Tomasz Gabiś
Dwudziestowieczni konserwatyści lubili porównywać się do owego pompejańskiego wartownika, który zginął podczas wybuchu Wezuwiusza, gdyż zapomniano go odwołać z posterunku. Konserwatysta zeszłego stulecia, jak wartownik na straconym posterunku, heroicznie trwa do końca, wierny rozkazowi, honorowi i innym pięknym cnotom. Konserwatysta początku wieku XXI znajduje się w nieco odmiennej sytuacji: nie ma już nikogo, kto zapomniałby odwołać go ze straconego posterunku, nie ma straconego posterunku; choćby bardzo chciał, nie może heroicznie trwać do końca, bo koniec już nastąpił. Nietzsche nie miałby do popychania niczego, co upada, Leon Bloy, który określał się jako przedsiębiorca rozbiórkowy, musiałby zamknąć swój interes.
Konserwatysta żyjący „po wybuchu Wezuwiusza” czy, jak kto woli, po „końcu historii” i chcący nadal grać rolę wartownika na straconym posterunku, naraża się nie tyle na gniew i potępienie współczesnych – to by jeszcze było coś – ale na śmieszność. Zatem: odważna decyzja, hokus-pokus, czary-mary, abrakadabra, i konserwatysta wkracza dumnie na arenę dziejów jako postkonserwatysta.
Postkonserwatysta nie nawraca się z konserwatyzmu na – apage satanas! – liberalizm, socjalizm, prawoczłowieczyzm, demokratyzm, „freedomizm”, nie staje się chadekiem, socjaldemokratą, trockistą, faszystą czy antyfaszystą, komunistą albo antykomunistą, nie zamierza być rewolucjonistą, kontrrewolucjonistą, reakcjonistą czy postępowcem, co najwyżej bywa jednym lub drugim od czasu do czasu: od śniadania do obiadu – anarchista, podczas poobiedniej sjesty – faszysta, przed kolacją – reakcjonista, po kolacji – umiarkowany centrysta, na obchodach rocznicowych – chadek, na przyjęciu – liberał, na wakacjach – sam już nie wie, kto. Wszystkie ideologie sprzed „końca historii” są dlań martwe jako systemowe doktryny, jako całościowe sposoby wyjaśniania i interpretowania świata, ale ponieważ obdarza szacunkiem „zwłoki metafor stworzonych przez naszych przodków” (Richard Rorty), przeto od czasu do czasu lubi robić wyprawy do rupieciarni na strychu lub w piwnicy, do lumpeksu albo do antykwariatu, żeby sobie grzebać w starych ideologiach i wybierać z nich to, co wydaje mu się użyteczne, poręczne lub ładne. Zakłada przy tym, że wszystkie ideologie wprawdzie umarły, ale za to roi się od idei (chyba Foucault), które powstają, znikają, powracają i znowu znikają.
Postkonserwatysta nieśmiało konstatuje, że konserwatyzm zanikł jako siła polityczna, bo nie posiada socjalno-ekonomicznej podstawy – nie istnieje ani monarchia, ani arystokracja, ani wielkie mieszczaństwo, ani lud. Utraciły swoją dawną pozycję konserwatywne instytucje – armia, zorganizowane religie, rodzina. W związku z tym także konserwatyzm jako ideologia polityczna nie ma sensu, gdyż jaki sens może mieć ideologia polityczna, która nie ma choćby cienia szansy, aby stać się dla kogoś narzędziem politycznym.
Postkonserwatysta nie lamentuje i nie biadoli nad upadkiem dawnego ładu, nie czyni daremnych wysiłków na rzecz restauracji przedrewolucyjnego porządku, ale chce właściwie „rozpoznać położenie”, a potem myśleć i działać zgodnie z tym rozpoznaniem.
Postkonserwatysta czuje się tak, jakby stał na drugim brzegu rwącej górskiej rzeki, wiszący most za jego plecami runął w przepaść, nie ma drogi odwrotu. Znajduje się na nieznanym, niebezpiecznym terenie pełnym pułapek, wnyków i sideł, bez wydeptanych ścieżek, oznakowanych szlaków i szerokich dróg, bez mapy lub przewodnika, bo nikt takich jeszcze nie sporządził. Ma tylko w kieszeni stary, rozregulowany kompas, więc nie pozostaje mu nic innego, jak iść przed siebie. Jedyna ścieżka to ta, którą sam sobie utoruje przez chaszcze, jedyne światło, ku któremu pewnym krokiem podąża, to (za Gide’em) pochodnia, którą trzyma w ręku.
