«
»

Przekłady

Erik von Kuehnelt-Leddihn „WINNE NARODY?”

10.30.09 | brak komentarzy

Fragment książki: Erik von Kuhnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, przeł. Tomasz Gabiś, Wektory, Wrocław 2008.

XX wiek stanowi przejściowy zenit tak zwanego „postępu”, którego ukoronowaniem jest Drugie Oświecenie – nic zatem dziwnego, że właśnie w tym stuleciu, również w „Starym Świecie” od Renu po Ocean Spokojny nastąpiła erupcja okrucieństw na skalę nieznaną wcześniejszym epokom. Popełniły je rządy motywowane ideologicznie, które do dokonania tych zbrodni używały w przeważającej mierze (choć nie wyłącznie) swoich własnych poddanych. Winą za nie „opinia światowa” obciąża w większości przypadków rządy, ale czasami, z przyczyn historyczno-politycznych, także całe narody. Nierzadko udało się „opinii światowej” wszczepić tym narodom zbiorowe poczucie winy, co logicznie prowadziło do powstania u nich kompleksu niższości. Co oczywiste, jest to niebezpieczna gra, gdyż tego typu sytuacje psychiczne mogą wywołać bardzo złowrogie reakcje. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie „Trzeciego Świata”.

Wiara chrześcijańska opiera się na „personalizmie”, który traktuje ludzi jako pojedyncze, wyjątkowe, niepowtarzalne istoty, w pierwszym rzędzie odpowiedzialne przed swoim Stwórcą i przez Niego osądzane tylko i wyłącznie ze względu na czyny popełnione przez nie osobiście, czyli niezależnie od wszystkich czysto ziemskich więzi łączących je z innymi ludźmi. Możemy Go jedynie błagać, aby przebaczył nam nasze grzechy, którymi nie są wszystkie uczynki, za które ponosimy odpowiedzialność. Jeśli przez nieuwagę wyleję kubek kawy na ubranie gościa siedzącego koło mnie przy stole, jestem odpowiedzialny za szkodę, jaką mu wyrządziłem. Jeśli uczyniłem to nieumyślnie, nie jestem grzesznikiem, ale powinienem pokryć straty. Aby popełnić grzech, muszę zdawać sobie sprawę z grzesznego charakteru moich myśli, słów i czynów. Nie można grzeszyć z niewiedzy – co innego rozmyślna ignorancja w tym sensie, że ktoś nie chce wiedzieć, to jest oczywiście grzech! Pobożnemu muzułmaninowi Pan nie weźmie za złe, że „poślubił” cztery kobiety, bo nie działał on wbrew własnemu przekonaniu. Jest zatem czymś całkowicie oczywistym, że za czyny i występki swoich przodków nikt nie ponosi ani winy, ani nawet odpowiedzialności (w szczególnych okolicznościach taka odpowiedzialność jest warunkiem zadośćuczynienia).

Żaden Niemiec, który ma mniej niż 70 lat, nie może ponosić odpowiedzialności za zbrodnie narodowych socjalistów. Oznacza to innymi słowy, że przy każdej domniemanej winie trzeba uwzględnić granice wyznaczone przez następstwo pokoleń. W oczach Boga dzieci nie ponoszą żadnej winy za postępki rodziców. Ponadto Niemcy w ogóle, tak samo jak Chińczycy w ogóle, Wietnamczycy, Rosjanie etc. nie są podmiotami moralnymi. Hermann Keyserling pisał, że hrabia Benckendorff, ostatni ambasador cesarstwa rosyjskiego w Londynie, bawiąc podczas pierwszej wojny światowej w jednym z klubów, musiał napomnieć obecne tam grono, które wielce się gorączkowało dyskutując o niemieckim charakterze narodowym.

