Rozszerzona wersja tekstu Od Unii Europejskiej do Imperium Europejskiego, zamieszczonego [w:] Tożsamość starego kontynentu i przyszłość projektu europejskiego, red. D.Pietrzyk-Reeves, seria: Biblioteka Jedności Europejskiej, wyd. Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, Warszawa 2007.
Rola debaty intelektualnej o przyszłości Europy polega na wykroczeniu poza „słupy Heraklesa”, na stworzeniu idei i wizji, które mogłyby w sposób realistyczny wskazać kierunek dalszego „marszu” oraz na wysiłku wyobraźni, który uczyniłby Europę potężną, odważną i dalekowzroczną.
(Bronisław Geremek)
Wstęp
Tomasz Gabiś
Dość powszechne chyba jest dziś przeświadczenie, że w ostatnich kilku latach polityczne siły napędowe Unii Europejskiej osłabły i dynamika europejskiego projektu wyczerpuje się ; nie wiadomo jak i skąd pojawiają się zasadnicze pytania o sens i cel zjednoczenia Europy, integracja europejska przestaje być czymś oczywistym, Unia zaczyna przeżywać „kryzys tożsamości”. Ma on swoje źródło – diagnoza zapewne mało oryginalna – przede wszystkim w tym, że kształt Unii Europejskiej (którą nazwiemy Pierwszą UE) związany był ściśle z historyczną sytuacją Europy podzielonej „żelazną kurtyną” . Po 1989 roku, po upadku Związku Sowieckiego, po zjednoczeniu obu części Europy, które po kilkunastu latach zaowocowało rozszerzeniem Unii na wschód, zmieniła się jej geopolityczna „baza” i, co za tym idzie, pojawiły się nowe cele i zagrożenia. Natomiast jej instytucjonalno-polityczna i ideologiczna „nadbudowa” pozostała niezmieniona. Ten stan nie mógł jednak trwać zbyt długo; to, co dziś obserwujemy, to powolny zmierzch I UE.
W nowej sytuacji historycznej elity europejskie albo czynić będą rozpaczliwe wysiłki, mające na celu zakonserwowanie Pierwszej UE, co w rezultacie skaże Europę na polityczną wegetację przez następne dziesięciolecia, albo porzucą zużyty i nazbyt już ciasny dla Europy kostium I UE i zdecydują się na budowanie II Unii Europejskiej, zachowując to, co było dobre i słuszne w I UE, a odrzucając patologie i dominujące w niej błędne koncepcje polityczne, zamrażające jedność europejską na poziomie, który nie daje Unii szans na osiągnięcie politycznej pozycji w świecie odpowiadającej jej ekonomicznemu, politycznemu i kulturalnemu potencjałowi. Jeśli wybiorą tworzenie II UE, wówczas przezwyciężą „kryzys tożsamości” i potwierdzą, że znają odpowiedź na zasadnicze pytania: dokąd Unii iść wypada i czym ma być. A odpowiedź ta brzmi: wypada jej iść ku suwerenności i być samodzielnym graczem na wielkiej szachownicy Eurazji i całego świata.
Wojna akuszerką Unii Europejskiej
W napisanym podczas II wojny światowej manifeście Pokój Ernst Jünger stwierdzał, że o ile w pierwszej wojnie światowej monarchie zostały zwyciężone przez narodowe demokracje, o tyle w wojnie, która się toczy, państwa narodowe przezwyciężone zostały przez imperia (jego rodak Edgar J.Jung uważał, że już I wojna światowa oznaczała koniec państwa narodowego takiego, jakie narodziło się z rewolucji francuskiej). Po II wojnie światowej nadszedł czas – pisał autor Awanturniczego serca – aby europejskiej przestrzeni, którą rozczłonkował rozwój historyczny, nadać geopolityczną jedność.
Idea zjednoczenia Europy (choć oczywiście pojawiła się już znacznie wcześniej) zaczęła nabierać realnego kształtu w procesie przechodzenia od struktur narodowo-demokratycznych dominujących w Europie w I połowie XX wieku ku strukturze imperialnej, które, na płaszczyźnie geopolitycznej i geostrategicznej dokonało się już w okresie II wojny światowej. Wojny lat 1939-41 były ostatnimi wojnami, jakie stoczyły między sobą nowoczesne, europejskie państwa narodowe (narodowe demokracje). Wojnę światową lat 1941-45 należy interpretować jako globalne starcie Rzeszy Niemieckiej, która z niemieckiego państwa narodowego przeobraża się w kontynentalne nacjonalistyczno-socjalistyczne Imperium Germanicum, z pozostającymi ze sobą w sojuszu komunistycznym Imperium Sovieticum i demokratyczno-liberalnym Imperium Americanum. W trakcie tego globalnego konfliktu wojennego europejskie państwa narodowe nie odgrywają już praktycznie żadnej roli, wręcz zanikają jako realne byty polityczne, a ich oddziały wojskowe inkorporowane zostają do armii trzech walczących imperiów.
Po zakończeniu wojny sytuacja nie ulega zmianie: państwa europejskie nadal włączone są w infrastruktury polityczno-militarne zwycięskich imperiów. Dobiegła końca era klasycznej suwerenności europejskich państw narodowych jako podstawowych jednostek „przestrzenno-wojskowo-polityczno-prawnych” w europejskim prawie narodów ( Ius Publicum Europæum). Stało się tak w wyniku serii przestrzennych rewolucji: po przestrzeni ziemi i morza technika otworzyła dla wojny przestrzeń oceanów i przestrzeń powietrzną, a w końcu przestrzeń okołoziemską i kosmiczną. Ład nowoczesnych, europejskich państw narodowych zbudowany na podwalinie Ius Publicum Europaeum upadł, gdyż- jak to pokazał Carl Schmitt – nie był dostosowany do nowego przyrostu potęgi techniki militarnej, która poprzez swój globalny zasięg i moc destrukcji rozbiła dawny europejski porządek przestrzenno-prawny, oparty na równowadze między przestrzenią lądu i wolnego morza. Nowe technologie wojskowe, nowe rodzaje broni i nowe sposoby prowadzenia wojny, prąc ku kontynentalnym „Wielkim Przestrzeniom”, rozsadziły przestrzenno-polityczno-prawne ramy europejskiego państwa narodowego już w latach 1941-45.
