«
»

Przekłady

ROLAND BAADER „MOROWE POWIETRZE NAD EUROPĄ”

11.11.09 | brak komentarzy

Fragment książki: Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, przeł. Tomasz Gabiś, Wektory, Wrocław 2009.
Warto zająć się pokrótce jeszcze jedną duchową patologią, która od innych patologii racjonalistycznego konstruktywizmu różni się tym, że jej korzenie tkwią w innej jeszcze tradycji ideologicznej, mianowicie w marksizmie (choć sam marksizm – ideologiczny kot gryzie się we własny ogon – również wywodzi się częściowo z racjonalistycznego konstruktywizmu). Mamy na myśli „Teorię Krytyczną”, czyli doktrynę tzw. Szkoły Frankfurckiej reprezentowanej przez takie postaci jak Max Horkheimer, Theodor Adorno, Herbert Marcuse i Jürgen Habermas. W jej przypadku idzie o szczególnie „skuteczny” wariant hiperracjonalistycznego konstruktywizmu z jednej strony i o („rewizjonistyczny”) neomarksizm z drugiej.
Ziarna tej ideologii rozsiewane od wczesnych latach 30. XX wieku wzeszły w latach 60. wydając plon w postaci tego, co popularnie określa się jako „pokolenie 68″ lub „rewolucję kulturalną 68 roku”. Było to tchnienie duchowej dżumy, która rozpostarła się nad krajami europejskimi – przede wszystkim nad Niemcami (i której do dziś nie udało się zwalczyć). Wyziewy wydzielane przez ten zgniły popłód marksizmu zatruły myślenie i dusze milionów młodych ludzi. Intelektualne spustoszenia, jakie poczyniła „Szkoła Frankfurcka” miały tak wielki zasięg dlatego, że zdobyła ona ogromny wpływ na uniwersyteckie kształcenie pedagogów i nauczycieli. Przez czterdzieści lat „Teorią Krytyczną” musiały nasiąkać pokolenia uczniów i studentów. Ważną rolę odegrało również publicystyczne wsparcie otrzymane od wydawnictwa Surkhamp, które pomiędzy rokiem 1962 a 1980 wydało około tysiąca pozycji odwołujących się „Teorii Krytycznej”.
Główną przyczyną tak szybkiego i masowego upowszechnienia się „frankfurckiej” ideologii było (i jest) to, że – podobnie jak w przypadku całego marksizmu i socjalizmu – idealnie trafiła w cały wachlarz duchowych i psychologicznych dyspozycji opisywanych w niniejszej książce. Natomiast właściwym praźródłem tej intelektualnej nędzy, a może raczej warunkiem koniecznym rozprzestrzenienia się „frankfurckiej” dżumy był – trzeba to w tym miejscu bardzo mocno zaakcentować – państwowy system edukacji. Jest czymś po prostu nie do pojęcia, z jak stoickim spokojem, ba, kiwając z aprobatą głowami, miliony obywateli zgadza się na to, żeby ściągnięte od nich, w postaci podatków, pieniądze szły na opłacenie chmary profesorów i nauczycieli, których główne zajęcie polega na literalnym zatruwaniu serc i umysłów młodzieży, na wszczepianiu w jej myślenie i uczucia nihilizmu, cynizmu, ducha rebelii, żądzy zniszczenia, zamiłowania do rozkładu.
