«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – II

07.02.09 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

W poprzednim „Przeglądzie”, omawiając książkę Josefa Schüsslburnera o niemieckim socjalizmie, przypisałem mylnie autorstwo formuły „niszczenie życia niewartego życia” austriackiemu, socjaldemokratycznemu lekarzowi-eugenikowi Juliusowi Tandlerowi. Użył on jej w roku 1923, kiedy już była w obiegu, a zatem ów dyrektor Narodowego Urzędu Zdrowia i prominentna postać Czerwonego Wiednia (radny Gminy Wiedeń), nie był jej autorem, lecz tylko popularyzatorem. Warto może wiedzieć, że socjalistyczny eutanasta, sterylizator i eksterminator Tandler udał się w 1936 roku (a więc opuścił Austrię nie ze względu na pochodzenie, które – po 1938 roku – ściągnęłoby nań niebezpieczeństwo) do Związku Sowieckiego, aby pomóc bolszewikom w reformowaniu… służby zdrowia. Niestety, bolszewiccy towarzysze nie docenili prawdopodobnie jego reformatorskiego zapału – los Tandlera nie jest do końca znany i istnieją domysły, że padł z ręki tychże towarzyszy. W 1986 roku austriacka poczta wydała znaczek z podobizną zwolennika „niszczenia życia niewartego życia” i poputczika bolszewizmu. Posiada on też oczywiście swój plac w Wiedniu, znajdując się w doborowym towarzystwie, bo socjalistyczny Wiedeń pochwalić się może takimi miejscami jak Lassallestrasse, Rosa-Luxemburg-Gasse, Liebknechtgasse, Friedrich-Engels-Platz, Karl-Marx-Hof. Co ciekawe, wszystko to są obywatele Niemiec. Czyżby austriacka lewica manifestowała w ten sposób swoje wielkoniemieckie ciągoty? Dziwne, że noblistka Elfriede Jelinek tak się męczy w „klerofaszystowskiej” Austrii, a wystarczyłoby pójść na spacer na plac Tandlera, na ulicę Liebknechta czy Engelsa, albo chociaż nad planem miasta się pochylić, a w oka mgnieniu z Czarnej „klerofaszystowskiej” Austrii przeniosłaby się do swojej rodzinnej Czerwonej Austrii, tej „socjalkomunistycznej”. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że prace naukowe Tandlera z dziedziny anatomii należą podobno do wybitnych, więc może na swój plac zasługuje.

W opublikowanym w poprzednich „Arcanach” artykule Piotra Skórzyńskiego znalazła się opinia, że „ustawodawstwo Trzeciej Rzeszy było dziełem Carla Schmitta”. Jest to oczywiście opinia błędna, wariant rozpowszechnianej przez lewicę plotki, że Schmitt był „koronnym jurystą Trzeciej Rzeszy”. Jeśli Carl Schmitt był czyimś „koronnym jurystą”, to generała Kurta von Schleichera, który chciał wprowadzić w Niemczech autorytarną dyktaturę, aby zagrodzić drogę do władzy wrogom konstytucji, czyli komunistom i narodowym socjalistom. Dla realizacji tego planu potrzebne było wsparcie SPD i związków zawodowych. Niestety, plan się nie powiódł, bo lewica socjalistyczna obawiała się prawicowej dyktatury, w związku z czym władzę w Niemczech objął ich ideowy pobratymiec, narodowy socjalista Adolf Hitler.