Postkonserwatysta wprawdzie rozstał się z konserwatyzmem, ale było to rozstanie łagodne, serdeczne, pełne godności z obu stron, pozwalające zachować wiele miłych wspomnień z okresu wspólnie przeżytych lat. Było to długie pożegnanie, ale nie gwałtowne zerwanie, właściwie postkonserwatysta cały czas żegna się z konserwatyzmem, widząc w nim ślad pozostawiony i odziedziczony z przeszłości; konserwatyzm to dla postkonserwatysty cenna, bliska jego sercu pamiątka, którą pieczołowicie odkurza od czasu do czasu irchową ściereczką, rozrzewniając się przy tym i czując trwający ułamki sekund przypływ bolesnej nostalgii.
Postkonserwatysta z melancholijną rezygnacją przyjmuje do wiadomości fakt, że „rewolucja zwyciężyła, nie rewolucja burżuazyjna, nie rewolucja komunistyczna, ale po prostu rewolucja” (Baudrillard). Ale pozostała chyba jeszcze rewolucja krzeseł, zapoczątkowana w miasteczku Mikropolis. Wyzwolenie krzeseł z wielowiekowego ucisku ludzkich ciał to wielce szlachetny cel, który postkonserwatysta skłonny byłby poprzeć.
Postkonserwatysta mniema, że system porewolucyjny ewoluuje i podlega wewnętrznej dekompozycji. Za wyczerpującą duchowo i mało twórczą uważa konserwatywną furię, skierowaną przeciw mitom i nowomowie oficjalnej propagandy, zbyt męczące jest dlań tkwienie w beznadziejnym zwarciu z panującą ideologią, która staje się wówczas punktem odniesienia, nic to, że negatywnym, ale jednak punktem odniesienia. Stara się więc raczej uwolnić z tego klinczu, bo wie, że jak się nie uwolni, to będzie odpowiadał na pytania, które postawili inni. Odpowiadał bardzo często odwrotnie, niż odpowiadają oni, ale odpowiadał ciągle na te same pytania. On wolałby postawić inne pytania, samemu wyznaczyć pole gry i wybrać broń do pojedynku. Chciałby dostrzegać „realny system”, sięgać nieco głębiej, pod powierzchnię ideologii i propagandy, zaglądać za kulisy, poza maski i kamuflaże, widzieć paradoksy rzeczywistości politycznej i niezamierzone, czasami wręcz odwrotne od zamierzonych, skutki wcielania w życie politycznych, społecznych i ekonomicznych idei, obserwować zderzenie ideologii i życiowego konkretu, odróżniać praktykę od teorii, badać, co się dzieje ze zwycięskimi ideologiami, które nie są już obietnicą czy postulatem, ale narzędziami realnego panowania, widzieć sprzeczności pomiędzy koniecznościami wynikającymi ze sprawowania i chęci utrzymania władzy politycznej a absurdalnymi założeniami ideologicznymi, patrzeć nie na abstrakcyjny System, ale konkretnych ludzi władzy z ich indywidualnymi cechami, egoizmami, interesami, emocjami, obsesjami, pożądaniami, namiętnościami, cielesnościami, twarzami, charakterami etc., etc.
Postkonserwatysta, kiedy jeszcze był konserwatystą, należał do Klubu Poszukiwaczy Straconego Suwerena (KPSS). Obecnie należy do Klubu Poszukiwaczy Idealnego Suwerena w Realnym Suwerenie (KPISwRS). Te poszukiwania nie są wcale łatwe, oj nie. Odnaleźć idealnego suwerena na przykład w brutalnym prostaku, w śliskim hipokrycie, w ideologicznym misjonarzu, w sprzedajnym chciwcu, w pozbawionym skrupułów manipulatorze to rzecz nieprosta – łatwiej znaleźć igłę w stogu siana, diament w kupie gnoju, czystą platońską ideę w szorstkiej, zgrzebnej i mętnej materii życia. Ale gdy się już znajdzie, jakaż satysfakcja i jakaż radość ogromna!
Postkonserwatysta, jako fundamentalistyczny sceptyk, kategorycznie wątpi w to, żeby mogła nastąpić restauracja w jakiejkolwiek dziedzinie, co nie oznacza, że uważa, iż nie należy próbować zmienić tego i owego na lepsze, przywracając to, co było, na przykład pozatykać dziury w dachu, pomalować płot, naprawić zepsuty kran, wykopać w ogródku uschnięte forsycje i posadzić nowe, pogodzić się z przyjacielem, z którym się pokłócił, odrestaurować zatarty napis na nagrobku, jeszcze raz przeczytać dobrą książkę, którą czytał dwadzieścia pięć lat temu i jeszcze raz się nią zachwycić, tylko trochę inaczej.
