Tomasz Gabiś
Marian Kester Coombs rozważając fenomen twórczości Tolkiena i popularności filmowej trylogii Petera Jacksona przypomina, że 22 listopada 1963 roku (dzień, w którym zginął JFK) w Zjednoczonym Królestwie pojawił się drugi album Beatlesów zatytułowany With the Beatles. Zakorzeniona bardziej w tradycji angielskiego music-hallu i folkowej harmonice niż w amerykańskim rythm-and-bluesie muzyka Beatlesów oczarowała miliony starszych i młodych ludzi na całym świecie. W ciągu kilku tygodni beatlemania przeskoczyła przez ocean do USA, kładąc się jak balsam na rany, które amerykańskiej psyche zadało zabójstwo prezydenta Kennedy’ego. 18 grudnia 2001 roku na ekrany kin weszła Drużyna Pierścienia, pierwsza część tolkienowskiej trylogii. Stało się to w trzy miesiące po tym, jak Ameryka została zraniona, tym razem przez walące się wieże WTC. I podobnie jak przed laty, entuzjazm, zachwyt, duchowa inspiracja płynąca z dzieła przyniosły ukojenie zranionej psyche Ameryki. Ale choć w obu przypadkach Anglia koiła bardzo szczególne duchowe rany Ameryki, to urok, jaki rzucają zarówno Beatlesi, jak i Tolkien jest świadectwem szerszego, światowego fenomenu: żaden inny naród nie stworzył kulturalnych symboli o porównywalnej sile oddziaływania na masową wyobraźnię. Tak jak południk zero przechodzi przez Greenwich, tak samo przebiega południk psychologiczny naszej planety.
Niezależnie od ich roli w powstaniu nowoczesnej fizyki (Newton) czy nowoczesnego malarstwa (Turner), Brytyjczycy nie są uważani ani za szczególnie wybitnych uczonych, ani ludzi odznaczających się najwyższymi zdolnościami artystycznymi. Pozostawmy na boku filozofów (Locke, Hume, Mill) i wynalazców (Faraday, Rutherford) – najważniejszym talentem Brytyjczyków jest umiejętność kreowania kulturalnych ikon o prawie uniwersalnym zasięgu i masowym rezonansie. W tej dziedzinie nie ustępują oni nikomu; brytyjski geniusz polega na zdolności do poruszania, czy wręcz rozpalania serc milionów ludzi w stopniu, w jakim nie potrafił tego zrobić żaden naród w czasach nowożytnych. Zachwycająca fantazja, swoista ekscentryczność, która cudownie wymaga skupienia umysłu, i wyobraźnia odwołująca się do głębokich archetypów plus mistrzowska prostota stylu – to wszystko razem czyni Brytyjczyków najlepszymi na świecie opowiadaczami historii. Szekspir, Defoe, Swift, Mary Shelley, Walter Scott, Dickens, R. L. Stevenson, Lewis Caroll, Kipling, P. M. Barrie, Arthur Conan Doyle, A. A. Milne, Tolkien, H. G. Wells, Orwell, Huxley, Agatha Christie, Alfred Hitchcock, Ian Fleming, Beatlesi, Monty Python, Sex Pistols – to tylko niewielka grupa spośród brytyjskich opowiadaczy, których długą listę zamyka oczywiście J. K. Rowling ze swoim Harrym Potterem. Zapewne jest wiele znanych i kochanych postaci z różnych kultur, jak Pinokio, Jean Valjean, Panatgruel, Don Kichot, madame Bovary, kapitan Nemo etc., jednak masową wyobraźnią świata owładnęły takie postaci jak Sherlock Holmes, Mary Poppins, dr Frankenstein, Robinson Crusoe, Guliwer, Kubuś Puchatek, Alicja, Jekyll i Hyde, Mowgli, kapitan Hook, Hamlet, Piotruś Pan, miss Marple i Hercules Poirot, król Lear, Gandalf, Big Brother, Frodo i Harry Potter. Tę brytyjską zdolność snucia różnych opowieści po części odziedziczyli Amerykanie, choćby w osobie Walta Disneya, zdeklarowanego anglofila (jego następcy sięgają do wszystkich możliwych tradycji, byle nie do angielskich). Wielu powie, że brytyjska przewaga wynikła z tego, iż język angielski osiągnął w XX wieku status języka globalnego; ale można rzecz odwrócić: to siła brytyjskiej wyobraźni odegrała ważną rolę w ustanowieniu hegemonii angielskiego. Aby naprawdę posmakować tej wyobraźni, dać się porwać filmowi, przeżyć piosenkę także od strony jej tekstowej warstwy – trzeba poznać język, i wielu ludzi na świecie po to tylko nauczyło się angielskiego. W takiej Japonii na przykład kwitnie kult Ani z Zielonego Wzgórza, stworzonej przez Anglokanadyjkę Lucy Maud Montgomery (dochodziło do prawdziwych japońskich inwazji na Wyspę Księcia Edwarda) – kto