«
»

Imperium Europejskie

PRAWICOWA REKONSTRUKCJA UNII EUROPEJSKIEJ

11.13.08 | 2 komentarze

Tomasz Gabiś

II Unia Europejska chce być suwerennym podmiotem globalnej gry politycznej i projektować wielką budowlę polityczną Eurazji i świata. Innymi słowy to, co charakteryzowało dawne państwa narodowe Europy, powraca na wyższym, kontynentalnym i imperialnym poziomie: prowadzenie polityki siły, desygnowanie wrogów i sojuszników, dominacja, hegemonia, rozszerzanie sfer wpływów, przejmowanie – w formach odpowiednich dla naszych czasów – kontroli politycznej nad ludami, ziemiami i zasobami.

Europejskie elity, „biorąc odpowiedzialność za świat”, ponownie uczą się języka siły, geostrategii, geopolityki, mocarstwowości, potęgi globalnej. Język polityczny w Europie po 1945 roku był martwy, gdyż paradygmat polityczny suwerennego, europejskiego państwa narodowego, w ramach którego język ów funkcjonował, upadł. Z kolei dominująca w I Unii Europejskiej humanitarystyczno-pacyfistyczno-handlowo-sentymentalna nowomowa ujawniła swą żałosną śmieszność, groteskową dysfunkcjonalność i całkowitą bezsilność w zderzeniu z twardą materią światowej polityki. W jej miejsce wchodzi język polityczny II UE, będący językiem żywym, bo dostosowanym do nowej sytuacji historycznej i odnoszącym się do realnego, suwerennego bytu politycznego. Powrót do Europy języka politycznego jest warunkiem powstania postulowanej przez Jürgena Habermasa – „nowej politycznej samowiedzy, która odpowiadałaby roli Europy w świecie XXI wieku”.

O ile duża część zwolenników I UE widziała ją jako swego rodzaju „wielką Szwajcarię”, która ucieka z historii i polityki, rezygnując z uczestnictwa w „walce o świat”, o tyle zwolennicy II UE świadomie i zdecydowanie sprzeciwiają się takiemu „zeszwajcarzeniu” Europy. To, że II Unia Europejska jest spacyfikowana wewnętrznie – i w tym tylko sensie stanowi ona „wielką Szwajcarię”, europejską Eidgenossenschaft – nie znaczy wcale, że – stale zagrożona przez wrogów – nie organizuje ona akcji politycznych przeciwko nim, nie „montuje” prowokacji na dużą skalę, nie zleca służbom specjalnym przeprowadzania zamachów, nie prowadzi wojen (zawsze obronnych), nie dokonuje zbrojnych interwencji (zawsze w imię pokoju) – wręcz przeciwnie: to pierwsze warunkuje to drugie; wewnętrzna pacyfikacja pozwala na (geo)polityczną ekspansję, umożliwia zdobycie przewagi nad innymi organizmami politycznymi. W Unii Europejskiej, gdzie panuje „wieczny pokój”, Kant mieszka już od dawna, co nas wszystkich wielce cieszy, teraz z banicji powracają różne „podejrzane indywidua” w rodzaju Machiavellego, Hobbesa i Schmitta.

Wewnątrz Unii Europejskiej mamy już zatem epokę postpaństwową, posthegemonialną, postpolityczną, ale tylko wewnątrz, na zewnątrz Unia Europejska dąży do tego, aby stać się światową potęgą. Żeby jednak mogła się nią stać, musi dokonać poważnych reform wewnętrznych. Paradoks polega bowiem na tym, że „likwidatorzy” europejskiego państwa narodowego gorąco przywiązani są do obowiązujących w nim zasad i mechanizmów, widzą Unię Europejską jako coś w rodzaju dawnego, unitarnego państwa narodowego. Jakobińską koncepcję państwa i narodu przenoszą na szczebel kontynentalny, tworząc zbiurokratyzowane socjaldemokratyczne „supereuropaństwo narodowe”, najlepiej zamieszkane przez jeden „naród europejski” wyznający te same „europejskie wartości”, czyli wartości z pożółkłego leksykonu ideologicznych komunałów XIX i XX wieku.

