«
»

Historia i polityka

WRZEŚNIOWA FANTAZJA

09.08.09 | 1 komentarz

Europa jest snem, który nieodmiennie przywołujemy z głębi pamięci historycznej, kiedy pragniemy pojednania i pokoju
(ksiądz Tomasz Halik)

Tomasz Gabiś

Wojna polsko-niemiecka 1939 roku tak mocno zaważyła na losach Polski, Europy i świata, że często zadawano sobie pytanie, jak potoczyłaby się historia, gdyby Warszawa i Berlin znalazły jakieś kompromisowe rozwiązanie kryzysu. Zapytajmy więc raz jeszcze, co stałoby się z Europą i światem, gdyby decyzje podjęte w pierwszej połowie 1939 roku w Warszawie i w Berlinie były inne niż były. Zabawmy się w alternatywną, „gdybaną historię”, przyjmując, że Polska i Niemcy porozumiewają się w 1939 roku i nie dochodzi do wojny polsko-niemieckiej. Duża część badaczy historii alternatywnej zakłada, że Niemcy, zabezpieczywszy się od wschodu przez układ z Polską, dokonują inwazji na Francję, pokonują ją, podbijają całą Europę a następnie uderzają na Związek Sowiecki. Przypomnijmy jednak, że w historii realnej sekwencja wydarzeń była następująca: wybucha wojna polsko-niemiecka, 3 września Francja i Anglia wchodzą w stan wojny z Niemcami, w maju 1940 roku Niemcy uderzają na Francję sprzymierzoną z Anglią.

W alternatywnej wersji historii miałoby być tak, że wojna polsko-niemiecka nie wybucha, Francja i Anglia nie wypowiadają Niemcom wojny, ich ówczesny sojusznik Związek Sowiecki nie anektuje połowy naszego terytorium, ale Niemcy i tak uderzają militarnie na Francję sprzymierzoną z Anglią, rozciągają hegemonię nad całą Europą i atakują Sowiety. Innymi słowy, mimo iż w wersji alternatywnej brakuje ważnych ogniw, które występują w historii realnej ( wojna polsko-niemiecka, wejście Francji i Anglii 3 września w stan wojny z Niemcami, agresja sowiecka na Polskę), to toczy się ona tak samo jak historia realna: Niemcy wkraczają zbrojnie do Francji i atakują ZSRS w obu historiach. Wydaje się, że w ten sposób trochę psujemy sobie zabawę z uprawiania historii „gdybanej”, które polega wszak na tym, że brak jakiegoś ważnego ogniwa w sekwencji historycznych wydarzeń – a takim ogniwem jest wszak wojna polsko-niemiecka – zmienia jej bieg.

Znacznie bardziej ciekawa jest inna wersja: wojna polsko-niemiecka nie wybucha, Francja i Anglia nie wchodzą w stan wojny z Niemcami, Sowiety nie anektują połowy Polski, Niemcy nie przystępują do działań wojennych przeciw Francji. W Europie trwa pokój. Dlaczego bowiem mielibyśmy zakładać, że Niemcy zaatakowałyby Francję także wówczas, gdyby między Polską i Niemcami trwał pokój, w związku z czym Francja nie wypowiedziałaby im wojny, bo przecież nie miałaby ku temu żadnego powodu?

Uderzenie Niemiec na Francję w 1940 roku nie wzięło się stąd, że Hitler nie lubił Francuzów, ale mieściło się w ramach racjonalnej polityki siły, której celem było: 1. wyeliminowanie drugiego najważniejszego państwa na kontynencie, które wypowiedziało im wojnę, 2. opanowanie europejskiego wybrzeża Atlantyku, aby w ten sposób polepszyć sytuację geostrategiczną Niemiec wobec Anglii, która wypowiedziała im wojnę a następnie odrzuciła ofertę pokojową Hitlera z 6 października 1939 roku, i zapobiec ewentualnej blokadzie kontynentu. Te czysto geostrategiczne względy odpadłyby, gdyby nie doszło do wojny polsko-niemieckiej.

Jaki sens miałby militarny atak Niemiec na pokojowo nastawioną Francję, która nie wypowiedziała im wojny, w chwili, kiedy i tak zawalił się cały powersalski system polityczny kontynentalnej Europy, którego Francja była głównym filarem? Francja nie miałaby na kontynencie praktycznie żadnych sojuszników: Polska porozumiała się z Niemcami, Europa Środkowo-Wschodnia, Bałkany i Skandynawia są raczej (lub szybko stałyby się) proniemieckie, od południa i na Morzu Śródziemnym natyka się na sojusznika Niemiec Włochy i na Hiszpanię gen. Franco. Od strony Atlantyku zostaje Portugalia prof. Salazara i Anglia, która, utraciwszy wpływy na kontynencie, w niczym nie może Francji pomóc. Również żaden układ z Moskwą nie wchodzi w grę. Czyli „znikąd ratunku”. Paryż nie miałby żadnej swobody manewru, bo wariantu, że Francja zdecydowałby się uderzyć militarnie na Niemcy, które nie wypowiedziałyby jej wojny, nikt poważnie nie rozpatruje, wiedząc, że Francja w ogóle przystępować do wojny nie chciała i wypowiedziała wojnę Niemcom tylko pod presją Londynu, a po jej wypowiedzeniu starała się raczej nic nie robić.