Jeszcze zanim nastała era broni nuklearnej, odpowiednią skalą dla ówczesnych systemów broni były kontynenty, a i te kontynentalne ramy z czasem stawały się dla nich „za małe”, jeśli weźmie się pod uwagę rozwój nowych rodzajów broni i technologii militarnych, jaki nastąpił po 1945 roku. Moce destrukcji, cała „głęboka” struktura materialna systemów broni stają w coraz ostrzejszej sprzeczności z istniejącymi instytucjami polityczno-państwowymi, które -opróżnione z dawnej funkcjonalności – wiodą żywot cieni. Absolutna zdolność nowych systemów broni do przekraczania i znoszenia wszelkich granic i barier sprawia, że, jak twierdzą teoretycy tzw. nuclear oneworldism, rzeczywistymi ramami politycznymi byłby dla nich jakiś planetarny porządek polityczny, rodzaj Imperium Mundi w postaci np. „Unii Termojądrowej” zapewniającej światu Pax Atomica. Na tle tego dziejowego procesu należy widzieć ewolucję europejskich państw narodowych jako struktur militarnych, które od początku lat 40. ubiegłego wieku spadają do poziomu prowincji wyższych tworów imperialnych, najpierw Imperium Germanicum, a potem Imperium Americanum i Imperium Sovieticum; przestają być autonomicznymi centrami władzy wojskowo-politycznej, lecz jedynie formalnie są odrębnymi jednostkami politycznymi wewnątrz imperiów. Państwa te jako zamknięte „naczynia władzy” pękają, rzeczywiste granice polityczne pomiędzy nimi tzn. granice przemocy militarnej zostają zniesione a monopol przemocy przeniesiony na zewnętrzne granice imperium.
W procesie depolityzacji i desuwerenizacji, jakiemu podlegały europejskie państwa narodowe, utraciły one prerogatywy samodzielnego desygnowania wrogów i sojuszników oraz suwerennego podejmowania decyzji o wojnie i pokoju. Ich ściśle geostrategiczna i geopolityczna substancja wyparowała, twarde jądro ich militarno-politycznej suwerenności zostało rozbite (dlatego w dużej mierze trafne jest określenie tych państw jako quasi-suwerennych lub wręcz quasi-państw). Przy takim „rozpoznaniu położenia” państw europejskich nietrudno dojść do wniosku, że trwające od wielu lat dyskusje, czy i jak europejskie państwa narodowe rezygnują z atrybutów suwerenności na rzecz Unii Europejskiej, to dyskusje raczej bezprzedmiotowe, bo nie można przecież rezygnować z czegoś, czego się nie posiada, chyba że z fasady skrywającej pustkę.
Rozwój technologii wojskowych i związana z nim kompresja wymiaru czasowo-przestrzennego sprawiły, że odległości, dystanse i terytoria zachowują swoje wojskowe znaczenie wyłącznie w skali całego kontynentu. Cała Europa od dawna jest już realnie jedną przestrzenią geostrategiczną i geopolityczną – jest to stan faktyczny, niezależny od, istniejących nadal, sprzecznych interesów narodowych oraz administracyjnych, geograficznych kulturalnych, ekonomicznych i symboliczno-psychologicznych odrębności. Możliwa jest dziś w Europie tylko geostrategia i geopolityka kontynentalna. Występujące wewnątrz Europy rozmaite napięcia i dysharmonie nie mają zasadniczego tj. polityczno-militarnego znaczenia.
Żadne europejskie państwo (czy „państwo”) narodowe nie desygnuje na wroga stricte politycznego innego państwa europejskiego, takiego wroga może mieć tylko Europa jako całość, gdyż wyłącznie jeden europejski Groβraum posiada geostrategiczną i ściśle geopolityczną substancję. Próby jej odzyskania przez europejskie państwo narodowe na drodze restytucji np. Wielkiej Polski, Wielkich Niemiec, Wielkiej Francji, Wielkiej Wielkiej Brytanii etc. są daremne i całkowicie pozbawione politycznego sensu – te idee „wielkości” mają swoje honorowe miejsce, ale w muzeach i narodowych izbach pamięci. Jedyne , co mogą zrobić elity polityczne narodów europejskich, to próbować stworzyć – kumulując potencjały, czyli dokonując „mocarstwowej koncentracji sił” przepowiadanej Europie przez Fryderyka Nietzschego – własny, suwerenny organizm imperialny . Taki organizm stanowi Unia Europejska, tyle tylko, że jako I UE – organizm słaby, kaleki, źle skonstruowany i niepewny siebie. W odróżnieniu od I UE Druga Unia Europejska jest o wiele bardziej świadoma swojej politycznej odpowiedzialności i siły, nie lęka się bycia imperium i przyjęcia na siebie obowiązków, jakie z takiego statusu wynikają.