W rezultacie na I UE składały się: nacjonalistyczna uniformizacja („harmonizacja”) na skalę kontynentalną, socjaletatyzm, elementy gospodarki planowej, nieograniczona wiara w kontrolę administracyjną i odgórne sterowanie życiem społecznym, „prewencjonizm” i prohibicjonizm wszelkiego rodzaju, ograniczenia pluralizmu ideologicznego i wolności słowa. Unia stawała się powoli „państwem ideologicznym”, wręcz „państwem wyznaniowym” z dominującą świecką religią „praw człowieka”, aż przekształciła się w swego rodzaju lewicowo-liberalną klerokrację.

I UE, co z pewnością nie leżało w intencjach pierwszych powojennych założycieli wspólnoty europejskiej, stała się – w swojej schyłkowej fazie – Unią biurokratów, funkcjonariuszy, planistów, socjalnych inżynierów pozostających w symbiotycznym związku z bankierami, szefami koncernów i lobbystami wszelkiej maści. II UE stawia na nogi to, co w I UE postawiono na głowie: jej ideową podwalinę stanowi klasyczny liberalizm z jego koncepcją państwa ograniczonego, które z tego ograniczenia czerpie swoją siłę. Gdyby najkrócej chcieć scharakteryzować II UE, to moglibyśmy ją nazwać „liberalnym superpaństwem-minimum”.

Dlatego w II UE likwiduje się wszystkie, odziedziczone po I UE, struktury gospodarki planowej i interwencjonizmu państwowego, takie jak wspólna polityka rolna, polityka „spójności”, polityka rozwoju regionalnego etc., czyli wszystkie te struktury, które uczyniły z niej wielką machinę redystrybuującą ściągnięte z podatników środki wzdłuż i wszerz całego kontynentu i które hamowały proces organicznego zrastania się krain europejskich.

II UE tworzy jeden wielki obszar gospodarczy, gdzie nie istnieją żadne granice celne, panuje pełna wolność poruszania się, osiedlania się, podejmowania pracy, handlu, działalności gospodarczej, inwestowania, kupowania ziemi i wszelkiej innej własności. Obok – najlepiej opartej na złocie, niezwykle ważnej dla suwerenności UE – waluty imperialnej (obecne euro), funkcjonują waluty lokalne i prywatne. Władze II UE nakłaniają kraje związkowe do prywatyzacji własności publicznej, rezygnacji z nadmiernego fiskalizmu (np. do zniesienia progresji podatkowej i wprowadzenia podatku liniowego), stoją na straży wartości europejskich takich jak zasada nienaruszalności własności prywatnej i wolności umów. Duch panujący w II UE niechętny jest zarządzeniom, rozporządzeniom, regulacjom, zakazom, nakazom, dyrektywom, paragrafom, przepisom, odgórnie narzucanym normom i standardom – wszystkim biurokratycznym ingerencjom w gospodarkę, w życie prywatne obywateli. II UE zrywa z wszelkimi dążnościami do glajchszaltowania Europy, jest tarczą chroniącą odrębności, samoistności i swoistości lokalnych, rodzimych kultur, systemów prawnych, tradycji, obyczajów, światopoglądów; władze Unii popierają „organiczną dyferencjację przeciw zatomizowanej identyczności”, bronią prawa narodów do wyboru własnej drogi rozwoju kulturalnego i obyczajowego przed zakusami niwelatorskiego „eurojakobinizmu” i „demototalitarnego egalitaryzmu”. W II UE narodowe prowincje żyją wedle własnego fasonu – władze Unii wymagają jedynie, żeby nie robiły nic, co zagroziłoby jej wewnętrznej jedności i terytorialnej integralności, nie porozumiewały się jej wrogami zewnętrznymi i aby odprowadzały do budżetu centralnego należną część podatków.

