Tomasz Gabiś
Cyryl Northcote Parkinson – twórca słynnego prawa Parkinsona – napisał w swojej książce Ewolucja myśli politycznej, że badacze polityki powinni zwrócić się do lekarzy i fizjologów, aby ci wyjaśnili im, w jaki sposób na decyzje rozmaitych ciał politycznych wpływają takie czynniki, jak: pora dnia, czas trwania obrad, temperatura czy rodzaj wentylacji w pomieszczeniu, w którym ciała te obradują. Parkinson zwraca nam uwagę na czynniki i okoliczności, mogące mieć istotne znaczenie przy podejmowaniu takich lub innych decyzji politycznych, a najczęściej zupełnie pomijane przez współczesnych politologów, których myślenie jest tak zdominowane przez abstrakcyjne pojęcia i kategorie typu „proces”, „struktura”, „funkcja”, „makrosystem”, „klasa” itp., że nie widzą oni realnego życia. „Pod zwałami pojęć i terminów giną żywi, konkretni ludzie z ich celami, ambicjami, cnotami i wadami; ludzie działający w pewnych określonych okolicznościach, podlegający wpływom całkiem niekiedy prozaicznych czynników. Warto czasami porzucić pojęciowe fikcje i abstrakcyjne teorie i zbliżyć się do rzeczywistości.
Weźmy na początek wspomniany przez Parkinsona problem wentylacji. Karol Zbyszewski w swojej książce Niemcewicz od przodu i tyłu (Warszawa 1939, cyt. za wyd. Warszawa 1991) tak opisuje obrady sejmowe w 1789 roku:
„Zima 89-go roku była niezwykle ostra. W wielkiej sali zamkowej o jednym kominku marznięto jak na Kamczatce, posłowie tupali nogami, zabijali ręce, kichali, prychali, lało się z nosów. Z powodu mrozów skracano posiedzenia, potem przeniesiono je do innej, mniejszej sali. Najedzeni grochem, schabem i kapustą posłowie wydawali dźwięki nie tylko ustami, raz sługus otwierając z zewnątrz luft do Izby padł bez zmysłów, gazami rażony. Ledwie go docucono”.
Nietrudno sobie wyobrazić, jak atmosfera w Izbie wpływała na poziom podejmowanych uchwał.
Nie tylko wentylacja sali, ale również jej kształt to ważna sprawa. W parlamencie angielskim sala posiedzeń parlamentu jest nieduża, a ławy większości rządowej i opozycji są ustawione naprzeciw siebie w niewielkiej odległości. Posłowie wstają i mówią z miejsca. Dlatego dyskusje parlamentarne są bardziej rzeczowe (na tyle, na ile w ogóle rzeczowe być mogą dyskusje w parlamencie) i polegają na szybkiej wymianie argumentów i replik. Inaczej w parlamencie typu francuskiego. Tutaj sala ma kształt amfiteatru i posłowie, aby zwrócić się twarzą do zgromadzenia, muszą dojść na mównicę. A jak już dojdą, to nic dziwnego, że starają się mówić jak najdłużej, aby w pewnym sensie „zwrócił” im się wysiłek, jaki włożyli w drogę na mównicę. Stąd ich wypowiedzi nabierają często charakteru przemówień o emocjonalno-agitacyjnym charakterze, co sprawia, że w parlamencie typu francuskiego panuje zwykle duch bardziej rewolucyjny.