Państwo narodowe – „apologeci” kontra „likwidatorzy”
Nad I UE ciążył spór pomiędzy – nazwijmy ich tak dla uproszczenia- „apologetami” i „likwidatorami” europejskiego państwa narodowego. „Apologeci” opłakiwali zrzekanie się suwerenności państw narodowych na rzecz Unii Europejskiej, nie zauważając, że takiej suwerenności nie posiadają one od ponad 65 lat! Pocieszali się, i nadal pocieszają, złudzeniami typu – „państwo narodowe powraca do serca Europy”, tak jakby sami w wehikule czasu powracali w lata dwudzieste, lata trzydzieste zeszłego stulecia. Nie chcieli oni również dostrzec tego, że wewnątrz Europy tożsamość narodowa jako taka ulega stopniowej depolityzacji. Ponieważ europejskie państwo narodowe przestało desygnować na politycznych wrogów inne europejskie państwa narodowe, zbędna stała się agresywna, ostra propaganda narodowa operująca obrazem zdemonizowanego wroga, potrzebna wcześniej dla wytworzenia u obywateli poczucia jedności narodowej wobec zagrożenia zewnętrznego a także jako legitymizacja własnej ekspansji geopolitycznej lub wojny. Narody europejskie przestają być narodami polityczno-państwowymi (Staatsnationen) , tzn. wspólnotami jednoczonymi, organizowanymi i mobilizowanymi propagandowo przez państwo i jego instytucje do walki przeciw wrogom (innym narodom Europy), ewoluując ku „narodom naturalnym”, „narodom bez nacjonalizmu”, ku temu, co Niemcy nazywają Kulturnationen. Tej tendencji, która wynika stąd, iż słabnie instytucjonalno-polityczne wsparcie dla mocnej i twardej tożsamości narodowej (np. masowe armie z powszechnego poboru), „apologeci” albo nie widzieli, albo widzieli, lecz nie chcieli zaakceptować.
Z kolei „likwidatorzy”, powodowani ideologicznymi uprzedzeniami, antynarodowymi fobiami i resentymentami oraz wąsko pojętymi interesami swojego obozu ideologicznego, oskarżali europejskie państwo narodowe o wszelkie możliwe zbrodnie i grzechy, kierowali przeciwko niemu ideologiczny atak, będący raz zakamuflowanym, a kiedy indziej, otwartym atakiem na ideę narodową jako taką, na narodowe tradycje i sentymenty, na historyczne spektakle i narracje narodów europejskich, na ich historyczną tożsamość. Do dzisiaj błędnie nazywają oni obecną fazę historii Europy „postnarodową”, podczas gdy jest to faza „postnacjonalistyczna” – nie narody zanikają, lecz państwowo-polityczne nacjonalizmy w typie tych znanych z pierwszej połowy XX wieku.
Koniec I UE zamyka na szczęście ten jałowy i szkodliwy spór: ani atakowanie, ani gloryfikowanie europejskiego państwa narodowego nie ma już absolutnie żadnego sensu. Należy je raczej – by użyć za Giannim Vattimo terminologii Heideggera – verwinden (przeboleć) – pozostawiamy państwo narodowe poza sobą, ale jest ono nam ciągle bliskie, przynależymy doń, mimo iż jego epoka już minęła. Z pewnością zasługuje na nasz szacunek i naszą wdzięczną „pamięć” (Andenken). Było bowiem znakomitym projektem politycznym Europejczyków na czas po upadku w Europie dawnego przednowoczesnego porządku i związane są z nim wielkie osiągnięcia kulturalne, ekonomiczne, technologiczne, prawne, filozoficzne i naukowe. Jest nam drogie nie tylko jako ważna pamiątka, jako widzialne świadectwo naszej historii, ale także jako rezerwuar mitów, tradycji, „narracji”, ikon, postaci potrzebnych przy konstruowaniu legitymizacji dla Drugiej Unii Europejskiej. Nadal zresztą jest ono pożytecznym instrumentem administracyjnym wewnątrz UE i, dla większości Europejczyków, pozostaje ideologiczną, psychologiczną i symboliczną rzeczywistością, mimo iż jego realna geopolityczna historia zakończyła się w latach 1939-41.
„Likwidatorzy”, słusznie odrzucając „nostalgiczno-restytucyjną” postawę „apologetów” wobec suwerennego państwa narodowego w Europie, nie potrafili jednocześnie znaleźć właściwej odpowiedzi na zmierzch historycznej formy owego państwa rozumianego jako suwerenny, odrębny ośrodek realnej władzy militarno-politycznej, zdolny do desygnowania wrogów i sojuszników. Przeciwstawiali państwu narodowemu z jego dążeniem do władzy, siły i prestiżu, zdepolityzowaną, naiwną, niekiedy wręcz całkowicie utopijną i śmieszną, wizję Unii Europejskiej jako wielkiej Armii Zbawienia, niezłomnego promotora humanitarystyczno-pacyfistycznego etosu, producenta i eksportera patetycznych (do cna wytartych) frazesów o „tolerancji” i „prawach człowieka”. Ich widzenie przyszłości projektu europejskiego kończy się na rozszerzonej terytorialnie Pierwszej Unii Europejskiej, w której do rangi problemów istotnych urasta kwestia, jak przy pomocy administracyjnych metod i łamiąc na masową skalę prawo własności, oduczyć obywateli palenia tytoniu. Wśród „likwidatorów” można wprawdzie wyróżnić grupę, która wychodzi poza horyzont sentymentalnego „moralniactwa” mającego zastąpić realną politykę: chce ona suwerenności Unii Europejskiej, chce europejskiego imperium, ale błędnie sądzi, że można to osiągnąć przy pomocy obecnej Pierwszej UE, oczywiście poprawionej i rozszerzonej, lecz w swoich zasadniczych założeniach niezmienionej.
Potrzebna jest zatem jeszcze inna postawa: krytyczna wobec Pierwszej Unii Europejskiej, ale krytyczna nie w imię restauracji suwerennego europejskiego państwa narodowego, nie w imię zachowania status quo, nie w imię apolitycznej utopii, nie w imię europejskiego superpaństwa będącego jedynie Pierwszą UE do kwadratu, lecz w imię Drugiej Unii Europejskiej- następczyni i spadkobierczyni Pierwszej UE, powstającej na drodze rekonstrukcji i ewolucyjnej zmiany, ale zarazem wymagającej „mocnego szarpnięcia cugli”, czyli przeprowadzenia konstytucyjnych, ustrojowych zmian prowadzących w kierunku rzeczywistej wojskowo-politycznej jedności Europy. Potrzebna jest „trzecia pozycja”, „trzecia droga”; taka, która nie wiedzie ani wstecz ku polityczno-państwowemu nacjonalizmowi, ani też nie kręci się w błędnym kole po bezsilnej, wchodzącej w fazę zmierzchu, niezdolnej do podjęcia wielkich celów i zadań historycznych I Unii Europejskiej z jej dziwacznymi eksperymentami socjalno-obyczajowymi i anachroniczną ideologią, ale prowadzi ku II UE i dalej, ku Imperium Europejskiemu.
