Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 3 (1995).
Straszliwy przyrost mocy i przestrzeni będzie do zniesienia tylko wówczas, gdy syn ziemi stworzy dlań przeciwwagę w prastarej, świętej głębi
(Ernst Jünger)
Ogrody i miasta człowieka są parabolami ogrodu w Edenie, alegoriami niebiańskiego miasta. Tam są sprawiedliwe miary dla przemijalnego świata
(Ernst Jünger)
Tomasz Gabiś
Opublikowany w 1932 roku przez Ernsta Jüngera traktat Robotnik jest apokaliptyczną wizją końca historii. Historia królów i bohaterów od króla Dawida po ostatnich władców i mężów stanu XIX wieku dobiegła końca. Potężne cięcie rozdzieliło nie tylko dwa stulecia, ale przerwało liczące tysiące lat więzi, związki i zależności. Wraz z upadkiem monarchii i elit arystokratycznych upadają ostatnie przywilejowe stanowe. Zanikają ostatnie ślady stanowego rozczłonkowania społeczeństw. Gesty stanowe, język stanowy, prawo stanowe są już tylko odświętnymi atawizmami. Oznaki stanów: szaty królów, toga, habit, sutanna, gronostajowy płaszcz dostojników, barwne uniformy wojskowych odchodzą w przeszłość. Coraz trudniejsze staje się rozróżnienie ludzi według klas, warstw, a nawet zawodów. Klasa wojowników zostaje zastąpiona przez masy ubrane w jednolity uniform, w miejsce rycerzy przychodzą technicy wojny, Ares nie spogląda już na pola bitewne, zamiast dawnych bohaterów mamy Nieznanych Żołnierzy, których cnota polega na tym, że są doskonale zastępowalni, za każdym, kto ginie w bitwie, stoi w rezerwie następny.
Likwidacji ulega chłopski prastan. Nie może być mowy o stanie chłopskim wszędzie tam, gdzie chłop zamiast koni używa koni mechanicznych. Homo technicus podbija wieś. Ziemia uprawiana za pomocą maszyn i karmiona nawozami nie jest już tą samą ziemią, co niegdyś. Nie istnieje już prawdziwy wiejski krajobraz. Zniszczony został romantyczny pejzaż. Technika przepaja naturę. Klekot włókien tkackich w Manchesterze i terkot karabinów maszynowych inaugurują nową epokę, epokę Robotnika, który nie jest marksowskim proletariuszem, lecz formą, stylem, modusem życia. Wszyscy jesteśmy robotnikami, wszyscy podlegamy Totalnej Mobilizacji. Przestał istnieć podział na pracę i czas wolny. Czas pracy i czas wolny są jedynie modyfikacjami tego samego. Wszystko: rozrywka, nauka, sztuka, sport, wojna, polityka są pracą, która nie posiada już wartości etycznej, bo taką mogła mieć tylko w ramach społeczeństwa stanowego, ale staje się powszechną i neutralną kategorią epoki industrialnej. Robotnik nie jest wyzyskiwaną i cierpiącą jednostką jak u Marksa, ale „planetarnym wyzyskiwaczem”, globalnym typem wyrażającym i określającym istotę świata maszynowej techniki, nowym Tytanem reprezentującym nową elitę technicznej epoki, imperialną figurą i metafizyczną postacią, a nie biednym proletariuszem z sentymentalnych socjalistycznych programów.
W erze Robotnika człowiek pracuje 24 godziny na dobę, w dzień i w nocy funkcjonuje w sieci wielkich technicznych aparatów, bez chwili przerwy jest do nich „podłączony”. Jego czas określają nie piaskowe klepsydry, a mechaniczne zegary i aparaty pomiarowe. W każdej sekundzie zanurzony jest w dźwięki i obrazy mass mediów, nieustannie mobilizowany jest moralnie i politycznie, oplątany reklamą i informacją, zajęty wydarzeniami odległymi o tysiące kilometrów. Mieszkańcy wielkich miast poruszają się sterowani przez hałaśliwe i kolorowe sygnały. Ruch drogowy jest okrutnym Molochem pożerającym każdego roku tysiące ofiar. Polegli na drogach giną w neutralnej przestrzeni, a sposób, w jaki są postrzegani, jest natury statystycznej. W średniowieczu nawet domy posiadały nazwy, dziś człowiek figurujący w alfabetycznych spisach niezliczonych rejestrów jest bardziej cyfrą niż nazwiskiem. Jego fizjonomia staje się bardziej „metaliczna”, jego stosunek do ciała bardziej rzeczowy. Żołnierze zakładają maski przeciwgazowe, kobiety maski ze szminki. Panuje etos higieny i sterylności, ciało wystawiane jest na działanie sztucznych promieni w solariach i planowo „produkowane” w procesie body building. W mikrofonach rozbrzmiewa sztuczny głos, film, fotografia, telewizja nie znają niczego, co byłoby jednorazowe, każde wydarzenie może być utrwalone i powtarzane nieskończoną ilość razy. Wszystko – handel, sztuka, polityka, religia – poddane jest tym samym zasadom reklamy.
