Tomasz Gabiś
Kiedy przed dziesięciu laty, 17 lutego 1998 roku, w wieku 103 lat zmarł Ernst Jünger, gazety w całej Europie przypomniały o nim w kilkunastostronicowych niekiedy nekrologach. Od tamtej pory opadły polityczne namiętności, jakie wzbudzał pisarz, natomiast zainteresowanie jego dziełem nie słabnie. Nicolai Riedel wydał bibliografię naukowych i eseistycznych książek, monografii, rozpraw i dysertacji poświęconych twórczości Jüngera, a powstałych pomiędzy 1928 a 2002 rokiem, w sumie prawie 2000 pozycji. Wznowiono książeczkę wybitnego filozofa Hansa Blumenberga Człowiek z księżyca. O Erneście Jüngerze. Ukazał się tom 90. Dzieł Wszystkich Martina Heideggera zawierający zapiski filozofa na temat Jüngera, łącznie z licznymi notatkami poczynionymi przezeń na marginesach Robotnika, Liści i kamieni i Ponad linię. Wydano korespondencję z Carlem Schmittem, Gottfriedem Bennem, Friedrichem Hielscherem i Gerhardem Nebelem, a ostatnio ukazała się korespondencja Jüngera z Margaret Boveri, autorką słynnej książki Zdrada w XX wieku. Koniec roku 2007 przyniósł dwie ważne pozycje w literaturze jüngerowskiej: liczącą ponad siedemset stron jego biografię intelektualną i artystyczną autorstwa Helmutha Kiesela, profesora historii literatury najnowszej na uniwersytecie w Heidelbergu, jednego z najlepszych w Niemczech znawców literatury nowoczesnej, oraz książkę biograficzną Heimo Schwilka Ernst Jünger. Ein Jahrhundertleben (ponad sześćset stron). Schwilk uchodzi za jednego z najlepszych znawców życia i twórczości Jüngera. Od początku lat osiemdziesiątych XX wieku był jego osobistym przyjacielem i „Eckermannem”. Nad biografią pisarza pracował 10 lat, m.in. przeglądając 50 tys. listów. Obecnie jest redaktorem prowadzącym w gazecie „Welt am Sonntag“. Obydwie monografie spotkały się z dużym z zainteresowaniem prasy codziennej w Niemczech, pojawiło się mnóstwo recenzji, omówień i polemik.
Lorenz Jäger zauważył, iż trudno zliczyć maski i autostylizacje Ernsta Jüngera, od wojownika do anarchy, od zimnego do współodczuwającego obserwatora, od nietzscheanisty do czytelnika Psalmów, od myśliciela narodu do proroka „państwa światowego“. Zdaniem Martina Haltera, Jünger to paradygmatyczna osobowość antyautorytarna, „intruz w domu ojca”, zawsze albo rebeliant, albo uciekinier przed uciskającymi go systemami, przed autorytetami pragnącymi zastraszać i przed własnym „ja”, który zarazem narcystycznie rozkoszuje się własnym wyobcowaniem. Bezkompromisowym i bezlitosnym radykalizmem swojego antymieszczańskiego resentymentu fascynował zarówno prawicę, jak i lewicę, potrafił być ultranacjonalistą lamentującym nad upokorzeniem Niemiec i wypatrywać nadejścia totalitarnego „typu” Robotnika, a jednocześnie brylować w kręgach artystycznej cyganerii, pogrążać się w narkotycznych odurzeniach i surrealistycznych wizjach, oddawać studiowaniu magów i mistyków. Nie należał do tych, „którzy nie życzą sobie dzisiaj, aby im przypominano, kim byli wczoraj”, ale nigdy też publicznie się nie usprawiedliwiał i nie kajał za polityczne i ideologiczne błędy. Po 1945 roku wycofał się do nadleśniczówki w Wilfingen, poza „mur czasu”, aby tam jako „leśny wędrowiec”, anarcha lub „ultrafizyk” z olimpijskim spokojem trwać przez pół wieku na „straconym posterunku”, medytować i pisać. Nie da się go politycznie zrehabilitować, ale, przewiduje Halter, pozostanie on jednym z najbardziej fascynujących samotników niemieckiej literatury, „postacią stulecia”, nie tylko ze względu na biblijny wiek, jakiego dożył. Richard Herzinger konstatuje, że w latach 90. ubiegłego wieku lewicowo-antyfaszystowskie werdykty na temat Jüngera typu: „torował drogę” Hitlerowi, antysemita, piewca wojny etc. niespostrzeżenie traktować zaczęto w kręgach literackich i akademickich jak wyroki ignorantów; pisarzowi oddali hołd Peter Sloterdijk („Jünger to mistrzowski myśliciel cynicznego rozumu”), Hans-Jürgen Syberberg, Rolf Hochhuth, Heiner Müller, Botho Strauss, Frank Castorff i inni niemieccy intelektualiści. Jego dzieło, stwierdza Herzinger, bez śladu muzealnej nostalgii sięga wstecz w głębiny czasu i pomaga nam zrozumieć, że nie pojmie nowoczesności ten, kto nie chce być nikim innym jak tylko nowoczesnym. Jünger okazuje się nagle stojącym ponad ideologiami sejsmografem podziemnych ruchów w historii i społeczeństwie, których nie może objąć „płaski” oświeceniowy racjonalizm, ba, których rozpoznanie uniemożliwia właśnie ów racjonalizm. Pisarz Botho Strauss, niegdyś pieszczoch lewicy, obwołał nawet Jüngera tym, który na płaszczyźnie estetycznej toruje drogę nadciągającej duchowej zmianie epok, bo przemija czas tzw. krytycznej świadomości, przywiązanej do powierzchni świata zjawisk. Odkrywają Jüngera ludzie z nowej lewicy i z nowej prawicy, gdyż obu dostarcza narzędzi pozwalających zachować suwerenność wobec kulturalno-politycznego status quo. Odkrywają oni pokrewieństwo swojego losu z losem dawnego konserwatywnego rewolucjonisty: tak jak on musieli porzucić polityczną nadzieję na zaistnienie „postmieszczańskiego świata”, ale równocześnie nie chcą się pogodzić z ostatecznym tryumfem demokratycznego liberalizmu.
W 1982 roku na łamach organu radykalnej lewicy „Pflasterstrand” wyznawał street fighter Joschka Fischer: „Kiedy zastanawiam się nad swoją radykalno-lewicową biografią, to widzę, że Jünger kilkakrotnie przeciął moją drogę. Zarówno Ernst Jünger, jak i Carl Schmitt uchodzili w okresie rewolty studenckiej w środowisku lewicowych aktywistów za rodzaj intelektualnego sekretnego cynku, otoczonego aurą intelektualnej obsceniczności; jasne, to byli faszyści, ale mimo to czytano ich z wielkim zainteresowaniem. Im bardziej bojowa stawała się rewolta, im bardziej »fighter« wysuwał się na pierwszy plan, tym bardziej uderzające stawały się paralele; później kiedy nadszedł czas „subiektywności” i „polityki w pierwszej osobie”, znowu czytano Ernsta Jüngera, tym razem jako Jüngera od narkotyków; i jeszcze później, kiedy walka klasowa ostatecznie ustąpiła miejsca Don Juanowi i dalekowschodniej iluminacji, to nowolewicowe Trzecie Oko wpatrywało się w kosmicznego Jüngera; że nie wspomnę o jego skłonności do przedindustrialnego świata i krytyce cywilizacji”. Fischer (w młodości pacyfista) na pewno entuzjastycznie przyjął odkryty niedawno w jüngerowskim archiwum zapisek z I wojny światowej: „Kiedy ta zasrana wojna się wreszcie skończy?”.
