«
»

Złowione w sieci

ZAGADKA WATERGATE PRAWIE ROZWIĄZANA

07.11.08 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Do najsłynniejszych taśm w historii politycznej zeszłego stulecia należą taśmy, na których prezydent Richard Nixon pragnął utrwalić wszystko, co powiedział – po to, żeby owe nagrania były mu pomocne, kiedy na emeryturze będzie dla potomności pisał swoje memuary. I to z powodu tychże taśm musiał nieco wcześniej zrealizować swoje plany. Znamy tę historię: 17 czerwca 1972 roku, kiedy do hotelu Watergate itd., itd. Ale przez wiele lat nie znaliśmy tożsamości Głębokiego Gardła, czyli człowieka, dzięki któremu Woodward i Bernstein mogli się cieszyć Nagrodą Pulitzera. Nieoczekiwanie w czerwcu 2005 roku prasa doniosła tryumfalnie, że jedna z „największych tajemnic amerykańskiej polityki i amerykańskiego dziennikarstwa ostatnich dziesięcioleci” została wreszcie wyjaśniona: Głębokie Gardło to William Mark Felt – wysoki funkcjonariusz FBI. Część amerykańskich bloggersów natychmiast odkryła prawdziwe przyczyny odgrzania tej historii – jeśli pominąć fakt, że dzieci i wnuki Felta mają różne rachunki i kredyty do spłacenia, a trochę pieniędzy da się „na dziadka” wyciągnąć – chodziło o wysłanie czytelnego sygnału ostrzegawczego do prezydenta Busha i jego ludzi: afera Watergate ma im przypomnieć, jak to dzięki zgodnej współpracy Kongresu, aparatu sprawiedliwości i mediów wykryto i ukarano nadużycia egzekutywy.

Po ogłoszeniu, że Głębokie Gardło to Felt, prof. David Greenberg, autor książki Cień Nixona wyraził nadzieję, że ostatecznie znikną „teorie spiskowe” odnoszące się do afery Watergate. Oprócz jednej, tej autorstwa profesora, który uważa, że „tajny spisek wykluł się samym Gabinecie Owalnym”. Innymi słowy, teoria spiskowa, w której rolę głównego spiskowca gra prezydent Nixon, jest prawdziwa i słuszna, ale teoria, że to on padł ofiarą prowokacji spiskowców, to już prawdziwa być nie może. Miejmy nadzieję, że przepowiednie prof. Greenberga się nie sprawdzą i nuda nie przeżre do końca politologiczno-historycznych dyskursów. Niechaj rozkwita sto kwiatów w ogrodzie spiskowych teorii! Dlaczego zresztą nie miałyby kwitnąć, skoro, jak napisał Edward Jay Epstein, mamy do czynienia z wykreowanym mitem walki Dawida z Goliatem – Woodward i Bernstein to Dawid, który walczy ze sferami rządowymi, czyli z potężnym Goliatem. Jest to, uważa Epstein, oczywista propagandowa stylizacja, w rzeczywistości szło o walkę wewnątrz obozu rządzącego i to, co się wydarzyło, było wypadkową działań różnych i rywalizujących ze sobą instytucji i agencji rządowych mających różne interesy, różne „bazy” swojej władzy i cały czas knujących spiski wymierzone w konkurentów.