Postkonserwatysta przyklaśnie tezie Nietzschego, że w każdej epoce istnieje świat gnijący i świat powstający. Uściśli ją tylko, dopowiadając, że jest to jeden i ten sam świat.
Postkonserwatysta odczuwa radość z budowania, której towarzyszy świadomość, że i tak to, co buduje, kiedyś się rozpadnie, ba, od razu zaczyna się rozpadać, bo jako rzecze Ernst Jünger, świat jest w połowie budowany, a w połowie popada w ruinę. Jedyną jego ambicją jest choćby odrobinę przyczynić się do utrzymania świata w tej chwiejnej równowadze.
Postkonserwatysta bardzo by chciał, żeby świat ułożył mu się w uniwersalny ład, w ogólną całość. Ale nijak mu się ten pucel nie układa. Przeto stara się, aby choć małemu kawałkowi rzeczywistości, która jest w zasięgu jego ręki, nadać pewną formę, ład i sens, czyli zaprowadzić wokół siebie nieco mniejszy chaos. Kiedy ktoś mu zarzuci, że ten kawałek jest taki mały, stwierdza, „ale on jest”. A w duchu doda: „Ten mój mały kawałek, drogi kolego, jest większy niż cała twoja Całość, którą sławisz”.
Postkonserwatysta stanowczo odmawia uznania czasu, w którym żyje, za okres przejściowy, za coś w rodzaju „interregnum”. Uważa, że świat, w którym żyje, jest taki, jaki jest i inny nie będzie. Jego egzystencja jest w nim zanurzona po samą szyję, wkręcona w tryby konkretnego „tu i teraz”. Nie znajduje sensu w czekaniu na coś, co miałoby przyjść później. Nie uśmiecha mu się życie przejściowym półżyciem, afirmuje swój czas w elementarnym sensie, bo tylko ten czas dany mu został do życia, a śmierć i tak nie pozwoli mu doczekać niczego lepszego.
Postkonserwatysta nie dostrzega symptomów żadnego kryzysu, po którym miałby nastąpić powrót do „normalności”, nie rozpoznaje oznak dekadencji, po której przyjdzie odrodzenie, nie odczuwa dysharmonii, po której nastąpi powrót do dawnej harmonii, będącej, jak się skrycie domyśla, konserwatywnym mitem. Nie ma w nim nostalgii za świetlaną przeszłością, ani nie wypatruje tęsknie świetlanej przyszłości, nie obawia się katastrofy, bo katastrofa już nastąpiła, ani nie pragnie realizować pięknej utopii, bo ta już się urzeczywistniła. Powtarza sobie za Edgarem Morinem, że dyskurs katastroficzny i dyskurs euforyczny są w równym stopniu daremne. Nie istnieje dlań wybór pomiędzy utopią a dystopią, między Dobrym Terminatorem a Złym Terminatorem, obaj są tutaj i obaj byli zawsze. „Apokalipsa nadejdzie w przyszłym tygodniu” – powiadają jedni, „Raj jest tuż za rogiem” – powiadają inni. Postkonserwatysta zaś stara się jakoś przetrwać w naszej „rajokalipsie” czy w „apokaraju”. Pozostaje mu „stałe, uważne i wcale niełatwe śledzenie złożonego krajobrazu ludzkiego świata, w którym wciąż coś się zmienia i wciąż coś jest niezmienne. Wyważenie tych dwu składników, wykrycie nowych odmian zła, nowych odmian dobra, nowych wzorów zachowań i odwiecznych modeli życia, ocena świata, zawsze nieco nowego i nieco starego, jednocześnie archaicznie takiego samego i zmieniającego się pod wpływem inwazji «nowoczesności»” (Adam Zagajewski).
