Tomasz Gabiś
Kolumbijski myśliciel i aforysta Nicolás Gómez Dávila urodził się 18 maja 1913 roku w Cajica, zmarł 17 maja 1994 roku w Bogocie. Pochodził z bogatej rodziny kolumbijskich przemysłowców i właścicieli ziemskich. Kształcił się w Europie, dokąd został wysłany jako ośmioletni chłopiec. W wyniku powikłań po ostrym zapaleniu płuc przez dwa lata przykuty był do łóżka. Pod opieką prywatnych nauczycieli z „cierpliwością i siłą woli średniowiecznego benedyktyna uczył się języków klasycznych i współczesnych oraz filozofii”. W wieku 20 lat powrócił do Kolumbii; wkrótce ożenił się z Marią Emilią Nieto, z którą miał córkę i trzech synów. Po powrocie do ojczyzny kontynuował studia językowe i gromadził swoją wspaniałą bibliotekę. Należał do wielkich bibliofilów – jego kolekcja książek liczy 30 000 woluminów. Biblioteka była centralnym pomieszczeniem w jego domu, tam spędzał większość czasu pisząc lub czytając do świtu. „Jego teraźniejszością jest miejsce, w którym wielkie dzieła literatury żyją jednocześnie i tworzą ład, który zmienia się i doskonali wraz z każdym nowym dziełem” (Martin Mosebach). [Osiągnąłem mój jedyny cel: oddać się snowi życia w bibliotece]*.
W latach 50. współpracował z organem literackiej awangardy kolumbijskiej pismem „Mito”, którym kierował poeta Jorge Gaitan Duran (1925−1962). W 1959 roku wraz z żoną odbył półroczną podróż po krajach Europy Zachodniej. Nigdy potem nie wyjechał już z Kolumbii [Świat wart tego, aby po nim podróżować, istnieje jeszcze tylko w starych książkach podróżniczych; Barbarzyńca jedynie niszczy, turysta profanuje]. Trzymał się z dala od polityki i trwających przez dziesięciolecia partyjnych sporów pomiędzy konserwatystami i liberałami. Do szczęśliwych okoliczności swojego życia zaliczał fakt, że jego ojciec dożył sędziwego wieku. Dzięki temu mógł odziedziczony po nim majątek przekazać od razu w ręce swoich dorosłych synów. Nigdy nie pracował zarobkowo, nigdy nie wykonywał żadnego zawodu. Oddawał się wyłącznie swojej pracy: studiom, lekturom, rozmyślaniom, medytacjom i pisaniu. W 1988 roku przeszedł ciężką chorobę, zamilkł. Jeden z jego przyjaciół napisał, że don Nicolás stał się swoim własnym rozmówcą. „Ale nie sprawiał wrażenia jakby gasł, jego obecność działała raczej jak stare, dojrzałe, esencjonalne wino, otrzeźwiające i odurzające zarazem” (Martin Mosebach).
Na kanwie jego życia nie mogłaby powstać żadna powieść czy zbeletryzowana biografia, gdyż nie ma w nim przygód (lub „przygód”), skandali, dramatycznych zawirowań, buntowniczych gestów, anegdot, rysów tragicznych. Gómez Dávila był absolutnym przeciwieństwem „poetów przeklętych” i „zaangażowanych intelektualistów”. Zewnętrzna monotonia i rutyna dnia codziennego była dlań warunkiem nieustannego wewnętrznego napięcia myśli. Tylko ściśle uporządkowane życie dawało możliwość wypełnienia twórczej misji, której podstawą była podejmowana każdego dnia na nowo „duchowa harówka”.