W tej sytuacji Paryż musiałby porozumieć się z Berlinem tzn. uznać koniec systemu powersalskiego i realistycznie zaakceptować przywództwo niemieckie w kontynentalnej Europie. Stałoby się to szybko, zwłaszcza, że w samej Francji doszłyby do władzy siły proniemieckie – dokładnie te same, które zdecydowały się na współpracę z Niemcami po klęsce militarnej Francji w 1940 roku, tyle tylko, że teraz bez odium „kolaboracji” z okupantem, bez komunistycznego Ruchu Oporu, bez de Gaulle`a w Londynie etc., a w rezultacie z większym poparciem zarówno przeważającej części klasy politycznej, jak i szerszych kręgów społecznych.

Założenie, że Niemcy uderzyłyby na Francję także wówczas, gdyby nie było wojny polsko-niemieckiej, a Francja i Anglia nie wypowiedziałyby im wojny, jest słuszne na tej zasadzie, że każde działanie polityczne, nawet najbardziej nieprawdopodobne, w jakimś stopniu jest prawdopodobne, choćby prawdopodobieństwo to wynosiło pół procenta. Jednak przy takim ujęciu uprawianie „gdybanej” historii nie ma żadnego sensu. Jakie było prawdopodobieństwo, że Niemcy zdecydowałyby się na wojnę z Francją, nawet wówczas, gdyby Francja nie wypowiedziała im wojny? Prawdopodobieństwo to było bliskie zera. Jedynym bowiem punktem spornym była kwestia Alzacji-Lotaryngii. Być może ta kwestia w dalszej przyszłości mogłaby stać się powodem napięcia pomiędzy Niemcami a Francją, ale nie wojny. Pozycja Niemiec w Europie byłaby na tyle silna , a rząd we Francji na tyle proniemiecki, że kwestia ta zostałaby uregulowana na drodze pokojowej – jakiś plebiscyt czy coś w tym rodzaju.

Gdybyśmy przyjęli wersję „pokój między Polską i Niemcami”, ale „wojna Niemiec z Francją”, to musielibyśmy założyć, że Niemcy, mimo iż mogą spokojnie zrealizować swoje (geo)polityczne cele w Europie bez wojny, rozpoczynają jednak wojnę z Francją. Nie ma żadnych logiczno-politycznych przesłanek, aby takie założenie czynić. Przyjmijmy zatem inne: rząd polski, pilnie wsłuchany w głosy Władysława Studnickiego, Jana Emila Skiwskiego, Stanisława Cata-Mackiewicza, Adolfa Bocheńskiego, kontynuuje politykę zbliżenia z Niemcami zapoczątkowaną przez Marszałka Piłsudskiego w 1934 roku, nie przyjmuje (fikcyjnych) gwarancji brytyjskich, Berlin idzie na kompromis i nie sięga po środki militarne, nie dochodzi do wojny polsko-niemieckiej, Francja i Anglia nie wypowiadają wojny Niemcom, Sowiety nie dokonują inwazji na Polskę. W konsekwencji nie wybucha ani wojna europejska, ani światowa.

Jest jasne, że Rzesza Niemiecka stałaby się, ze względu na swoje centralne położenie, głównym państwem w Europie, wokół którego powstałaby dostosowana do ówczesnych warunków historycznych swego rodzaju Federacja Europejska, czy też jak powiedzieliby ówcześni eurosceptycy, Federacja Euroniemiecka.
Zacytujmy w tym miejscu Jamesa Burnhama, który w wydanej przez paryską „Kulturę” książce Walka o świat pisał :
„Większa część ludności Francji była zdecydowanie przeciwna wojnie. Nie znaczy to, że Francuzi byli tchórzami; myśleli tylko po prostu, że nie ma powodu do walki. Przede wszystkim jednak czuli, że dalsze istnienie Europy, podzielonej na grupy zazdrosnych narodów, ekonomicznie nastawionych do siebie wrogo, starających się wzajemnie wyniszczyć i prowadzących między sobą co kilka lat wojny – jest niemożliwe. Francuzi gotowi byli przyjąć to, co ogólna sytuacja im narzucała: federację europejską. Oczywiście, nie zaproponowaliby jej dobrowolnie Hitlerowi, lecz zgodziliby się na nią z łatwością, gdyby ich do tego pchnięto. Gdyby nie było innego wyjścia, gotowi byli przyjąć najgorsze dla nich wyjście, to znaczy, federację pod kierownictwem niemieckim”.
I dalej:
„Układ pomiędzy Niemcami a Francją wystarczyłby całkowicie na to, by Federacja Europejska stała się rzeczywistością. Anglia miałaby wówczas przed sobą nie Europę podbitą, kipiącą wewnętrznie i zapełnioną przyjaciółmi angielskimi, lecz Europę obudzoną i niecierpliwiącą się, aby iść naprzód. Hitler mógłby był zażądać w imieniu całej Europy zakończenia wojny na zachodzie. Anglia utraciłaby uzasadnienie do prowadzenia dalszej walki”. [1]