„Teoria Krytyczna” otwarcie odwołuje się do tradycji marksistowskiej. Określenia „Teoria Krytyczna” i „Szkoła Frankfurcka” ukuł Max Horkheimer w latach 30. głównie dlatego, że w tamtym okresie ortodoksyjny marksizm identyfikowano ze stalinizmem, zaś „frankfurtczycy” pragnęli być kojarzeni z „innym marksizmem” (neomarksizmem). Jeśli przyjąć, że normalnie ideą przewodnią nauki jest poszukiwanie prawdy i udowadnialnych faktów, to „Teoria Krytyczna” niewiele ma z nauką wspólnego; zainteresowana jest nie tyle aktywnością poznawczą co wyrobieniem u adeptów tzw. krytycznej postawy oraz prowadzeniem „krytycznej analizy” wszystkich obowiązujących wartości i reguł postępowania. Z punktu widzenia teorii nauki chodzi przy tym o bardzo poważne nadużycie pojęcie „krytyka”, bowiem rozumieć pod nim należy naukową próbę sfalsyfikowania danej teorii (z grubsza biorąc: znaleźć błąd w jej podstawowych założeniach lub łańcuchu argumentów i konkluzji), aby dojść do pewniejszych założeń i/lub wniosków, co pozwoli zbliżyć się do prawdy. Natomiast „krytyka” uprawiana przez „frankfurtczyków” miała z góry założony cel: zniszczenie istniejących norm, a tym samym rewolucjonizację stosunków społecznych. „Ta krytyka” – pisze Rudolf Willeke – „jest krytyką zasadniczą, tzn. fundamentalną negacją całej istniejącej rzeczywistości i walką przeciwko niej, czyli przeciwko burżuazyjnemu społeczeństwu w najszerszym tego słowa znaczeniu. „Teoria Krytyczna” nie chce opisywać świata, ona chce go zmienić, stając tym samym w polemicznej opozycji wobec wszystkich tradycyjnych nauk”[1].
Nie potrzeba zbyt wielkiej spostrzegawczości, aby z łatwością zauważyć, iż nie chodzi o nowe idee, ale o „nowoczesną” kontynuację racjonalistyczno-konstruktywistycznych koncepcji Kartezjusza, Rousseau, Saint-Simona, Comte’a i teoretyków rewolucji francuskiej, „wzbogaconych” i „odnowionych” poprzez dodanie teorii Karola Marksa i Zygmunta Freuda. Zarówno u Marksa, jak i u Freuda słychać echo wizji Rousseau o nie znającym wyobcowania, rajskim stanie natury, zniszczonym dopiero przez cywilizację. Przez „cywilizację” rozumieć należy w tym kontekście „własność prywatną” i „kapitalizm”, które stały się źródłem wszelkiego zła na świecie, w tym opresywnej władzy ludzi nad ludźmi. Przy tego typu fundamentalnych założeniach jest sprawą oczywistą, jak ma wyglądać droga powrotna do raju: zniesienie własności prywatnej, zniszczenie kapitalizmu i burżuazyjnego społeczeństwa, „powrót do natury” w postaci wrogości do techniki i ekologicznego radykalizmu, stworzenie „nowego człowieka” w „nowym społeczeństwie” (kłaniają się Stalin, Hitler, Mao, Pol Pot i wszyscy inni fachowcy od ludobójstwa, którzy chcieli stworzyć „Nowego Człowieka”, likwidując miliony zwyczajnych „starych ludzi”).
W odróżnieniu od Marksa „frankfurtczycy” rewolucyjne nadzieje pokładali nie w proletariacie, lecz w inteligencji – dlatego też nie interesował ich przewrót dokonany przez masy robotnicze, ale marsz (intelektualistów) przez instytucje. Rudolf Willeke ujął to bardzo celnie: „Marksistowski apel «Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!» brzmi w neomarksistowskiej wersji «Intelektualiści wszystkich instytucji emancypujcie się!». Podczas gdy marksizm/socjalizm odwoływał się do biedniejszej materialnie warstwy społecznej – proletariuszy, i zainicjował ruch robotniczy, który miał zmienić «bazę», czyli stosunki produkcji, a nawet obalić je przemocą, neomarksizm «frankfurtczyków» skierowany był do warstwy biedniejszej w sensie intelektualnym i psychosocjalnym zaludniającej system edukacyjny i kulturalną «nadbudowę»”[2].