Mark Riebling, autor książki Klin czyli jak wojna pomiędzy CIA i FBI zagroziła narodowemu bezpieczeństwu, uważa, że Felt nie mógł być Głębokim Gardłem, bo wiedza jaką dysponował informator, wskazuje na związek z CIA. Cliff Kincaid, który zupełnie nie wierzy w to, że Felt był Głębokim Gardłem, zwrócił się w tej sprawie do Lena Colodny`ego (współautora książki Cichy zamach stanu. Usunięcie Richarda Nixona) oraz do Joan Hoff, prof. historii z uniwersytetu stanowego Montany, specjalistki od sprawy Watergate. Oboje zgodnie uważają, że jest rzeczą całkowicie nieprawdopodobną, żeby to Felt był Głębokim Gardłem. Ich zdaniem wiedza, jaką posiadał informator, wskazuje na kogoś z Białego Domu. Jeśli zatem to Felt rzeczywiście informował Woodwarda o pewnych sprawach, to był przekaźnikiem informacji czerpanych z innego źródła – za Głębokim Gardłem kryje się „Jeszcze Głębsze Gardło”. Ale cóż, pogrążony w starczej demencji, manipulowany przez rodzinę Felt, nie odpowie już na żadne pytanie, nie opowie swojej historii. Co za pech: Głębokie Gardło, który nie może mówić!

Rodzina ogłosiła, że dziadek to Głębokie Gardło, Woodward potwierdził, że Felt to Głębokie Gardło, sam biedny, 92-letni Felt też powiedział do kamery kilka zdań, „przyznając się”, że to on był Głębokim Gardłem („Dziadku, niech dziadek powtarza za mną: byłem głębokim gardłem, byłem głębokim gardłem”).

Czyli „case closed”. Ale wiele pytań pozostaje, np. fundamentalne pytanie: „głupota czy prowokacja?”. Skoro Nixon miał reelekcję w kieszeni, to czemu miało służyć instalowanie podsłuchu? Po jakiego diabła ryzykować dwukrotne włamanie do kwatery Demokratów? Nikt nie wie, jakie to ważne informacje chciano uzyskać z podsłuchu. Włamywacze, nazywani Hydraulikami, byli w większości weteranami służb specjalnych, brali udział w dziesiątkach nielegalnych i półlegalnych akcji, a dali się złapać jak dzieci. Więc może jednak ktoś wiedział wcześniej o akcji w hotelu Watergate i zastawił pułapkę, żeby móc uderzyć w prezydenta podczas zbliżającej się kampanii wyborczej?

Gary North znany w kręgach libertariańskich autor książki o koncepcjach monetarnych Misesa, jeszcze inaczej podchodzi do sprawy. Jego zdaniem, całkiem słuszna może być hipoteza, że w ogóle nie chodziło o wybory, reelekcję prezydenta etc., ale, jak dowodzą Colodny i Gettlin, o półprywatną akcję doradcy prezydenta Johna Deana, mającą na celu zdobycie informacji o siatce call-girls, których „madame” była przyjaciółką żony Johna Deana, i o politykach z obu partii korzystających z ich usług. Ale to jest mało ważne, ważne jest to, kto i jak doprowadził do ustąpienia Nixona. North uważa, że nagłośnione rozwiązanie wielkiej zagadki Głębokiego Gardła to tylko dalszy ciąg spektaklu odgrywanego na bocznej scenie, albowiem Głębokie Gardło nie miał na Nixona nic, co mogłoby go wysadzić z prezydenckiego fotela, Bernstein i Woodward też nic takiego nie mieli. Ale jeden człowiek miał. Nie znamy jego nazwiska, nie wiemy, czy Woodward je zna, ale to on sprawił, że wszyscy ludzie prezydenta zatonęli wraz ze statkiem „R. M. Nixon”. Był tak dobrze ukryty w jelitach rządu, że North postanowił nazwać go „Głębokim Zwieraczem”. North zgadza się z tym, że rada udzielona przez Felta Woodwardowi „idź za pieniędzmi” jest słuszna w każdych okolicznościach, i historycy dobrze by zrobili, gdyby ją sobie wzięli do serca. Ale nie należy pomijać innych czynników mogących wpływać na kluczowe decyzje [poza tym zasada „idź za pieniędzmi” musi być skonkretyzowana, np. „idź za dużymi pieniędzmi, bo jak pójdziesz za małymi pieniędzmi, to pójdziesz tam, dokąd chcą, żebyś poszedł ci, którzy nie chcą, żebyś szedł za dużymi” – T.G.]. Dzisiaj, po rozwiązaniu „wielkiej zagadki” dawni zwolennicy Nixona znowu krzyczą „nielojalność”, „zdrada”, a jego dawni wrogowie – „wyższy obowiązek”. Różne reakcje różnych grup, ale tak naprawdę nie ma różnicy. Jedyna osoba, która rzeczywiście robiłaby różnicę – ta, która obaliła Nixona – milczy. Największa ze wszystkich tajemnic Watergate nadal pozostaje tajemnicą.