Burnham uważał, że nawet po przegranej Francji Hitler mógł jej zaproponować wejście do zjednoczonej Europy w roli partnera, drugorzędnego wprawdzie, ale partnera, a nie marionetki. Skoro jednak zakłada on, że powstanie federacji europejskiej, w ramach której Alzacja-Lotaryngia mogłaby pewnie zostać czymś w rodzaju euroregionu, było możliwe nawet po wojnie francusko-niemieckiej, w warunkach niezbyt sprzyjających realizowaniu śmiałych i dalekosiężnych koncepcji politycznych, natomiast zmuszających do koncentrowania się na celach bezpośrednich i krótko terminowych, to dlaczego miałoby ono być niemożliwe w warunkach pokoju? Dlaczego nie miałoby dojść do układu Niemiec i Francji, który „wystarczyłby całkowicie na to, aby Federacja Europejska stała się rzeczywistością?” Za jednością europejską opowiadało się wszak w latach 30. wielu francuskich intelektualistów i polityków, jak choćby Pierre Drieu La Rochelle, który już w 1922 roku wysunął postulat zjednoczenia Europy opartego na pojednaniu Francji i Niemiec a później proponował m.in. utworzenie europejskiej unii celnej.

Gdyby Francja, widząc umocnienie geopolitycznej pozycji Niemiec i załamanie się systemu powersalskiego, uznała przywództwo Niemiec na kontynencie, wówczas także inne rządy europejskie, jedne z entuzjazmem, inne mniej entuzjastycznie, jedne z poczucia realizmu politycznego, inne ze względu na korzyści ekonomiczne czy zagrożenie ze strony sowieckiego komunizmu, poszłyby za przykładem Francji i zgodziłyby się na pokojowe zjednoczenie Europy przez Niemcy. Powstanie Federacji Europejskiej byłoby tylko kwestią czasu.

Możemy długo „gdybać”, jaki byłby wewnętrzny kształt tej Unii Europejskiej, jakie panowałyby w niej warunki polityczne, społeczne, ideologiczne i ekonomiczne, jakie formy przyjęłaby integracja europejska, czy byłaby to raczej bardziej luźna struktura – bardziej Europa Ojczyzn, czy też, tak jak to ma miejsce dziś, biurokracja europejska dążyłaby do centralizacji, ujednolicenia prawa i narzucania europejskim „prowincjom” swoich norm, przepisów i wzorców. Pamiętajmy, że nawet w warunkach wojny totalnej, egzystencjalnej wojny na śmierć i życie prowadzonej przez Rzeszę Niemiecką ze Związkiem Sowieckim, Norwegia, Francja, Włochy, Węgry, Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Finlandia, Dania miały pewien, niekiedy całkiem spory zakres swobody, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną i zachowały możliwość kształtowania swojego narodowego bytu wedle własnych tradycji, choć oczywiście nie mogły tolerować u siebie ruchów komunistycznych czy innych antyniemieckich organizacji. Wolno przeto zakładać, że gdyby wojny nie było, to federacja europejska ewoluowałaby w kierunku wojskowo-politycznej centralizacji, przy zachowaniu prawno-ustrojowo-kulturalno-obyczajowych odrębności poszczególnych krajów europejskich.

Jedno jest pewne: federacja europejska powstałaby bez wojny, bez okupacji, bez zniszczeń wojennych, bez gospodarki wojennej i eksploatacji ekonomicznej, bez ofiar terroru i kontr-terroru, bez masowych deportacji i wypędzeń, bez obozów koncentracyjnych typu Mauthausen czy Auschwitz itd. Jeśli, jak wielokrotnie pokazywali historycy, to właśnie eskalacja i totalizacja wojny przynosiła coraz większą brutalizację i opresywność wewnętrznych stosunków w Europie, to zasadne jest przypuszczenie, że pokój sprzyjałby ewolucji akurat w odwrotnym kierunku. Przyszłyby reformy, „pieriestrojki”, „liberalizacje” i „odwilże”, zmiany pokoleniowe, wypalanie się dawnych ideologii nacjonalistycznych nieużytecznych dla Federacji Europejskiej itd. Natomiast na znaczeniu zyskałyby rozmaite koncepcje jedności europejskiej jak choćby koncepcja prezesa holenderskich narodowych socjalistów Antona Adriaana Musserta, który proponował powołanie Związku Europejskiego lub Unii Narodów Europejskich mającej kształt unii wojskowo-gospodarczej, stworzenie unii celnej i zniesienie granic wewnętrznych w Europie (niemiecki nacjonalista Julius Streicher w „Stürmerze” nazwał to proeuropejskie ugrupowanie „żydowską partią pana Musserta”).