Postkonserwatysta, kiedy już doszedł do siebie po Ragnaröku, który odbył się w poprzedni weekend, wyciąga się wygodnie w fotelu, nastawia płytę z muzyką Brucknera albo Paktofoniki i „spogląda wstecz na koniec świata”. Widok ten dodaje mu nieco otuchy, więc dochodzi do wniosku, że nie ma co marnotrawić czasu na ulubione zajęcie tradycjonalistów, reakcjonistów i konserwatystów, czyli na poszukiwanie umiejscowionego w historii momentu upadku. Momentu, kiedy racjonalno-naukowe widzenie świata zniszczyło pobożne drżenie obecne w przedhomeryckim świecie bogów lub w religiach naturalnych, kiedy zaczęło się zapomnienie o Byciu, kiedy religie Księgi zastąpiły Tradycję przez duże T, kiedy upadła średniowieczna Respublica Christiana, rozpadło się Święte Cesarstwo Rzymskie, unicestwiony został Zakon Templariuszy. Nie zastanawia się nad tym, czy momentem negatywnego przełomu był Renesans, wynalezienie druku, Reformacja, Wielka Rewolucja Francuska, wynalezienie maszyny parowej, rewolucja przemysłowa, wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego, I wojna światowa, rewolucja bolszewicka, II wojna światowa, wynalezienie telewizji, wojna w Wietnamie, rewolta ′68 roku i kontrkultura, wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej, reformy Soboru Watykańskiego II. Dla świętego spokoju postkonserwatysta gotów jest nawet zgodzić się ze wszystkimi bez wyjątku piewcami upadku, ale i tak nie pójdzie ich śladem. Uważa bowiem, że konserwatywno-reakcyjno-tradycjonalistyczna narracja historyczna upadku jest tylko odwróceniem lewicowo-liberalnej narracji historycznej postępu, i że obie pozbawiają go siły duchowej i deprecjonują jego czas i jego życie – jedyne, jakie ma. Żyłby jakoś w tych „narracjach”, ale jego duszę przenikałyby stale gorycz, żal i tęsknota za tym, co było lub za tym, co będzie; żyłby z ciągłym dręczącym poczuciem niespełnienia, bo o ileż cudowniejsze, piękniejsze i pełniejsze byłoby jego życie, gdyby żył, dajmy na to, przed Wielką Rewolucją Francuską, albo gdyby urodził się później, niż się urodził, i doczekał chwili, kiedy wreszcie nastanie kres „alienacji”, „wyzysku” (kapitalistów przez robotników lub odwrotnie), „nierówności”, „nietolerancji”, „przemocy”, „nienawiści”, „wojen”, „ucisku” (mężczyzn przez kobiety lub odwrotnie) i czego tam jeszcze. Mówi zatem: „Nie, dziękuję”: żyć albo zawsze „po”, albo zawsze „przed” – to mu się wcale, a to wcale nie uśmiecha. Nie pozwoli, żeby mu ktoś psuł dzisiejszą zabawę przekonując go, że wczoraj to była naprawdę wspaniała zabawa albo że jutro to dopiero będzie świetna.
Postkonserwatysta bierze sobie do serca przestrogę Ernsta Jüngera: „Poruszamy się w minionych epokach lub odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija”.
Postkonserwatysta wie, że w odległej przyszłości o czasach, w których żyje, będzie się mówiło jako o „starych, dobrych czasach”. Wyciąga z tego logiczny wniosek, że już teraz żyje w „starych, dobrych czasach”.
Postkonserwatysta uważa za prawdę najbardziej oczywistą z oczywistych, że jego świat jest naprawdę najlepszym ze wszystkich możliwych światów, a to z tego prostego powodu, że jest to jego świat.
Postkonserwatysta zgadza się z buddystą Kenem Wilberem, że nie należy historyzować tego, co dzieje się w samym człowieku. To jego własna egzystencja może być biografią upadku lub postępu, w nim samym może następować upadek i restauracja, kolejny upadek i odrodzenie, to w jego egzystencji dokonuje się progres i regres, i tak aż do śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie. Postkonserwatysta dopuszcza nawet mało optymistyczne założenie, że jego własna egzystencja jest tylko serią mikrokatastrof noszącą przypadkiem jego nazwisko ( jest to, rzecz jasna, „cud przypadku pełnego znaczenia”).
Postkonserwatysta za absurdalną, i szczególnie „dołującą” psychicznie, uważa koncepcję, że kiedyś świat był zaczarowany, ale potem w wyniku różnych strasznych rzeczy nastąpiło jego odczarowanie. Stawia aksjomatyczną hipotezę, że tylko od niego samego zależy, czy jego własny świat stanie się zaczarowany. Świat jest bowiem poszarzały i nudny tylko dla poszarzałych i nudnych ludzi.
Postkonserwatysta nie bierze udziału w sporze pomiędzy zwolennikami linearnej i cyklicznej koncepcji dziejów (liniowcy kontra cykliści), bo nawet swoich własnych dziejów nie potrafi ułożyć w jeden wzór.