wie, ilu z tych japońskich fanów Ani nauczyło się angielskiego po to, aby wejść dalej w świat swojej literackiej idolki. Brytyjskie imperium dawno upadło, ale Brytyjczykom udało się przy pomocy sierżanta Pieprza, Froda, Gandalfa, Harry’ego Pottera i innych postaci skolonizować wyobraźnię ludzi na całym świecie. W tym kontekście warto wspomnieć o pisarce, której Marian Kester Coombs nie wymienia, a która należała do najbardziej popularnych na świecie autorek dla dzieci i młodzieży, i była poprzedniczką J. K. Rowling – mianowicie o Enid Mary Blyton (1897-1968). Ciekawe wypada jej porównanie z Rowling na płaszczyźnie polityczno-ideologicznej: Blyton była atakowana przez lewicę ze względu na swoje przywiązanie do tradycji imperium, antyegalitaryzm, także rasowy i płciowy, ogólnie rzecz biorąc za prawicowy światopogląd, natomiast Rowling atakowana jest głównie przez chrześcijańsko-narodową prawicę, lewica raczej ją chwali, może z wyjątkiem najbardziej już fanatycznych „wielokulturowców”. Ale, czy lewica, czy prawica – jakie to ma znaczenie, skoro przedmiotem ataku w każdym przypadku jest przedstawicielka „rasy brytyjskiej”. Innym znanym brytyjskim opowiadaczem jest John Le Carré, spod którego pióra w 1961 roku (Call for the Dead) wyszedł George Smiley, bohater wielu jego następnych szpiegowskich powieści. Jeff Scott uważa, że Smiley nie ma nic wspólnego z komiksowym Bondem, ale jest prawdziwym, wiarygodnym psychologicznie bohaterem; świat szpiegów, w którym się porusza, to mikrokosmos naszego świata, gdzie tak wielu z nas rezygnuje z poszukiwania wartości na rzecz wyboru dwuznacznych postaw moralno-filozoficznych. Cały nasz świat, nie tylko świat szpiegów, zaludniają ludzie będący „naturalnymi zdrajcami”, którzy, aby móc funkcjonować publicznie, zrezygnowali z własnej moralnej tożsamości, przestali przeszukiwać własną duszę pod kątem moralnym. To jest świat manipulatorów, maklerów władzy, wiarołomców; zdradziecki świat wydrążonych ludzi, gdzie „miłość znaczy tyle, że pozostało ci jeszcze coś, co możesz zdradzić”.
Jeden z bohaterów Le Carré’a mówi: „To nie jest wojna, na której się strzela. Na tym polega kłopot. Ona jest szara. Pół-anioły walczą z pół-diabłami. Nikt nie wie, gdzie przebiegają linie frontu”. Podczas tej wojny Smiley musi skutecznie działać w trójkącie, jaki tworzą: wróg (złe Sowiety), pragmatyczni biurokraci z własnego obozu i jego własna dusza, w której prowadzi „moralne poszukiwania”. Pragmatyczne typy z ministerialno-wywiadowczej biurokracji widzą w nim romantycznego „idealistę ze staroświeckimi fiksacjami”: „George” – mówi doń pobłażliwie jeden z „realistów” – „nie jesteśmy strażnikami jakiegoś świętego ognia (…) jesteśmy pragmatykami. Przystosowujemy się”. Natomiast „lojaliści”, ci zawsze posłuszni, którzy „działają w terenie”, uważają go za prawdziwy motor udanych akcji, za wysokiej klasy zimnego profesjonalistę nieobciążonego balastem żadnych ideałów. Tymczasem Smiley nie jest ani jednym, ani drugim, albo raczej jest jednym i drugim równocześnie; odrzuca jako fałszywą alternatywę „realistyczny albo idealistyczny”, idzie własną drogą, odrębną od tej, jaką podążają „pragmatyczni realiści”, którzy obracają się zgodnie z wiatrem koniunktur, ale też nie utożsamia się ze skupionymi na wypełnianiu swoich obowiązków „lojalistami”, których nigdy nie nachodzą moralne wątpliwości czy skrupuły w odniesieniu do zadań, jakie się im powierza. „Pragmatycy-realiści” uważają, że posiadanie przekonań może być niebezpieczne dla działania służb, dla Smileya rzecz ma się przeciwnie: groźny jest brak przekonań, bo w próżnię, z której wyparowały wartości, wrogowie wchodzą jak nóż w masło. Reprezentant owej próżni, podejrzany o zdradę, lewicowy intelektualista Roy Bland, wyjaśnia mu, o co w tym wszystkim chodzi: „posłuchaj George, jako dobry socjalista gonię za forsą, jako dobry kapitalista przyłączam się do rewolucji, bo kiedy nie możesz czegoś pobić, to je szpieguj. Tak się nazywa dzisiejsza gra: ty przetrząsasz moje sumienie, ja jeżdżę twoim jaguarem, right?”.