„Moi panowie”, miał powiedzieć hrabia, „nie mówcie o Niemcach w ogóle, bo istnieją tylko konkretni Niemcy”. To samo dotyczy Francuzów, wśród których znaleźli się wszak ludzie, którzy zainicjowali straszliwy korowód ludobójstwa. Wraz z Wielką Rewolucją Francuską i Pierwszym Oświeceniem, które zerwały z chrześcijaństwem, zaczyna się antypersonalistyczne, uwarunkowane ideologicznie myślenie kolektywne, które totalnie wciela jednostkę do określonej grupy, redukując ją do prostego zbioru pewnych podstawowych cech (w epoce przedchrześcijańskiej poganin Sokrates jako pobożny obywatel nie ośmielił się przeciwstawić rozpłynięciu się w polis, i, łamiąc prawo, uciec. Także starotestamentowy Izraelita był bez reszty cząstką narodu wybranego, a nie personą w sensie chrześcijańskim. Osobami uczynił nas dopiero nasz Zbawiciel poprzez Nowe Przymierze, które już nie czyniło rozróżnienia pomiędzy Izraelitami i Grekami.

Wraz z Wielką Rewolucją Francuską przynależność do jakiejś kategorii ludzi zyskuje kluczowe znaczenie. Na początku jest to „lud” przeciwstawiony szlachcie i klerowi. Potem „naród” – pojęcie sprzężone z pojęciem „ludu”. Następnie pojawia się ideologicznie określana przynależność do „klasy” (co ma populistyczny aspekt) i w końcu „rasa”, którą można ściśle połączyć z pojęciem „ludu-narodu”, a nawet z „klasą”. Kiedy wyeliminowany zostaje Stwórca, jednostka proklamowana zostaje Nikim, który dopiero poprzez członkostwo w jakimś kolektywie staje się Kimś. Te „egalitarne” ruchy dążące do ujednolicenia społeczeństwa rodzą się już w okresie Rewolucji Francuskiej i nie muszą czekać na XIX wiek, aby realizować swoje koncepcje. Pod rządami Robespierre’a zamierzano „zdenacjonalizować” Alzatczyków, ponieważ nie posługiwali się „językiem republikańskim” (francuskim). Wysuwano zbrodnicze wręcz propozycje, aby ten cel osiągnąć. Jedna z nich polegała na zgilotynowaniu wszystkich Alzatczyków i Niemców lotaryńskich. I rzeczywiście zabrano się metodycznie do eksterminowania mieszkańców innej prowincji – Wandei.

Rewolucja Francuska stanowi punkt zwrotny w naszej historii. Jej prawdziwy charakter jest nieznany większości naszych „wykształconych obywateli”. Wprawdzie wie się ogólnie o gilotynie, będącej pierwszym krokiem w kierunku zmechanizowanego masowego mordu, ale mało kto zna szczegóły tej jedynej w swoim rodzaju orgii krwawej przemocy, która wprawdzie, gdy chodzi o samą liczbę zamordowanych, pozostaje w tyle za narodowymi socjalistami w Niemczech i międzynarodowymi socjalistami w Związku Sowieckim, ale wyprzedza ich pod względem okrucieństwa i sadyzmu (nie na darmo głównym ideologiem rewolucji był – bardziej jeszcze niż Rousseau – markiz de Sade). A wszystkie te rewolucyjne rzezie odbywały się przy aplauzie publiczności, podczas gdy w dwudziestym wieku, w Rosji i Niemczech, wyczyny oprawców wstydliwie ukrywano przed masami w katowniach ulokowanych z dala od ludzkich siedzib. Nie oznacza to, rzecz jasna, że Francuzi byli mniej obłudni od Niemców i Rosjan. Taka „Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela” została w 1793 roku oficjalnie włączona do francuskiej konstytucji – akurat wtedy, kiedy terror osiągnął swoje apogeum. Podobne, o jeszcze większym zakresie rewolucyjne zbrodnie popełniono w imię marksistowskiej „sprawiedliwości społecznej” w Chinach, Kambodży, Wietnamie czy w Afryce Równikowej.

Dopiero przed uroczystościami obchodzonego z wielką pompą dwustulecia Rewolucji Francuskiej (1989), szereg wybitnych uczonych dokonało rozliczenia z jej potwornościami. Chyba najwięcej przerażających faktów zawierała praca Reynalda Sechera Ludobójstwo francusko-francuskie (Paryż 1986, Warszawa 2003). Dlatego przy obchodach zachowano pewną ostrożność, nie wspominając nawet o upadku Bastylii i jego drastycznych szczegółach. Co oczywiste, nikt nie wspomniał również o ciężarnych kobietach z Wandei, które „wyciskano” w prasach do owoców, i o matkach wpychanych wraz z dziećmi do pieców piekarniczych i podpiekanych powoli na śmierć.