Przypomnijmy, że już w 1926 roku bracia Otto i Gregor Strasserowie w opracowanym przez siebie projekcie programu partii narodowosocjalistycznej proponowali utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy jako Europejskiego Związku Narodów z jedną walutą i bez barier celnych. Na początku września 1939 roku Vidkun Quisling wystosował apel do narodów Europy o utworzenie europejskiego Commonwealth`u, później zgłosił projekt Paktu Europejskiego i Europejskiej Wspólnoty Narodów ze wspólnym prezydentem. Wybitny przedstawiciel europejskiej socjaldemokracji, Belg – Hendrik de Man w wydanej w Brukseli w 1942 roku książce Myśli o pokoju pisał, że nieważne jest, jak nazywać się będzie zjednoczona Europa: federacja, konfederacja, Liga, unia, związek, stowarzyszenie, Rzesza, Stany Zjednoczone czy Imperium, byleby powołać ją do życia, i stwierdzał: „Dla uproszczenia będę ją nazywał Unią Europejską”. [2] W historii realnej te koncepcje (i wiele pokrewnych) [3] zepchnięte na margines przez wielkoniemiecki i wielkogermański szowinizm Hitlera, nie odegrały, niestety, prawie żadnej roli, ale w historii alternatywnej, w której Europa jednoczy się na drodze pokojowej, a nie „krwią i żelazem”, z pewnością byłyby ważnymi głosami w debacie na temat przyszłości Europy i kształtu Unii Europejskiej.

Kolejna kwestia, którą należy „przegdybać”, to wojna ze Związkiem Sowieckim. Twierdzi się często, że gdyby Polska i Niemcy porozumiały się w 1939 roku, to Polska musiałaby wziąć udział w „antybolszewickiej krucjacie”, która zakończyłaby się tak samo jak ta podjęta w historii realnej. Również i w tym przypadku, mimo iż w alternatywnej historii brak wielu ważnych ogniw, przebiega ona tak jak historia realna. Wypada jednak zauważyć, że gdyby nie wybuchła wojna polsko-niemiecka, Sowiety nie mogłyby 17 września dokonać najazdu na Polskę i aneksji połowy jej terytorium. Inaczej zatem ukształtowałaby się sytuacja geopolityczna i geostrategiczna, a co za tym idzie decyzje podejmowane przez władze Unii Europejskiej mogłoby być inne niż te, które podjęły władze Rzeszy Niemieckiej w czerwcu 1941 roku.

Przy rozpatrywaniu wariantu wojny z ZSRS należy uwzględnić fakt, że Unia Europejska miałaby o niebo lepszą sytuację geostrategiczną wobec Sowietów niż Rzesza Niemiecka w 1941 roku. W okresie II wojny światowej Rzeszy Niemieckiej i jej sprzymierzeńcom niemal udało się pokonać Związek Sowiecki. A przecież w hipotetycznej wojnie Unia Europejska miałaby w swojej przestrzeni strategicznej całą Polskę z kresami wschodnimi, Litwę, Łotwę, Estonię, Besarabię, Północną Bukowinę, i mogłaby wyprowadzić atak z linii o wiele dalej przesuniętej na wschód.