Thorsten Hinz uważa, że powrót Jüngera to powrót wyklętego, który nigdy nie dawał się wp(r)asować w (zachodnio)niemieckie życie kulturalne i duchowe. Niemiecki „przemysł świadomości” traktował wykluczenie Jüngera jako powód do dumy oraz świadectwo demokratycznej emancypacji i duchowej higieny. Nic w tym dziwnego, bo niepodobny był do koncesjonowanych literatów-„buntowników”, uprawiających w sposób tylko nieco bardziej wyrafinowany niż normalny poputczik liberalnej demokracji apologetykę systemu dostosowaną do wymogów rynku. „Leśny wędrowiec” Jünger nie czerpał swoich pojęć prawdy i moralności z ustaw wypichconych przez partyjnych jurystów, naruszając tym samym dobre samopoczucie zachodnioniemieckiej inteligencji, której wyznaczono zadanie dostarczenia nowemu państwu legitymizacji duchowo-kulturalnej, a do takiej misji Jünger zupełnie się nie nadawał. Ponieważ opisywał wojnę od wewnątrz, doprawiono mu „gębę” jej wielbiciela, a przecież to on właśnie ostrzej niż inni rejestrował zniszczenie etosu wojskowego i rycerskiego w okresie światowej wojny domowej. Potępiano „militarystę”, a świat nadal pełen jest wojen i pośród nich dzieje się polityczna egzystencja. Obecne zjawiska i wydarzenia w tej sferze przerastają intelektualne siły lewicowo-liberalnych elit niemieckich, które, jak choćby w przypadku akcji w Afganistanie, nie potrafią podjąć żadnej decyzji, miotając się bezradnie pomiędzy wieczną skruchą za wojenną przeszłość, naiwnym pacyfizmem i lenniczą wiernością wasala. To nie jest problem osób, ale problem strukturalny: język niemieckiej lewicowo-liberalnej inteligencji nie wystarcza, aby sformułować polityczną i wojskową etykę działania; nad duchowo-kulturalną tożsamością wytworzoną w Niemczech Zachodnich unosi się tchnienie jej własnej skończoności, dlatego klątwa, jaką obłożono Jüngera, przestaje działać. Rozwiewają się powoli iluzje, że można państwo, naród, społeczeństwo na nowo wynaleźć w aseptycznym laboratorium, a ich spoistość zagwarantować za pomocą technik socjalnych i „działania komunikacyjnego”, przestrzegania reguł dyskursu i zasad „demokratycznego państwa prawa”. Między innymi Jünger daje nam do ręki instrumenty, aby rozproszyć mgłę ideologicznych fantazmatów. Przed dziesięciu laty, pisze Hinz, dopełniło się życie i dzieło Ernsta Jüngera, za Rilkem powtarzamy, że „wszystko, co dopełnione, powraca do prawieku”, ale nie po to, żeby zniknąć na zawsze, ale by stamtąd ciągle na nowo wyruszać w podróż poprzez metamorfozy epok.
Julia Encke podkreśla, że zanikły dziś lęki przed zetknięciem się z autorem, uznawanym przez tyle dziesięcioleci za wielce kontrowersyjnego, można się doń zbliżać tak jak on sam zbliżał się do rzeczy: z chłodnym spojrzeniem; wszelkie tabu i ideologiczne odruchy są już passé. Stefan Breuer zauważa, iż polityczne napięcie wokół pisarza wyraźnie się zmniejszyło, przeważać zaczyna rzeczowe podejście: ani demonizacja, ani czołobitność, po prostu oddaje mu się sprawiedliwość. Stephan Schlak stwierdza, że Jünger utracił swoją polaryzującą siłę, przestał służyć jako broń w literacko-politycznej walce, zakończyły się naładowane moralnymi emocjami, ideologicznie przegrzane debaty starej Bunndesrepublik. Pewnie to dobrze, ale z drugiej strony czai się tutaj nuda – ten koszmar wszystkich „awanturniczych serc”. „Konserwatywny rewolucjonista” i „magiczny realista” dostał się w ręce pozytywistycznych filologów, którzy go prywatyzują i depolityzują. Jak to ujął Martin Halter, Jünger – zbieracz chrząszczy – sam zaczyna być badany przez filologów jak chrząszcz przez entomologów. To się nie podoba części młodej konserwatywno-narodowej prawicy. Götz Kubitschek z kręgu pisma „Sezession”, które ostatnio poświęciło cały numer autorowi Promieniowań pokazując między innymi, jak toposy i motywy jüngerowskie przeniknęły do niemieckiej subkultury muzycznej, przyznaje rację lewicy, kiedy ta podnosi larum, że „groźnego faszystę” Jüngera chce się przemodelować na sympatycznego, konserwatywnego wujaszka. Starego wilka owijają w owczą skórę, oswajają, wyrywają mu zęby, oburza się młoda prawica, zarzucając biografowi Schwilkowi, że wygładził i udomowił pisarza, oszlifował kanty i kąty prowokującego dzieła, by je uczynić strawniejszym dla polityczno-intelektualnego centrum w Niemczech. Młoda prawica zapowiada, że nie dopuści do tego, aby zrobiono zeń „chusteczkę, którą filister wyciera sobie pot z czoła”; trzeba ratować Jüngera dynamicznego, niebezpiecznego, ryzykownego, „dzikiego” przed tymi, co zamieniają go w marmurowy pomnik albo ciepłe kluchy. Na pocieszenie młoda prawica dowiedziała się od Schwilka, że na starość Jünger nie czytał „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, lecz konserwatywno-narodowy tygodnik „Junge Freiheit”.