Przypomnienie Rewolucji Francuskiej, która przecież przyniosła także odnowienie demokracji jako fragmentu dziedzictwa starożytności, jest tutaj o tyle ważne, że dostarcza ona pewnego politycznego paradygmatu, który jest wielce interesujący z historycznego punktu widzenia: zakończyła się ona wojną światową, gdyż nie tylko Europa krwawiła od jednego krańca po drugi, ale interweniowała również Ameryka – w 1812 roku po stronie Napoleona, który zaczął swoją wojskową karierą jako jakobin, serdeczny przyjaciel Maximiliena Robespierre’a i „zdobywca” zbuntowanego Tulonu.

Po zakończeniu Rewolucji Francuskiej i wojen napoleońskich obradował Kongres Wiedeński. Ale „reakcjoniści” z ich wertykalną, hierarchiczną mentalnością nie znali czegoś takiego jak „wina zbiorowa” czy „winne narody”. Dlatego Francja, która niegdyś sama przyłączyła do swojego obszaru państwowego Lubekę, wschodni Tyrol, Raguzę i Rzym, mimo iż definitywnie przegrała wojnę, wyszła z niej jeszcze nieco powiększona. Nawet Alzacja-Lotaryngia nie została restytuowana. Na Kongresie Wiedeńskim (na którym mówiono po francusku) czołową rolę odegrał przedstawiciel Francji Talleyrand, pozbawiony urzędu biskup, który wziął ślub cywilny, i nikomu nie przeszłoby nawet przez myśl, żeby za jego rozmaite niecne postępki i wywołane przezeń wojny napastnicze potępiać in toto naród francuski. Francja została nawet zaproszona do przystąpienia do Świętego Przymierza, co też Ludwik XVIII uczynił. Przez następne 100 lat nie było żadnej wojny światowej, osiągnięcie, za które nie można, niestety, pochwalić układów pokojowych zawartych w Wersalu i St. Germaine w latach 1919-1920. Duch zemsty jest zawsze złym doradcą.

Czy jakiś Francuz wstydzi się dziś zbrodni dokonanych przez Francuzów, którzy być może byli jego biologicznymi przodkami? A może ktoś zarzuca Francuzom, że to oni byli tymi, którzy na przełomie XVIII i XIX wieku wyrządzili Europie tyle zła, prowadząc politykę ekspansji i tocząc wojny na całym kontynencie? Gdzież tam! Znajdują się nawet pośród nas liczni idioci, którzy im tego gratulują! We francuskim podręczniku dla szkół średnich można przeczytać na temat najkrwawszej fazy rewolucyjnych rzezi: La terreuer était terrible, mais grande! (Terror był straszny, ale wielki). Czy ktoś wyobrażałby sobie coś podobnego w niemieckim podręczniku w rozdziale na temat narodowego socjalizmu?

Trucizna grupowego myślenia poprzez Rewolucję Francuską przeniknęła do pnącego się pod drabinie społecznej mieszczaństwa i zażądała nowych ofiar – nie tylko we Francji, ale wszędzie. Ofiar nie tylko w sensie dosłownym, ale i umysłowym. Na przykład „ojciec gimnastyki” Jahn kazał sobie uszyć staroniemiecki fantastyczny kostium, pojechał do Paryża zajętego przez aliantów, gdzie zaczepiał przechodniów na chodnikach i próbował aniołowi na Łuku Tryumfalnym wyrwać tubę z ręki („reakcjoniści” kazali potem uwięzić tego poczciwca).

W 1817 roku na zamku w Wartburgu odbyły się uroczyste obchody trzechsetnej rocznicy wybuchu Reformacji. Demokratyczni studenci zorganizowali wielkie palenie książek, a do czerni i złota Rzeszy dodali czerwień rewolucji (ta sama zabawa z kolorami odbyła się w Belgii w 1830 roku). W uroczystościach na zamku w Wartburgu brali m.in. udział polityczny morderca Karl Ludwig Sand i słowacki pastor Jan Kolár, dla którego stały się one impulsem do zainicjowania ruchu panslawistycznego.