Aneksje dokonane przez Stalina w latach 1939-40 (możliwe dzięki wybuchowi wojny polsko-niemieckiej) były niezwykle ważne z geostrategicznego punktu widzenia. [4] Bez nich Sowiety byłyby wobec Unii Europejskiej w znacznie gorszej sytuacji geopolitycznej i geostrategicznej. Ponadto Unia mogłaby skupić wszystkie siły na jednym froncie wschodnim; w Europie i na zapleczu frontu nie działałyby zgrupowania partyzanckie wysadzające transporty wojskowe jadące na wschód, Japonia wiązałaby siły sowieckie na wschodzie, USA nie udzieliłyby Sowietom wielkiej pomocy gospodarczej i wojskowej, bo rządowi amerykańskiemu raczej nie udałoby się przekonać światowej opinii publicznej, iż Ameryka jako champion wolności ma święty obowiązek wysłania swoich chłopców, aby ratowali przed zasłużonym końcem totalitarny system bolszewicki z jego archipelagiem Gułag i katowniami NKWD. Osamotnione, izolowane Sowiety znalazłyby się w kleszczach od zachodu i od wschodu, mając przed sobą armię europejską – złożoną zarówno z regularnych oddziałów armii krajów europejskich wchodzących w skład Unii jak i setek tysięcy ochotników z Europy, a także z USA, Kanady, Australii, Indii i innych krajów świata mobilizowanych hasłami „krucjaty antybolszewickiej”, „wyzwolenia narodów spod sowieckiego jarzma” i przyłączenia ich do Unii Europejskiej. W takiej sytuacji Japonia ruszyłaby nie na południe, jak w historii realnej, ale na północ, przeciwko Sowietom. Rzeczą oczywistą jest także, że Unia Europejska nie popełniłaby błędów niemieckich nacjonalimperialistów i rzeczywiście wystąpiłaby wobec narodów ZSRS jako ich „wyzwoliciel spod sowieckiego jarzma”, proponując im następnie członkostwo w strukturach europejskich, lub przynajmniej status krajów stowarzyszonych. W tych warunkach klęska Sowietów byłaby praktycznie pewna, zaś wojna nie potrwałaby zbyt długo.

Należy jednak rozważyć jeszcze inny wariant, wychodząc od zasadniczej kwestii, a mianowicie czy rzeczywiście Unia Europejska musiałaby zaatakować zbrojnie Związek Sowiecki („prewencyjnie” rzecz jasna). Zacznijmy od tego, że, jeśli pominiemy kwestie drugorzędne z geostrategicznego punktu widzenia jak zdobycie ziemi dla niemieckich chłopów-osadników czy zniszczenie ideologicznego wroga – komunizmu, decyzja Hitlera o ataku na Związek Sowiecki podyktowana była przede wszystkim dążeniem do jego błyskawicznego rozbicia, zanim USA zawrą z nim sojusz i rozpocznie się prawdziwa wojna na dwa fronty. Zarysowująca się na horyzoncie, niekorzystna dla Niemiec, globalna konstelacja geostrategiczna, taki wybór czyniła racjonalnym, choć było to ryzykowne zagranie va banque. Te geostrategiczne względy zniknęłyby, gdyby nie wybuchła wojna polsko-niemiecka, Francja i Anglia nie wypowiedziały Niemcom wojny etc. Ba, sytuacja geopolityczna i geostrategiczna Unii Europejskiej byłaby, jak powiedziano wyżej, znacząco lepsza, zaś Sowiety zostałyby zepchnięte do głębokiej defensywy. Unia panowałaby niepodzielnie nad kluczowym obszarem geopolitycznym, tzw. Wrotami do Serca Lądu czyli na obszarze od Finlandii przez Białoruś, zachodnią Ukrainę, Rumunię, Bułgarię do Turcji. Po co byłoby w tak korzystnej sytuacji geopolitycznej i geostrategicznej ryzykować bezpośredni atak na Związek Sowiecki? Jeśli przyjmujemy, co jest założeniem zasadnym , że atak na Związek Sowiecki nie był samobójczym aktem szaleństwa, lecz wykalkulowanym posunięciem podjętym w ramach racjonalnej polityki siły, to względy tej samej racjonalnej polityki siły, mogły spowodować, że zrezygnowano by z niego w zmienionej sytuacji geostrategicznej.

Przypomnijmy, że w 1945 roku wielu publicystów politycznych i polityków twierdziło, iż nieuchronna jest wojna pomiędzy USA i Związkiem Sowieckim, i rzeczywiście wojna wybuchła , ale była to „zimna wojna”. Tak jak USA i NATO prowadziły z Sowietami i całym Układem Warszawskim „zimną wojnę”, tak samo Unia Europejska taką „zimną wojnę” by toczyła, tyle tylko, że Sowiety nie miałyby Układu Warszawskiego, bo granica Unii Europejskiej przebiegałaby nie na Łabie jak granica NATO po 1945 roku, ale na Zbruczu.

Zatem to UE byłaby geopolitycznie panem sytuacji na wschodzie. Sowiety odepchnięte daleko na wschód, zakleszczone na płaszczyźnie geopolitycznej i geostrategicznej od zachodu i od wschodu, bez swobodnego wyjścia na Atlantyk i na Pacyfik, zmuszone do geopolitycznej defensywy, pozbawione jakiejkolwiek swobody politycznego manewru zostałyby całkowicie wyeliminowane z polityki europejskiej. Unia Europejska mówi jednym głosem, nie pozwalając Moskwie wygrywać wewnętrznych narodowych konfliktów w Europie, delegalizuje na swoim terytorium wszystkie partie komunistyczne, czyli de facto sowieckie agentury, wspiera politycznie i finansowo ruchy dysydenckie i opozycyjne (wolne związki zawodowe itp.), irredentystyczne , separatystyczne i niepodległościowe na Ukrainie, na Kaukazie, w Azji Środkowej, oraz na Dalekim Wschodzie, gdzie działa sojusznicza Japonia. Związek Sowiecki zmuszony do wyścigu zbrojeń, przegrywający z UE na płaszczyźnie technologicznej, naukowej, gospodarczej, izolowany i marginalizowany w polityce światowej, rozpadłby się po niedługim czasie na państwa narodowe, a niepodległa Rosja w etnicznych granicach stałaby się „sojusznikiem” zwycięskiej UE, która z czasem mogłaby przekształcić się w Unię Eurazjatycką z centrum w Europie.