Postkonserwatysta jest zwolennikiem kosmologii topocentrycznej, która wychodzi z założenia, że centrum wszechświata zlokalizowane jest tam, gdzie żyje człowiek, czyli obecnie i tymczasowo środkiem kosmosu jest nasza Ziemia. Natomiast centrum (płaskiej) Ziemi – tak się jakoś szczęśliwie złożyło – znajduje się w ogródku postkonserwatysty.
Postkonserwatysta uważa, że w gwiazdy najlepiej patrzeć bez teleskopu, a na liście i kwiaty bez mikroskopu.
Postkonserwatysta przedkłada wydarzenia i sytuacje ponad systemy i struktury – za Gillesem Deleuze nawet pojęcia uznaje za wydarzenia. Woli miejsca, szlaki, przejścia, enklawy, marginesy, szare strefy niż wielkie obszary; boczne, polne drogi i leśne przecinki (Lichtung) niż szosy i autostrady; preferuje skinięcia i gesty zamiast wielkich znaków i komunikatów. Wybiera trawersy zamiast prostej drogi na szczyt.
Poskonserwatysta odpowiada tym, którzy namawiają go, żeby zaczął zmieniać świat: „Chcecie zmienić świat? Zostańcie w domu!”.
Postkonserwatysta zgadza się z dewizą, jaka przyświeca bohaterowi opowiadania Tomasza Małyszka profesorowi Jenkinsowi: „sięgaj tylko tam, dokąd wzrok sięga”.
Postkonserwatysta jest nieortodoksyjnym wyznawcą „antybycizmu”, doktryny lingwistyczno-ontologicznej, zalecającej, aby jak najrzadziej używać słowa „być”. Kiedy na przykład postkonserwatysta widzi człowieka, który łowi ryby, nie mówi „to jest rybak”, ale „człowiek, który łowi ryby”. Kiedy ów człowiek, który łowił ryby, kładzie się spać, staje się „człowiekiem, który śpi”, ponieważ nie można równocześnie „łowić ryb” i „spać”. Dlatego zdanie „rybak śpi” jest na gruncie „antybycizmu” bezsensowne. Postkonserwatysta nie mówi o kimś „on jest komunistą”, ale „on zrobił lub stwierdził coś, co niektórzy ludzie nazywają działaniem lub poglądem komunistycznym”, nie mówi „on jest faszystą”, ale „on zrobił lub stwierdził coś, co niektórzy ludzie nazywają działaniem lub poglądem faszystowskim”; nie mówi „on jest demokratycznym liberałem”, ale „on zrobił lub stwierdził coś, co niektórzy ludzie nazywają postępowaniem lub poglądem demokratyczno-liberalnym”. W związku z tym postkonserwatysta nie mówi o kimś „on jest postkonserwatystą”, ale „on zrobił lub powiedział coś, co niektórzy ludzie nazywają postępowaniem lub poglądem postkonserwatywnym”.
Postkonserwatysta nie lubi wielkich liter, dlatego unika patetycznych deklamacji o Prawdzie, Dobru i Pięknie – ponad nie przedkłada bycie ku prawdom, prawdomówność, prawdziwość, dobroduszność, dobre życie, dobrą przyjaźń, piękne przedmioty, pięknoduchostwo, piękne słówka.
Postkonserwatysta, znużony konserwatywną lamentacją nad współczesnością i sentymentalnym idealizowaniem przeszłości „sprzed upadku”, chciałby widzieć świat dawnych epok z całym ich okrucieństwem, strachem i uciskiem, sięga zatem bez żadnych uprzedzeń po lewicowych, ba, marksistowskich historyków, aby się upewnić, iż dobrze czyni, że nie tęskni za tym, co i tak bezpowrotnie minęło.
Postkonserwatysta nie jest ani wyznawcą kultu techniki, ani jej zajadłym krytykiem. Zimno mu się robi na myśl, że mógłby żyć w czasach, kiedy medyk kroił ludzi „na żywca”, bo o anestezjologii nikomu się nie śniło. Kiedy pomyśli o tym, że dentysta rwałby mu ząb bez znieczulenia, błogosławi naukę i technikę, szczególnie technikę dentystyczną. Zgadza się z Tymoteuszem Learym, że uda się powrócić do idylli wiejskiego życia, ale dopiero na skolonizowanych przez ludzi innych planetach.