Odkrycie, że pieniądze przepływały od Komitetu na rzecz Reelekcji Prezydenta do jednego z Hydraulików, nie oznaczało, że Nixon zrobił coś nielegalnego. Tu nie było nic naprawdę groźnego dla prezydenta, on zawsze mógł powiedzieć, że nie ma nic wspólnego z Komitetem, tak zawsze mówią ci na samej górze, kiedy wyjdą na jaw jakieś ich machlojki. Niżsi wykonawcy mogą milczeć, albo, zagrożeni sankcjami, powiedzieć „ja tylko wykonywałem rozkazy”, ale łańcuch niepisanych poleceń zawsze gdzieś jest przerwany, nigdy nie można dojść do samej góry. Zatem Nixon wiedział, że się wywinie w kwestii przepływów pieniędzy Komitetu, a jednak musiał odejść. Dlaczego? Odpowiedź brzmi: z powodu „dymiących taśm”. Tak naprawdę historia „afery Watergate” zaczyna się w lipcu 1973 roku, kiedy występujący przed senacką komisją śledczą (najpierw na zamkniętym posiedzeniu 13 lipca, a w trzy dni później publicznie) Alexander Butterfield, urzędnik gabinetu prezydenta, były funkcjonariusz wywiadu działający w Azji, zapytany o nagrywanie rozmów w Białym Domu, potwierdził, że Secret Service (SS) nagrywała wszystkie rozmowy prezydenta od początku 1971 roku, za jego wiedzą i zgodą oczywiście. Butterfield współpracował z SS w kwestiach bezpieczeństwa, odpowiedzialny był także za nagrywanie posiedzeń rządu. Ciekawe, że to Woodward miał od Głębokiego Gardła dostać „cynk”, że Butterfield może być kluczową postacią dochodzenia, i to Woodward doradził swojemu przyjacielowi, członkowi senackiej komisji śledczej Sottowi Armstrongowi, żeby przesłuchali Butterfielda, który wezwany przed komisję i zapytany o nagrywanie, potwierdził ten fakt. Widać tutaj, że Woodward był nie tylko reporterem „szukającym prawdy”, ale rozgrywał ją politycznie. I sam był rozgrywany; jak wyznał: „sugestia, że zostaliśmy wykorzystani przez służby wywiadu, niepokoiła nas wtedy i potem”. I „niepokoiła” słusznie, bo z pewnością zostali „wykorzystani”. Na początku listopada 1973 roku, Głębokie Gardło miał mu powiedzieć, że na taśmach celowo wykasowano pewne fragmenty. Jednak nagrywanie było ściśle tajne, oprócz prezydenta wiedziało o tym tylko kilka osób, jest więc rzeczą zupełnie nieprawdopodobną, żeby Felt miał dostęp do takich informacji, zresztą opuścił on FBI sześć miesięcy wcześniej. Jeśli je miał, to tylko od „Jeszcze Głębszego Gardła”. Albo też Woodward kłamie, a informacje otrzymywał od kogoś innego i nadal kryje swoje prawdziwe źródło.