Katolicki obywatel świata żył w białym domu zbudowanym w stylu Tudorów położonym w północnej części Bogoty, izolowany od zgiełku współczesności, jedynie wśród rodziny i wąskiego kręgu najbliższych przyjaciół, z którymi spotykał się zwykle w niedzielne wieczory na kilkugodzinne konwersacje. O jego życiu prywatnym wiemy niewiele, utrzymywał je bowiem w tajemnicy. Było to „terytorium zazdrośnie trzymane w cieniu”. Wycofał się całkowicie poza swoje dzieło. Nie udzielał wywiadów, nie występował w „talk-show”, nie podpisywał żadnych oświadczeń, manifestów i listów otwartych, nie uczestniczył w kongresach i konferencjach, nie należał do żadnego związku literatów, nie zabierał publicznie głosu w żadnej z „ważnych spraw społecznych”, nie odgrywał roli „autorytetu”. Był pisarzem-bogatym eremitą. Żył w stolicy swojego kraju, pogrążając się z biegiem lat w coraz większej samotności. Wyznawał zasadę „Mój dom jest moim klasztorem”. Z czasem ten dom stał się dlań katakumbą [Kto nie odwraca się plecami od współczesnego świata, ten okrywa
się hańbą]. Obrzydzeniem napawał go tak typowy dla naszej epoki ekshibicjonizm polegający na wywlekaniu na dzienne światło mass mediów szczegółów życia prywatnego [Otwartość niektórych pisarzy ma swą przyczynę wyłącznie w rozkoszy, jaką odczuwa ekshibicjonista; Kto się publicznie spowiada, nie chce rozgrzeszenia, ale aprobaty; Szczerość, która nie wyraża się w sakramencie pokuty, jest środkiem demoralizacji]. Jedyną jego biografią może być wewnętrzna biografia duchowa, którą zawarł w tysiącach swoich aforyzmów.
Ten „wielki duchowy reakcjonista” (Botho Strauss), ów „katolicki myśliciel bez katedry, bez ambony i bez urzędu” (G.-K. Kaltenbrunner) marzył o „uniwersytecie będącym wyższą szkołą milczenia, gdzie już samo tylko napomknięcie o którymś ze »współczesnych problemów« karane byłoby ekskomuniką”. Jego duchową postawę cechowała twardość dawnych rycerzy, powściągliwość prawdziwych arystokratów, samodyscyplina mnichów. Był członkiem i przełożonym jednoosobowego zakonu, którego regułą było: „Wierzyć w Boga, ufać Chrystusowi – i podejrzliwie rozglądać się dokoła”. Samotnie, w zaciszu biblioteki cyzelował latami swoje aforyzmy tworząc „konspiracyjny punkt oporu przeciw współczesnemu światu”. Trwał w swoim dumnym odosobnieniu świadom, że w ten sposób wypełnia swoje powołanie [Ci, którzy bez żadnych iluzji, wytrwale i uparcie spiskują przeciw współczesnemu światu, dźwigają być może losy przyszłości między fałdami łachmanów; Walkę ze współczesnym światem trzeba toczyć w samotności. Tam, gdzie dwóch, tam zdrada; Samotny jest pełnomocnikiem ludzkości do spraw najważniejszych]. Po jego śmierci niemiecki dramaturg Botho Strauss napisał: „Śmierć wielkiego autora tym bardziej zobowiązuje nas do tego, abyśmy zatroszczyli się o to, żeby jego dzieło ujrzało światło dzienne. Nie żywię iluzji, ani nie odczuwam potrzeby, aby było ono szeroko »rozpowszechniane«, chciałbym jednak, aby ten jeden jedyny głos, jedyny w naszych czasach przekonywający głos inteligentnej wiary i antymodernizmu, chciałbym więc, aby był słyszany”. Francisco Pizano de Brigard stwierdził: „Nie wątpię, że przyjdzie dzień, kiedy to dzieło, które staje ością w naszych nowoczesnych gardłach, przeżyje swoją chwilę tryumfu. Poczekajmy trochę, aż rzeczywistością stanie się to, co mówi ta glosa: »Reakcyjne hasła sprawiają na współczesnych wrażenie przestarzałych, dla potomnych są zdumiewająco aktualne«”.