Na istotne znaczenie kształtu i urządzenia sali obrad parlamentu zwrócił uwagę Aleksy de Tocqueville, opisując we wspomnieniach swoją działalność parlamentarzysty w okresie rewolucji 1848 roku:
„Sala tworzyła długi prostokąt niespotykanej wielkości. Na jednym z jego końców wspierały się trybuna i stół przewodniczącego, wzdłuż pozostałych trzech ścian ustawione były ławy w dziewięciu wznoszących się rzędach. Pośrodku, na wprost trybuny rozciągała się rozległa, pusta przestrzeń, która tworzyła jakby arenę amfiteatru, z tą jednakże różnicą, że ta arena nie była okrągła, a prostokątna, skutkiem czego większość słuchaczy mogła oglądać mówcę tylko z profilu, a ci, którzy go widzieli en face, znajdowali się daleko; rozmieszczenie osobliwie sprzyjające nieuwadze i bałaganowi, bo ci pierwsi, źle widząc mówcę, mieli przed oczami kolegów z naprzeciwka i zamiast słuchać, obie strony bardziej były zajęte wzajemnymi nawoływaniami i pogróżkami, pozostali zaś nie bardzo byli skupieni, bo dobrze widząc tego, co zajmował trybunę, źle go słyszeli” (Wspomnienia, przeł. A. Labuda, Wrocław 1987).
Kiedyś, kiedy nie było mikrofonów, ważną rolę w parlamencie odgrywała siła głosu. W czasie rewolucji francuskiej zasiadający w Zgromadzeniu Narodowym arystokraci, przyzwyczajeni od dzieciństwa mówić głosem spokojnym i opanowanym, nie mieli większych szans na wygranie słownych potyczek z rewolucjonistami typu Dantona, którzy potrafili ryczeć jak zarzynany wół, bo taki właśnie styl oracji wynieśli z hałaśliwych knajp, gdzie pobierali towarzyską i polityczną edukację. W tym kontekście, choć nie jest to problem stricte polityczny, warto przyjrzeć się skutkom likwidacji ambon w kościołach. Gdy nie było mikrofonów, kapłan wygłaszający kazanie musiał mieć silny głos, dodatkowo wzmacniany właśnie przez to, że rozlegał się z położonej wyżej ambony. Po wprowadzeniu do kościołów mikrofonów ambona stała się niepotrzebna. Niewykluczone, że mikrofony były tylko pretekstem, a właściwą przyczyną likwidacji ambon był fakt, że kapłan wygłaszający kazania z ambony znajdował się wyżej niż wierni, co sugerowało, że jakoś w ogóle jest on wyżej, a to się nie godzi w epoce tak przywiązanej do ideałów równości. Negatywnym skutkiem porzucenia przez księży ambon jest to, że wierni nie muszą już podnosić głowy, aby widzieć kapłana. Przedtem, przy podnoszeniu głowy, napinały im się mięśnie szyi i ich uwaga skupiała się na słowach i gestach kapłana. Obecnie wzrok mają prawie na tym samym poziomie co kapłan, mięśnie – rozluźnione, stąd głowy łatwiej im opadają, co nie sprzyja skupieniu się na treści kazania, a nawet może zachęcać do drzemki.
Inną niezwykle ważną sprawą, którą należy uwzględniać przy politycznych analizach, są stosunki damsko-męskie. Historia podaje wiele przykładów na to, jak związki pomiędzy kobietami i mężczyznami wpływały na politykę. Najbardziej chyba znany z naszej historii jest związek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i carycy Katarzyny, której zawdzięczał tron. Jakaż przepaść dzieli tamto wykwintne stulecie od naszego, kiedy zamiast kochanka carycy dostaliśmy agenta NKWD, niejakiego Bieruta!
Przytoczmy dwa przykłady z historii Francji. Nie bez znaczenia dla długiego trwania siedemnastowiecznej wojny domowej zwanej frondą było to, że jedną z jej inspiratorek była Anna de Longueville, kochanka księcia Franciszka de la Rochefaucauld – autora słynnych maksym. Robiła ona wszystko, aby wojna trwała jak najdłużej. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, jaki ma ku temu powód; mianowicie, dopóki trwała wojna, nie musiała wyjeżdżać z Paryża do Normandii, gdzie jej mąż był gubernatorem, ale mogła zostać w stolicy, żeby oddawać się bez przeszkód miłosnym namiętnościom (tak przynajmniej twierdzi Aleksander Bocheński w swojej książce Miłość i nienawiść la Rochefoucauld).