Jak wielką nośność miało to wezwanie, pokazuje skala i impet ruchu studenckiego tzw. pokolenia 68, które dzisiaj faktycznie dominuje w instytucjach kulturalnych, edukacyjnych i informacyjnych. Jego liczni przedstawiciele siedzą w aparatach partii rządzących, w parlamentach i rządach. W tej mierze rzeczywiście zaszła „rewolucja kulturalna” w wielkim stylu; nastąpiła „przebudowa” nie tylko myślowych struktur niemieckiej inteligencji, ale także „przebudowa” tych instytucji, które w decydujący sposób kształtują kanon wartości i reguły zachowania ludzi. Racjonalistyczno-konstruktywistyczne dzieło zniszczenia dokonane przez „Szkołę Frankfurcką” jest prawie doskonałe, zarówno jeśli chodzi o zastosowane metody, jak i rozkładowe skutki dla ładu społecznego.
Ponieważ główny nacisk w naszej pracy kładziemy na wykrycie mentalnych przyczyn i psychologicznych pobudek wrogości wobec kapitalizmu, autentycznego liberalizmu i cywilizacji, a mniej interesują nas treści propagowane przez wrogów wolności, przeto nie będziemy tutaj dokładnie analizować i oceniać wszystkich składników teorii „Szkoły Frankfurckiej” odsyłając do książek Rudolfa Willekego i Rolfa Kosieka [3]. Niemniej ze względu na to, że „Teoria Krytyczna” tak szeroko się upowszechniła, powodując lub umacniając u inteligencji niemieckiej (a także inteligencji innych krajów europejskich) wrogość wobec gospodarki rynkowej, społeczeństwa burżuazyjnego i zachodnich wartości, wypada poświęcić kilka słów przynajmniej tym katastrofalnym następstwom kreciej roboty „frankfurtczyków”, które Jürgen Habermas sławi jako „sukcesy” swojej „Szkoły” (po tych „sukcesach” dość łatwo poznać treści „frankfurckich” teorii).
„Sukcesy” „Szkoły Frankfurckiej”
Do „sukcesów” „Szkoły Frankfurckiej” można zaliczyć: 1) wyraźną dechrystianizację życia publicznego i prywatnego, 2) dezinstytucjonalizację społeczeństwa, a dokładniej „refunkcjonalizację” instytucji typu rodzina, szkoła, uniwersytet, media, organizacje i fundacje kościelne itp. „Sukcesem” o szczególnie negatywnych i długofalowych konsekwencjach było osłabienie wychowawczego oddziaływania rodziny – przede wszystkim poprzez hałaśliwe propagowanie hasła o dobroczynnych skutkach wychowania „antyautorytarnego”, a tym samym (rzekomo) „antyfaszystowskiego” i wbijanie klina pomiędzy rodziców i dzieci w sferze wartości. „Sukces” nr 3 to rozerwanie związku prawa z etyką i moralnością (związane m.in. z wulgaryzacją, banalizacją i brutalizacją seksualności w mediach); 4) dekryminalizacja przestępstw (zbrodni winne jest „społeczeństwo”, a nie przestępca); 5) depatologizacja choroby (poszukiwanie przyczyn chorób nie w fizycznej konstytucji jednostki i jej sposobie życia, ale w zjawiskach nieodłącznych od wolnokonkurencyjnego kapitalizmu, jak stres i „przymus” osiągania dobrych wyników, zanieczyszczenie środowiska spowodowane przez kapitalizm); 6) deestetyzacja sztuki (piękno i harmonia ośmieszone jako gust „buraków”, natomiast gloryfikowane: brzydota, obrzydliwości, obscena, absurd), (zob. rozdz. III u Willekego).
Tak wygląda – zaiste „udany” – destruktywizm, który, jak widzieliśmy wcześniej, z nieubłaganą logiką wypływa z racjonalistycznego konstruktywizmu, nabierającego jeszcze większej niszczącej siły, jeśli naładowany zostanie rewolucyjnymi energiami marksizmu i zmieszany z demoralizującymi pseudoegzorcyzmami psychoanalizy.