Smiley nie akceptuje ludzi, którzy sądzą, że skuteczność wymaga zdrady własnych wartości. Kiedy ktoś mu mówi „wypełnij obowiązek”, Smiley pyta „obowiązek wobec kogo?”, gdy ktoś mówi mu o „lojalności”, pyta „lojalność wobec czego?”. Najbardziej lojalni są przecież podwójni agenci, którzy pod koniec życia mogą z dumą powiedzieć: „Panowie, lojalnie służyłem wam obu”. Zbyt wielu widział Smiley ludzi, u których „lojalność” czy „obowiązek” oderwały się od słusznego celu, i jedyne co pozostawiali za sobą, to szlak znaczony martwymi ciałami. Swoją lojalność Smiley rezerwuje tylko dla tego, co jest naprawdę drogie jego sercu. Nie ma innego sposobu, żeby nie wpaść w moralny impas, aby na zawsze nie uwikłać się paradoks egzystencji szpiega; aby walcząc takimi samymi metodami jak nasz wróg, pozostać dobrym w esencjonalnym sensie – dlatego Smiley nawet we wrogu, którego musi zniszczyć, chce dostrzec ludzką istotę, nawet stojąc z nim twarzą w twarz, widzi twarz człowieka. Smiley stara się nie dopuścić do tego, aby wewnętrzny konflikt, paradoksalność szpiegowskiej egzystencji zużyły go i wewnętrznie wypaliły. Nie tylko musi przezwyciężyć zwątpienie w samego siebie, zniechęcenie wywoływane przez innych, ale dręczy go też pytanie, czy nie walczy czasem o sprawę przegraną, obawia się bowiem, że drogie mu wartości takie jak wolność i indywidualizm, przegrają w jego własnym kraju, gdyż, aby zwyciężyć kolektywizm, chce się wprowadzić kolektywizm u siebie. W skomplikowanej, niemożliwej do ostatecznego przeniknięcia sieci zdrad, w jakiej działa samotny w gruncie rzeczy Smiley, trzeba wiedzieć, jak postępować, żeby we własnej duszy nie zostać podwójnym agentem, nie pogrążyć się w umysłowej i moralnej stagnacji. Nie tylko jego inteligencja, charakter, poczucie odpowiedzialności, siła woli, cierpliwość, etyka pracy, wytrwałość i chęć działania („zawsze znajdziemy wymówkę, żeby nic nie robić”) pomagają Smileyowi przetrwać, a nawet odnosić zwycięstwa w nieprzeniknionym jak nocna mgła świecie szpiegów i zdrajców, ale także i to, że wbrew wszystkiemu, jest on „strażnikiem świętego ognia”, płonącym gdzieś w najgłębszym, najtajniejszym zakątku jego duszy. Kiedy dowie się o śmierci dwojga swoich agentów, zastrzelonych bez litości przez wroga, będzie siedział z zaciśniętymi pięściami nad starym tomem niemieckiej poezji Goethego albo Opitza i bezgłośnie płakał. George Smiley – heroiczny, romantyczny, tragiczny bohater z tajnych służb. Na dręczące go pytanie, czy kiedy on walczy z sowieckim kolektywizmem, w jego własnej ojczyźnie nie zaczyna przeważać kolektywizm, można dziś odpowiedzieć chyba twierdząco. Jak stwierdza Philip Johnston, czasy, kiedy dom obywatela był w angielskim prawie traktowany jako pewna uprzywilejowana przestrzeń, należą już do przeszłości. Znane powiedzenie „my home is my castle” już nie obowiązuje, można wręcz powiedzieć, że angielskie domy i posiadłości stały się obszarami, na których obowiązuje „prawo przechodzenia przez grunt” dla policji, lokalnych urzędników i innych biurokratów. Adwokat Harry Snook w swojej pracy Crossing the Threshold pokazuje, że państwo ma dzisiaj niezwykle szeroki dostęp do tego, co kiedyś traktowane było jako domena prywatna; w ciągu ostatnich dekad znacznie wzrosła liczba prawnych możliwości (częściowo ze względu na legislację Unii Europejskiej), jakie ma państwo, aby wejść na prywatną posesję. Snook