Niemiecki filozof Peter Koslowski, rozważając w 1995 roku nową europejską ideę imperialną, ostrzegał przed przyjmowaniem dla Europy-Ojczyzny modelu „Naród-Europa”. Wzorcem, obrazem przewodnim – stwierdzał Koslowski – winno być raczej Imperium Europejskie, Europejski Commonwealth, który może stać się ojczyzną wszystkich Europejczyków. Ustanowienie II UE równa się zerwaniu z dotychczasowym lewicowym modelem Narodu-Europy (zbliżonym od postfaszystowskiej koncepcji „Europe a Nation” Oswalda Mosleya) przechodząc do modelu Imperium Europejskiego. Proces ten jest analogiczny do regionalizacji w kontekście unitarnych państw narodowych – obecnie hasło „regionalizacji Europy” oznacza, że poszczególne kraje europejskie wchodzące w skład Unii są odpowiednikami regionów, landów czy, jak chcą niektórzy, „województw” i dążą do tego, aby zachować odrębność i umocnić samodzielność w kształtowaniu swojej wewnętrznej polityki kulturalnej, religijnej, obyczajowej, prawnej itd.

Paralelnie do rewitalizacji Unii i procesu odchodzenia od jakobińskiego, eurosocjalistycznego modelu I Unii Europejskiej przebiega proces tworzenia wspólnej, silnej egzekutywy ograniczonej do najistotniejszych dziedzin wielkiej polityki. Innymi słowy, decentralizacji i „spłyceniu” na płaszczyźnie administracyjnej, gospodarczej i kulturalnej towarzyszy centralizacja wojskowo-polityczna – idzie o zasadnicze „pogłębienie”, ale w czysto politycznym sensie. Podkreślić należy bardzo mocno, że ta decentralizacja Unii, zachowanie różnorodności krain europejskich na innych płaszczyznach niż polityczno-wojskowa, kulturalne, obyczajowe, prawne samookreślenie prowincji narodowych nie jest przeszkodą polityczno-wojskowego zjednoczenia, ale jego warunkiem sine qua non – bez wewnętrznej reformy Unia nie osiągnie samostanowienia.

Prosta i krótka konstytucja Unii koncentrować się powinna na najważniejszych kwestiach ustrojowych, zawierać gwarancje dla życia, zdrowia, własności i wolności obywateli, stanowiąc w ten sposób solidną podporę europejskiego „patriotyzmu konstytucyjnego”. Głową Unii jest prezydent wybierany przez elektorów-członków Rady Unii Europejskiej (współczesnych Kurfürsten) na swego rodzaju „konklawe” w stolicy Unii. Każda prowincja wysyła na „konklawe” jednego delegata dysponującego jednym głosem. Kadencja prezydenta trwa 7 lat; jeśli na prezydenta wybrany zostaje któryś z członków Rady Unii Europejskiej, składa on rezygnację ze swojego urzędu w prowincji. Prezydent może być wybrany na dwie kadencje; ma on prawo zaproponowania elektorom kandydatury swojego następcy.

Prezydent powołuje przewodniczącego Komisji Europejskiej, zaś przewodniczący Komisji – komisarzy. Prezydent jest odpowiedzialny za politykę zagraniczną Unii, decyduje o wojnie i pokoju, ma prawo wprowadzenia stanu wyjątkowego na całym terytorium UE, jest głównodowodzącym Wojska Europejskiego (WE) wyposażonego w broń nuklearną i kontynentalną „tarczę antyrakietową”, dysponującego Siłami Szybkiego Reagowania odpowiadającymi na każde niebezpieczeństwo, niezależnie od tego, gdzie się ono wykluwa i czai, oraz lotnictwem gotowym – w razie zagrożenia Unii – błyskawicznie zbombardować dowolny punkt na kuli ziemskiej. Prezydent powołuje i odwołuje szefa Sztabu Generalnego WE, powołuje i odwołuje dyrektorów Europejskiej Agencji Wywiadu, Europejskiej Agencji Kontrwywiadu oraz Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Obecne państwa narodowe będą w UE pełniły rolę okręgów wojskowo-policyjnych z własnymi lokalnymi armiami i siłami policyjnymi, z lokalnymi filiami wywiadu i kontrwywiadu, ale podporządkowanych nadrzędnym celom strategicznym Unii.