W dziejach Francji krwawymi zgłoskami zapisał się czołowy jakobiński oprawca Bertrand Barere. Tomasz Babington Macaulay pisze o nim w Szkicach i rozprawach (Kraków 1893), że okrucieństwo połączone było u niego z lubieżnością i że dwa razy na dekadę odrywał się od swojej krwawej roboty i wypoczywał w ogrodach w Clichy, gdzie w objęciach ladacznic, popijając litrami wino, zapominał o sprawach publicznych i tracił rewolucyjną czujność. Zapewne ma rację Macaulay, gdy pisze, że Barere nie był aż tak oddany rozpuście, żeby zaniedbywać dla niej mordy i rzezie. Gdyby jednak pracował bez przerwy, to liczba jego ofiar byłaby przecież nieco większa. Zapewne więc jego skłonność do rozpusty sprawiła, że iluś niewinnych ludzi ocaliło życie. Z osobą Bertranda Barere’a wiąże się jeszcze jedna historia z pogranicza polityki i erotyki. Pisze Macaulay:
„Rozpustnica jedna, która wielką rolę odgrywała w orgiach Barere`a w Clichy, prosiła go, ażeby użył swojej władzy przeciw pewnemu sposobowi czesania włosów, który jej nie był do twarzy, a który zawistna jaka piękność chciała koniecznie w modę wprowadzić. Barere wezwał jednego z urzędników miejskich i dał mu stosowne rozkazy. Arystokracja, rzekł, znowu zaczyna podnosić głowę – te nowe peruki są antyrewolucyjne, bo, jak miał wszelki powód mniemać, zrobiono je z pięknych, długich włosów młodych arystokratek, które zginęły pod narodowym toporem. Każda kobieta nosząca na sobie relikwie zbrodniarzy słusznie musi być posądzona o brak patriotyzmu. Władze miasta Paryża dały się oszukać tym śmiesznym kłamstwom i uroczyście ostrzegły obywatelki, aby nie nosiły karygodnych loków, zostawiając im wybór między ubraniem głowy a głową”.
I któż by przypuścił, że za drakońskimi zarządzeniami władz Paryża kryła się intryga paryskiej ladacznicy, umiejącej swoimi wdziękami wpłynąć na jakobińskiego rzezimieszka.
Innym ważnym czynnikiem kształtującym politykę jest nuda. Lamartine stwierdził w 1848 roku, że Francja się nudzi. Nic dziwnego, że niedługo potem wybuchła rewolucja, co w życiu paryskiego ludu stanowiło niejaką rozrywkę. Rolę nudy w polityce pokazał amerykański socjolog i historyk Robert Nisbet w książce Przesądy. Podaje on jako przykład średniowiecznych panów feudalnych, którzy, jeśli zbyt długo przebywali na swych zamkach, nudzili się okropnie i wyładowywali swoją nieokiełznaną energię na rodzinie, poddanych czy sąsiadach. Stąd mądra polityka Kościoła, który dawał im zajęcie organizując tak piękne i pożyteczne zarazem przedsięwzięcia jak wyprawy krzyżowe.
W czasie wojny secesyjnej tysiące młodych ludzi stały w kolejkach do punktów werbunkowych, aby zaciągnąć się do wojska, przy czym było im zupełnie obojętne, po której stronie przyjdzie im walczyć. To właśnie nuda wygnała ich z sennych wsi i miasteczek rozsianych po wielkich obszarach Ameryki.