Wszystkie książki Gómeza Dávili ukazały się jako druki prywatne lub w tak małym nakładzie, że trudno je odnaleźć nawet w Ameryce Południowej. „Dzieło Gómeza Dávili cechuje antyczna prostota, nie ma listów, wierszy, artykułów. Tytuły książek, ze względu na swoją rzeczowość, mogłyby pochodzić od bibliotekarza rejestrującego anonimowe manuskrypty: Zapiski, Teksty, i główne dzieło – trzy tomy aforyzmów »Glosy«, »Nowe glosy«, »Dalsze glosy«” (Martin Mosebach). Swoje impresje o historii Europy i Ameryki wydał w tomie Notas (Meksyk 1954). W kilka lat później opublikował Tekstos (Bogota 1959) – eseistyczno-poetyckie refleksje w formie traktatu podzielonego na paragrafy o historiozofii, Kościele, myśli politycznej i metafizycznej, antropologii filozoficznej, o człowieku – wiecznym rebeliancie, pojęciu czasu, wyobrażeniu Boga, demokracji, wolności. Zarówno Notas, jak i Tekstos zapowiadają jego główne dzieło, na które składa się 5 tomów aforyzmów nazwanych przez autora „glosami” czy też „scholiami”: Escolios a un texto implicito (Instituto Colombiano de Cultura, Bogota 1977), Nuevos escolios a un texto implicito (Procultura, Bogota 1986), Sucesivos escolios a un texto implicito (Instituto Caro y Cuervo, Bogota 1992). Powoli jego dzieło zdobywa sobie coraz więcej czytelników zarówno w Ameryce Południowej, jak i w Europie, gdzie szczególne uznanie zyskał sobie w Niemczech i Austrii, a już po śmierci we Włoszech i w innych krajach. Czytali go i podziwiali Ernst Jünger, Erik von Kuehnelt-Leddihn, Botho Strauss i filozof Robert Spaemann.
Gómez Dávila odrzucał wielkie systematyczne konstrukcje myślowe, był filozofem w pierwotnym tego słowa znaczeniu, poszukującym prawdy poprzez stałą refleksję i inspirującym innych do jej poszukiwania, budującym mądrość i wzbogacającym wyobraźnię. Aforyzmy nie służą rozumowaniu, ale iluminacji, nagłemu spostrzeżeniu pewnego ukrytego wymiaru rzeczywistości, co nie oznacza, że nie wymagają one od czytelnika głębokiego namysłu i kilkukrotnej lektury. Jego aforyzmy są przebłyskiem, który nagle oświetla wielką ideę, szczelinami, poprzez które możemy dojrzeć prawdę, jakiej nie wyrazi dziś żaden opasły tom filozoficzny, żaden ciągły, logiczny, dyskursywny wywód. Nazywał swoje aforyzmy glosami, glosami, które odsyłają do niewidzialnego, lecz istniejącego tekstu. Krótki dopisek na marginesie niezapisanego zwoju jest wąską ścieżką ku ukrytemu tekstowi kulturalnego dziedzictwa Europy. O tym utraconym dziedzictwie nie wypada dziś mówić wprost, gdyż łatwo zamienia się to w napuszony banał, w retoryczny gest i pusty składnik odświętnych przemówień. Możemy doń dotrzeć, rekonstruować je i odcyfrowywać tylko dzięki stałemu wysiłkowi myślenia, odczuwania i wyobraźni, dzięki glosie, która jest sygnałem, aluzją i impulsem, echem i znakiem tego, co wiecznie zachowuje ważność.