Postkonserwatysta obserwuje z uwagą, jak obumierają kategorie, pojęcia i języki, jak „wszystko, co trwałe ulatnia się i rozpływa w powietrzu”, ale wie również – i tu ujawnia się jego przywiązanie do konserwatywnej antropologii – że ludzie w najgłębszych warstwach swojej egzystencji pozostają tacy sami. Postkonserwatysta wie – bo ciągle brzmi mu w uszach dobra rada udzielona mu przez makiawelistów i mistrzów realistycznej myśli politycznej: „nie patrz na maski i kostiumy, na makijaże i gesty, nie słuchaj tego, co mówią i obiecują” – że wieczne są hierarchie i dominacje, władza, polityka, walka, konflikt, panowanie, instytucje, wróg-sojusznik, zawiść, chciwość, wola mocy, nierówność: „Ci, co na dole, chcą na górę, ci, co na górze, nie chcą na dół”; „Naiwni dają, potężni biorą”; „Bądź jagnięciem, a na pewno spotkasz rzeźnika”; „Uwaga na portfele! Znowu mówią o demokracji, prawach człowieka i wrażliwości społecznej”; „Co zrobisz, kiedy ktoś cię uderzy w lewy policzek? Zależy od tego, jak silny jest ten, co uderza”; „Prawda was nie wyzwoli, ale panowanie nad środkami produkcji prawdy – i owszem”; „Praca uszlachetnia, praca jest etycznym obowiązkiem – powiedział pan do chłopa pańszczyźnianego”; „Ze sztyletem w dłoni prawią kazania o rządach Rozumu”; „Kto nie chce być kowadłem, musi być młotem”; „Dlaczego mnie tak nienawidzisz, przecież nic dobrego dla ciebie nie uczyniłem?”; „Bat określa świadomość”; „Kain i Abel – wzorcowy przykład braterstwa”; „W pozłacanej oprawie współczucia tkwi nieraz sztylet zawiści”; „Wojny wybuchają, rewolucje zwyciężają, reżimy upadają, a urzędy pozostają”; „Żelazne prawo oligarchii działa nawet w kółku różańcowym”; „W ogrzanej menażerii współczesnej kultury politycznej drapieżniki krążą czujnie wokół siebie, wymrukując chrapliwie etyczne formuły”; „Władza deprawuje, władza absolutna to bardzo fajna rzecz”; „On jest za międzyludzką solidarnością – solidarnością jego ręki z kieszenią sąsiada”; „Co to jest polityka? Kto z kim, na kogo i na co zbiera pieniądze”, „Demokratyczny rząd to najlepszy rząd, jaki sobie możesz kupić”; „Kto sam się poniża, chce być wywyższony”; „Nie otwieraj się zbyt pospiesznie na Innego, bo może mieć nóż za pazuchą”; „Posługują się pojęciami «konstytucja», «legalność», «tolerancja» jak zatrutymi sztyletami”; „Czyj chleb jesz, tego piosenkę śpiewasz”; „Deszcz pada tak samo na uczciwych i na złodziei, ale na uczciwych bardziej, bo złodzieje ukradli im parasol”.
Postkonserwatysta podejrzewa, że ogólna suma szczęścia i radości, cierpienia i bólu, przelanej krwi pozostaje w świecie zawsze taka sama. Ale wie też, że nie jest to żadna pociecha dla tych, którzy cierpią więcej niż inni, dla tych, którym przypadła w udziale większa porcja bólu, dla tych, których krew jest przelewana.
Postkonserwatysta nie przypuszcza, żeby poprzednie epoki były bardziej cnotliwe niż epoka, w której żyje. Wszystkie bez wyjątku występki i grzechy istnieją w ludzkich duszach, tyle tylko, że nie zawsze mogą się zmaterializować z powodu braku środków. Dziś wszystko się zdemokratyzowało, zatem także występki i grzechy dostępne kiedyś nielicznym uległy umasowieniu, natomiast cnoty, niestety, jakoś uparcie nie dają się upowszechnić.