Jeśli jednak to nie Carl Schmitt był „koronnym jurystą Trzeciej Rzeszy”, to kto nim był? Bez wątpienia najpoważniejszym kandydatem na to stanowisko jest prof. dr Ernst Rudolf Huber (1903-1990), członek NSDAP od 1933 roku, autor pracy Kształt niemieckiego socjalizmu (Hamburg 1934). Jego najważniejsze dzieło tamtego okresu to liczące ponad 500 stron Prawo konstytucyjne Wielkoniemieckiej Rzeszy (Hamburg 1939), w którym sformułował doktrynę państwowoprawną narodowosocjalistycznej Rzeszy Niemieckiej. Po wojnie, przez siedem lat, „koronny jurysta Trzeciej Rzeszy” podlegał politycznej kwarantannie, ale już w 1952 roku otrzymał profesurę honorową na Uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim, w 1957 roku przeszedł na inną uczelnię, a do emerytury w 1968 roku pracował na Uniwersytecie w Getyndze. W 1957 roku ponownie przyjęto go do organizacji zrzeszającej niemieckich specjalistów nauk prawnoustrojowych (Vereinigung der Deutschen Staatsrechtslehrer –VDS). Opublikował szereg ważnych prac, w tym, w latach 1957-1991, monumentalną, ośmiotomową Historię niemieckiego prawa konstytucyjnego od 1789 roku (ponad 7770 stron), o której Thomas Nipperdey w Rozważaniach o niemieckiej historii (Warszawa 1999) pisze: „rzecz zasadnicza i obszerna, dokładnie przedstawia fakty i przeprowadza błyskotliwą interpretację problemów”. Tak więc prawdziwy „koronny jurysta Trzeciej Rzeszy” stał się jednym z czołowych historyków prawa konstytucyjnego w Niemczech Zachodnich i kontynuował uniwersytecką karierę, gdy tymczasem rzekomy „koronny jurysta Trzeciej Rzeszy” Carl Schmitt został z życia akademickiego wykluczony raz na zawsze, a do VDS, którego był współzałożycielem, nigdy go ponownie nie przyjęto.

Widać tu wyraźnie działanie mechanizmów politycznych w powojennych Niemczech: Schmitt został wybrany na kozła ofiarnego przez kolegów z prawniczego cechu, którzy szybko dostosowali się do nowego reżimu i chcieli swoje polityczno-ideologiczne grzechy i grzeszki ukryć za jednym wielkim grzesznikiem. Schmitt nadawał się do tej roli znakomicie, ponieważ był nie tylko prawnikiem, ale także nielubianym przez lewych liberałów i socjalistów myślicielem politycznym, a swoich konserwatywno-narodowych poglądów nigdy się nie wyrzekł. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Schmitt był promotorem pracy doktorskiej Hubera. A więc jednak: może nie „koronny jurysta Trzeciej Rzeszy”, ale Doktorvater „koronnego jurysty Trzeciej Rzeszy”! Dodajmy tu jeszcze, że synem prof. Hubera jest biskup Wolfgang Huber, obecny prezes Rady Kościoła Ewangelickiego Niemiec.

W ostatnich „Arcanach” Szczepan Twardoch snuje inspirujące refleksje na kanwie książki Waltera Laqueura Ostatnie dni Europy. Rzeczywiście, nigdy jeszcze nie zdarzyło się w historii, aby żyjące w dobrobycie i w pokoju narody postanowiły zniknąć z powierzchni ziemi, a to właśnie dzieje się w Europie. Trudno się nie zgodzić z Laqueurem, że Europejczycy wymierają, ale jego diagnoza jest cokolwiek spóźniona, to raczej wystawienie świadectwa zgonu, co trudno uznać za szczególnie wybitne osiągnięcie intelektualne. Warto więc może przypomnieć człowieka, który tę diagnozę (i prognozę) postawił wiele lat temu, wtedy, kiedy Laqueur i jego koledzy zajmowali się zupełnie innymi sprawami i nie chcieli słuchać Kasandry. Także w kwestii skutków masowej imigracji mówił on to samo, co dzisiaj głosi Laqueur, a co już w latach 60. XX w. mówił Enoch Powell, w latach 70. Jean Raspail, atakowani wówczas przez lewych liberałów i neokomunistów jako „prawicowi ekstremiści” i „podżegacze do nienawiści”.