Przypomnijmy, że „Washington Post” doniósł o czeku na 25 tys. dolarów na kampanię Nixona, złożonych na koncie bankowym jednego z Hydraulików, 1 sierpnia 1972 roku. 10 października gazeta poinformowała, że FBI ustaliła, iż włamanie było częścią akcji szpiegowania zorganizowanej w ramach działań na rzecz reelekcji prezydenta. I tutaj pojawia się kolejna zagadka, której nikt jeszcze sensownie nie wyjaśnił: jeśli sprawa Watergate trwała od lata 1972 roku, to dlaczego system nagrywania został usunięty na polecenie generała Haiga dopiero w kilka dni po zeznaniach Butterfielda, czyli prawie rok później? Nixon już w czerwcu 1972 roku mógł kazać, aby zaprzestano nagrywania i zniszczono taśmy, byłoby to wówczas całkowicie zgodne z prawem. Haig polecił zakończyć nagrywanie, ale taśm nie można już było zniszczyć, bo potraktowano by to jako utrudnianie działań wymiarowi sprawiedliwości. Tak czy inaczej rozmowy były nagrywane aż do 18 lipca 1973 roku. A zatem przez cały rok po złapaniu Hydraulików. Dlaczego? Czy prezydent zapomniał, że jego najbardziej poufne rozmowy są nagrywane? W każdym razie, gdyby Woodward i Bernstein chcieli nam opowiedzieć coś naprawdę ciekawego, to powinni pytać: Kto odniósł korzyść z tych taśm? Jaką korzyść? Kto miał władzę, aby kazać, żeby taśmy się kręciły po publikacjach „Washington Post”? Skąd miał tę władzę? Wobec kogo był lojalny i dlaczego?

Taśmy dały potężne argumenty przeciwnikom Nixona, ale za słabe, by wysadzić go z siodła. Organizatorzy „polowania na prezydenta” musieli uzyskać dostęp do taśm, ale sądy nie chciały – przynajmniej dopóki nie autoryzowałby tego Sąd Najwyższy – dawać carte blanche obu komisjom śledczym, aby ich członkowie mogli się rzucić na taśmy jak sępy na padlinę. Ale Sąd Najwyższy nie uczynił tego, zanim sądy niższej instancji i Kongres nie zyskały dostępu do kluczowych fragmentów taśm. Ponieważ prezydent odmawiał dostępu do taśm powołując się na tzw. executive privilege, można się było posłużyć jedynie nakazem sądowym, a ten był władny wydać sędzia John Sirica, ksywka „John Maksymalny”. Jednakże taki nakaz mógł obejmować tylko te fragmenty taśm, które odnosiły się do domniemanego przestępstwa, a nie wszystkie taśmy. I tutaj dochodzimy do sedna dochodzeń w sprawie Watergate, a właściwie nie samej sprawy Watergate, ale jej następstw – a tym sednem jest nazwisko człowieka z Białego Domu, który zdecydował o losie prezydenta. To jego działania, a nie rewelacje Głębokiego Gardła rozstrzygnęły o klęsce Nixona. Otóż 14 sierpnia 1973 roku, a zatem w miesiąc po ujawnieniu przez Butterfielda istnienia taśm, sędzia John Sirica zażądał całego segmentu taśmy zidentyfikowanej jako „telefon w Białym Domu zaczynający się 5/25/72 (godz. 2 przed południem) (ominięcie 8 linijek) 6/2:3/72 (2.50 po południu)”. Nieważne, co oznaczają te różne cyfry, ważne jest, że to wszystko mógł wiedzieć tylko ktoś dobrze zaznajomiony z taśmami. Polujący na prezydenta z góry wiedzieli, czego szukają, kiedy żądali wydania np. taśmy z 8 stycznia 1973 roku od 4.04 do 5.34 po południu, około 10 minut i 15 sekund, fragment 6 minut i 31 sekund etc., etc. Należy zadać proste pytanie: skąd wiedzieli tak dokładnie, kiedy odbyły się inkryminowane rozmowy? O ile wiem, pisze North, żaden reporter i żaden zawodowy historyk nie podążył tropem tej anomalii, żaden o niej nie wspomniał. Według Northa, insider, ktoś z Białego Domu, kto miał dostęp do taśm, zrobił przeciek, albo też istniał drugi, tajny komplet taśm w rękach kogoś, kto puścił te informacje. Takie informacje z przecieków są nielegalne i nie można ich użyć w sądzie, a właśnie za ich pomocą obalono Nixona. W Białym Domu był „kret”, i to jest, twierdzi North, centralny fakt dochodzenia w sprawie Watergate. Gdyby nie on, nie można by zagrozić Nixonowi impeachmentem, nie mówiąc o skazaniu. Ludzi, którzy włamali się do hotelu Watergate, aby założyć podsłuch, nazywano Hydraulikami, ponieważ ich zajęciem było między innymi likwidowanie przecieków, tymczasem największa ironia politycznej historii Ameryki polega na tym, że najbardziej skutecznego przecieku dokonał człowiek z Białego Domu, a najbardziej znaczący podsłuch w historii USA prezydent kazał zainstalować u samego siebie.