Autorytet i panowanie
Ponieważ „frankfurtczycy” stroili się niekiedy w piórka „liberałów”, a z drugiej strony wielu konserwatywnych krytyków teorii „Szkoły Frankfurckiej” nazbyt chętnie etykietowało ich jako „neoliberałów”, trzeba wspomnieć tutaj o jeszcze jednej kwestii, w której miałoby się przejawiać (całkowicie urojone) „pokrewieństwo” pomiędzy „Teorią Krytyczną” i autentycznym, miłującym wolność liberalizmem, mianowicie w walce przeciwko „panowaniu”. W szczególności Horkheimer i Habermas przepowiadali, żądali i obiecywali nadejście społeczeństwa całkowicie wolnego od wszelkich form panowania, położenie ostatecznego kresu zasadzie panowania będącej immanentnym elementem zwalczanego przez nich społeczeństwa kapitalistyczno-burżuazyjnego. Wiązał się z tym postulat zniesienia zasady autorytetu, której zło pochodzi stąd, że – według nich – autorytet jest także formą panowania. Jak pamiętamy, idee i koncepcje klasycznego (autentycznego) liberalizmu skierowane były przeciwko panowaniu ludzi nad ludźmi, stanowiącemu największe i najgroźniejsze niebezpieczeństwo dla osobistej wolności. Ktoś zatem mógłby pochopnie dostrzec tu paralelę lub nawet tożsamość pomiędzy główną troską liberalizmu a zasadniczymi tezami „Teorii Krytycznej”. Samemu takiemu przypuszczeniu należy się jak najostrzej sprzeciwić. Po pierwsze, ideałem prawdziwych liberałów-przyjaciół wolności nie jest społeczeństwo „wolne od panowania”, ale ład społeczno-ekonomiczny, w którym panuje prawo, czyli zinstytucjonalizowane rule of law. Zakłada to istnienie kilku instytucji, dysponujących monopolem przemocy, który jednak może zostać użyty tylko w służbie i dla ochrony fundamentalnych pryncypiów wolności: nietykalność osoby i jej własności w najszerszym tego słowa znaczeniu (życie, ciało, opinia, wiara, prawowicie nabyte dobra materialne). Po drugie, nie kto inny jak właśnie klasyczni liberałowie za szczególnie istotne dla stabilności ładu społecznego uznają organiczny, wyłoniony w spontanicznym procesie rozwoju kultury, prywatny (osobisty) autorytet. I to nie tylko dlatego, że społeczeństwo całkowicie pozbawione hierarchii jest utopią, ale również dlatego, iż organicznie wyrosłe autorytety stanowią, naturalną i bazującą w dużej mierze na dobrowolności, przeciwwagę dla zazwyczaj uzurpatorskiego i wymuszonego „autorytetu” opartego na państwowym monopolu przemocy.
Joseph Schumpeter widział w dużej własności prywatnej „prywatne twierdze” (private fortresses), chroniące wolność przed rozrastającym się państwowym Lewiatanem. Podobnie naturalne autorytety „panujące” na różnych obszarach życia społecznego stanowią rodzaj bastionów, do których nie tak łatwo wtargnąć władzy publicznej. Można w tym kontekście posłużyć się obrazem wagi; na jednej szali spoczywają władcze roszczenia państwa, zaś na drugiej – osobisty autorytet różnych osób i zachowania, jakich oczekują one od innych ludzi. Chodzi przede wszystkim o autorytet rodziców wobec dzieci, autorytet starszych rodu lub klanu wobec pozostałych członków, autorytet „mądrzejszych”, na przykład nauczycieli i duchownych, autorytet ludzi o większym doświadczeniu, np. mistrzów wobec czeladników i terminatorów. Również wybitne osiągnięcia w gospodarce, nauce i sporcie, wzorowe pod względem etycznym postępowanie, niezwykłe umiejętności itd. mogą być źródłem naturalnego, dobrowolnie akceptowanego autorytetu.