Prof. dr Robert Hepp (ur.1938), bo o nim mowa, studiował historię i nauki polityczne, doktoryzował się w 1967 roku na uniwersytecie w Erlangen u niemiecko-żydowsko-pruskiego monarchisty prof. Hansa-Joachima Schoepsa, historyka, autora ciekawych książek broniących „honoru Prus”. Doktorat wydał pod tytułem Polityczna teologia i teologiczna polityka (1968). Wraz z bratem Marcelem (1936-1970) założył w 1959 roku w Tybindze organizację studencką o nazwie Front Katolicki. Kiedy miejscowy biskup zabronił im używania określenia „katolicki”, bracia przemianowali się na Front Konserwatywny i wzbudzali sensację swoimi „konserwatywno-rewolucyjnymi” ulotkami i akcjami. Potem Marcel został doradcą Franza Josefa Straussa ds. prawnych i wszedł w skład redakcji konserwatywnego „Bayernkurier”. Bracia przyjaźnili się z wybitnym przedstawicielem powojennego niemieckiego konserwatyzmu Arminem Mohlerem.

Hepp pracował najpierw jako socjolog na uniwersytecie Kraju Saary, potem na uniwersytecie w Salzburgu. W latach 1971-1994 wykładał na uniwersytecie w Osnabrück, a od 1995 roku do emerytury w 2006 roku, na Wyższej Szkole w Vechta. Od połowy lat 70. ostrzegał przed demograficzną katastrofą w Niemczech i jej skutkami, czyli masowym napływem imigrantów z obcych kręgów kulturowo-cywilizacyjno-religijnych. Należał do inicjatorów tak zwanego Manifestu Heidelberskiego z 1981 roku, podpisanego przez grono konserwatywnych profesorów niemieckich w sprawie masowej imigracji i spadku liczby urodzin – oczywiście lewi liberałowie i neokomuniści rozpętali przeciwko sygnatariuszom świetnie zorganizowaną kampanię propagandową, oskarżając ich o wszelkie możliwe myślozbrodnie, z „faszyzmem” na czele.

Swoje analizy i prognozy zawarł Hepp w pracy Naród niemiecki w spirali śmierci (1984), a następnie w książce Ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej (1988). Już w latach 50. XX w. antropolożka prof. Ilse Schwidetzky wskazywała na antropologiczną realność „śmierci narodu” (Das Problem des Völkertodes, Stuttgart 1954). Hepp dowodził, że taki los spotka naród niemiecki. Jego tezy budziły furię w kręgach lewych liberałów i neokomunistów, potępiano jego „błędne nauki na temat kobiet i obcokrajowców”, niektórzy koledzy akademicy organizowali kolokwia i konferencje prasowe, aby się od niego publicznie odcinać, władze jego macierzystej uczelni napomniały go, aby był „wierny konstytucji”. Kiedy udawał się z gościnnymi wykładami na inne uczelnie, zwykle czekali tam na niego neokomunistyczni bojówkarze, aby przemocą przeszkodzić mu w wygłoszeniu wykładu; obrzucano go zgniłymi jajkami i pomidorami. Ten klimat zastraszania stworzyli „rewolucjoniści” 68 roku i ich lewo-liberalni sojusznicy, którzy, wywołując ideologiczną histerię i dokonując „denazyfikacji” nauk demograficznych, położyli kres rzeczowemu rozważaniu problematyki demograficznej.