Postkonserwatysta przysłuchiwał się raz wyrzekaniom pewnego konserwatysty na bardzo dziwnych ludzi – fetyszystów protez, którzy obcinają sobie różne członki, żeby móc je zastąpić protezami. Konserwatysta wyraził swoją głęboką odrazę do tego typu anormalnych praktyk i uznał je za wyraz daleko posuniętej dekadencji naszej epoki. Postkonserwatysta, zgadzając się z konserwatystą w ocenie owego dziwacznego hobby, doszedł jednak po chwili zastanowienia do wniosku, że nie ma co tak wyrzekać na nasze czasy, skoro i tak nie możemy się cofnąć do epoki przedprotezowej, kiedy to siłą rzeczy nie mogło być protezomaniaków, bo nie było protez. Przecież nawet konserwatysta, gdyby, nie daj Boże, stracił jakiś członek, przyznałby chętnie, że protezy są dobre i pożyteczne. Zatem aberracja protezomaniaków jest tylko wynaturzeniem tego, co dobre i pożyteczne, jest ceną, jaką trzeba zapłacić za to, że protezy pomagają żyć normalnym ludziom poszkodowanym przez los, także ludziom ponadprzeciętnym, którzy stworzyć mogą dla nas piękne i dobre rzeczy.
Postkonserwatysta jest entuzjastycznym zwolennikiem teorii kompensacji (vivat Odo Marquard i Polyanna!): coś znika, ale coś się pojawia, coś jest odjęte, ale coś dodane, coś drożeje, ale coś tanieje. Jak cię reumatyzm zegnie wpół, to się ciesz, że nie potrzebujesz już się schylać przy pieleniu ogródka. Nić, którą przędą Parki, może być zarazem nicią Ariadny (za Derridą). „Nie tylko każde światło ma swój cień, lecz także każdy cień ma swoje światło” (Ernst Jünger). Jak ci przez pomyłkę ktoś da w prezencie protezę zamiast złotego zegarka, to się ciesz, że nie musisz jej używać.
Postkonserwatysta zgadza się z twierdzeniem Ciorana, że każdy postęp implikuje regres, każdy wzlot – upadek, ale uzupełnia je: każdy regres implikuje postęp, każdy upadek – wzlot.
Postkonserwatysta przychyla się do opinii, że nie można dziś frontalnie atakować „Systemu” występując w roli rewolucyjnego – konserwatywnego lub lewicowego – samotnego bojownika. Taka postawa jest bowiem sensowna tylko wówczas, kiedy dysponuje się „obiektywnie konieczną” perspektywą przyszłości, kiedy zna się „sens historii”. On żadnego sensu historii dociec nie potrafi. Kiedy patrzy w przyszłość, widzi różne przyszłości, szczególnie, gdy chodzi o jego własną przyszłość, a ta interesuje go najbardziej. Jedyne, czego jest pewien, to to, że koniec wszystkich tych przyszłości będzie w każdym przypadku taki sam. I nie będzie to, niestety, happy end. Więc nie wie, co wybrać: konstruktywny opór czy kolaborację, pozbawioną najmniejszej choćby odrobiny entuzjazmu; przemyśliwuje intensywnie, jak by tu nie popaść w jałowy konformizm, a zarazem uniknąć pułapki równie jałowego buntu, jak wymknąć się z uścisku syjamskich braci: urzędowego optymizmu i opozycyjnego biadolenia, co zrobić, żeby nie być mówionym ani przez oficjalną nowomowę, ani przez opozycyjną, antysystemową kontrnowomowę, jaką subtelną grę prowadzić, żeby „Oni” się nie dowiedzieli, czy jest „za”, czy „przeciw”, jak balansować, na linie prawdy, żeby nie wpaść do czarnej dziury po prawej lub do czerwonej po lewej stronie. Nie bardzo wie, jak ten cel osiągnąć, jak rozwiązać tę kwadraturę koła, ale mocno się stara, usilnie poszukując Trzeciej Drogi – znów ta pokusa wielkich liter! – więc nie Trzeciej Drogi, ale trzeciej drogi lub trzeciej ścieżki, a może tylko ścieżynki, którą mógłby sobie niespiesznie wędrować – odpowiada mu bycie flaneurem, „niespiesznym przechodniem”.
Postkonserwatysta poproszony o napisanie programu postkonserwatywnego z wielką ochotą spełnia tę prośbę i po wielu miesiącach mozołu z dumą przedstawia urbi et orbi, to znaczy swoim przyjaciołom i znajomym, kilka stronniczek tekstu opatrzonego tytułem „O Nowy Świat i Nowego Człowieka. Małe prolegomena do fragmentów pierwszej próby naszkicowania prowizorycznego zarysu wstępnego projektu programu postkonserwatywnego na najbliższe dwa tygodnie (rekonesans)”.