„Arystokrata spod Andów” był „niespiesznym wędrowcem”, którego w pracy nad glosami nie ograniczały ani „prawa rynku”, ani sezonowe mody literackie i filozoficzne, ani wymogi reklamy, żądania sponsorów, gusta jurorów nagród literackich i oceny krytyków. Pisał dla wąskiego kręgu przyjaciół, ponieważ, jak uważał, nie ma co pisać dla „imbecyli” [Kto pragnie pisać dla więcej niż stu czytelników, ten zdradza własne przekonania; Kultura jest rodzinnym dziedzictwem. Albo tajemnicą pomiędzy przyjaciółmi. Reszta to geszeft]. Mówić, że był na marginesie życia kulturalnego Kolumbii to eufemizm, bowiem całkowicie świadomie się z tego życia wyłączył, aby hałas świata nie przeszkadzał mu w skupieniu się na tym, co najważniejsze. Był wyłącznie obserwatorem „ducha czasu”, nie poddającym mu się w niczym. Pozwalał powoli dojrzewać swoim aforyzmom, cierpliwie czekał, aż zyskają skondensowaną moc, barwę i dźwięk. Miały być czystym, wydestylowanym koncentratem, bez zbędnych składników, zanieczyszczeń i domieszek powodujących zmętnienie. W jego glosach nie ma śladu afektacji, koturnowej retoryki i sentymentalizmu. Wykuwane na zimno, pełne są zarazem dantejskiego gniewu. Ich wyszlifowany poetycki styl jest jasny, zwięzły, wyrazisty, o ostrych konturach.
„Moje dzieło – pisał – kształtuję jak kryształ, który ma identyczną strukturę, obojętnie z jakiej strony byśmy na nie patrzyli”. Jego celem było dzieło nie linearne, ale kołowe, oddziałujące ascetyczną monotonią identycznej konstrukcji wszystkich tomów, pełne ciągle powracających, lecz za każdym razem inaczej ujętych motywów, zasadniczych idei, tematów i obrazów. Cechuje je językowa i umysłowa dyscyplina w stopniu rzadko spotykanym we współczesnej literaturze, majestatyczne językowe piękno, „świetlista siła stylu” (Álvaro Mutis), której towarzyszą precyzja wyrazu, sentencjonalna gęstość i wywołująca często uśmiech rozbawienia „metafizyczna złośliwość” [Ci, którzy ujawniają nam swe wątpienie w nieśmiertelność duszy, zdają się sądzić, że mogłoby nam zależeć na nieśmiertelności ich dusz; Anioły Stróże niektórych ludzi muszą być aniołami upadłymi; Nic bardziej nie potwierdza realności grzechu niż fetor wydzielany przez dusze tych, którzy zaprzeczają jego istnieniu].
Nicolás Gómez Dávila to reakcyjny postmodernista, konserwatywny postnihilista, którego pesymizm i sceptycyzm wolne są od rozpaczy, czym różni się od Ciorana lub Nietzschego, z którymi wiele go łączy (nazwano go nawet „Nietzsche christianus”). W przeciwieństwie do nich zachowywał nadzieję i ostrożny optymizm płynące z zakorzenienia w mistyce i metafizyce chrześcijańskiej [Współczesny świat znajduje się w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, iż nie powinniśmy się obawiać, że się nie zawali; Nowoczesny świat wydaje się niezwyciężony. Jak jaszczury z epoki jurajskiej; Światu nie dzieje się aż tak źle, jeśli zważyć, kto nim rządzi]. Ale tak samo jak oni nieufny był wobec wielkich systemów, abstrakcyjnych doktryn i ogólnych recept, i uważał, że nawet „na oceanie wiary łowi się siecią wątpliwości”. Uważał, że nie można w pełni ufać ideom, które mają mniej niż tysiąc lat. Był reakcjonistą, który jedynie od czasu do czasu pozwala sobie na marzenie o minionym złotym wieku, bez żadnych iluzji, że marzenie to może się spełnić. Choć bliscy byli mu klasycy reakcjonizmu tacy jak de Maistre czy Donoso Cortés, to nie był „doktorem kontrrewolucji”, bo wiedział, że żyje po zwycięstwie rewolucji i oś czasu nie może zostać obrócona wstecz [Prawdziwy reakcjonista nie jest tym, kto marzy o dawnych czasach, ale myśliwym ścigającym święte cienie na wiecznych wzgórzach; Reakcjonista nie tęskni za restauracją, ale za nowym cudem; Jeśli reakcjonista mówi o „nieuchronnej” restauracji, to nie powinniśmy zapominać, że reakcjonista liczy w tysiącleciach]. Jego postawę można scharakteryzować słowami Frederika Wilhelmsena: „My, konserwatyści straciliśmy naszych królów i nasze rycerstwo, nasi rzemieślnicy odeszli, nasi chłopi zniknęli, nasze konie zastrzelono pod nami. Nie mamy do zaofiarowania światu niczego poza naszą wizją”. Nicolás Gómez Dávila ofiarowuje światu swoją własną, oryginalną wizję, u podstaw której leży przekonanie: Żyć należy dla chwili i dla wieczności. Nie dla wiarołomstwa czasu.