Horst Seferens postawił tezę, iż w swoim powojennym dziele Jünger będący zarówno „człowiekiem przedwczoraj”, jak i „człowiekiem pojutrza” wypracował wyrafinowaną technikę literackiego kamuflażu, która pozwoliła mu polityczno-strategiczne dyskursy i programowe refleksje roztopić i ukryć w skomplikowanym języku metafor i obrazów. Seferens dowodzi, że po 1945 roku Jünger kontynuował swój projekt „konserwatywnej rewolucji” sprzed 1933 roku, ale w taki sposób, żeby nie naruszać tabu kultury politycznej Niemieckiej Republiki Federalnej, uważanej przezeń, jak jego pogląd streszcza Arne Schimmer, za „społeczeństwo fellachów od czasu do czasu dręczone moralnie przez demagogów”, za wypełnioną zgiełkiem liberalistycznych swarów partii i grup interesów wielką rupieciarnię zużytych idei i historycznego gruzu. Jego krytyka była czasami, co podkreśla Schwilk, bezpośrednia i ostra, a odnosiła się do takich zjawisk jak: degradacja kultury do życia kulturalnego, jednowymiarowość historiografii i tak zwanej literatury zaangażowanej, utrata ważnych tradycji kulturalnych, wulgaryzacja i prymitywizacja języka niemieckiego.
Jünger, przypomina Schimmer, wieścił powrót Tytanów i koniec historii – gdzie kończy się historia, tam droga wiedzie z powrotem do natury albo do mitu, albo do stanu nieobecności człowieka. Władza Tytanów to zmiana biosfery i materii poprzez technikę genetyczną i jądrową, zastąpienie wojny przez terroryzm, powszechne umasowienie, koncentracja władzy w rękach wąskich biurokratycznych elit, osłabienie wszystkiego, co patriarchalne na rzecz tego, co matriarchalne, i przede wszystkim głód energii, dla zaspokojenia którego poświęca się wszystko, łącznie z moralnością. Tytani (moce Ziemi) powracają na elementarnej płaszczyźnie jako różne formy energii, przy pomocy których utrzymywany jest w ruchu techniczny aparat zachodniej cywilizacji. Na jednym poziomie zachodzi rewolucja światowa – polityczne przewroty, wstrząsy i rewolucje XX wieku, bolszewizm i reakcje nań, światowa wojna domowa 1914-1945, aż po plutokratyczny liberalizm Jednego Świata, w którym masa bez właściwości, złożona z „ostatnich ludzi” Nietzschego, tworzy odpowiadający jej naturze system polityczny. Schimmer pisze, że w przeciwieństwie do swojego dawnego towarzysza z narodowo-rewolucyjnych kółek Republiki Weimarskiej Ernsta Niekischa, który każdą pozycję metafizyczną historyzował rzutując ją na płaszczyznę socjopolityczną, Jünger każde polityczne stanowisko zamienia w metafizykę – na przykład koniec politycznej historii Niemiec w 1945 roku podniósł do rangi końca historii w ogóle. Stąd również rewolucję światową interpretuje on jako zewnętrzną manifestację rewolucji ziemskiej stanowiącej przeskok od jednej „ery geologicznej” do następnej. Gaja zmienia skórę, Tytani ogłaszają „totalną mobilizację”, człowiek jest obiektem „geologicznych” metamorfoz, realizuje on tylko to, czego pragnie Ziemia, dokonuje się duchowa mutacja gatunku ludzkiego. Aby zobrazować ten proces, Jünger zamiast metafor darwinowskich stosował couvierowskie, porzucał linearny czas historii na rzecz cyklicznego czasu mitu, bo ewolucja dokonuje się nie linearnie i sukcesywnie, ale poprzez skoki czasu, gwałtowne przełomy, katastrofy i mutacje. Jünger nie myśli historycznie, ale mitycznie, co znaczy, że prawda wydarza się nie w czasie historycznym, lecz poza czasem i pojawia się w historii jedynie zaszyfrowana jako alegoria, symbol i mit. Jego podejście jest całkowicie antydialektyczne i apolityczne także w tym sensie, że impet planetarnych procesów transformacyjnych, pojmowanych jako przejście z jednej ziemskiej ery do następnej, czyni zajmowanie się praktyczną polityką czymś anachronicznym i śmiesznym. Dlatego kiedy w 1983 roku narodowy komunista Richard Scheringer wezwał go, aby przyłączył się do ruchu pokojowego przeciwko stacjonowaniu w Niemczech rakiet średniego zasięgu, odpowiedział lakonicznie: „Polityka niezależnie od barwy od dawna budzi we mnie odrazę. Nie maszeruję już za żadnym sztandarem. Poza tym rewolucji ziemskiej nie da się opanować politycznymi środkami. Co najwyżej mogą one służyć do garnirowania skraju wulkanu, o ile wręcz nie przyspieszają biegu rzeczy”.