Stałoby się to jeszcze wcześniej, gdyby Unia Europejska zyskała monopol na broń nuklearną. Natomiast jeśli Sowiety także weszłyby w posiadanie broni atomowej, to „równowaga strachu” potrwałaby nieco dłużej. W historii alternatywnej „Zimna Wojna” z pewnością zostałaby przez Sowiety przegrana, tak jak została przegrana w historii realnej, ale trwałaby znacznie krócej niż do 1989 roku, bo warunki geopolityczne, w jakich przyszłoby Moskwie ją toczyć byłyby znacznie, znacznie gorsze, niż te, które wywalczyła sobie w Teheranie, Jałcie i Poczdamie.

Przy konfrontowaniu realnej i alternatywnej historii tamtego okresu, należy koniecznie zapytać, jaki mógłby być w Unii Europejskiej ewentualny los europejskich Żydów. Jaki był on w historii realnej wszyscy dobrze wiemy, ale jaki mógłby być, gdyby wojna polsko-niemiecka nie wybuchła? Wolno postawić hipotezę, że Unia Europejska w najgorszym wypadku kontynuowałaby wobec ludności żydowskiej politykę , jaką w latach 1933-39 prowadził wobec niej rząd Rzeszy Niemieckiej, to znaczy politykę segregacji i popierania emigracji żydowskiej lub zmuszania do niej przy pomocy szykan, represji, środków administracyjnych i nacisku ekonomicznego (wywłaszczenia), aczkolwiek nie można też wykluczyć, że nawet w takiej sytuacji poszczególne kraje członkowskie Unii walczyłyby w tej sprawie o możliwość prowadzenia bardziej samodzielnej, raczej łagodniejszej, polityki.

Niezależnie jednak od tych domniemań, jedno jest absolutnie pewne: w Unii Europejskiej, w której panuje pokój, przy istnieniu zachowujących swoją odrębność nieokupowanych państw europejskich, bez rozbudowanego systemu obozów koncentracyjnych i obozów pracy, bez możliwości ukrycia przed szerszymi kręgami społecznymi w Europie takich czy innych kryminalnych akcji państwowych, zbrodniczy terror na wielką skalę nie mógłby się wydarzyć. Jego koniecznym warunkiem, co zgodnie stwierdza większość historyków, była właśnie coraz bardziej brutalizująca i totalizująca się wojna, szczególnie wojna na froncie wschodnim (i jego zapleczu jak w Polsce), gdzie Niemcy i Sowiety toczyły egzystencjalną wojnę na śmierć i życie ( na zachodzie wojnę brutalizowało „terror bombing” skierowane przeciwko niemieckiej ludności cywilnej). II wojna w całości zaczęła przybierać charakter eksterminacyjny nie tylko w odniesieniu do Żydów, o czym świadczy choćby zamiar, mający podłoże rasistowskie, fizycznej likwidacji całej ludności Tokio, Hiroszimy i Nagasaki. [5]

W tym kontekście należy rozpatrywać tragiczny los Żydów, który, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, byłby o niebo lepszy, gdyby do takiej wojny nie doszło. Ponadto, istnieją pewne argumenty przemawiające za hipotezą, zgodnie z którą niemieccy narodowi socjaliści, nauczywszy się od wczesnych socjalistów, że rządami Anglii i USA „kręci” finansowy kapitał żydowski [6], potraktowały Żydów europejskich jako zakładników, i że deportacje do gett i obozów, masakry i masowe mordy były odpowiednikiem zabijania kolejnych zakładników przez przetrzymujących ich terrorystów po to, aby władze spełniły ich warunki – tutaj: aby żydowscy finansiści skłonili Waszyngton i Londyn do zerwania sojuszu z Moskwą i zawarcia pokoju z Rzeszą Niemiecką. Zatem gdyby wojny nie było, to takie zbrodnicze, ale racjonalne w ramach przestępczej logiki, potraktowanie Żydów jako zakładników, których masowe zabijanie ma służyć jako instrument nacisku na wrogów, z którymi toczy się wojnę, nie mogłoby się, co oczywiste, pojawić.