Inaczej niż inni niemieccy demografowie – i to wywoływało szczególną irytację lewo-liberalnego establishmentu – prof. Hepp jasno mówił o „demografii politycznej“, nie uznawał żadnych tabu, nie chował się za analizowanymi z akademickim dystansem, suchymi danymi statystycznymi, ale stawiał mocną tezę: polityczne elity, które nie przeciwdziałają demograficznemu upadkowi, zdradzają swoje obowiązki wobec narodu, któremu powinny służyć. Demokratyczny liberalizm z jego „emancypacją”, „indywidualizmem”, pogardą wobec własnego narodu i fetyszyzmem mniejszości jeszcze bardziej osłabia wolę życia i niszczy podwaliny państwa. Ewolucję społeczeństwa zachodnioniemieckiego zachodzącą od końca lat 60. XX wieku nazywa Hepp socjalnym awansem do poziomu narodowej dekadencji. Lewym liberałom i neokomunistom naraził się także swoją cyniczną, zimną i wielce złośliwą krytyką ideologii „społeczeństwa wielokulturowego” (multi-kulti), dowodząc z nieubłaganą logiką, że jest to utopia, która realizowana może być w praktyce tylko za cenę utraty jakiejkolwiek kultury.

Być może to rozwścieczeni fanatyczni „wielokulturowcy” stali za akcją policyjną wymierzoną w prof. Heppa: w 1997 roku w Tybindze policja kryminalna skonfiskowała w wydawnictwie Hohenrain-Verlag ostatnie egzemplarze księgi pamiątkowej ku czci historyka prof. Hellmuta Diwalda (1924-1993), wydanej trzy lata wcześniej. Licząca 540 stron księga zawierała 40 artykułów pióra historyków, politologów, teologów, socjologów, prawników. Jako uzasadnienie konfiskaty posłużyło jedno zdanie z napisanego po łacinie przypisu w tekście prof. Heppa, mające rzekomo podżegać do nienawiści przeciwko grupie narodowościowej, rasowej czy religijnej. Prokuratura kilka miesięcy prowadziła sprawę, wzywano na pomoc rzeczoznawców z dziedziny filologii klasycznej, którzy mieli rozstrzygnąć, czy w zdaniu jest zaprzeczenie, czy raczej zaprzeczenie zaprzeczenia, a może zaprzeczenie zaprzeczenia zaprzeczenia itp. W końcu prokuratura umorzyła sprawę, ale prof. Hepp zmuszony był wycofać się z życia publicznego. Kto by się zresztą nie wycofał, gdyby za jedno, liczące 20 słów zdanie po łacinie, umieszczone w przypisie groził mu – z paragrafu 130 kk – wyrok trzech lat więzienia.

Jednak jakiś czas temu, po dziesięciu latach, prof. Hepp przerwał milczenie, nawiązując m.in. współpracę z konserwatywno-narodowym tygodnikiem „Junge Freiheit”. W jednym z wywiadów powiedział, że dzisiaj w Niemczech i gdzie indziej (vide:Laqueur) debatuje się na temat kryzysu demograficznego, starzenia się społeczeństw zachodnich etc., ale on nie ma zamiaru włączać się do tej debaty. Pozostawia innym „noszenie sów do Aten”, zwłaszcza o zmierzchu, kiedy sowa Minerwy zaczyna swój lot; wtedy, jak wiadomo, jest już za późno na działanie. Pytany, dlaczego, jego zdaniem, socjalliberalna koalicja, która objęła władzę w 1969 roku, nie zrobiła niczego, aby zatrzymać dramatyczny spadek urodzin, Hepp odpowiada, że z przyczyn ideologicznych: każdy, kto w tym kierunku coś chciał zrobić, natychmiast oskarżany był o „nacjonalistyczno-kolektywistyczne poglądy”. Przypomina, że dr Hermann Schubnell, doradca socjalliberalnej koalicji w kwestiach demograficznych uzyskał swój tytuł doktorski w „Tysiącletniej Rzeszy”. Jego dysertacja napisana była zgodnie z ówczesną pronatalistyczną linią partyjną; pod nowym reżimem zaakceptował nową, antynatalistyczną linię partyjną, w przeciwnym razie wyrzucono by go z kręgów rządowych jako „starego nazistę”.