Mimo protestu nuncjusza papieskiego nie zostało restytuowane Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, lecz zastąpione Związkiem Niemieckim, który zbierał się na obrady we Frankfurcie. Cesarza nie wybierano już w kaplicy katedralnej i nie wiwatowano na jego cześć na frankfurckim rynku (Römerplatz). To był początek nie dającego się zatrzymać rozwoju prowadzącego ku państwu ludowemu o narodowo-demokratycznym charakterze, z wyborami i władzą partii, i do tego z powszechnym poborem do wojska – składnikiem złowrogiego dziedzictwa Rewolucji Francuskiej. Wojny stały się prawdziwymi „zmaganiami ludów”, coraz bardziej bezlitosnymi, fanatycznymi i totalnymi. Szczególnie postępowa jest wojna powietrzna, w trakcie której bomby spadają bez różnicy – nikogo nie uprzywilejowując – na wszystkich, na kobiety, starców i dzieci. Jakież to egalitarne! Jakże nowoczesne!

Wojna niemiecko-francuska z lat 1870/1871 nie mieści jeszcze w pełni w kategorii „wojen ludowych”. Ale Ernst Renan oburzał się, że przyłączenie Alzacji i części Lotaryngii do Niemiec uzasadniano tym, iż są to obszary zamieszkane przez Niemców, gdyż uważał, że wskutek tego przyszłe wojny nabiorą charakteru guerres zoologiques. Po stronie francuskiej brali w tej wojnie udział franc-tireurs, czyli cywile, którzy swoją aktywnością zbrojną rozszerzali zakres prowadzenia wojny; można ich uważać za prekursorów francuskiego Ruchu Oporu i „partyzantów”, których pojawienie się poza linią frontów doprowadziło w konsekwencji do straszliwego zdziczenia wojny i do zbiorowych egzekucji zakładników, które nie tylko w okresie drugiej wojny światowej praktykowane były przez wszystkie strony.

Ale stary duch nie całkiem jeszcze umarł: po osadzeniu Napoleona III na zamku Wilhelmshöhe odwiedzili go król pruski Wilhelm I i Bismarck. Ten ostatni mówił lepszą francuszczyzną niż cesarz, który na emigracji, jako student w Niemczech, nabył złego akcentu. Król pruski zwracał się do swojego jeńca „Mon cher Monsieur frère” (Mój drogi Panie bracie). W następnym stuleciu po starej, dobrej kindersztubie nie zostało ani śladu. Lloyd George wygrał wybory w listopadzie 1918 roku dzięki wznoszeniu okrzyku „Hang the Kaiser! (Powiesić cesarza!) i postulatowi, aby wyciskać Niemców jak cytryny tak mocno, aż pestki zaczną jęczeć z bólu (to wywołało na scenę Hitlera, który pod rządami Hohenzollernów i Wittelsbachów mógłby co najwyżej malować dalej swoje landschafty).

I wojna światowa była kolejnym punktem zwrotnym. Ponieważ teraz na front rzucono nie zawodowych żołnierzy, ale masowe armie złożone z zacnych obywateli, trzeba było odpowiednio „motywować” psychologicznie zarówno rekrutów, jak i całą ludność. Im bardziej demokratyczne było jakieś państwo, tym większa konieczność prowadzenia fanatycznej i hałaśliwej propagandy mającej skłonić masy do walki – widoczne to było nader wyraźnie w okresie I wojny światowej. U nas mieliśmy Hymn nienawiści autorstwa poety Ernsta Lissauera (1882-1937) z wezwaniem „Boże pokarz Anglię!” oraz slogan „Serbia musi umrzeć!”, ale to wszystko było dość łagodne w porównaniu z kłamstwami i istną orgią fałszerstw w obozie zachodnim. Georges Bernanos w swojej książce La grande peur des bien pensants (Paryż 1931 i 1949) z wielką odwagą przedstawił niewiarygodną podłość i głupotę francuskiej propagandy wojennej. Holenderski rytownik Raemaker wyróżnił się jako ilustrator tych nikczemnych oszczerstw. Na przykład naga francuska dziewczyna, którą koło Suippes krzyżują niemieccy żołnierze, którzy jeszcze do tego plują na jej skręcające się z bólu ciało – dobre uzupełnienie historyjek o belgijskich dzieciach z obciętymi przez Niemców rączkami, w które powszechnie wierzono. Amerykański autor Hoffman Nickerson w swojej książce The Armed Horde (Nowy Jork 1940) opisał ten nawrót do prymitywizmu wraz z jego katastrofalnymi skutkami. Naturalną konsekwencją procesu „totalnej mobilizacji” dokonywanej w ramach demokratycznych jest fakt, że niemożliwe staje się zawarcie sprawiedliwego pokoju, gdyż podburzony i rozjuszony obywatel żąda zemsty i kary; zwyciężony wróg ma cierpieć. Nie przyjdzie mu nawet na myśl, że, tak jak w pojedynku, winny może okazać się zwycięzcą, zaś niewinny przegrać.