John Maksymalny wystąpił w niecały miesiąc po zeznaniach Butterfielda. Ten, kto był źródłem przecieku, musiałby bardzo szybko zidentyfikować odpowiednie fragmenty taśm – pamiętajmy, że było 3700 godzin nagrań niezbyt wysokiej jakości. W pojedynkę zajęłoby mu to miesiące, więc musiałby robić to od dawna, co by oznaczało, że była to długofalowa akcja, zaczęta znacznie wcześniej niż w lipcu 1973 roku. Jeśli „kret” miał kopię kalendarza spotkań prezydenta, to mógł zawęzić obszar poszukiwań do jego spotkań z kluczowymi doradcami. To by przyspieszyło operację, ale i tak miałby zbyt mało czasu – mniej niż miesiąc – aby ją przeprowadzić. „Kret” mógł sam monitorować rozmowy, robić notatki, o czym rozmawiano, zestawiać te notatki z taśmami; potem przeglądać notatki, cofać kluczowe taśmy i identyfikować najważniejsze fragmenty używając stopera; ewentualnie mógł od miesięcy robić duplikaty wszystkich taśm, a potem dostarczyć je za jednym zamachem komuś, kto dysponował grupą ludzi, którzy je przesłuchali. Ta druga opcja zakłada istnienie długofalowej strategii: użycia taśm przeciw Nixonowi wtedy, kiedy pojawi się okazja? Ale jaka okazja? „Kret” nie mógł przecież przewidzieć zeznań Butterfielda przed komisją senacką. Monitorowanie taśm byłoby wówczas częścią szerszego planu, a nie decyzją podjętą ad hoc po zeznaniu Butterfielda. Oczywiście, to słuszne spostrzeżenie, ale North nie bierze pod uwagę, że „kret” mógł spokojnie od miesięcy identyfikować na taśmach fragmenty obciążające prezydenta, bo wiedział, że sprawa wyjdzie. A skąd wiedział? Ano stąd, że sam planował, aby w odpowiednim momencie „podegrać” informację o taśmach któremuś z członków komisji śledczej. To się jakoś łączy z wersją Woodwarda: informator występujący u Woodwarda jako Głębokie Gardło daje mu „cynk” o Butterfieldzie, Woodward przekazuje „cynk” swojemu kumplowi z komisji śledczej, komisja wzywa Butterfielda i „afera taśmowa” rusza.