Prezydent Unii powołuje i odwołuje prezesa Europejskiego Banku Centralnego, powołuje i odwołuje dyrektora Europejskiej Agencji Przestrzeni Kosmicznej, powołuje i odwołuje dyrektora (utworzonego w przyszłości) Europejskiego Centrum Strategii Energetycznej, powołuje i odwołuje prezesa Instytutu Pamięci Europejskiej (IPE) i dyrektora Muzeum Historii Europejczyków.

Ustanowienie II UE łączy się z reorganizacją przestrzenną i reformą administracyjną Unii. I UE przykrojona była do dawnej Europy Zachodniej, czyli do Małej Europy z epoki Zimnej Wojny, stąd wybór Brukseli na jej stolicę miał pełne geopolityczne uzasadnienie. Ale po 1989 roku i po rozszerzeniu Unii na wschód, Bruksela znalazła się w „pozycji ekscentrycznej” – na zachodnim krańcu Unii, przeto geopolityczna logika wymaga przeniesienia stolicy bardziej ku centrum nowej, Wielkiej Europy, w kierunku, w którym Unia się rozszerza, czyli na południowy wschód. Utrzymywanie stolicy w Brukseli, po przyłączeniu do Unii prowincji ukraińskiej, białoruskiej, bułgarskiej, rumuńskiej oraz prowincji postjugosłowiańskich, będzie geopolitycznym absurdem. A cóż dopiero, gdyby przyłączona miała zostać prowincja turecka, nie mówiąc już o bliskowschodniej prowincji żydowskiej.

Przeniesienie stolicy UE z Brukseli ma także znaczenie symboliczne – unaocznia historyczną cezurę, pokazując obywatelom Unii, że I UE odeszła w przeszłość i zaczyna się nowy etap w historii Europy. Przy okazji przeprowadzki odchudza się biurokrację, likwiduje się niepotrzebne agencje i komisje, realizując w ten sposób program „taniego państwa”.

Pozwolę tu sobie na osobistą uwagę: kiedy w 1999 roku rozważałem na łamach „Stańczyka” kwestię stolicy Europy, proponowałem – będąc zapewne pod nadmiernym nieco wrażeniem Mitu habsburskiego Claudio Magrisa – aby stolicę zjednoczonej Europy przenieść do Wiednia. Dzisiaj widzę, że nie był to dobry pomysł. Pobrzmiewał w tym jakiś ton nostalgii, jakaś nie do końca przezwyciężona pokusa „restauracjonizmu”, a tego trzeba za wszelką cenę się wystrzegać. Poza tym Wiedeń przynależy do niemieckiego obszaru językowo-kulturalnego, a stolica Unii nie może – z wielu względów – znajdować się w Niemczech, nawet w takich pół-Niemczech jak dzisiejsza Austria. Dlatego o wiele lepsza jest wysunięta niedawno przez byłego premiera Szwecji Carla Bildta propozycja ustanowienia nowej stolicy Unii Europejskiej w Bratysławie, leżącej wszak niedaleko Wiednia. Bruksela położona na skraju kontynentalnej Europy, wciśnięta jest pomiędzy trzy wielkie prowincje Unii – Anglię, Francję i Niemcy, co jest niekorzystne z punktu widzenia innych narodów europejskich. Natomiast nowa stolica znajduje się w bardziej „luźnym” otoczeniu, pośród mniejszych prowincji i zyskuje więcej „politycznego oddechu”. Bruksela leży na pełnej geopolitycznych napięć linii Zachód-Wschód (Paryż-Berlin-Warszawa-Moskwa), zaś Bratysława schodzi z tej linii na linię Północ-Południe, czyli Sztokholm-Palermo.