Oczywiście, duża część kłamstw propagandy wojennej z okresu I wojny światowej została z czasem zdemaskowana. Stąd późniejsza nieufność wobec informacji z okupowanej Europy posunięta była tak daleko, że nie tylko na początku, ale nawet pod koniec II wojny światowej nie dawano wiary zbrodniom Trzeciej Rzeszy. W listopadzie 1945 roku jedna z amerykańskich rozgłośni radiowych przeprowadziła w Detroit sondę uliczną. Cztery piąte pytanych przechodniów uznało doniesienia o niemieckich obozach koncentracyjnych za nieudolną propagandę. „Kto raz kłamie, temu się nie wierzy nawet wtedy, kiedy mówi prawdę!”

Upadek monarchii w Rosji i możliwe dopiero dzięki temu przystąpienie do wojny Stanów Zjednoczonych zamieniły I wojnę światową w krucjatę na rzecz demokracji. Motyw „wojny ludów” nie został jednak całkiem porzucony, a jedynie przesunięty na drugi plan. Podobnie było w okresie II wojny światowej, wojnie trzech blisko spokrewnionych ideologii (z roku 1789, 1917 i 1933), która rozpoczęła się od zawarcia wojskowego sojuszu pomiędzy narodowym i międzynarodowym socjalizmem skierowanym przeciwko „reakcyjnej” Polsce.

I tak znaleźliśmy się przy „Szoah” (nazwanym „Holocaustem” przez ignoranta z Hollywood, za którym bezmyślnie powtarza się to w Niemczech i w Austrii). Masowych mordów nie można, rzecz jasna, kwestionować, a fakt czy zginęło milion ludzi mniej czy więcej posiada ograniczoną ważność w tym naszym wieku bezbożnego barbarzyństwa. Pamiętać przy tym należy, że komunistyczne obozy koncentracyjne, tworzące archipelag Gułag, były często bardziej nieludzkie niż obozy niemieckie, które pochłonęły miliony ofiar – nie tylko Żydów, ale Polaków, Ukraińców, Rosjan, Cyganów i przeciwników reżimu.

Okoliczność, że było (a po części jest nadal jeszcze i dziś) dziesięć albo nawet dwadzieścia razy więcej ofiar międzynarodowego socjalizmu, nie może być żadnym pocieszeniem, ani też służyć jako usprawiedliwienie. Piętno zbrodni narodowych socjalistów naznaczyło „wszystkich Niemców”, natomiast piętna zbrodni międzynarodowych socjalistów nie noszą ani „wszyscy Francuzi”, ani „wszyscy Rosjanie”, nawet nie „wszyscy Kambodżanie”, z których to wszak wywodził się Pol Pot. Również w Hiszpanii podczas wojny domowej (którą miałem okazję z bliska obserwować) popełniono straszliwe okrucieństwa, frankiści przeprowadzali zbiorowe egzekucje bez żadnego powodu, krwawych rzezi dokonywali Czerwoni, którzy z lubością mordowali się nawzajem – istnieje spora literatura pokazująca, jak stalinowcy wykańczali anarchistów i trockistów. A jednak winą za przeszłość obciąża się przede wszystkim Niemców, co wynika stąd, że zachodni ćwierćinteligent jest rasistą: Rosjanie, Hiszpanie, Chińczycy, Kambodżanie to dla niego „zacofani” podludzie, po których tak czy inaczej można się spodziewać tylko czegoś najgorszego, natomiast zbrodnie „postępowych” Niemców są dlań niewybaczalne. Czyż to nie „postępowy” Luter położył kres ciemnemu Średniowieczu, które w dwudziestym wieku odrodziło się dzięki Hitlerowi?