North kreśli przypuszczalny scenariusz: „kret” był członkiem Secret Service, należącym do grupy uczestniczącej w nagrywaniu i strzegącej dostępu do taśm magazynowanych w tajnym pomieszczeniu pod Gabinetem Owalnym. Nie działał sam, ale przekazał kopie nagrań jakiemuś zespołowi ludzi, dostarczył im fotokopię kalendarza spotkań prezydenta i inne potrzebne informacje, aby mogli szybciej zidentyfikować odpowiednie fragmenty nagrań. Od nich John Maksymalny otrzymał informacje dotyczące dokładnej lokalizacji słów wypowiedzianych przez prezydenta i mógł zażądać konkretnych fragmentów taśm, udając, że dobra wróżka mu powiedziała, czego szukać. Oczywiście, nie można dziś stwierdzić, czy „kret” i ludzie z zespołu, działając dla własnych celów, nie uczestniczyli czasem w wielopoziomowej operacji. Niezależnie od tego, czy byli rozgrywani czy też nie, działali z osobistych pobudek, a motywowała ich – zdaniem Northa – zemsta. Drugim elementem tej układanki są osobiste powiązania pomiędzy kimś z Białego Domu i Hydraulikami. Skąd rekrutowali się członkowie zespołu? Odpowiedź: z grupy, która poczuwała się do związku z ofiarami. Ofiary łatwo zidentyfikować: Hydraulicy. Ich powiązanie jest także łatwe do zidentyfikowania: CIA. Kim byli Hydraulicy – G. Gordon Liddy czuwał nad całością, pięciu włamywaczy to Bernard Baker, Virgilio Gonzalez, Eugenio Martinez, James McCord, Frank Sturgis. Siódmą osobą był H. Howard Hunt. W momencie, kiedy Butterfield składał zeznania, wszyscy siedzieli w więzieniu. McCord i Hunt byli funkcjonariuszami CIA do 1970 roku. Hunt, szef różnych tajnych operacji, współdziałał w planowaniu inwazji w Zatoce Świń i odegrał swoją rolę w utworzeniu Kubańskiego Komitetu Rewolucyjnego, antycastrowskiej organizacji kubańskiej kontrolowanej przez służby, był w CIA 21 lat. James McCord, odpowiedzialny za bezpieczeństwo Komitetu na rzecz Reelekcji Prezydenta, był w CIA 19 lat; kubański „antycastrysta” Eugenio Martinez najprawdopodobniej jeszcze w 1972 roku znajdował się na liście płac Agencji; Bernard Baker był łącznikiem pomiędzy CIA i kubańskimi emigrantami podczas inwazji w Zatoce Świń; Frank Sturgis, także z ramienia CIA, uczestniczył w przygotowaniach do inwazji w Zatoce Świń.

Nixon pozwolił na to, aby grupa byłych funkcjonariuszy do spraw bezpieczeństwa narodowego poszła do więzienia w związku z włamaniem mającym związek z jego reelekcją; pod koniec 1972 roku było jasne, że nie zostaną ułaskawieni. 8 stycznia 1973 roku rozpoczął się ich proces. I wtedy zadziałało, zdaniem Northa, swoiste „braterstwo” ludzi służb specjalnych: widzieli, że inni członkowie ich „bractwa” idą do więzienia z winy polityków, czyli outsiderów, którzy przychodzą i odchodzą, podczas gdy oni pozostają, więc muszą się trzymać razem i sobie pomagać. To jest kwestia samozachowania, tu jest tylko jedna możliwość: oko za oko.

Kim mógł być „kret”? Słynna lewicowa tropicielka prawicowych spisków i machinacji, nieżyjąca już Mae Brussel odkryła w 1973 roku, że blisko związani ze sobą byli Hydraulik James McCord i Alfred Wong z Secret Service. Wong – szef Wydziału Bezpieczeństwa Technicznego czuwał nad dostępem do taśm, instalował i nadzorował cały system nagrywania. McCord, a właściwie jego firma ochroniarska otrzymywała lukratywne zlecenia, np. ochronę konwencji Republikanów w Miami, i to Wong był tym, który ją rekomendował. 1) „Kret” z Secret Service powiązany z Hydraulikami, 2) byli funkcjonariusze i agenci CIA tworzący grupę Hydraulików oraz  3) działający nieformalnie koledzy Hydraulików z CIA – ten układ zadziałał, aby obalić Nixona. To zresztą zgadza się z przypuszczeniami Marka Rieblinga, że Głębokie Gardło pochodził z CIA, oraz Lena Colodny’ego i Joan Hoff, że musiał to być ktoś z Białego Domu.