Postkonserwatysta uwielbia intelektualny bricolage – czyta sobie Evolę czytanego przez Derridę i Derridę czytanego przez Evolę, Foucalta przez Szasza i Szasza przez Foucaulta, Gehlena przez Baumana i Baumana przez Gehlena, Rorty’ego przez Schmitta i Schmitta przez Rorty’ego, Dugina przez Dunin i Dunin przez Dugina, Baudrillarda przez Konecznego i Konecznego przez Baudrillarda, Chestertona przez Vattimo i Vattimo przez Chestertona, ojca Bocheńskiego przez Ciorana i Ciorana przez ojca Bocheńskiego, Gombrowicza przez Sienkiewicza i Sienkiewicza przez Gombrowicza, Stasiuka przez Myśliwskiego i Myśliwskiego przez Stasiuka. I tak sobie żegluje po głębokich, zmąconych i wzburzonych wodach narracji, idei, koncepcji, estetyk i retoryk, pozwala im nawzajem się oświetlać i odsłaniać braki oraz złudzenia, przygląda się z uwagą i zadowoleniem, jak rzucają na siebie podejrzenia, jak się nawzajem demaskują, skaczą sobie do gardła, gryzą, osłabiają i wykrwawiają. A on sobie potem coś znajduje na pobojowisku i magazynuje w swojej szopie.
Postkonserwatysta zapytany, co należy zachowywać, odpowiada: przede wszystkim spokój. A poza tym stare monety i stare fotografie, wytartą skórzaną kurtkę, dobre wspomnienia, opinię z wojska, dyplom za zajęcie drugiego miejsca w turnieju tenisa stołowego, wyciętą z albumu reprodukcję matejkowskiego „Stańczyka”, fajkę po dziadku, swoją własną fajeczkę, którą za młodu nabijało się dobrym, mocnym afganem, i wiele, wiele innych cennych rzeczy, myśli i doznań.
Postkonserwatysta, kiedy po dłuższej wędrówce dotrze wreszcie nad Rubikon, to sobie nad brzegiem usiądzie, nogi wymoczy, popluska się trochę, a potem starą łódką, znalezioną w nadrzecznych zaroślach, popłynie, ale nie na drugi brzeg Rubikonu, ale w dół leniwie płynącej rzeki.
Postkonserwatysta nie pędzi naprzód, nie maszeruje w szeregu, nie kroczy raźno do jasno wyznaczonego celu. Raczej żegluje. Nic mu innego zresztą nie pozostaje w sytuacji, kiedy, jak to precyzyjnie i bezspornie ustalił Aleksander Dugin, Morze wygrało z Ziemią. Trudno, potop nastąpił, ziemia zalana, a jakoś żyć trzeba. Pisał Oakeshott: „Nie ma portu, w którym można się schronić ani gruntu dla zarzucenia kotwicy. Możemy uczynić tylko jedno, a mianowicie utrzymać statek na pełnym morzu”. Tym samym traci swój sens pytanie, czy należy dać się bezwolnie unosić przez prąd, czy też heroicznie płynąć pod prąd aż do utraty sił, do ostatniego tchu. Można być tylko żeglarzem, który raz płynie z wiatrem, raz pod wiatr, pozwala się unosić fali, dryfuje, chwyta wiatr w żagle, halsuje, wpada we flautę, nie wie dokładnie, gdzie płynie, ale płynie, i czuje, że żyje, czuje wiatr i bryzgi wody na twarzy, ruch fal, palące ciepło słońca. Dlatego woła: „stawiać żagle i w drogę, przed nami wielka przestrzeń”. Potem dopiero z lekkim przerażeniem w sercu uświadamia sobie, że przecież nigdy nie zdał egzaminu na sternika, nie wziął ze sobą ani mapy, ani kompasu, a załoga gdzieś się zapodziała. Ale nic to, wszak musi być dzielny, więc struchlały w duchu powtarza za Douglasem Adamsem: „Don’t panic!”.
Postkonserwatysta ma cichą nadzieję, że „także w naszym spodlałym świecie można wieść życie warte życia. Wystarczy, że człowiek myśli, że się nie sprzedaje, że upiera się przy swojej godności i ludziom niegodnym nie podaje nawet małego palca, również tym niegodnym spośród ofiar” (Joachim Fernau).
Postkonserwatysta, kiedy mu mówią, żeby porzucił wszelką nadzieję, wznosi toast: „Wypijmy za niebywałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!”. I postanawia: „Nie mam żadnych szans, ale muszę je wykorzystać” (za Achternbuschem).
Tomasz Gabiś
Fragment książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008). Poprawiona i rozszerzona wersja tekstu, który ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40/41 (2004).