Wielkie miasta niczym się od siebie nie różnią (poza tym, co zostało w nich z dawnych epok). Masy podobne do tych spod Bastylii przestają być narzędziem politycznym. Nie są zdolne nie tylko do ataku, ale nawet do obrony. Wraz z zanikiem mas rozpływa się ich przeciwieństwo będące zarazem ich uzupełnieniem – mieszczańskie indywiduum znane z XIX wieku. Iluzoryczna jest różnorodność partii politycznych. Zarówno materiał ludzki, jak i środki wszystkich partii są jednakowe. Każdy spór pomiędzy partiami kończy się takim samym rezultatem. Ich różnorodność ma dać ludziom poczucie, że coś aprobują. Ta aprobata następuje już przez sam udział w wyborach, niezależnie od tego, na którą partię się głosuje. Jest sprawą nieistotną, która partia wygrywa. Istnieje wielka różnorodność opinii politycznych i ideologicznych, ale nie różnorodność ich substancji. Świątynie otoczone są domami towarowymi, dworcami, bankami i fabrykami. Mikrofony i kamery wdzierają się w przestrzeń sakralną. Wieczna Lampka zastąpiona żarówką, mikrofon ustawiony obok Ciała Chrystusa, kamera filmująca rytuał, Msza święta transmitowana przez radio lub telewizję oznaczają zwycięstwo techniki nad sacrum, tak jak wcześniej pojawienie się urzędnika stanu cywilnego było zwycięstwem biurokratów laickiego państwa nad kapłanami.
Technika będąca mobilizacją świata przez formę bytu Robotnika jest niszczycielką wiary, największą antychrześcijańską siłą, jaka do tej pory się pojawiła. Chrześcijanin musi dojść do wniosku, że formy, jakie przyjmuje na przykład reklama, mają charakter szatański. Kościół próbuje posługiwać się językiem techniki, co przyspiesza proces sekularyzacji. Kościoły buduje się z betonu, materiału nadającego się do budowy bunkrów, a nie świątyń. Betonowe kościoły sprawiają wrażenie jakby wznoszono je, z góry myśląc o ich sekularyzacji. Kapłani wyrzekają się stanowych oznak zamieniając się w techników i menedżerów wiary, uczestnicząc w ten sposób w tej formie bytu, jaką jest Robotnik. Tysiące ludzi rezonuje w prasie, radiu i telewizji o Kościele i religii, tylko brak świętych pustelników ze skał i lasów. Weekendy sprawiają, że nie ma już naprawdę niedzieli. Dawny rytm świąt i niedziel wchodzi w konflikt ze zmienionym rytmem obowiązującym w totalnej przestrzeni pracy. Praca technicznych aparatów nie ustaje także w niedziele i święta. Pradawny, kultowy ład ulega rozkładowi. Na motodromach pędzą sfory kierowców wyścigowych siedzących za kierownicą jak mechaniczne lalki – nie indywidua, ale typy, a tłumy ludzi w nabożnym skupieniu śledzą wyścig i popadają w „religijną” ekstazę, kiedy któryś z samochodów staje w płomieniach i spełnia się krwawa ofiara.
Patriarchalna gościnność ginie pod naporem masowej turystyki. Znikają ostatni Mohikanie analfabetyzmu. Zmienia się skóra Ziemi, mamy do czynienia z rewolucją głębszą i o większym zakresie niż rewolucja francuska czy bolszewicka. Jest rewolucja sans phrase, niwelacja ma charakter planetarny, nie istnieją już nawet narody pochłonięte przez globalne imperium techniki. Robotnik nie wie, co to ojczyzna. Cała Ziemia jest gigantyczną kuźnią, olbrzymim warsztatem, w którym ani na chwilę nie ustaje praca, czy raczej Praca. Nie jest możliwy powrót do ery przedtechnicznej, niemożliwa jest restauracja państwa stanowego lub monarchii. Istnieją więzi tak delikatne, że raz rozerwane, nie mogą zostać odbudowane. Ci, którzy współczesnemu światu przeciwstawiają monarchię lub społeczeństwo stanowe, są specyficznym rodzajem błaznów, których zadanie polega na tym, by głosić prawdy martwe i niegroźne. Każda próba restauracji jedynie przyspiesza zmiany. Współcześni monarchowie i arystokraci mają status taki sam jak pomniki kultury czy przyrody, co typowe jest dla muzealnych pasji epoki nowoczesnej. Nie istnieje żaden Wielki Powrót, oś czasu nie może zostać obrócona wstecz.