W latach 60. XX wieku naród niemiecki – uważa Hepp – odzyskał zaufanie do siebie, w Niemczech zachodził powolny proces psychologicznego zaleczenia ran po przegranej wojnie. Rewolta 68 roku i objęcie władzy przez socjalliberalną koalicję przerwały ten proces. Nadwyżka urodzin nad zgonami zaczęła spadać, w 1972 roku pojawił się deficyt, który w 1975 roku wyniósł 149 tys. urodzin. W 1964 roku urodziło się w Niemczech 1,1 mln dzieci, w 1973 roku – 630 tys. Hepp interpretuje to jako ideologiczne zwycięstwo rewolucji 1968 roku i socjalliberalizmu. Niemcy mają dziś najniższą stopę urodzeń w swojej historii i chyba najniższą na świecie – odmowa rodzenia („strajk macic”) ze strony kobiet i odmowa płodzenia ze strony mężczyzn przyniosła zamierzone (?) rezultaty. Wskaźnik pragnienia posiadania dzieci u niemieckich kobiet i mężczyzn należy do najniższych w Europie, w takich warunkach każda „polityka rodzinna” skazana jest na niepowodzenie. Wolno domniemywać, że Niemcy boją się spłodzić nowego Hitlera, Eichmanna albo Himmlera, których tak często oglądają w telewizji, dlatego na wszelki wypadek wolą w ogóle nie mieć dzieci. W ostatnich trzydziestu latach dokonano w Niemczech 8 milionów aborcji – wśród tych nienarodzonych dzieci było zapewne wielu potencjalnych Hitlerów, Himmlerów czy Eichmannów, zatem aborcja w Niemczech jest w pełnym tego słowa znaczeniu aktem „antyfaszystowskim”.

Kiedyś niemieccy nacjonaliści mówili o „Volk ohne Raum”, dzisiaj Niemcy, a wraz z nimi cała Europa, stają się „Raum ohne Volk”; oczywiście przestrzeń bez Niemców (i wszystkich innych Europejczyków) zostanie zaludniona, jak to sugestywnie zobrazował Szczepan Twardoch, przez ludy z innych kontynentów. U lewych liberałów i neokomunistów wielkie niezadowolenie wywołały przed laty prognozy prof. Heppa na temat imigracji. Ma ona sens jedynie wówczas, wywodził Hepp, kiedy imigranci rzeczywiście wzbogacają autochtoniczną kulturę i gospodarkę, albo też kiedy z góry zakłada się, że wykonywać będą tylko podrzędne prace, trwale pozostając wobec tubylców warstwą niższą.

W okresie rządów koalicji SPD/FDP, kiedy jeszcze było możliwe przerwanie „spirali śmierci”, uznano, że (zamiast prowadzić politykę pronatalistyczną) należy otworzyć się szeroko na imigrację, aby obcokrajowcy uzupełniali ubytek ludności („Inder statt Kinder”). Nie można było pozostawić imigrantów na stałe w najniższej „kaście”, bo na to nie pozwala ideologia demokratyczna i liberalny humanitaryzm, więc wybrano politykę „integracji” setek tysięcy i milionów ludzi, którzy nie mogli w rzeczywisty sposób wzbogacać kulturowo i ekonomicznie grupy autochtonicznej, ponieważ stanowili niewykwalifikowane i niewykształcone masy przybywające z krajów biedniejszych. Jak wielokrotnie podkreślał prof. Hepp, imigranci są częścią większych grup etnokulturalnych, które na swoim terytorium nie wytworzyły takiego dobrobytu jak w Niemczech, dlatego jest czystą iluzją sądzić, że będą oni w Niemczech dobrobyt ten podtrzymywać, reprodukować i pomnażać.