Wprawdzie koncepcja II UE odnosi się przede wszystkim do procesów wyłaniania się nowych form władzy, nowych relacji siły w skali kontynentalnej i globalnej, do transformacji politycznej i militarnej, która przynosi nowe hierarchie panowania i nowe monopole przemocy, to jest również „ideą metapolityczną „, mającą pobudzić polityczną wyobraźnię i stać się inspiracją dla myślowych eksperymentów podejmowanych w duchu „twórczego konserwatyzmu”, traktującego Drugą UE jako „organiczną konstrukcję” – konstrukcję, bo jest realizacją pewnego projektu w sytuacji , gdy nie można zachować dawnych struktur europejskich, organiczną, gdyż budowaną nie na utopijnych konceptach, ale na planie tego, co obowiązuje zawsze, przynajmniej w Europie, i co zgodne jest z politycznymi, ekonomicznymi, technologicznymi i kulturalnymi trendami pierwszej połowy XXI wieku.
Rekonstrukcja Unii Europejskiej
II UE chce być suwerennym podmiotem globalnej gry politycznej i budować wielką architekturę polityczną Eurazji i świata. Innymi słowy to, co charakteryzowało dawne państwa narodowe Europy, powraca na wyższym, kontynentalnym i imperialnym poziomie: prowadzenie polityki siły, desygnowanie wrogów i sojuszników, dominacja, hegemonia, rozszerzanie sfer wpływów, przejmowanie- w formach odpowiednich dla naszych czasów – kontroli politycznej nad ludami, ziemiami i zasobami.
Europejskie elity, „biorąc odpowiedzialność za świat”, ponownie uczą się języka siły, geostrategii, geopolityki, mocarstwowości, potęgi globalnej. Język polityczny w Europie po 1945 roku był martwy, gdyż paradygmat polityczny suwerennego, europejskiego państwa narodowego, w ramach którego język ów funkcjonował, upadł. Z kolei dominująca w I UE humanitarystyczno-pacyfistyczno-handlowo-sentymentalna nowomowa, ujawniła swą żałosną śmieszność, groteskową dysfunkcjonalność i całkowitą bezsilność w zderzeniu z twardą materią światowej polityki. W jej miejsce wchodzi język polityczny II UE, będący językiem żywym, bo dostosowanym do nowej sytuacji historycznej i odnoszącym się do realnego, suwerennego bytu politycznego. Powrót do Europy języka politycznego jest warunkiem powstania postulowanej przez Jürgena Habermasa „ nowej politycznej samowiedzy, która odpowiadałyby roli Europy w świecie XXI wieku”.
O ile duża część zwolenników I UE, widziała ją jako swego rodzaju „wielką Szwajcarię”, która ucieka z historii i polityki, rezygnując z uczestnictwa w „walce o świat”, o tyle zwolennicy II UE świadomie i zdecydowanie sprzeciwiają się takiemu „zeszwajcarzeniu” Europy. To, że II Unia Europejska jest spacyfikowana wewnętrznie – i w tym tylko sensie stanowi ona „wielką Szwajcarię”, europejską Eidgenossenschaft – nie znaczy wcale, że – stale zagrożona przez wrogów – nie organizuje ona akcji politycznych przeciwko nim, nie „montuje” prowokacji na dużą skalę, nie zleca służbom specjalnym przeprowadzania zamachów, nie prowadzi wojen (zawsze obronnych) , nie dokonuje zbrojnych interwencji (zawsze w imię pokoju) – wręcz przeciwnie: to pierwsze warunkuje to drugie: wewnętrzna pacyfikacja pozwala na polityczną ekspansję, umożliwia zdobycie przewagi nad innymi organizmami politycznymi. W Unii Europejskiej, gdzie panuje „wieczny pokój”, Kant mieszka już od dawna, co nas wszystkich wielce cieszy, teraz z banicji powracają różne „podejrzane indywidua” w rodzaju Makiawela, Hobbesa i Schmitta.
Wewnątrz Unii Europejskiej mamy już zatem epokę postpaństwową, posthegemonialną, postpolityczną, ale – podkreślmy – tylko wewnątrz, ponieważ na zewnątrz Unia Europejska, stanowiąc kontynentalny blok wojskowo-polityczny, dąży do tego, aby stać się światową potęgą. Żeby jednak mogła się nią stać, musi dokonać poważnych reform wewnętrznych. Paradoks polega bowiem na tym, że „likwidatorzy” europejskiego państwa narodowego przywiązani są do obowiązujących w nim zasad i mechanizmów- widzą oni Unię Europejską jako coś w rodzaju dawnego, unitarnego państwa narodowego. Jakobińską koncepcję państwa i narodu przenoszą na szczebel kontynentalny, tworząc zbiurokratyzowane socjaldemokratyczne „supereuropaństwo narodowe”, najlepiej zamieszkałe przez jeden „naród europejski” wyznający te same „europejskie wartości „, czyli wartości z pożółkłego leksykonu ideologicznych komunałów XIX i XX wieku .
W rezultacie na Pierwszą UE składały się: nacjonalistyczna uniformizacja („harmonizacja”) na skalę kontynentalną, socjaletatyzm, elementy gospodarki planowej, nieograniczona wiara w kontrolę administracyjną i odgórne sterowanie życiem społecznym, „prewencjonizm” i prohibicjonizm wszelkiego rodzaju, ograniczenia pluralizmu ideologicznego i wolności słowa. Unia stawała się powoli „państwem ideologicznym”, wręcz „państwem wyznaniowym” z dominującą świecką religią „praw człowieka”; przekształciła się w swego rodzaju lewicowo-liberalną klerokrację.