po raz pierwszy sporządził pełną listę wszystkich tych możliwości: okazuje się, że w obecnej Wielkiej Brytanii, agenci państwa, aby wejść na teren prywatny, mogą się odwołać do 266 przepisów prawa. W większości przypadków agentom państwa wolno użyć siły, oni sami decydują o tym, czy zachodzi sytuacja, w której należy wkraczać czy nie, wiele przepisów jest sformułowanych tak mętnie, że obywatelowi trudno się chronić przed natręctwem urzędników lub ich mściwością; niektóre przewidują drakońskie kary za utrudnianie, w tym wysokie grzywny i karę więzienia do dwóch lat. Do najpotężniejszych agend państwa należy, jak się można łatwo domyślać, Urząd Podatków i Ceł Jej Królewskiej Mości, którego agenci mogą wkroczyć bez zgody sądu do każdego prywatnego domu i zająć wszelkie dobra, o których sądzą, że powinny ulec konfiskacie. Co ciekawe, jak odkrył mecenas Snook, „wkrocza” dokonywane przez agentów Urzędu nie są przezeń specjalnie skrupulatnie dokumentowane. Philip Johnston uważa, że praca mecenasa Snooka przychodzi w samą porę, kiedy w Wielkiej Brytanii mówi się o wprowadzeniu dowodów osobistych i rozszerza się użycie coraz to bardziej wyrafinowanych urządzeń do śledzenia obywateli – Londyn, jak wiadomo, zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem liczby kamer przypadających na metr kwadratowy powierzchni miasta. Biedny Smiley dwoił się i troił, aby pokonać zewnętrznych wrogów, którzy chcą podbić Wielką Brytanię i objąć totalną kontrolą życie jej obywateli, tymczasem, jak uważa znany etnolog Nigel Barley, w ciągu 10 lat swoich rządów Partia Pracy zamieniła Wielką Brytanię w państwo tak ścisłego nadzoru nad obywatelami, jakiego nie zna żaden inny kraj świata zachodniego.
A co by powiedział Smiley, gdyby znał los Stevena Thoburna z Sunderland, którego kilka lat temu skazano na pół roku więzienia w zawieszeniu za to, że w swoim warzywniaku sprzedawał banany na funty zamiast na kilogramy, co jest w Wielkiej Brytanii przestępstwem (prawo unijne!). Koncesja na handel na targu zawiera punkt nakładający na sprzedawcę obowiązek ważenia i sprzedawania towarów w miarach metrycznych. Przypomnijmy, że już w marcu 1947 roku na łamach „Tribune Magazine” George Orwell przewidywał, że tradycyjny brytyjski system miar i wag może zostać zniesiony także w codziennym użytku, i stanowczo się temu przeciwstawiał, wskazując na praktyczne, psychologiczne, estetyczne i literackie zalety systemu „imperialnego”. Zmarły na atak serca Steven Thoburn („zaszczuty przez siepaczy z Urzędu Miar i Wag”?) robił to, co chcieli jego klienci, gdy chcieli w funtach, to odważał w funtach, jak w kilogramach, to sprzedawał na kilogramy. I tu uwaga – klient może legalnie (!) pytać sprzedawcę, ile co waży w funtach czy uncjach i ile kosztuje, ale sprzedawca musi operować kilogramami, jeśli odważa towar na sprzedaż. Inni prześladowani przez fanatyków systemu metrycznego za handlowanie w dawnych miarach to, oprócz Stevena Thoburna, kryminalista John Dove z Camelford (Cornwall), który sprzedawał makrele na funty, Julian Harman, także z Camelford, który nielegalnie odważał szprotki w funtach oraz Colin Hunt z Hackney (wschodni Londyn), uprawiający przestępczy proceder sprzedawania na funty dyni i innych warzyw. Ci kryminaliści i kupiec Peter Collins z Sutton (Surrey), który z góry odmówił przestrzegania licencji żądającej od niego sprzedawania w miarach