Kiedy niemieccy publicyści jak Manfred Ritter (Sturm auf Europa 1990) lub Jan Werner (Die Invasion der Armen 1992) wskazywali – tak jak dzisiaj Laqueur – na negatywne skutki polityki wspierania masowej imigracji, dostawali się pod zmasowany ogień krytyki ze strony lewych liberałów i neokomunistów. Tymczasem kilka miesięcy temu lewo-liberalny tygodnik „Der Stern” (nr 32) opublikował artykuł członka redakcji Hansa-Ulricha Jörgesa zatytułowany Zakopana bomba, a w nim m.in. następujące dane: liczba imigrantów w Niemczech – 15,3 miliona, imigranci bez ukończonej nauki zawodu – 44%, imigranci w wieku 22-24 lat bez ukończonej nauki zawodu – 54%, tureccy imigranci bez ukończonej nauki zawodu – 72%, bezrobotni imigranci – 29%, słabo zarabiający imigranci – 44%, udział imigrantów w Berlinie wśród nieletnich karanych ponad 10 razy – 79%. Jest więc rzeczą oczywistą, że imigranci nie podtrzymają systemu emerytalnego i służby zdrowia, przeciwnie, będą z niego korzystać, aż około roku 2050 cały system się zawali. Jörges widocznie nie czytał Laqueura, bo ma pomysł, jak ulepszyć politykę integracji, która poniosła całkowite fiasko.Uważa on mianowicie, że należy powołać….Ministerstwo Integracji.

Recenzując niemieckie wydanie Ostatnich dni Europy Laqueura (którego nazywa „lewicowym prawicowcem”) Hepp napisał, że wprawdzie niczego nowego się z niej nie dowiadujemy, ale dla tych obywateli Europy, którzy zwykli czerpać swoje informacje ze źródeł urzędowych i masowych mediów, może być ona zimnym prysznicem. Znajomość demografii jest u Laqueura słaba, czasami myli kategorie i pojęcia; niekiedy zanudza czytelnika referowaniem elementarnej wiedzy polityczną; jawnie należy do tych typowych intelektualistów swojej generacji, którzy początek demograficznej katastrofy – rozpoznany na czas przez europejskich demografów – przespali. Jeszcze kilkanaście lat temu pisali o Europie, że znajduje się na drodze ku statusowi potęgi światowej, a dzisiaj okazuje się, że stary kontynent czeka los tematycznego parku rozrywki dla turystów Chińczyków i Hindusów, rodzaj Disneylandu na wyższym poziomie kulturalnym (Hepp dostrzega w książce Laqueura wymiar polemiczno-propagandowy, który trzeba odczytywać w kontekście sporów toczonych w anglosaskim establishmencie na temat roli Europy w polityce światowej). Ale to nie jest takie istotne w obliczu faktu, że Ostatnie dni Europy przynoszą sporą dawkę zdrowego, orzeźwiającego pesymizmu, tak czarnego, że bardziej czarny już być nie może. Opis społeczności paralelnych, głównie islamskich to naprawdę „mocna rzecz”. Trudno się dziwić recenzentce z „Neue Zürcher Zeitung”, że do głowy nie przyszła jej żadna sensowna myśl, oprócz rutynowego narzekania o „wodzie na młyn ksenofobów”. Skutkiem zdiagnozowanej przez Laqueura klęski polityki integracji mas obcokrajowców spoza Europy – od początku przewidywanej przez co trzeźwiejszych obserwatorów – będzie chaos, którym nie da się rządzić (były kanclerz Helmut Schmidt powiedział w jednym z wywiadów, że wielokulturowe społeczeństwo funkcjonuje tylko tam, gdzie istnieje silne państwo autorytarne, jak na przykład w Singapurze).

Proponowane przez Szczepana Twardocha spojrzenie na Europę z perspektywy „po końcu”, może przynieść rezultaty bardzo ciekawe poznawczo. Proces obumierania „ciała narodu europejskiego” należałoby opisywać z punktu widzenia teorii biowładzy, badając, jakie struktury władzy politycznej i ideologicznej nadbudowane są nad bazą „umierającego ciała”, kto i jak tym „umierającym ciałem” administruje, jakie polityczne, społeczne i moralne filozofie, idee i teorie wkomponowane są dobrze w proces agonii, a jakie nie, jakie go przyspieszają, a jakie spowolniają, jakie odgrywają rolę narkozy, jakie mają funkcję anestetyków etc. Może infrastruktura polityczno-ideologiczna stanowiąca „nadbudowę” biologicznego procesu umierania narodów europejskich jest czymś w rodzaju tanatokracji? Może współczesne partie polityczne, media, znaczące grupy intelektualistów to personel naszego europejskiego hospicjum, który w związku z zajęciem, jakie wykonuje, ma takie, a nie inne koncepcje, wyobrażenia, pomysły na przyszłość?