I UE, co z pewnością nie leżało w intencjach pierwszych powojennych założycieli wspólnoty europejskiej, stała się – w swojej schyłkowej fazie – Unią biurokratów, funkcjonariuszy, planistów, socjalnych inżynierów pozostających w symbiotycznym związku z bankierami, szefami koncernów i lobbystami wszelkiej maści. II UE stawia na nogi to, co w I UE postawiono na głowie: jej ideową podwalinę stanowi klasyczny liberalizm z jego koncepcją państwa ograniczonego, które z tego ograniczenia czerpie swoją siłę. Gdyby najkrócej chcieć scharakteryzować II UE, to moglibyśmy ją nazwać „liberalnym superpaństwem-minimum”. Dlatego w II UE likwiduje się wszystkie, odziedziczone po I UE, struktury gospodarki planowej i interwencjonizmu państwowego, takie jak wspólna polityka rolna, polityka „spójności”, polityka rozwoju regionalnego etc., czyli wszystkie te struktury, które uczyniły z niej wielką machinę redystrybuującą ściągnięte z podatników środki wzdłuż i wszerz całego kontynentu, i hamowały proces organicznego zrastania się krain europejskich.
Druga UE tworzy jeden wielki obszar gospodarczy, gdzie nie istnieją żadne granice celne, panuje pełna wolność poruszania się, osiedlania się, podejmowania pracy, handlu, działalności gospodarczej, inwestowania, kupowania ziemi i wszelkiej innej własności. Obok – opartej na złocie, niezwykle ważnej dla suwerenności UE – waluty imperialnej (obecne euro), funkcjonują waluty lokalne i prywatne. Władze Drugiej UE nakłaniają kraje związkowe do prywatyzacji własności publicznej, rezygnacji z nadmiernego fiskalizmu, (np. do zniesienia progresji podatkowej i wprowadzenia podatku liniowego), stoją na straży wartości europejskich takich jak zasada nienaruszalności własności prywatnej i wolności umów. Duch panujący w II UE niechętny jest zarządzeniom, rozporządzeniom, regulacjom, zakazom, nakazom, dyrektywom, paragrafom, przepisom, odgórnie narzucanym normom i standardom – wszystkim biurokratycznym ingerencjom w gospodarkę, w życie prywatne obywateli. II UE zrywa z wszelkimi dążnościami do glajchszaltowania Europy, jest tarczą chroniącą odrębności, samoistności i swoistości lokalnych, rodzimych kultur, systemów prawnych, tradycji, obyczajów, światopoglądów, władze Unii popierają „organiczną dyferencjację przeciw zatomizowanej identyczności”, bronią prawa narodów do wyboru własnej drogi rozwoju kulturalnego przed zakusami niwelatorskiego „eurojakobinizmu” i „demototalitarnego egalitaryzmu”. W II UE narodowe prowincje żyją wedle własnego fasonu – władze Unii wymagają jedynie, żeby nie robiły nic, co zagroziłoby jej wewnętrznej jedności i terytorialnej integralności, nie porozumiewały się jej wrogami zewnętrznymi, i aby odprowadzały do budżetu centralnego należną część podatków.
Niemiecki filozof Peter Koslowski, rozważając w 1995 roku nową europejską ideę imperialną, ostrzegał przed przyjmowaniem dla Europy-Ojczyzny modelu „Naród-Europa”. Wzorcem, obrazem przewodnim – stwierdzał Koslowski winno być raczej Imperium Europejskie, Europejski Commonwealth, który może stać się ojczyzną wszystkich Europejczyków. Właśnie II UE zrywa z dotychczasowym lewicowym modelem Narodu-Europy (zbliżonym od postfaszystowskiej koncepcji Oswalda Mosley’a „Europe a Nation”) przechodząc do modelu Imperium Europejskiego. Proces ten jest analogiczny do regionalizacji w kontekście unitarnych państw narodowych. Teraz hasło regionalizacji czy „landyzacji” Europy oznacza, że poszczególne kraje europejskie wchodzące w skład Unii są odpowiednikami regionów, landów lub, jak chcą niektórzy, województw (samorządowych) w państwach narodowych, posiadających znaczną autonomię i niezależność od stolicy , i dążą do tego, aby zachować swoją regionalną odrębność, umocnić samodzielność w kształtowaniu wewnętrznej polityki kulturalnej, religijnej, obyczajowej i prawnej. Wyraża się w tym swego rodzaju „neosuwerenizm”, polegający na zapewnieniu sobie przez kraje członkowskie (prowincje) Unii maksymalnej suwerenności wewnętrznej. Warto czerpać w tej dziedzinie z doświadczeń Stanów Zjednoczonych, gdzie na przykład w jednych stanach stosuje się karę śmierci, a w innych nie, i nikt nie traktuje tego jako zamachu na jedność państwa. Można też ewentualnie odwołać się do ideologii „praw mniejszości”, gdyż w stosunku do całej Unii wszystkie narody europejskie są „mniejszościami”.
Paralelnie do rewitalizacji Unii i procesu odchodzenia od jakobińskiego, eurosocjalistycznego modelu I Unii Europejskiej, przebiega proces tworzenia wspólnej, silnej egzekutywy ograniczonej do najistotniejszych dziedzin wielkiej polityki: innymi słowy decentralizacji i „spłyceniu” na płaszczyźnie administracyjnej, gospodarczej i kulturalnej towarzyszy centralizacja wojskowo-polityczna – idzie o zasadnicze „pogłębienie”, ale w czysto polityczno-wojskowym sensie. Teraz dopiero następuje to, co winno być jądrem integracji europejskiej czyli integracja aparatów i struktur wojskowych, czyniąca z Unii militarno-polityczny blok kontynentalny. Podkreślić przy tym należy bardzo mocno, że decentralizacja Unii, zachowanie różnorodności krain europejskich, kulturalne, obyczajowe i prawne samookreślenie europejskich prowincji narodowych nie tylko, że nie stanowi przeszkody dla polityczno-wojskowego zjednoczenia Europy, lecz wręcz przeciwnie – jest jego koniecznym warunkiem.
