jej aspektach. Schmitt jest teoretykiem prawa, który swoje sensorium nastawione na odstępstwa od prawnej normalności spożytkowuje na rzecz „socjologii pojęć prawnych”, a więc idzie mu, jak pokazał Panajotis Kondylis w artykule Jurysprudencja, stan wyjątkowy i decyzja. Zasadnicze uwagi do `Teologii politycznej’ Carla Schmitta (1995) o uzupełnioną o socjologiczny punkt widzenia, uwzględniającą zamiast „idei prawa” „rzeczywistość prawa”, prawną doktrynę poznania. Kondylis, co oczywiste z punktu widzenia jego metafilozofii, uważał ambicję Schmitta, aby socjologiczne (polityczne, historyczne) metody poznania uprawiać pod dachem jurysprudencji, za niemożliwą do zrealizowania na płaszczyźnie epistemologicznej.
Inne nieporozumienia wywołuje schmittiańskie rozróżnienie wróg/przyjaciel, interpretowane całkowicie błędnie jako postulat zniszczenia wroga. Pomija się przy tym, że jest to definicja czy, w słabszej wersji, kryterium polityczności, a nie polityki i insynuuje się Schmittowi, że polityka to dla niego walka o pokonanie, a w koniecznym wypadku, o usunięcie wrogów, że polityka wyrasta z wrogości, że wrogość to jądro wszelkiej polityki etc., etc. Rozróżnienie wróg/przyjaciel, które Schmitt zaczerpnął od hiszpańskiego humanisty i tłumacza Tacyta Álamo de Barrientosa (1556-1644): „Lo politico es la distinción entre amigo e enemigo” (zob. jego „dedicatoria” [w:] Tacito español ilustrado con aforismos, Madryt 1614, wyd. Luis Sánchez), nie jest żadną normatywną, bellicystyczną teorią działania, w żadnej mierze nie służy ono polityce dostrzegającej wszędzie rojących się wrogów, których trzeba usunąć. Wszystkie – pomijające analityczno-deskryptywny charakter poznawczej perspektywy Schmitta – próby winterpretowywania w jego pojęcie polityczności wskazówek dla praktycznego działania politycznego albo usprawiedliwienia wojny, walki klasowej czy rasowej, świadczą o zupełnym niezrozumieniu intencji autora. Jost Bauch pisze, że z humanitarystyczno-liberalnego punktu widzenia formuła wroga/przyjaciela jest potępiana jako podżegająca do wojny etc., tymczasem idzie o coś innego: w momencie, kiedy zaczyna się polityczne działanie i myślenie, projekty działania politycznego grupują się natychmiast wokół tej „bazowej” różnicy. Krytycy Schmitta mylą jego kod używany w ramach systemu teoretycznego z jakimś treściowym programowaniem polityki, podczas gdy jemu chodziło o to, że wszystkie operacje, wszystkie działania systemu politycznego są ustrukturowane ze względu na potencjalnego wroga. Tym, którzy tego nie chcą uznać i marzą o świecie bez wrogów, Schmitt dedykował anegdotę o owym XIX-wiecznym hiszpańskim generale-dyktatorze, który pytany na łożu śmierci przez księdza, czy wybacza swoim wrogom, odpowiedział: „Nie mam żadnych wrogów, wszystkich kazałem zabić”. Innymi słowy, wymarzony przez liberalnych humanitarystów świat bez wrogów będziemy mieli, ale dopiero wtedy, kiedy ich wszystkich pozabijamy. Właśnie dlatego, podkreśla o. Spindler, że wróg u Schmitta jest określany funkcjonalnie i sytuacyjnie, nie ma on nic wspólnego z wrogiem klasowym w doktrynie marksistowskiej czy wrogiem rasowym w doktrynie narodowosocjalistycznej. Natomiast desygnowanie wrogów i przyjaciół, które jest nie do uniknięcia dla żadnego państwa, staje się możliwym do praktykowania prymitywnym schematem, kiedy opiera się na „merytorycznym” (treściowym) i moralnym wartościowaniu, poprzez które wróg polityczny napiętnowany zostaje jako „wróg ludzkości”, „arcywróg”, „odwieczny wróg”, „przestępca”, „łotr”, „wariat”. Tutaj teoria Schmitta w pełni zachowuje swoją ważność i aktualność. Krytyka powinna zaczynać się gdzie indziej – nie rozróżnienie wróg/sojusznik jest problemem, ani nawet jego tautologiczny charakter, ale założenie, że wywieść z niego można rozróżnienie specyficznie polityczne, do którego dadzą się sprowadzić polityczne działania i motywy. Schmitt okazuje się redukcjonistą, który w zbyt małym stopniu uwzględnia fakt, że działający człowiek, nawet wówczas, kiedy działa gospodarczo, społecznie czy politycznie, tak naprawdę nigdy nie działa wyłącznie gospodarczo, społecznie czy politycznie, i że polityczność jest immanentna ludzkiemu działaniu w ogóle. Skrytykować należy również kurczowe trzymanie się Schmitta neokantowskiej teorii poznania z jej rozszczepieniem na to, co prawne i moralne, które wprawdzie w obszarze prawa pozytywnego, na płaszczyźnie nominalnej, jest możliwe i pożądane, ale nie ma żadnego odpowiednika w realności bytu actus humanus – jest to poważny teoriopoznawczy mankament, który Schmitt dzielił i dzieli do dziś z przeważającą większością teoretyków prawa – konkluduje o. Spindler.