Szczepan Twardoch ma rację, sądząc, że lewicowo-liberalny establishment nie jest zdolny do „dyktatury”, ale pamiętajmy o tym, że powstaje w Europie polityczno-ideologiczna nadbudowa, której bazą jest życie, tyle że nie życie narodów europejskich, bo te umierają, ale życie narodów zaludniających Europę. W dyskursie związanym z nową nadbudową redefinicji ulegają dawne pojęcia polityczne. Na przykład – pisał o tym Hepp – Niemiec, który nieśmiało wyraża swój smutek, że Niemcy bezgłośnie wymierają, bywa okrzyczany… nacjonalistą. Niegdyś nacjonalizm był synonimem narodowej krzepy, kojarzył się z hasłami narodowej ekspansji i podporządkowania innych narodów, dzisiaj za nacjonalistę może uchodzić ktoś, kto martwi się, że jego naród wymrze. Zarzutu tego można łatwo uniknąć, ubolewając, że i inne narody europejskie wymierają: trudno wszak Polaka martwiącego się nie tylko o swój naród, ale i o naród niemiecki, nazwać nacjonalistą; byłby to oczywisty absurd. Ale wówczas z podręcznego magazynu sloganowych oskarżeń wyciąga się zarzut rasizmu. Jedną grupę Europejczyków, wysuwającą tego typu zarzuty, stanowi ta część personelu hospicjum, którą przepełnia „metafizyczne pragnienie śmierci” (Spengler), natomiast druga to ci, co nie chcą umierać, dlatego przechodzą na stronę sił życia, do obozu żywych, przyłączają się do obcych „wojowników”, którzy płodzą dzieci, napełniające gwarem opuszczone pokoje hospicjum. Dla tych Europejczyków „ostatnie dni Europy” są równocześnie pierwszymi dniami „nowej Europy”.

Komentując uliczne zajścia wokół organizowanego we wrześniu w Kolonii kongresu przeciw islamizacji Niemiec, żydowsko-niemiecki publicysta Henryk Broder pisał na łamach „Die Weltwoche” o „antyfaszystowskich bojówkarzach” (Antifa marschiert mit ruhig-festem Schritt), którzy twardo decydują o tym, kto ma prawo się gromadzić i demonstrować, komu należą się konstytucyjne prawa, a komu nie etc. Przejmują oni rolę policji, ustanawiając nowe formy realnej władzy. Są więc jeszcze wśród Europejczyków ludzie zdolni do stworzenia „antyfaszystowskiej dyktatury”, ludzie dysponujący „wolą władzy”. To nie kto inny jak europejscy „antyfaszyści” reprezentują dzisiaj życie, wzrost, ekspansję. Rozpiera ich chęć działania, mają poczucie siły, wierzą, że kroczą w kierunku, w którym zmierza historia. Oni jedni jeszcze maszerują, bo lubią maszerować. Kiedyś podbijaliby świat dla Europy, dzisiaj stają na czele „barbarzyńców podbijających Europę”.

W jednym z wywiadów prof. Hepp z stwierdził: „nie interesuje mnie już to, jak długo Niemcy będą potrafili utrzymać głowę ponad wodą, ale czy znajdą w sobie tyle woli i zapału, żeby coś jeszcze z sobą zrobić”. I to byłoby przesłanie dla wszystkich Europejczyków: „umierać, ale pięknie”.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana”, 2008, nr 6.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»