metrycznych, toczyli beznadzieją walkę o prawo do tego, aby wolno im było handlować w funtach i uncjach, czyli ważyć i sprzedawać towary w tradycyjnych brytyjskich miarach i wagach. Są „ofiarami systemu” metrycznego. George Smiley obronił ich przez bolszewikami, ale nie przed rodzimymi mienszewikami. Ale nie mógł przewidzieć tego, co czeka jego ukochaną Wielką Brytanię, która zresztą, jak sądzi Robin Harris, może ulec bałkanizacji i zniknąć w ogóle z mapy Europy. W Wielkiej Brytanii pogłębia się bowiem kryzys tożsamości brytyjskiej, która nie była dokładnie tym samym, co narodowa tożsamość, lecz zbudowano ją wokół ponadnarodowych pojęć, symboli i wartości (korona, suweren, imperium, chwała, potęga, wolność). Praktycznie nie istniało coś takiego jak angielski nacjonalizm, który można by postawić w jednym rzędzie z nacjonalizmem irlandzkim czy szkockim. Takie czy inne przejawy ściśle angielskiego nacjonalizmu były raczej wydrwiwane, i to zarówno w XIX wieku, jak w XX, kiedy w latach 60. humorystyczny „Song of the English” Michaela Flandersa i Donalda Swana, parodiujący narodowy hymn, miał refren: The English, the English, the English are best: I couldn’t give tuppence for all of the rest. Oczywiście działo się też tak dlatego, że angielskość w znacznej mierze pokrywała się z brytyjskością. Anglicy byli świadomi faktu, że to oni są najważniejszymi Brytyjczykami, że Zjednoczone Królestwo jest przede wszystkim angielskie. Ale było to dla wszystkich oczywiste, więc podkreślaniu angielskości UK, czy jej wysuwaniu na pierwszy plan, sprzeciwiały się nie tylko dobre maniery, ale zwykła roztropność polityczna, która nakazywała, żeby dominacja Anglików była do pewnego stopnia maskowana.
W swoich wspomnieniach The Path to Power, Margaret Thatcher opisuje swoją pierwszą wizytę młodej dziewczyny z prowincjonalnego miasteczka w Londynie, postrzeganego przez nią jako „centrum świata”. W latach 30. XX wieku mogło to być już spojrzenie anachroniczne, będące przejawem wishfull thinking, ale wyrażało geopolityczną realność dwóch poprzednich stuleci. W warunkach istnienia światowego brytyjskiego imperium, narody wchodzące w skład państwa brytyjskiego – Anglicy, Szkoci, Walijczycy, a nawet Irlandczycy byli gotowi ignorować narodowe różnice. Państwo na Wyspach Brytyjskich stało się rzadko spotykanym tworem – wielonarodowym państwem narodowym (oczywiście nigdy nie był to organizm wewnętrznie całkiem zharmonizowany), które definiowało się przede wszystkim jako państwo protestanckie, państwo o kulturze i tożsamości protestanckiej. Zmierzch imperium i sekularyzacja przyniosły osłabienie tożsamości brytyjskiej, Brytyjczycy jako „naród wymyślony” zaczęli się ponownie dzielić na swoje narodowe składniki. Jednak nie tylko te obiektywne czynniki historyczne i kulturalne przyczyniły się do kryzysu tożsamości brytyjskiej, lecz również świadomie prowadzona polityka historyczna i kulturalna lewicy brytyjskiej, polegająca na obejmowaniu podejrzeniem oraz wyśmiewaniu wszystkiego w języku, historii, tradycji, kulturze, co rozpoznawalne jest jako brytyjskie. Lewica wydała wojnę brytyjskiej historii i pragnie zdelegitymizować brytyjskość przedstawiając ją równocześnie jako odrażającą i śmieszną [raczej nie wypada mówić dobrze o kolonialnym imperium na lekcjach historii w „wielokulturowych” szkołach, w których uczą się potomkowie kolonizowanych – TG].