Prosta i krótka konstytucja Drugiej Unii Europejskiej koncentruje się na najważniejszych kwestiach ustrojowych, zawiera gwarancje dla życia, zdrowia, własności i wolności obywateli, stanowiąc w ten sposób solidną podporę europejskiego „patriotyzmu konstytucyjnego”. Głową Unii jest prezydent wybierany przez elektorów-członków Rady Unii Europejskiej (czyli współczesnych Kurfürsten), na swego rodzaju „konklawe” w stolicy Unii. Każda prowincja wysyła na „konklawe” jednego delegata dysponującego jednym głosem. Kadencja prezydenta trwa 7 lat; jeśli na prezydenta wybrany zostaje któryś z członków Rady Unii Europejskiej, składa on rezygnację ze swojego urzędu w prowincji. Prezydent może być wybrany na dwie kadencje; przysługuje mu prawo zaproponowania elektorom kandydatury swojego następcy.
Prezydent powołuje przewodniczącego Komisji Europejskiej, zaś przewodniczący Komisji – Komisarzy. Prezydent jest odpowiedzialny za politykę zagraniczną Unii, decyduje o wojnie i pokoju, ma prawo wprowadzenia stanu wyjątkowego na całym terytorium UE, jest głównodowodzącym Wojska Europejskiego (WE) wyposażonego w broń nuklearną i kontynentalną „tarczę antyrakietową”, dysponującego Siłami Szybkiego Reagowania reagującymi na każde niebezpieczeństwo, niezależnie od tego, gdzie się ono wykluwa lub czai, oraz lotnictwem gotowym – w razie zagrożenia Unii – błyskawicznie zbombardować dowolny punkt na kuli ziemskiej. Prezydent powołuje i odwołuje szefa Sztabu Generalnego WE, powołuje i odwołuje dyrektorów Europejskiej Agencji Wywiadu, Europejskiej Agencji Kontrwywiadu oraz Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Obecne państwa narodowe będą w UE pełniły rolę okręgów wojskowo-policyjnych z własnymi lokalnymi armiami i siłami policyjnymi, z lokalnymi filiami wywiadu i kontrwywiadu, ale podporządkowanych nadrzędnym celom strategicznym Unii. Prezydent Unii powołuje i odwołuje prezesa Europejskiego Banku Centralnego, powołuje i odwołuje dyrektora Europejskiej Agencji Przestrzeni Kosmicznej, powołuje i odwołuje dyrektora ( utworzonego w przyszłości) Europejskiego Centrum Strategii Energetycznej, powołuje i odwołuje prezesa (utworzonego w przyszłości) Instytutu Pamięci Europejskiej (IPE) i dyrektora Muzeum Historii Europejczyków.
Równocześnie z wprowadzeniem ustroju prezydenckiego Unia nadaje sobie pełną osobowość prawną umożliwiającą zawieranie traktatów (wojskowych i innych), ustanawia jednolitą reprezentację zewnętrzną, podnosząc obecne przedstawicielstwa Komisji Europejskiej do rangi ambasad (ambasadorów i konsulów mianuje prezydent), zajmuje jedno miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i w innych instytucjach międzynarodowych. Pakt Północnoatlantycki przekształca się w partnerski sojusz Unii ze Stanami Zjednoczonymi, Turcją, Kanadą i innymi państwami. Co oczywiste, przyszła Unia podejmować będzie suwerennie decyzje o desygnowaniu wrogów i sojuszników.
Tryb powoływania prezydenta Unii i ustalenie szerokiego zakresu jego kompetencji oznacza zwiększenie „niedoboru demokracji”, tak bardzo potrzebne UE, gdyż podejmowane w I UE, naiwne albo suflowane przez wrogów, starania o zmniejszenie owego „niedoboru” powodowały nieuchronnie jej paraliż wewnętrzny a nawet groziły rozpadem całej konstrukcji europejskiej – jak pokazuje historia, demokratyzacja zawsze wprawia w ruch tendencje odśrodkowe i powoduje renacjonalizację, doprowadzając do rozpadu wielonarodowych, imperialnych struktur. Szczerzy demokraci i przyjaciele Unii jak Jürgen Habermas, którym ideologia demokratyzmu blokuje trzeźwy osąd realnych mechanizmów politycznych, nie potrafią tego pojąć i nawołują do organizowania ogólnoeuropejskich referendów ! Tymczasem każdy, kto zna historię polityczną Europy, doskonale wie, że im więcej referendów, wyborów, plebiscytów, im więcej sejmokracji, partiokracji etc. tym gorzej dla jedności ponadnarodowych struktur. Dlatego hasło II UE brzmi: „Mniej demokracji, więcej wolności (w solidarności)!”, podczas gdy ci, którzy tak jak Habermas działają wedle zasady „więcej demokracji, mniej wolności”, są grabarzami jedności Europy.
Wspólny interes Unii Europejskiej czy „sacro egoismo” narodów?