Nawet więc gdyby Unia Europejska, pod wpływem antyżydowskich fanatyków, chciała realizować, godny najwyższego potępienia, brutalny, oparty na bezprawiu i przemocy, program wypędzenia (wysiedlenia) Żydów z Europy, to tylko ktoś „niespełna rozumu” lub zaciekły wróg Żydów, mógłby twierdzić, że administracyjne szykany, wywłaszczenie, wypędzenie (wysiedlenie) czy zmuszenie do emigracji niczym się nie różni od strasznego losu zgotowanego Żydom przez (narodowych) socjalistów w ramach tzw. ostatecznego rozwiązania.

Nie ma chyba nikogo, kto nie przyznałby, że gdyby w historii alternatywnej zrealizował się w odniesieniu do Żydów scenariusz najczarniejszy z możliwych, to i tak byłby on – w porównaniu z tym, co wydarzyło się w realnej historii II wojny światowej – scenariuszem wręcz „idyllicznym”. Pamiętać trzeba również o tym, że w latach 1933-38 władze Rzeszy Niemieckiej miały umiarkowanie życzliwy stosunek do idei powstania państwa żydowskiego; znane i wielokrotnie opisywane były rozmaite formy współpracy pomiędzy nimi a ruchem syjonistycznym. [7] Wolno zatem zasadnie przypuszczać, że Unia Europejska także udzieliłaby, i to o wiele bardziej zdecydowanego, politycznego i finansowego wsparcia ruchowi syjonistycznemu i pomogła mu zrealizować, powiedzmy w 1948 roku, jego marzenie o samodzielnym państwie żydowskim.

W alternatywnej historii, w której nie dochodzi do wojny polsko-niemieckiej, nie tylko nie ma obozów w Oświęcimiu i Treblince – nie ma też wszystkich 50 milionów ofiar wojny, straszliwych zniszczeń materialnych i kulturalnych, nie ma wojennych zbrodni, rzezi i masakr, wypędzeń i deportacji, nie ma Katynia, Hiroszimy, Nagasaki, nie ma zniszczenia Warszawy i Drezna etc. etc. Ktoś, kto uważałby, że historia realna była jednak lepsza dla Europy i świata, niż historia alternatywna, bo w tej realnej pewni niesympatyczni politycy o niesympatycznych poglądach politycznych i niesympatycznych metodach rządzenia, zostali w ostatecznym rozrachunku wyeliminowani raz na zawsze z polityki a nawet z życia, ten chcąc nie chcąc musi na swoje sumienie wziąć wszystkie miliony ofiar II wojny światowej, jak również ofiar światowego komunizmu po roku 1939. Bowiem w historii alternatywnej Związek Sowiecki zostaje albo szybko rozgromiony przez armie Unii Europejskiej, albo pokonany w trakcie Zimnej Wojny, kiedy to od początku jest geopolitycznie otoczony ze wszystkich stron, odepchnięty na wschód i pozbawiony możliwości działania przy pomocy swoich komunistycznych agentur. Inaczej ma się rzecz w historii realnej, w której doszło do wojny polsko-niemieckiej. Tutaj Związek Sowiecki polepszył swoją pozycję geopolityczną, zajął pół Europy, narzucając tamtejszym narodom komunizm, stał się światowym supermocarstwem i mógł udzielać efektywnego politycznego, finansowego i wojskowego wsparcia partiom i ruchom komunistycznym na całym świecie. Bez wsparcia ze strony zwycięskiego ZSRS komunizm nie zwyciężyłby w Chinach, w Korei Północnej, Wietnamie, Laosie, Kambodży, na Kubie, w Etiopii, w Angoli, w Jemenie i Afganistanie. Tym samym rozdział w Czarnej księdze komunizmu poświęcony zbrodniom po 1939 roku byłby o wiele, wiele krótszy.

Ci, którzy potępiają np. Władysława Studnickiego za to, że chciał ratować pokój pomiędzy Polską a Niemcami, muszą mieć odwagę, aby zmierzyć się ze wszystkimi konsekwencjami przegranej jego koncepcji: mordem katyńskim, kaźnią gen.Nila-Fieldorfa, Adama Doboszyńskiego, rotmistrza Witolda Pileckiego i tylu innych dzielnych i szlachetnych ludzi z różnych narodów świata. Krytykom Studnickiego jakoś rzadko przychodzi na myśl, żeby te sprawy ze sobą łączyć, bo niby co wspólnego miały decyzje podjęte w europejskich stolicach we wrześniu 1939 roku na przykład z ofiarami chińskiej rewolucji kulturalnej, czy z tymi, którzy zginęli z rąk Czerwonych Khmerów. A jednak miały. I po to, aby można było ten związek zobaczyć, warto się bawić w „gdybaną” historię”.