Życie, mówi Schwilk, pojmował Jünger jako stan tajemnicy, człowieka uważał za cudowną istotę żyjącą w na wskroś cudownym świecie, wymagającym ochrony przed banalizatorami i „strasznymi symplifikatorami”, do tzw. demokratycznego dyskursu wniósł niewiele, filozofowania nad urną wyborczą nie uważał za szczególnie produktywną działalność. Ostrzegał, że człowiek Muz z zapałem oddający się ideologicznym rozważaniom o polityce, dokonuje duchowego samookaleczenia. Był ostatnim przedstawicielem gatunku historiozoficznych prognostów w typie Spenglera i Nietzschego, którzy rościli sobie prawo do porządkowania, klasyfikowania i interpretowania historii. Botho Strauss określił go mianem wielkiego outsidera, którego dzieło wyrasta ponad niemiecką powojenną literaturę. Teza śmiała, ale słuszna, uważa Schwilk. Był niemieckim romantykiem, stąd jego niestrudzony wysiłek, by dotrzeć do sensu, „zbliżyć” się do tajemnicy; chciał rzeczywistość uromantycznić, opisać ją głębiej, w jej pełnym blasku, w końcu – mistyczniej, inaczej niż postrzega ją codzienny, zdrowy rozsądek; nie zadowalał się powierzchnią rzeczy, poszukiwał drugiego dna i miał niewiarygodne wyczucie tego, co dopiero kiełkuje w historii, rejestrował jej podziemne nurty, na długo zanim stały się mainstreamem. Był filozofującym pisarzem z równoczesną skłonnością do tego, co realne i konkretne – wielki znawca flory i fauny, namiętny podróżnik z wielkim zainteresowaniem dla historii i kultury, które w sposób wyjątkowy otwiera przed nami w swoich dziennikach z podróży; nie tylko myśli, on także widzi i to „duchowym okiem”; obce mu jest operowanie na płaszczyźnie czystych pojęć, myśli obrazami; owo połączenie refleksji i obrazu powoduje zatrzymanie epickiego nurtu; dlatego Jünger nie jest opowiadaczem, nigdy nie napisał rzeczywiście znaczącej powieści. Za to jego wielkie eseje i dzienniki należą do najbardziej znaczących w XX stuleciu. Interpretował świat mitycznie, a w takim świecie powrót jest zawsze możliwy, stare jest zawsze nowe, a nowe zawsze już było. Pozostał niemieckim patriotą, chociaż jego eseje krążyły już nie wokół państwa narodowego i Rzeszy, ale fenomenu przyszłego „państwa światowego”, globalnych zbrojeń, techniki atomowej, ekologicznych spustoszeń, planetarnych porządków. Schwilk jest pewien, że każdy czas ma „swojego” Jüngera. Stworzony przezeń typ anarchy zostanie dopiero odkryty jaka figura ponowoczesności. Nie tracił nadziei na powstanie nowej duchowości, nowej teologii, które nie zezwolą na to, żeby ostatnie słowo należało do destruktywności i małoduszności nowoczesnego człowieka. Nikomu nie dał się zawłaszczyć. Choć nic nie było mu bardziej obce niż uprawianie misjonarstwa, choć żył i tworzył jak „Jedyny ze swoją własnością”, to zarazem może być dla innych przykładem. Jak światło, za którym się podąża.