Wszystkie wielkie państwa, szczególnie światowe mocarstwa, mają czarne karty w swojej historii – państwa pogańskie mają ich więcej niż chrześcijańskie. Ale kraje chrześcijańskie, jeśli utracą swoją wiarę, stają się tak samo złe jak pogańskie. Na wpół chrześcijańska Wielka Brytania prowadziła z czystej żądzy zysku wojny opiumowe przeciwko Chinom, aby zmusić je do otwarcia swoich portów dla handlu tym narkotykiem. Masakry w Irlandii (Drogheda 1649!) były bezprzykładne, a w okresie tak zwanej wojny burskiej Brytyjczycy wynaleźli concentration camp, który zrobił oszałamiającą karierę w dwudziestym wieku. W brytyjskich obozach koncentracyjnych zginęły tysiące burskich kobiet, starców i dzieci. Drezno? Hiroszima i Nagasaki? Czy Amerykanie kiedykolwiek wyjaśnili, dlaczego odrzucili japońskie inicjatywy pokojowe w kwietniu 1945 roku (przekazane za pośrednictwem Watykanu) i w lipcu 1945 roku (przekazane za pośrednictwem Moskwy)?

Wszelkie tego typu kwestie należy rozpatrywać z pewnej historycznej perspektywy, niejako z lotu ptaka. Żadne narody i żadne rasy nie powinny być „ubóstwiane”, ale także nie wolno ich potępiać – ponieważ, jak już powiedzieliśmy, każdy człowiek ponosi własną odpowiedzialność przed Bogiem i moralnych win nie wolno przerzucać z pokolenia na pokolenie (co innego materialne długi!). „Przypadek niemiecki” ma nie tylko aspekt międzynarodowy, ale posiada również wymiar narodowy. Człowiek nie radzi sobie dobrze ze swoim życiem, bez pewnej dozy miłości własnej, bez szacunku i elementarnego zaufania do samego siebie, które, rzecz jasna, wiąże się z ufnością wobec Boga.

Cóż zatem się stało, że niemieckie kraje poszły tak bardzo fałszywą drogą? Najlepszej odpowiedzi udzielił nam chyba syn Tomasza Manna, historyk Golo Mann, który krótko i węzłowato oświadczył, że Oświęcim to zdarcie maski z twarzy bezbożnej nowoczesności. Oświęcim pokazał, do czego logicznie może prowadzić bezbożność. Golo Mann wyraził też swój niepokój, że bez odnowy religijnej coś podobnego może się znowu wydarzyć, w Niemczech lub gdzie indziej. To koresponduje z jednej strony z twierdzeniem Maxa Horkheimera, który w lipcu 1939 roku pisał, że narodowy socjalizm jest logiczną konsekwencją idei Rewolucji Francuskiej, a z drugiej strony z poglądem Josepha Goebbelsa, który w narodowym socjalizmie widział zjawisko analogiczne do Rewolucji Francuskiej. Problemem nie są przeto „Niemcy”, problemem jest bezbożność.

Nigdy dość podkreślania, że bez Boga nie może być „altruistycznego” etosu, który wiązałby ludzkie sumienie. Za „wykoncypowane” przy biurku idee i prywatne opinie chcące uchodzić za oryginalne nikt świadomie nie pójdzie w ogień, chyba że w ramach rozpętanej masowej histerii. Współczesna tendencja zwalczania politycznych ekstremizmów przy pomocy bezustannego powtarzania jak katarynka wyświechtanych moralnych frazesów i wygłaszania kazań nawołujących do „tolerancji” (która faktycznie oznacza tyle, co obojętność), nigdy nie zastąpi posłuszeństwa Słowu Bożemu i miłości do Syna Bożego, i dlatego na dłuższą metę nie przyniesie ona żadnych pozytywnych skutków.