Przyznać jednak na koniec wypada, że istnieje poważny argument, który każe nam przychylniej spojrzeć na wybuch wojny polsko-niemieckiej, która przerodziła się w wojnę europejską a następnie światową, przegraną przez Niemcy. Ponieważ Niemcy wojnę przegrały, to Polska – od października 1939 roku faktyczny sojusznik Związku Sowieckiego, od 1945 roku rządzona przez jego komunistycznych namiestników – w zamian za odebrane jej w 1939 roku Kresy Wschodnie otrzymała od bolszewików Olsztyn, Gdańsk, Szczecin, Opole i Wrocław, gdzie mieszka, wielce z tego rad, autor naszkicowanej wyżej historycznej fantazji. Spacerując czasami nad Odrą w ciepłe wrześniowe popołudnie, zadaje sobie pytanie, czy aby cena jaką Europa i cały świat zapłaciły za to, żeby mógł tutaj spacerować , nie była mimo wszystko troszeczkę wygórowana. Jak zwykle przy takich pytaniach, nie przychodzi mu nic innego do głowy oprócz mądrego przysłowia, które mówi „co się stało, to się nie odstanie”. Na szczęście Odra płynie tak samo w historii alternatywnej, jak i w realnej.

Tomasz Gabiś

Fragment książki Gry imperialne (Arcana, Kraków 2008) będący rozszerzoną wersją tekstu opublikowanego [w:] „Opcja na Prawo” 2002 nr 9.
PRZYPISY

[1] James Burnham, Walka o świat, przeł. J. Ursyn, Paryż 1950, s.141.

[2] Hendrik de Man, Réflexions sur la paix, Bruxelles 1942, s. 75. Na 66 lat przed traktatem lizbońskim de Man proponował, aby Unia Europejska prowadziła wspólną politykę zagraniczną i wojskową.

[3] Szeroki przegląd, analizę i dokumentację radykalno-prawicowych, faszystowskich i narodowosocjalistycznych koncepcji jedności europejskiej wypracowanych od końca lat trzydziestych do połowy lat czterdziestych ubiegłego wieku znaleźć można [w:] Hans Werner Neulen, Eurofaschismus und der Zweite Weltkrieg. Europas verratene Söhne, München 1980; tenże, Europa und das Dritte Reich. Einigungsbestrebungen im deutschen Machtbereich , München 1987.

[4] Zob. na ten temat Andrzej Fiderkiewicz, Podboje Stalina, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 24 (1995).

[5] Rasistowski charakter wojny USA przeciwko Japonii dokumentuje John W. Dower w książce War without Mercy. Race and Power in the Pacific War (New York 1986). Na temat wojny prowadzonej przez Sowiety zob. Joachim Hoffmann, Stalin`s War of Extermination 1941-1945. Planning, Realization and Documentation , Capshow (Alabama) 2001. Zob. też klasyczną pozycję w tej dziedzinie: E.J.P.Veale, Advance to Barbarism. The Development of the Total Warfare (Appleton, Wis. 1953), gdzie II wojna światowa przedstawiona jest jako kulminacja procesu barbaryzacji i totalizacji wojny zapoczątkowanego przez wojska Lincolna w czasie wojny stanów południowych o niepodległość. Zob. również mój artykuł Demokratyczne wojny totalne, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 22 (1994), w którym zaprezentowałem interpretację II wojny światowej jako starcia trzech masowych demokracji – narodowosocjalistycznej, komunistycznej i liberalnej oraz opisałem wpływ demokratycznej mobilizacji mas na sposoby i metody prowadzenia wojny.

[6] Na temat socjalistycznych źródeł antysemityzmu Hitlera i jego dążeń do zniszczenia europejskiego Żydostwa zob. Josef Schüsslburner, Der Wille zur Vernichtung. Sozialistische Wurzeln des Hitlerschen Antisemitismus, „Junge Freiheit”, 1995 nr 4. Zob. też Schüßlburner, Roter, brauner und grüner Sozialismus. Bewältigung ideologischer Ũbergänge von SPD bis NSDAP und darüber hinaus, Grevenbroich 2008, rozdział 6, „Sozialismus: Verschwinden des Judentums” oraz tamże, s.335, przyp.100, [w 2009 roku książkę wydały wrocławskie Wektory – T.G.].

[7] Zob. Lenni Brenner, Zionism in the Age of Dictators, Westport 1983; Francis Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question, Austin 1985; Edwin Black, The Transfer Agreement, New York 1984; Klaus Polken, The Secret Contacts. Zionism and Nazi-Germany 1933-1941, „Journal of Palestine Studies”, wiosna-lato 1976; Tom Segev, The Seventh Million, New York 1993. Niektórzy współcześni publicyści wrogo nastawieni do Żydów i państwa Izrael przypominają te fakty, bo, ich zdaniem, kompromitują one ruch syjonistyczny. W rzeczywistości była to mądra, realistyczna i dalekowzroczna polityka syjonistów doprawiona porcją zdrowego makiawelizmu.



1 komentarz


«
»