Kiedy z Bratysławy, położonej w samym centrum kontynentu (zgodnie z tezą Karla Schlögla, że „środek leży na wschodzie”), nad Dunajem – główną arterią wodną Europy, zatoczymy okrąg o promieniu sięgającym do Islandii, to jego linia przejdzie na wschodzie wzdłuż Uralu, przetnie Morze Kaspijskie, obejmie Bliski Wschód z Palestyną, Afrykę Północną i powróci do Islandii, wyznaczając w ten sposób obszar politycznego, ekonomicznego i kulturalnego promieniowania II Unii Europejskiej (imperium europejskiego). Wschodnia część tego obszaru jest dla Unii najważniejsza, gdyż na wschodzie leży geopolityczne przeznaczenie Unii Europejskiej (imperium europejskiego); w drugiej kolejności kieruje ona swój wzrok na południe (Morze Śródziemne, Afryka Północna, Bliski Wschód), a dopiero w trzeciej na zachód (Atlantyk). Stąd przesunięcie geopolitycznego punktu ciężkości Europy na wschód jest w pełni zgodne z wielkimi liniami kontynentalnej i globalnej geopolityki. I absolutnie konieczne. Unia musi przede wszystkim umocnić swoją obecność polityczną, gospodarczą i wojskową na obszarze nazywanym przez dwudziestowiecznych geopolityków Wrotami do Serca Lądu, czyli w pasie od Przylądka Północnego, przez kraje nadbałtyckie, Białoruś, Ukrainę, Morze Czarne po Turcję, a następnie (zgodnie z geopolityką mitu sarmackiego) w pasie od Morza Czarnego ku Morzu Kaspijskiemu, a potem ku Kaukazowi, Azji Środkowej i Mongolii.

Przeniesienie stolicy Unii do Bratysławy, gdzie mieści się rezydencja prezydenta Unii i gdzie znajdują się inne ważne instytucje unijne (służby specjalne, sztab generalny WE etc.), byłoby posunięciem tworzącym dla dotychczasowego modelu neokarolińskiego Europy przeciwwagę w postaci modelu środkowoeuropejskiego usytuowanego na przecięciu tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, cesarstwa Austro-Węgier i I Rzeczypospolitej (Imperium Jagellonicum, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Wielkie Księstwo Litewskie) – ośrodek prezydencki z pewnością byłby zainteresowany ożywieniem mitu Europy Środkowej tak popularnego niegdyś wśród niektórych kręgów inteligencji europejskiej (Havel, Kundera, Miłosz, Konrád, Michnik, Fejtö, Kiš, Venclova, Toruńczyk). Do jej wymiaru kulturalnego, estetycznego i symbolicznego, obecnego dziś u Stasiuka i Andruchowycza, doszedłby realny wymiar (geo)polityczny i propagandowy. Poniekąd byłoby to również nawiązanie do tradycyjnej polskiej koncepcji Międzymorza, która przy takim położeniu stolicy, mieściłaby się w ramach wewnętrznej geopolityki europejskiej, nie zagrażając spoistości Unii.

Jest sprawą dalszych dyskusji, czy nie należałoby dokonać pewnego rozproszenia instytucji unijnych – instytucje prawne w Strasburgu i Luksemburgu, Instytut Pamięci Europejskiej w Krakowie, Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem, Centralny Ośrodek Strategii Energetycznej we Lwowie, Muzeum Historii Europejczyków w Lublanie etc. Być może też, aby  ostudzić gniew i osłodzić gorycz pozbawionym stolicy „braciom karolińczykom”, prezydent podejmie decyzję, aby jednak pozostawić Brukselę jako siedzibę Komisji Europejskiej.