Wiemy nie tylko od Platona, Arystotelesa i Polibiusza, ale z historycznych doświadczeń, że tyrania zawsze powstaje jako następstwo władzy ludu. (Wiedział o tym także Teodor Herzl, założyciel syjonizmu, który słusznie obawiał się, że masy podążą za najgłośniejszym krzykaczem). Republika Weimarska kończyła się długim patem, latami rządzono za pomocy specjalnych dekretów. Plan generała Schleichera ustanowienia, wspartej przez związki zawodowe, dyktatury wojskowej po to, by największej partii – narodowym socjalistom, odciąć drogę do rządu, został storpedowany przez socjaldemokrację. Z kolei plan Brüninga, żeby ten sam cel osiągnąć dzięki restauracji monarchii, został udaremniony przez Hindenburga (Schleichera i jego żonę zamordowano podczas „nocy długich noży”, Brüning zdążył w porę uciec).

Wielu Niemców głosowało oczywiście na NSDAP w 1932 roku. Miało to fatalne następstwa dla całego narodu niemieckiego, albowiem w naszej epoce panowania większości – większość – absolutną lub względną – utożsamia się z całością. A przecież już Fryderyk Schiller nas ostrzegał:

Cóż to jest większość? Większość to głupota.

Rozum był zawsze w mniejszości.

(…)

Lecz głosy trzeba ważyć – a nie liczyć.

Państwo, gdzie rządzi większość i głupota,

Prędzej czy później musi upaść.

(Dymitr /fragmenty dramatu, akt 1/, przeł. Włodzimierz Lewik)

Ale kto dzisiaj mówi na przykład „Norwegowie”, ma na myśli ich większość albo rząd Norwegii. W mojej powieści Black Bannners zaproponowałem, aby tytułem eksperymentu myślowego, znieść w naszych wystąpieniach i przemówieniach wszystkie liczby mnogie. Gdyby można to było naprawdę uczynić, to mielibyśmy już tu na ziemi kawałek raju. Ciągle jednak pozostaje dręczące pytanie, dlaczego tak wielu Niemców (względna większość) głosowało na NSDAP? Czy mogli przeczuwać, co przyniesie przyszłość? Czy nie potrafili tego wyczytać z Mein Kampf Hitlera? Nie, albowiem do tego potrzebowaliby przynajmniej wysokiego poziomu wykształcenia politycznego, a nie istnieją ludy wykształcone politycznie. Dla właściwego zrozumienia polityki niezbędny jest bardzo szeroki zakres wiedzy – nie tylko z dziedziny nauk politycznych, ale także z prawa, filozofii, historii, finansów, psychologii narodów, teologii, geografii, nauki o państwie i wojskowości, no i co bardzo ważne, z ekonomii. Któż to potrafi? W każdym kraju jedynie nieliczna mniejszość (dlatego Rousseau proponował, żeby demokrację praktykować tylko w najmniejszych jednostkach kantonalnych). Ten brak wiedzy właśnie jest przyczyną zjawiska, że coraz większa liczba obywateli coraz bardziej czuje się przeciążona i zmęczona podejmowaniem wyborów i decyzji, jakich się od nich wymaga, i dlatego woli trzymać się z daleka od urn wyborczych. Niestety, telewizja stwarza iluzję „znajomości” politycznych kandydatów. Przede wszystkim muszą być po prostu „sympatyczni”. Taki Adolf Hitler obdarzony był dużym talentem oratorskim, ale mimo osobistej magii, należał – jeśli brać pod uwagę jego wiedzę i osobowość – do ludzi raczej przeciętnych, z którym identyfikować się mógł łatwo „człowiek z ulicy” lub „człowiek z dwuszeregu” (jak i dama z towarzyskiego kółka zbierającego się przy kawie na plotki). Okoliczność, że tak wielu zachodnich „mężów stanu” nie wychodziło poza przeciętny poziom tłumaczy, dlaczego Hitler tak długo miał nad nimi przewagę. Jego zbrodnie przenikały na zewnątrz bardzo powoli, wiele z nich dopiero po upadku Trzeciej Rzeszy, w co nie bardzo chcą wierzyć moi amerykańscy słuchacze, których pytam wtedy, jak wielu z Amerykanów, żyjąc w wolnym kraju, wiedziało o produkcji bomby atomowej, przy której zatrudnionych było ponad 100 tys. robotników. To wystarcza, żeby przemyśleli swoje nazbyt pochopne sądy na temat tego, co przeciętny Niemiec wiedział o zbrodniach Hitlera. Ale pozostaje zasadnicze pytanie – pytanie o winę i odpowiedzialność. Karl Mannheim dotknął tego bolesnego miejsca w swojej mowie wygłoszonej 7 marca 1934 roku na Uniwersytecie Londyńskim (Bedford College), wskazując na moralną sytuację przymusową, w jakiej znajdują się masy biorące udział w wyborach powszechnych. Spada na nie etyczna odpowiedzialność, która wcześniej spoczywała wyłącznie na władcach lub rządzących elitach arystokratycznych. I muszą się one z tą odpowiedzialnością mierzyć. Ale brak im prawie wszystkiego, co niezbędne, aby takiemu wyzwaniu sprostać – wszelkich umysłowych i moralnych kompetencji. Tego jednak w najmniejszym stopniu nie uwzględnia historia i światowa opinia publiczna („Opinia publiczna?” pytał Rivarol, „Jak wielu idiotów potrzeba, żeby stworzyć opinię publiczną?”).