Nixon, zdaniem Northa, miał skłonności do paranoi – święcie wierzył, że „Oni” chcą go dopaść: liberałowie, Żydzi, media, elita ze Wschodniego Wybrzeża. Z pewnością miał powody do obaw, bo naprawdę był znienawidzony w różnych środowiskach, ale stawiając wozy w kręgu, aby bronić się przed oblegającymi go wrogami, zapomniał o przestrodze: „I będą nieprzyjaciółmi człowieka domownicy jego” (Mat. 10:36).

W dniu, kiedy John Maksymalny zażądał pierwszego fragmentu taśm, Nixon – pisze North – musiał się domyślić, że zdrajca jest z Białego Domu. Zrozumiał, że znalazł się w pułapce. Był prawnikiem, a swoją karierę rozpoczął w 1948 roku przecież od rolki taśm filmowych z wydrążonej dyni, będących dowodem w sprawie Algera Hissa. Człowiek, który dostarczył dowodów przeciw Nixonowi, być może jeszcze żyje. Nie złamał milczenia, dotrzymał nieformalnej „przysięgi” wiążącej „bractwo” profesjonalnych funkcjonariuszy służb. Kiedy w pierwszym tygodniu czerwca 2005 roku w wiadomościach tryumfalnie ogłaszano, że Głębokie Gardło to Mark Felt i że zagadka Watergate została ostatecznie rozwiązana, „kret” musiał się nieźle bawić.

Motyw prywatnej czy raczej korporacyjnej zemsty mógł odegrać swoją rolę, ale z Northem z pewnością nie zgodziłby się Murray Rothbard, który w znanym artykule Nagłe zgony na urzędzie pisał, że kiedy umiera polityk pełniący urząd, zawsze trzeba widzieć szerszy kontekst polityczny, także w przypadku takiego bezkrwawego zamachu, jak ten dokonany na Nixona. Rothbard wskazuje na książkę Carla Oglesby’ego, jednego z liderów Nowej Lewicy, prezesa Students for Democratic Society, zatytułowaną Wojna Kowbojów i Jankesów. Spiski od Dallas do Watergate (1976). Autor opisuje w niej ukrytą przed oczyma publiczności walkę frakcyjną toczoną od lat 50. XX wieku w amerykańskim establishmencie, której zewnętrznym wyrazem są wyborcze machinacje, korupcja, intrygi i kampanie medialne. A także, w skrajnych przypadkach – fizyczne eliminowanie przeciwników. Frakcje zawierają od czasu do czasu rozejm, rozdzielają strefy wpływów i stanowiska, a po pewnym czasie walka wybucha na nowo. Jankesi to bankowo-przemysłowa frakcja ze Wschodniego Wybrzeża (Nowy Jork, Nowa Anglia), czyli „stare pieniądze” i oparta na nich struktura władzy, ich symbol to Rockefellerowie. Atakują ich Kowboje („Sun Belt”, Floryda, Texas, Kalifornia), „młody”, zachodni kapitał i oparta na nim struktura władzy. Według Oglesby’ego to Kowboje wykończyli Jankesa Kennedy’ego, zastępując go Kowbojem Johnsonem, a Jankesi usunęli Kowboja Nixona zastępując go Jankesem Fordem. May Brussell odkryła, że James McCord był w Dallas w dniu zamachu, zaś niektórzy badacze zamachu na Kennedy’ego uważają, że to Hunt i Sturgis byli wśród trzech rzekomych włóczęgów zatrzymanych przez policję w bezpośrednim sąsiedztwie Dealy Plaza, którzy potem zniknęli bez śladu.

„Wczesnym rankiem 22 listopada 1963 roku Hydraulicy – Frank Sturgis, James McCord, Howard Hunt, Eugenio Martinez – spotkali się w przydrożnym barze na przedmieściu Dallas”. Ale to już całkiem inna teoria.

Tomasz Gabiś

(Pierwodruk: „Nowe Państwo”, 2007, nr 1)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»