Przyjaciel Gómeza Dávili, pisarz Álvaro Mutis napisał, że jego aforyzmy zawierają summę mądrości i wiedzy Europy, a zarazem ta summa (historiozofia, polityczna teoria, metafizyka, mistyka i teologia) nie jest zawarta w obszernym traktacie, ale wyrażona zostaje w esencjonalnej medytacji poetyckiej. Jest to dzieło rozległe i głębokie, ale oddziałujące poprzez skrót i paradoks, pozbawione ciągłości systematu, dzieło czyste, spójne i twarde jak diament, ale jednocześnie uznające z pokorą swoją kruchość, niewystarczalność, fragmentaryczność. Nie są to aforyzmy, ale raczej chromatyczne dotknięcia pędzla, które tworzą puentylistyczną kompozycję. Tylko aforyzm może według niego ujawnić absurdalność nowoczesnego świata, tylko aforyzm jest gatunkiem odpowiednim dla czasów, w których wszystko stoi na głowie, dla epoki „świata na opak”.
Nicolás Gómez Dávila nie był ani pedagogiem, ani przewodnikiem, nie nauczał i nie pouczał, nie przemawiał ex cathedra, nie przedstawiał recept i programów. Niezwykła erudycja tego znawcy myśli, teologii, literatury, całego dziedzictwa filozofii grecko-łacińsko chrześcijańskiej jest dyskretnie ukryta, nigdy się nią nie popisuje, nie onieśmiela nią czytelnika. On zaprasza go do „idealnej podróży”, ofiarowuje mu hermeneutykę, która odsłania zasadnicze i nieprzemijalne paradygmaty ludzkiej egzystencji. Cała twórczość tego „prowincjonalnego kosmopolity” jest atemporalna, pozbawiona jakiegokolwiek odniesienia do tego, co aktualne [„Aktualność” jest określeniem tego, co najmniej istotne; Życie wnet otula jednostkę w śmiertelny całun tematów dnia; Na tępaku robi wrażenie tylko to, co najnowsze. Dla człowieka mądrego nic nie zależy od daty]. Zjawiska i problemy ujmowane są u niego zawsze sub specie aeterni. Jako „eternalista” był przeciwieństwem dominującego dziś typu „żurnalisty”, co nie dziwi, bo centralne dla jego dzieła jest myślenie religijne i metafizyczne. W każdym aforyzmie obecna jest, jawnie lub jako ukryte założenie, relacja z transcendencją – relacja mitologiczna, dogmatyczna, mistyczna, filozoficzna czy egzystencjalna, poprzez każdą myśl, każde spostrzeżenie i opinię prześwituje philosophia perennis.
„Nie jestem współczesnym nonkonformistycznym intelektualistą, ale oburzonym średniowiecznym obywatelem” – pisał. A jego oburzenie kierowało się przeciw wszystkim przejawom współczesnej kultury, przeciw wszystkim duchowym, moralnym, estetycznym, politycznym, ideologicznym prądom nowoczesności [Wszystkie typowe wyrażenia epoki nowoczesnej są zakamuflowanymi bluźnierstwami]. Był ontologicznym, metapolitycznym, duchowym, estetycznym hierarchistą [Życie jest warsztatem hierarchii. Tylko śmierć jest demokratą; Hierarchie są niebiańskie. W piekle wszyscy są równi]. Z tej pozycji dokonywał radykalnej, bezlitosnej dekonstrukcji racjonalizmu, utylitaryzmu, liberalizmu, demokracji, determinizmu, scjentyzmu, psychoanalizy, ekonomizmu, ideologii postępu, humanitaryzmu etc., etc. Nie godził się na żadne kompromisy ze współczesną kulturą, którą uważał za przejaw samoubóstwienia człowieka, rodzące się z braku świadomości, że jest on bytem stworzonym. Tylko wiara, że dla problemu człowieka nie ma ludzkiego rozwiązania, uchronić go może przed wszelkiego rodzaju aberracjami ideologicznymi, politycznymi, moralnymi i estetycznymi.