Zmierzch brytyjskiej tożsamości inaczej, bardziej boleśnie, dotyka Anglików, a inaczej Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków, a to właśnie z tego powodu, że w historii Brytanii jako politycznie zjednoczonych wysp nie istniała wyraźna granica pomiędzy brytyjskością i angielskością. Angielska dominacja gospodarcza, polityczna, kulturalna i językowa stanowiła centralny fakt brytyjskiej historii; ani przeciwnicy, ani zwolennicy brytyjskiej unii nie są tym faktem zbytnio uszczęśliwieni, ci pierwsi dlatego, że ustawia to we właściwej historycznej perspektywie dość rozdmuchane pretensje innych brytyjskich narodów do odrębności, ci drudzy zaś dlatego, że nazbyt brutalnie przypomina on, czym było zjednoczenie w Zjednoczonym Królestwie. Kryzys brytyjskości wywołuje dopiero teraz na scenę coś w rodzaju angielskiego nacjonalizmu, takiego jak nacjonalizm szkocki. Widomym symptomem tego procesu jest fakt, że angielscy „kibole” powiewający kiedyś na stadionach Union Jackiem, symbolem Zjednoczonego Królestwa Anglii, Szkocji, Walii i Północnej Irlandii, zastępują dziś flagę brytyjską krzyżem św. Jerzego, czyli narodową flagą Anglii. Jeśli „młodzi Anglicy” z klas niższych gromadzą się na stadionach i na bijatykach z kibicami z innych narodów nie pod Union Jackiem, ale pod krzyżem św. Jerzego, to znaczy, że utracili, jak również zostali celowo pozbawieni przez lewicę wystarczająco oczywistej brytyjskiej tożsamości narodowej, i chcą zademonstrować – w najlepszy znany im sposób – nową tożsamość, którą przyjęli za własną. Jeśli ta angielska tożsamość zacznie nabierać popularności, to znajdą się politycy, którzy wykorzystają angielski nacjonalizm, a z kolei podkreślanie angielskości będzie wodą na młyn szkockich separatystów. Z wielu względów, uważa Harris, lepiej byłoby dla jej sąsiadów i sojuszników, gdyby Wielka Brytania pozostała jednością, ale nie jest wykluczone wytworzenie się koncepcji nacjonalistycznej „Małej Anglii” i w dalszej perspektywie odłączenie Szkocji, co, patrząc z czysto partyjnego punktu widzenia, byłoby korzystne dla torysów, bo wraz z amputacją raczej antytorysowskiej Szkocji, cała szkocka lewicowo-socjalistyczna baza Partii Pracy (nie jest dziełem przypadku, że wielu znanych laburzystowskich polityków jak Robin Cook czy Gordon Brown to Szkoci) zostałaby odcięta od ciała politycznego, co byłoby błogosławieństwem dla Anglii, gdzie władzę przejęliby konserwatyści. Znając socjalistyczne poglądy separatystów szkockich, można przewidywać, że powstałaby, niestety, Szkocka Republika Ludowa – socjalistyczny kraj z takimi samymi problemami jak wszystkie kraje socjalistyczne. Po odłączeniu Szkocji powoli, ale nieuchronnie doszłoby do odłączenia Walii, zaś Ulster zostałby w końcu inkorporowany do Republiki Irlandii. Byłyby oczywiście problemy z arsenałem nuklearnym Wielkiej Brytanii, z jej stałym członkostwem w Radzie Bezpieczeństwa – choć Anglia stałaby się naturalnym sukcesorem Zjednoczonego Królestwa, to w nowej sytuacji raczej utraciłaby swój fotel w Radzie.
Bez wątpienia wielu europejskich federalistów powitałoby z zadowoleniem rozpad Wielkiej Brytanii, bo ułatwiłoby im to realizację federalistycznych planów, blokowanych dziś przez brytyjski Westminster. Ale sytuacja trochę by się skomplikowała, gdyby w wolnorynkowej Anglii zwyciężyła wrogość wobec Brukseli, karmiąca się choćby niezadowoleniem z konieczności subsydiowania socjalistycznej Szkocji w ramach Unii Europejskiej. Wówczas niepodległa Anglia zacieśniłaby więzy z USA i weszła do NAFTA. A na angielskich targowiskach funty i uncje koegzystowałyby sobie z kilogramami.
Tomasz Gabiś
(Pierwodruk: „Nowe Państwo”, 2007, nr 1)