Przeniesienie stolicy do Bratysławy można też widzieć przez pryzmat stosunków pomiędzy dwoma największymi i najsilniejszymi krajami Unii – Francją i Niemcami. Według niektórych geopolityków wschodnia granica francuskiej strefy wpływów geopolitycznych w Europie przebiega przez wschodnią Polskę, zachodnią Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Macedonię i Albanię; natomiast zachodnia granica niemieckiej strefy wpływów geopolitycznych – wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Francji, północno-zachodnią Hiszpanię, południowe Włochy. Linie tych granic przecinają się na północnym zachodzie na kanale La Manche i na południowym wschodzie w Macedonii. Na obszarze, gdzie obie te strefy zachodzą na siebie, czyli pomiędzy zachodnią granicą wpływów niemieckich i wschodnią granicą wpływów francuskich, leży Słowacja – jest to środek tego obszaru lekko przesunięty na wschód. Zaś dokładnie w centrum, na linii łączącej punkty przecięcia granic geopolitycznego wpływu Francji i Niemiec, leży Wiedeń, który byłby chyba świetnym miejscem na siedzibę Parlamentu Europejskiego. Dawna stolica wielonarodowego cesarstwa, punkt, ku któremu ciążą miasta Europy Środkowej, miasto otwarte na Europę Południową, tworzy na południu niemieckiego obszaru językowo-kulturalnego przeciwwagę dla „pruskiego” Berlina na północy (Es gibt nur ein` Kaiserstadt, es gibt nur ein Wien, es gibt nur ein Räubernest und das heiβt Berlin). Wydaje się, że właśnie „wesoły Wiedeń” to dobre miejsce dla europarlamentarzystów, których liczbę należy znacznie ograniczyć, w zamian za to tworząc Senat Europejski złożony z zasiadających w nim dożywotnio wirylistów.

Europie bardzo potrzebny, wręcz niezbędny jest duch dawnego Wiednia, ów geniusz Wiednia, o którym Stefan Zweig pisał, że potrafił harmonizować w sobie wszystkie narodowe i językowe przeciwieństwa, syntetyzować wszystkie europejskie kultury i dokonywać duchowego „pojednania” nawet najbardziej odrębnych sił intelektualnych i kulturalnych.

Przesunięcie stolicy z zachodu do centrum Unii stanowi dopełnienie wewnętrznej geopolityki europejskiej: I UE jako Europa Zachodnia (Mała Europa) opierała się na dwójprzymierzu francusko-niemieckim, dla przesuniętej na wschód Wielkiej Europy, najważniejsze staje się dwójprzymierze polsko-niemieckie (nowe „twarde jądro Europy”?); to, co dzieje się w Polsce i w Niemczech oraz między Warszawą i Berlinem ma zasadnicze znaczenie dla II Unii Europejskiej. Polska i Niemcy to kraje tworzące kluczowy obszar Unii, jej punkt grawitacyjny, stąd rozrywanie braterskiej przyjaźni polsko-niemieckiej, sianie niezgody pomiędzy nami Polakami a naszymi „braćmi Szwabami”, szerzenie antygermanizmu i germanofobii w Polsce, a antypolonizmu i polonofobii w Niemczech, wysuwanie wobec siebie roszczeń i pretensji, równoznaczne jest z osłabianiem i rozbijaniem Unii.

Polsko-niemieckie serce II Unii Europejskiej potrzebuje osłony od zachodu i wschodu, potrzebuje zachodnich i wschodnich płuc, potrzebuje wyjścia od zachodu i południa na Atlantyk i na Morze Śródziemne, na wschód ku kontynentalnym przestrzeniom Eurazji. Dlatego do polsko-niemieckiego dwójprzymierza przylega od zachodu Francja i od wschodu Ukraina, a zatem czworokąt Paryż-Berlin-Warszawa-Kijów będący równocześnie romańsko-germańsko-słowiańskim trójprzymierzem stanowi podwalinę II Unii Europejskiej (Imperium Europejskiego).

(Pierwodruk: „Arcana”, 2008, nr 3-4)



2 komentarze


«
»