Wszystkie nowoczesne doktryny, z doktryną demokratyczną na czele, to według Gómeza Dávili herezje, które nie uznają zależności człowieka od prawd wyższych niż on sam, traktują go jako ostateczną instancję legitymizacji istnienia i tworzenia, podnoszą go do rangi boskiej, co nieuchronnie prowadzi do nieładu w każdej dziedzinie życia, do panowania głupoty, wulgarności, miernoty [Politycy są w demokracji kondensatorami głupoty; W demokracji „człowiek zasad” kosztuje tylko nieco więcej; Demokracja nie powierza władzy temu, kto nie składa jej hołdu ofiarując jej swoje sumienie i smak; Rewolucje przerażają, ale kampanie wyborcze wzbudzają obrzydzenie; Demokratyczne instytucje otwierają obywatelowi wyłącznie drogę do paplania politycznych frazesów; Słowo „demokracja” określa nie tyle fakt polityczny, co metafizyczną perwersję].
Szczególnie bolał Gómez Dávila nad „demokratyzacją” Kościoła zapoczątkowaną przez Drugi Sobór Watykański. Uważał bowiem, że prawdziwa religia jest „monastyczna, ascetyczna, autorytarna i hierarchiczna”. Otwierając się na „świat”, Kościół uległ demokratyczno-egalitarystycznej herezji, czego najbardziej jaskrawym przejawem była reforma liturgii [Rytuał jest wehikułem sacrum. Każda innowacja profanuje; Kto reformuje rytuał, rani Boga]. Nie mógł znieść tego, że „w rękach postępowego kleru Ewangelie degradowane są do zbioru etycznych banałów”. Uważał, że ujednolicenie dogmatów, złagodzenie nauki moralnej, uproszczenie rytuału nie przyciąga do Kościoła niewierzących, lecz przeciwnie zbliża Kościół do nich. Pod koniec życia wyznawał, że traci ojczyznę, którą był dlań tradycyjny, przedsoborowy katolicyzm. [Twierdził jednak: Katolicyzm w żadnym razie nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale jest jedyną doktryną, która stawia wszystkie problemy; Ciężar świata unieść można tylko wówczas, kiedy się klęczy; Tylko dla Boga jesteśmy niezastąpieni. I nie tracił nadziei: Naszą ostatnią nadzieję pokładamy w niesprawiedliwości Boga].
Nicolás Gómez Dávila z absolutną swobodą poruszał się po uniwersum europejskiego dziedzictwa duchowego, kulturalnego i intelektualnego, prowadząc bezustanną namiętną rozmowę z jego twórcami. „Dla swego otoczenia jest Gómez Dávila, by tak rzec, kluczem i szczodrym towarzyszem na drodze do tego uniwersum; dla jego czytelników będzie to może ostatnia okazja, aby zobaczyć, czym jest wysoko wykształcona osobowość, myśliciel przepojony duchem i bogactwem europejskiej kultury (…) Dla don Nicolása, tak jak dla każdego myślącego człowieka, w tym dyskursie zawsze wyczuwalne jest echo przeszłości. Oznacza to, że żaden problem nie jest tak naprawdę nowy, żadne pytanie nie jest bez precedensu i żadne doświadczenie nie może nas całkowicie zaskoczyć (…) Ta powszechna obecność głosów z przeszłości, to odwołanie się do skarbu doświadczeń, który tylko krok po kroku można sobie przyswoić, nadaje wizji rzeczy taką kondensację i wyrazistą obecność, które pozostają niedostępne dla człowieka nie znającego swojej przeszłości (…) Przez wszystkie glosy, rzadko w sposób bezpośredni, częściej implicite, w określonych sformułowaniach, w powściąganym oburzeniu niektórych zdań rozbrzmiewa tragiczna skarga o utraconym duchowym dziedzictwie, rozdarcie w obliczu wspaniałości, wielkości, siły, subtelności, piękna, które rozkwitały niegdyś na polach obsianych wartościami i deptane są przez trywialność, prostackie instynkty i barbarzyństwo” (Francisco Pizano de Brigard). [Nasza cywilizacja jest barokowym pałacem, do którego wtargnęła kudłata zgraja].