Tako rzecze Jünger, a mroczne furioso jego traktatu ścina krew w żyłach każdego konserwatysty. „Nie ma wyjścia, nie ma drogi w bok lub wstecz. Idzie raczej o to, aby spotęgować impet i szybkość procesów, które nas obejmują. Tu można przeczuwać, że za dynamicznymi nadmiarami czasu skrywa się nieruchome centrum”. Jünger nie opłakuje dawnej idylli, nie intonuje kolejnej konserwatywnej lamentacji, świadomie odrzuca wszelkiego typu nostalgie. Z podniesionym czołem i zaciśniętymi zębami kroczy poprzez ognisty, stalowy, wibrujący krajobraz nowoczesnego świata pozostając wierny swojej postawie, która musi być cyniczna, spartańska, pruska, bolszewicka, jezuicka. Zna tylko dwie możliwości: atak albo heroiczną walkę na straconym posterunku.
Jak pisał, nawiązując do Robotnika, niemiecki konserwatysta Gerd-Klaus Kaltenbrunner: „Musimy przebić się przez nieskończoność współczesnej techniki, aby osiągnąć nową niewinność, najbardziej żarliwe i pozbawione sprzeczności stopienie się życia z narzędziami i artefaktami”. I dalej:
Jeśli, o czym nie można wątpić, afirmacja panowania i hierarchii, autorytetu, więzi, dyscypliny i karności, prymat cnót elitarnych, heroicznych i imperialnych należy do esencjonalnych konstant »prawicowego« sposobu myślenia i postawy życiowej, to Robotnik Jüngera jest skrajnie prawicową książką. Jednakże cała przepaść dzieli ją od wszystkich prawicowych ruchów: klerykalnych, feudalnych, stanowych, nacjonalistycznych czy rasistowskich. Nie ma nic wspólnego ze staroświeckim konserwatyzmem, wiejską romantyką czy kulturowym pesymizmem. Lecz właśnie ów brak jakichkolwiek dodatków retardacji, restauracji i nostalgii nie zmienia w niczym faktu, że prorokowana przez Jüngera jutrzenka imperialnej postaci Robotnika, ascety, technika i żołnierza mogłaby oznaczać planetarną rekonstrukcję konserwatyzmu.
Ale, zauważa Kaltenbrunner, choć Jünger wieścił nieuchronne nadejście ery Robotnika, to jego własna egzystencja, jego najbardziej osobisty styl życia całkowicie zaprzeczają jego totalnej, technokratycznej wizji. Pisał, że istnieją jeszcze „odległe doliny i kolorowe rafy, gdzie nie rozbrzmiewa gwizd fabryk i syreny parowców, zaułki stojące otworem przed romantycznymi nicponiami. Jeszcze istnieją wyspy ducha i smaku, ograniczone wypróbowanymi wartościowaniami, i owe mola i falochrony wiary, pod osłoną których człowiek «może w spokoju dać się wyrzucić na brzeg». Znamy subtelne rozkosze i przygody serca, znamy dźwięk dzwonów obiecujących szczęście. To są przestrzenie, których wartość, ba, możliwość, potwierdza doświadczenie”.
Jünger nigdy nie odwołał tego, co napisał w Robotniku. Stworzył jedynie nowe mity i nowe postaci – anarchę i leśnego wędrowca, co w odniesieniu do niego samego potwierdza opinię, że „Jüngerowi nie można zaprzeczyć, można go jedynie przezwyciężyć”. Nigdy nie chciał być drogowskazem, ale mapą, która umożliwi pójście dalej. W kilkanaście lat po Robotniku napisze o kielichach, które się cyzeluje, aby potem pokazawszy najpierw słońcu, rzucić je w morze. To jest być może przesłanie dla człowieka konserwatywnego: tworzyć coś, cyzelować kielich, choćby tylko po to, aby pokazać go słońcu i zatopić w morzu. Sens bowiem nie jest w kielichu, lecz w cyzelowaniu.
Tomasz Gabiś