Ustanowienie kontynentalnego ośrodka władzy politycznej (imperialnej egzekutywy) każe inaczej spojrzeć na toczony od dawna spór, którego jedni uczestnicy twierdzą, iż nadrzędny interes Unii przezwycięża partykularne interesy elit rządzących prowincjami narodowymi, drudzy zaś, że jest to albo iluzja, albo propaganda, a za hasłem „dobra wspólnego Unii” kryją się wyłącznie interesy elit narodowych: Francuzi mówią „Europa” a myślą „Francja”, Niemcy mówią „Europa” a myślą „Niemcy”, Polacy mówią „Europa”, a myślą „Polska” itd. Przyjmując tok rozumowania tych drugich, musielibyśmy analogicznie uznać, że za hasłem „dobro wspólne Polski” kryją się wyłącznie partykularne interesy partii politycznych: Partia Dobrobytu i Wolności mówi „Polska” a myśli „Partia Dobrobytu i Wolności”, Partia Dobrobytu i Sprawiedliwości mówi „Polska” a myśli „Partia Dobrobytu i Sprawiedliwości”, Partia Dobrobytu i Uczciwości mówi „Polska” a myśli „Partia Dobrobytu i Uczciwości”. Kto zatem uważa, że nie ma czegoś takiego jak nadrzędny „interes Unii”, a jedynie gra narodowych egoizmów, ten musi również zakładać, że nie ma czegoś takiego „jak interes Polski” a wyłącznie gra partyjnych egoizmów. I w pewnym sensie przyznać należałoby mu rację: bowiem tak samo jak partie walczą o swoje partykularne interesy z imieniem Polski na ustach, tak samo z Europą na ustach narodowe frakcje walczą pomiędzy sobą o władzę i wpływy, o opanowanie prezydentury, o przejęcie kontroli nad instytucjami unijnymi i obsadzenie ich „swoimi ludźmi”. Byłoby wszak naiwnością sądzić, że wewnątrz II Unii Europejskiej, a potem Imperium Europejskiego ustanie rywalizacja i walka o władzę pomiędzy elitami rządzącymi krajami związkowymi. W Unii nie zanikają przecież: korupcja polityczna, „TKM”, „republika kolesiów”, rywalizacje pomiędzy namiestnikami prowincji, walki frakcyjne w łonie elity imperialnej (analogicznie do walk pomiędzy partiami w państwie narodowym), o rozszerzenie władzy i wpływów, o korzystny dla siebie rozdział unijnego budżetu.
W Unii działają te same mechanizmy, co w innych strukturach i ustrojach politycznych. Ale czy rzeczywiście nie istnieje ani coś takiego jak „interes Unii”, a jedynie partykularne interesy elit narodowych, ani coś takiego jak „interes Polski”, a jedynie partykularne interesy partii? Wydaje się jednak, że taki wspólny, nadrzędny interes istnieje. Na przykład solidarny interes skłóconego na co dzień kartelu partyjnego, aby nie dopuścić doń nowych członków i nie dać się odepchnąć od władzy przez zagraniczne kartele partyjne. Analogicznie istnieje „interes Unii”, czyli wspólny interes elit rządzących prowincjami narodowymi, tworzących ponadnarodowy kartel „partyjny”. Ponadto „interes Polski” daje się jednak jako tako zidentyfikować wówczas, gdy istnieje ponadpartyjna instytucja Głowy Państwa, a zatem również „interes Unii” konkretyzuje się wówczas, gdy działa kontynentalny ośrodek władzy nad całą Europą – prezydent Unii i inne ponadnarodowe instytucje polityczno-wojskowe. Jasne jest, że każda frakcja narodowa najchętniej popierać będzie na prezydenta swojego rodaka, w nadziei, że uda jej się potem łatwiej przeforsować w centrali swoje mniejsze lub większe interesy, ale prezydent wybrany na długą kadencję nie w powszechnych wyborach, lecz przez elektorów, obdarzony dużą i realną władzą jako Głowa Unii, może sobie pozwolić na narodowe sentymenty (i resentymenty) tylko wówczas, kiedy zgodne to jest z nadrzędnym interesem całej Unii, czyli także interesem jego jako prezydenta i ludzi na najwyższych unijnych urzędach. Podejrzewać, że prezydent Unii Europejskiej przedłoży partykularny interes prowincji narodowej, z jakiej się wywodzi, ponad interes całej Unii, byłoby tym samym, co podejrzewać, że na przykład papież Jan Paweł II przedkładał interes lokalnego Kościoła polskiego ponad interes całego Kościoła powszechnego.
Myślenie w kategoriach „całej Unii”, czyli – „mówię Europa” i „myślę Europa” – w sposób naturalny pojawi się u wyższych oficerów sztabu generalnego Wojska Europejskiego, u wyższych oficerów europejskich służb specjalnych, w dyrekcji Europejskiego Banku Centralnego, w Instytucie Pamięci Europejskiej, u wyższych urzędników unijnej biurokracji i innych „kurialnych” organów Unii – czyli wszędzie tam, gdzie istnieje instytucjonalna i personalna ciągłość władzy nad całą Unią, do pewnego stopnia niezależna od zmieniających się konstelacji narodowych (partyjnych). Te grupy i instytucje swój własny interes, który nie pokrywa się z interesem żadnej z poszczególnych prowincji narodowych, utożsamiają – słusznie – z interesem Unii jako całości. Owa świadomość wspólnoty interesów przebije się także do namiestników prowincji uczestniczących w wyborze prezydenta, którzy będą musieli zrozumieć, że wiele zależy od tego, jak ułożą się ich relacje z ośrodkiem prezydenckim, i w konsekwencji zaczną uwzględniać jego interesy we własnych kalkulacjach politycznych. Ich pozycję można by porównać do kardynałów z kościołów lokalnych – kardynałowie wybierają papieża, namiestnicy prezydenta, kardynałowie współrządzą całym Kościołem, namiestnicy współrządzą całą Europą itd. Z tej perspektywy prędzej czy później dostrzega się – często niewidoczny z niższych poziomów władzy – fakt, że poszczególne prowincje połączone są siecią wielorakich interesów i związków z innymi prowincjami i wszelkie próby realizowania za wszelką cenę partykularnych interesów osłabiają Unię od środka a tym samym obniżają pozycję poszczególnych namiestników i skupionych wokół nich elit.