Był Nicolás Gómez Dávila samotnym strażnikiem, klucznikiem i mieszkańcem „barokowego pałacu”. Nie pisał, aby przekonać, chciał jedynie „przekazać swoim przyszłym duchowym współtowarzyszom dziedzictwo świętego sporu” [Nie należę do świata, który przemija. Przedłużam i przekazuję prawdę, która nie umiera]. Przypominał, „że nie ma rzeczy trwałych, są za to rzeczy nieśmiertelne”. Napisał, że „są idee, które nas przywołują, a potem znów odchodzą jak nocne uderzenie skrzydła w okienną szybę”. W jego dziele to „nocne uderzenie skrzydła” usłyszymy niezliczoną ilość razy. Usłyszymy, kiedy wiedzieć będziemy, kim jesteśmy [Człowiek jest milczącym podróżnym pomiędzy misteriami, przejeżdża przez kraj nieznanego monarchy; Nie jesteśmy sumą naszych czynów. Jesteśmy nienaruszalnością naszego najskrytszego kryształu lub jego najbardziej tajemną rysą].
* Aforyzmy Nicolása Gómeza Dávili przytaczam w nawiasach kwadratowych.
(Pierwodruk: Encyklopedia Białych Plam, t. VII, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2002)
Bibliografia
W języku polskim wybór aforyzmów Nicolása Gómeza Dávili ukazał się na łamach „Stańczyka” – nr 11 (1989), nr 12, 13 (1990), nr 14 (1991), nr 24, 25, 27 (1995), nr 28 (1996).
Francisco Pizano de Brigard, Semblanza de un colombiano universal: las claves de Nicolás Gómez Dávila, „Revista del Colegio Mayor de Nuestra Senora del Rosario”, vol. 81, nr 542 (1988).
Tomasz Gabiś, Ostatni wielki reakcjonista?, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 28 (1996).
Erik von Kuehnelt-Leddihn, Der Geist steht rechts! Das Lebenswerk des Nicolás Gómez Dávila, „Theologisches”, kwiecień 1995.
Gerd-Klaus Kaltenbrunner, Antimodernismus in Aphorismen. Das Werk Nicolás Gómez Dávila, „Junge Freiheit”, nr 1, (1995).
Reinhart Maurer, Reaktionäre Postmoderne. Nicolás Gómez Dávila [w:] Jörg Albertz (red.) Aufklärung und Postmoderne. 200 Jahre nach der französischen Revolution das Ende aller Aufklärung, Berlin 1991.
Martin Mosebach, Besuch bei Nicolás Gómez Dávila, posłowie do: Aufzeichnunegen des Besiegten, Wiedeń 1994 (niem. przekład Sucesivos escolios a un texto implicito). Franz Niedermayer, Über Nicolás Gómez Dávila, [posłowie do:] Nicolás Gómez Dávila, Einsamkeiten, Wiedeń 1987 (niem. przekład Escolios a un texto implicito).
Martin Mosebach, Konservative Aphoristik aus Kolumbien, „Criticón”, nr 56 (listopad-grudzień 1979).
Franco Volpi, Nicolás Gómez Dávila [w:] Grosses Werklexikon der Philosophie, t. 1, Stuttgart 1999.