Jak to bywa z wagą, kiedy jedna szala opada w dół, druga się podnosi; jeśli zostają zniszczone (upadają) prywatne, naturalne i dobrowolnie szanowane autorytety, automatycznie rośnie przymusowy autorytet państwa, które podporządkowuje sobie kolejne sfery ludzkiej aktywności. W próżnię, jaka powstaje po prywatnych autorytetach, bez trudu wchodzi władza polityków i biurokratów. W wolnym społeczeństwie autorytet jest łagodną formą panowania, zakładającą dobrowolność i prawowitość. Natomiast grzechem pierworodnym panowania sprawowanego przez państwo (władzę polityczną) jest arbitralny przymus i przemoc, przybierające szczególnie brutalne formy wówczas, kiedy słabnie wiara w prawowitość władzy. Wszystko to dowodzi jasno, że nie może być mowy o jakimkolwiek pokrewieństwie pomiędzy klasyczną koncepcją wolności i autorytetu a totalnym destruktywizmem „Teorii Krytycznej”. Obu tych kierunków nic nie łączy, a dzieli wszystko.
Drogi wyjścia
„Szkoła Frankfurcka” i jej polityczne bataliony dokonały duchowo-kulturalnego spustoszenia w instytucjach politycznych, edukacyjnych oraz w mediach. Nie mamy tutaj miejsca na rozważanie, czy i jak można było skuteczniej przeciwstawić się temu niszczycielskiemu procesowi. Poprzestańmy zatem na jednej konkluzji: czysto racjonalne, pokładające zaufanie w logicznych, naukowych, rozumowych argumentach kontr-oświecenie nie powiedzie się, gdyż na przeszkodzie stoi psychiczno-emocjonalna struktura osobowości intelektualistów. I nie tylko to. Praktycznie nieprzezwyciężalną barierę stanowi opisywany wyżej fakt, że większości mechanizmów prowadzących do powstania stabilnych wzorów postępowania nie można racjonalnie i świadomie zaplanować i wykreować. W gruncie rzeczy nie ma sposobu, aby wartości, normy społeczne, tabu i reguły zachowania raz zniszczone, odbudować. Najbardziej skutecznym antidotum byłaby zapewne rechrystianizacja Zachodu. Ale do tego celu nie prowadzą żadne, choćby najmądrzejsze, książki i żadne, choćby najżarliwsze, apele. Jedyna droga to prywatyzacja oświaty i szkolnictwa wszystkich szczebli oraz prywatyzacja instytucji charytatywnych. Tylko dzięki takim posunięciom kościoły chrześcijańskie mogłyby wyjść ze strefy finansowego i politycznego ciążenia państwa, wyzwolić się z partyjno-politycznych układów korupcyjnych i zerwać ze strukturalną zależnością od różnego rodzaju czynników zewnętrznych. Wówczas zmuszone byłyby (automatycznie!) powrócić do swoich właściwych, pierwotnych zadań: wychowania, formowania serc i dusz, do działalności charytatywnej opartej na dobrowolności, a przede wszystkim do głoszenia Dobrej Nowiny jako najważniejszej i największej ze wszystkich prawd. Jedynie na tej drodze mogłyby odzyskać posłuch i wiarygodność u wiernych, jak również odbudować swoją pozycję w społeczeństwie, pedagogiczną niezależność oraz rolę niekwestionowanego lidera w dziedzinie dobroczynności i dosłownie pojmowanej opieki duszpasterskiej. Jeśli natomiast kościoły chrześcijańskie tego nie uczynią, lecz nadal będą – tak jak robią to już od wielu lat – jako juczne osły pomagać rządzącym w prowadzeniu socjalistycznej polityki, dostając w zamian „siano” od państwa opiekuńczego, to wówczas walka o wolność, kulturę, dobrobyt i cywilizację zostanie przegrana. Z mroku, który dawno już zapadł nad Zachodem, zrobi się ciemna noc. Nie po raz pierwszy, ale być może po raz ostatni.
Przeł. Tomasz Gabiś
PRZYPISY
[1] Rudolf Willeke, Hintergründe der 68er Kulturrevolution, Schriftenreihe der Aktion Leben e.V. nr 10, 2002, s. 4.
[2] Ibid., s. 5.
[3] Rolf Kosiek, Die Frankfurter Schule und ihre zersetzende Wirkung, Tübingen 2001.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»