Wbrew temu, co się dość bezmyślnie powtarza, Schmitt nigdy nie był „koronnym jurystą kanclerza Adolfa Hitlera”, awansował na to stanowisko – dzięki życzliwym kolegom z prawniczego cechu – dopiero w kilka lat po śmierci dyktatora. Był natomiast „koronnym jurystą kanclerza generała Kurta von Schleichera”, ostatniego kanclerza Republiki Weimarskiej. Schmitt do końca bronił ładu konstytucyjnego, za pięć dwunasta przygotował ekspertyzę prawną dla kanclerza Schleichera, zawierającą alternatywny plan, jak nie dopuścić do mianowaniu Hitlera kanclerzem i wyjść z kryzysu państwowego w sposób, który dałoby się, do pewnego stopnia oczywiście, obronić na gruncie konstytucji. Tu trzeba dodać, że, według Schmitta, konstytucji nie mógł realnie obronić Trybunał Konstytucyjny (ówczesny Trybunał Stanu), bo co prawda jest on strażnikiem konstytucji, ale tylko na płaszczyźnie sądowniczej, broni konstytucji tak samo jak sądy stoją na straży przestrzegania prawa. Ponieważ jednak konstytucja jest w pierwszej kolejności tworem politycznym, a dopiero w drugiej – prawnym, to jej prawdziwym politycznym strażnikiem jest głowa państwa, czyli prezydent. Wszystkie okoliczności tamtych wydarzeń przedstawił Lutz Berthold w pracy Carl Schmitt i plan stanu wyjątkowego na końcu Republiki Weimarskiej (1999), dosłownie demolując legendę, jakoby Schmitt „torował drogę” narodowym socjalistom. Było odwrotnie – do samego końca walczył o zachowanie Republiki Weimarskiej, oczywiście już ze zwiększonymi prerogatywami prezydenta. Zdecydował się poprzeć nowy reżim dopiero w momencie przyjęcia przez Reichstag pełnomocnictw nadzwyczajnych dla Hitlera 24 marca 1933 roku. Nie ulega też wątpliwości, że podpisanie w lipcu 1933 roku przez rząd Hitlera konkordatu stanowiło w jego oczach pewne uprawomocnienie nowego reżimu. Ale Schmitt nie był tylko „koronnym jurystą kanclerza Schleichera”, zamordowanego potem w trakcie „nocy długich noży”. Także Ojcowie Założyciele Republiki Federalnej Niemiec dyskretnie zwracali się do niego o radę. W zeszłym roku William Scheuerman, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Indiana, autor książki Carl Schmitt: koniec prawa (1999), opublikował ciekawy artykuł „Carl Schmitt i droga do Abu Ghraib”, w którym stwierdził, że w politycznym i prawnym świecie, w którym obecnie żyjemy, studiowanie Schmitta staje się niepokojąco potrzebne. Scheuerman doszedł też do wniosku, że pewne prawne koncepcje Schmitta wykorzystywane są przez rząd prezydenta Busha. I tak to Carl Schmitt awansował pośmiertnie na „koronnego jurystę prezydenta Stanów Zjednoczonych”! Zaiste, zostać koronnym jurystą przywódcy imperium światowego, o takiej karierze mędrzec z Plettenbergu nie marzył chyba w najśmielszych snach.

Tomasz Gabiś

(Pierwodruk: „Nowe Państwo”, 2007, nr 3)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»