Sporo zamieszania, a może nawet i zgorszenia, wśród jüngerystów i antyjüngerystów wywołał młody germanista Tobias Wimbauer proponując nową interpretację słynnej „sceny z burgundem” wpisanej pod datą 27 maja 1944 roku, najczęściej chyba cytowanego fragmentu paryskiego dziennika Jüngera, za sprwą którego przylgnęła do niego etykieta „estetyzującego piewcy wojny“, „zimnokrwistego sybaryty barbarzyństwa” (Tomasz Mann) itp.
Z dachu hotelu „Raphael” Jünger obserwuje alianckie bombowce:
Za drugim razem, o zachodzie słońca, trzymałem w dłoni kieliszek burgunda, w którym pływały truskawki. Miasto ze swymi czerwonymi wieżami i kopułami tchnęło potężnym pięknem, podobne do kielicha wystawionego na śmiertelne zapłodnienie z powietrza. Wszystko było spektaklem, było czystą mocą potwierdzoną i wywyższoną przez ból (przeł. S. Błaut).
Wimbauer przetrząsnął wszystkie dostępne akta dotyczące paryskiego okresu Jüngera, m.in. dziennik wojenny Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, i nigdzie nie znalazł śladu, aby 27 maja 1944 roku o zachodzie słońca alianckie lotnictwo zaatakowało Paryż. Nikt poza Jüngerem o takim nalocie nie wspomina. Już wcześniej u co bardziej podejrzliwych filologów pojawiały się wątpliwości co do empirycznej prawdziwości „sceny z burgundem”; podejrzewano tu jakieś szyfry i „prywatne” symbole. Wimbauer poszedł tym tropem i przeprowadziwszy wzorową analizę filologiczną z masą przypisów, cytatów i odwołań odsłonił wszystkie jej religijne, biograficzne, erotyczne, teologiczne, entomologiczne, malarskie i literackie motywy, aluzje, pierwowzory i odniesienia. Na przykład „kielich” występuje u Jüngera na określenia ludzkiego ciała, niekiedy z erotycznym podtekstem, Paryż nazywał on niekiedy swoją „przyjaciółką”, w jednym z listów napisał, że Paryż to jedyne miasto, do którego ma taki stosunek jak do kobiety. Wimbauer rekonstruuje łańcuch mocnych poszlak, dochodząc do wniosku, że nie idzie o nalot na okupowany Paryż, ale o zmetaforyzowany, zamaskowany opis afery miłosnej Jüngera: Paryż był dlań kobietą, zaś kobieta, w której się tam kochał, to Sophie Ravoux, lekarka pediatra, występująca w dziennikach pod różnymi pseudonimami. I tak filolog przerobił alianckie bomby na miłosne uniesienia, a z piewcy wojny zrobił zwolennika hasła make love not war.
Warto wspomnieć na koniec, że grupa wrocławskich filologów „dowodzona” przez prof. Wojciecha Kunickiego świetnie przełożyła i starannie opracowała, a wydawnictwo Arcana wydało w zeszłym roku obszerny wybór politycznej publicystyki politycznej Jüngera z lat 1919-1936, w której, jak skonstatował socjalliberalny historyk idei Kurt Sontheimer (zm. 2005), znajdziemy „moc języka, styl i ideologiczne opętanie, które nie mają sobie równych”, ale, podkreślmy, stanowiącej jednak tylko niewielką część dzieła zajmującego dziś 22 spore tomy. Tą znakomitą edycją zainteresował się reprezentant „Europy” Cezary Michalski, kolega Heimo Schwilka z tej samej korporacji medialnej. Inaczej niż Schwilk, który napisał grubą biografię Jüngera adresowaną do inteligencji europejskiej, piszący dla rodzimej inteligencji Michalski, sportretował pisarza grubym pędzlem wyciągniętym z kubełka, gdzie na dnie zostało trochę na wpół zaschłych „centroliberalnych” komunałów: piewca wojny, dekadent, estetyzujący fanatyk, zblazowany kapitan Wehrmachtu, żałosny mieszczański esteta, żałosny inteligencki naiwniak, Halbantisemit, człowiek politycznie skompromitowany, który „torował drogę” Hitlerowi. Jak widać, „straszni symplifikatorzy” zachowują czujność.
Tomasz Gabiś
(Pierwodruk:„Nowe Państwo”, 2008, nr 2)