Aby właściwie zrozumieć narodziny i rozwój narodowego socjalizmu, należy brać pod uwagę postanowienia pokojowe z roku 1919 i lata, jakie nastąpiły potem. Hitler, jak zauważył niegdyś przewodniczący katolickiej Partii Centrum, prałat Ludwig Kaas, przyszedł na świat nie w austriackim Braunau, lecz w Wersalu. Jak myślano i jakimi emocjami kierowano się w czasie I wojny światowej choćby w Wielkiej Brytanii, zdradza nam list napisany przez jednego z brytyjskich dyplomatów do rezydującego w Szwajcarii emisariusza prezydenta Wilsona, George`a Herrona: „Co zaś się tyczy Niemców, to należałoby przyjąć moją propozycję, a mianowicie, żeby w krajach cywilizowanych przez pięć lat od chwili zakończenia wojny Niemcy mogli podróżować tylko w psich obrożach z numerami, co jednakowoż nie byłoby zbyt uprzejme wobec psów”. Zabawna propozycja, jeśli zważyć, że brytyjski dom panujący dopiero w 1915 roku zamienił swoje nazwisko z Sachsen-Coburg-Gotha na Windsor.

Rzecz jasna, ani naród niemiecki, ani jakikolwiek inny nie składa się tylko z aniołów albo tylko z diabłów, lecz z całkiem normalnych, słabych ludzi, o których Pismo Święte mówi, że ich „usposobienie jest złe już od młodości” (Ks. Rodz. 8,21). Ta otwartość na zło (która również nie powinna być widziana jednostronnie) jest dzisiaj w karygodny sposób zaniedbywana nawet w teologii. Świat jest padołem łez, z którego tylko pogańscy utopiści, zastępujący teolatrię antropolatrią, chcieliby uczynić raj na ziemi. Dominujące dziś myślenie polityczne opiera się na mocnym przekonaniu, że „w gruncie rzeczy” człowiek jest dobry i mądry. Takie błędne opinie w ostatecznym rozrachunku zagrażają naszej przyszłości!

Trzeba też brać pod uwagę to, że pokusy, na jakie narażone są narody i ich przywódcy, rozłożone są w najwyższym stopniu nierównomiernie. Wyzwania, przed jakimi stanęło państwo niemieckie w 1919 roku, były ogromne. Ale żaden naród (i jego pojedynczy członkowie) nie powinien na zawsze tracić ducha dlatego, że w określonym momencie dziejowym nie zdał politycznego i moralnego egzaminu. W planie Boskim człowiek – przy całej swojej zdolności pamiętania o przeszłości (z której zawsze trzeba się uczyć) – kieruje się przede wszystkim ku rzeczom przyszłym. Adveniat Regnum Tuum (Przyjdź Królestwo Twoje) – te słowa nie są słowami pozbawionego wiary masochisty, ale chrześcijanina, dla którego teologicznymi cnotami są nie tylko wiara i miłość, ale również nadzieja.

Przeł. Tomasz Gabiś



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»