Obok nudy wielką rolę w polityce odgrywa zawiść. Jak pokazał Helmut Schoeck w swojej wspaniałej książce Zawiść, wiele partii i ruchów politycznych szermujących hasłami równości i sprawiedliwości społecznej, głoszących program zabierania bogatym a dawania biednym, odwołuje się do zawiści, jaką ci, którzy mają jej mniej, żywią wobec tych, którzy mają jej więcej. Tak naprawdę „wyrównywaczom” nie chodzi o to, aby biedni mieli więcej, ale o to, aby bogaci mieli mniej. Zawiść leżała u podstaw ciągłej walki, jaką nasza zdemokratyzowana szlachta prowadziła z królami elekcyjnymi. Nie mogła znieść, że ktoś przedtem jej równy został wyniesiony wyżej. Dlatego też łatwiej przychodziło jej zaakceptować króla cudzoziemca niż kogoś, kto przedtem, zgodnie z teorią demokratycznej równości, był takim samym członkiem stanu szlacheckiego, a któremu trzeba się było potem kłaniać (w bardziej ogólnym sensie sytuację tę wyraża powiedzenie „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju” – trudno nam zaakceptować „proroka”, z którym kiedyś razem kopaliśmy piłkę).
Stanisław hrabia Tarnowski twierdzi w swojej książce Z doświadczeń i rozmyślań (Kraków 1981), że to właśnie zawistnicy dążyli do obalenia margrabiego Wielopolskiego, bo nie mogli się pogodzić z faktem, że jednak coś udało mu się osiągnąć. Niektórzy badacze sądzą, że Nikita Chruszczow został obalony dlatego, że wyłącznie dla siebie zarezerwował podróże zagraniczne, co wzbudzało zawiść innych członków Biura Politycznego, a szczególnie ich żon.
Na koniec zajmijmy się rzeczą arcyważną w polityce, a mianowicie pieniędzmi. Związek pomiędzy polityką i pieniędzmi jest oczywisty nawet dla dziecka, ale nie zawsze łatwo go wykryć. Oto na przykład gdzieś na przełomie wieku XIX i XX powstała we francuskim parlamencie frakcja tzw. niezależnych socjalistów. Po latach historyk może się głowić nad tym, jakie to ważne ideologiczne i polityczne rozbieżności spowodowały, że posłowie ci opuścili szeregi partii socjalistycznej. A powód był całkiem zwyczajny – pieniądze. Ponieważ wszyscy parlamentarzyści otrzymywali spore diety z kasy państwowej, kierownictwo partii socjalistycznej postanowiło, że posłowie socjalistyczni muszą wpłacać do kasy partyjnej 1/5 swoich dochodów. Część z nich nie zamierzała rezygnować z okrągłej sumki, jaką pobierali, i zrezygnowali z członkostwa w partii socjalistycznej. W ten sposób powstali „niezależni socjaliści”, którzy od pozostałych posłów socjalistów różnili się tylko tym, że zatrzymywali dla siebie całą dietę.
Albo inny przykład, z Hiszpanii. W okresie II Republiki (1931-1939) niezwykle często następowały zmiany na stanowiskach ministerialnych. Dla obserwatora z zewnątrz zmiany te były niczym nieuzasadnione i całkowicie niezrozumiałe. Jakiż bowiem sens mógł kryć się w fakcie, że w ciągu dwóch lat na różnych stanowiskach ministerialnych przewinęło się aż 39 członków Partii Radykalnej? Ale jednak sens był, a mianowicie taki, że na mocy obowiązującej wówczas w Hiszpanii ustawy każdy minister otrzymywał dożywotnią emeryturę w wysokości 10 tys. peset. Nic więc dziwnego, że zmiany były tak częste – każdy partyjny działacz chciał sobie „wypracować” ministerialną emeryturę. Nauka z tych wszystkich przykładów płynie taka, że gdy śledzi się poczynania aktorów sceny politycznej, to należy uwzględniać nieważne na pozór okoliczności i pamiętać o prawdziwych, często ukrytych sprężynach ludzkich działań.
Tomasz Gabiś
Poprawiona i nieco zmieniona wersja tekstu, który ukazał się [w:] „Nowy Świat”, 11-12.07.1992.