Stolica Unii Europejskiej
Ustanowienie II UE łączy się z reorganizacją przestrzenną i reformą administracyjną Unii. I UE przykrojona była do dawnej Europy Zachodniej, czyli do Małej Europy z epoki Zimnej Wojny, stąd wybór Brukseli na jej stolicę miał pełne geopolityczne uzasadnienie. Ale po 1989 roku i po rozszerzeniu Unii na wschód, Bruksela znalazła się w „pozycji ekscentrycznej” – na zachodnim krańcu Unii, przeto geopolityczna logika wymaga przeniesienia stolicy bardziej ku centrum nowej, Wielkiej Europy, w kierunku, w którym Unia się rozszerza, czyli na południowy wschód. Utrzymywanie stolicy w Brukseli, po przyłączeniu do Unii prowincji ukraińskiej, białoruskiej, bułgarskiej, rumuńskiej oraz prowincji postjugosłowiańskich, będzie geopolitycznym absurdem. A cóż dopiero, gdyby przyłączona miała zostać prowincja turecka, nie mówiąc już o bliskowschodniej prowincji żydowskiej.
Przeniesienie stolicy UE z Brukseli ma także znaczenie symboliczne – unaocznia historyczną cezurę, pokazując obywatelom Unii, że Pierwsza UE odeszła w przeszłość i zaczyna się nowy etap w historii Europy. Przy okazji przeprowadzki odchudza się biurokrację, likwiduje się niepotrzebne agencje i komisje, realizując w ten sposób program „taniego państwa”.
Pozwolę tu sobie na osobistą uwagę: kiedy w 1999 roku rozważałem na łamach „Stańczyka” kwestię stolicy Europy, proponowałem – będąc zapewne pod nadmiernym nieco wrażeniem Mitu habsburskiego Claudio Magrisa – aby stolicę zjednoczonej Europy przenieść do Wiednia. Dzisiaj widzę, że nie był to dobry pomysł. Pobrzmiewał w tym jakiś ton nostalgii, jakaś nie do końca przezwyciężona pokusa „restauracjonizmu”, którego trzeba za wszelką cenę się wystrzegać. Poza tym Wiedeń przynależy do niemieckiego obszaru językowo-kulturalnego, a stolica Unii nie może – z wielu względów – znajdować się w Niemczech, nawet w takich pół-Niemczech jak dzisiejsza Austria. Dlatego o wiele lepsza jest wysunięta przez byłego premiera Szwecji Carla Bildta propozycja ustanowienia nowej stolicy Unii Europejskiej w Bratysławie, leżącej wszak niedaleko Wiednia. Bruksela położona na skraju kontynentalnej Europy, wciśnięta jest pomiędzy trzy wielkie prowincje Unii – Anglię, Francję i Niemcy, co jest niekorzystne z punktu widzenia innych narodów europejskich. Natomiast nowa stolica znajduje się w bardziej „luźnym” otoczeniu, pośród mniejszych prowincji i zyskuje więcej „politycznego oddechu”. Bruksela leży na pełnej geopolitycznych napięć linii Zachód-Wschód (Paryż-Berlin-Warszawa-Moskwa), zaś Bratysława schodzi z tej linii na linię Północ-Południe czyli Sztokholm-Palermo.
Kiedy z Bratysławy, położonej nad Dunajem – główną arterią wodną Europy i w samym centrum kontynentu, (zgodnie z tezą Karla Schlögla, że „środek leży na wschodzie”), zatoczymy okrąg o promieniu sięgającym do Islandii, to jego linia przejdzie na wschodzie wzdłuż Uralu, przetnie Morze Kaspijskie, obejmie Bliski Wschód z Palestyną, Afrykę Północną, i powróci do Islandii, wyznaczając w ten sposób obszar politycznego, ekonomicznego i kulturalnego promieniowania II Unii Europejskiej (imperium europejskiego). Wschodnia część tego obszaru jest dla Unii najważniejsza, gdyż na wschodzie leży geopolityczne przeznaczenie Unii Europejskiej (imperium europejskiego); w drugiej kolejności kieruje ona swój wzrok na południe ( Morze Śródziemne, Afryka Północna, Bliski Wschód), a dopiero w trzeciej na zachód (Atlantyk). Stąd przesunięcie geopolitycznego punktu ciężkości Europy na wschód jest w pełni zgodne z wielkimi liniami kontynentalnej i globalnej geopolityki. I absolutnie konieczne. Unia musi przede wszystkim umocnić swoją obecność polityczną, gospodarczą i wojskową na obszarze nazywanym przez dwudziestowiecznych geopolityków Wrotami do Serca Lądu, czyli w pasie od Finlandii przez kraje nadbałtyckie, Białoruś, Ukrainę, Morze Czarne po Turcję, co byłoby poniekąd nawiązaniem do tradycyjnej polskiej koncepcji Międzymorza, która przy takim położeniu stolicy mieściłaby się w wewnętrznej geopolityce europejskiej, nie zagrażając przy tym spoistości Unii. Następnym geopolitycznym ruchem Unii (zgodnym z geopolityką mitu sarmackiego) byłaby penetracja polityczno-ekonomiczna w pasie od Morza Czarnego ku Morzu Kaspijskiemu, i dalej ku Kaukazowi, Azji Środkowej i Mongolii.
Przeniesienie stolicy Unii do Bratysławy, gdzie mieści się rezydencja prezydenta Unii, tam znajdują się inne ważne instytucje unijne (służby specjalne, sztab generalny WE etc.) byłoby posunięciem tworzącym dla dotychczasowego modelu neokarolińskiego Europy przeciwwagę w postaci modelu środkowoeuropejskiego usytuowanego na przecięciu tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, cesarstwa Austro-Wegier i I Rzeczypospolitej (Imperium Jagellonicum, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Wielkie Księstwo Litewskie) – ośrodek prezydencki z pewnością byłby zainteresowany odnowieniem i ożywieniem mitu Europy Środkowej tak popularnego niegdyś w kręgach liberalnej inteligencji europejskiej (Havel, Kundera, Miłosz, Konrád, Michnik, Fejtö, Kiš, Venclova, Toruńczyk). Do jej wymiaru kulturalnego, estetycznego i symbolicznego, obecnego dziś u Stasiuka i Andruchowycza, doszedłby realny wymiar (geo)polityczny i propagandowy. Można być pewnym, iż ośrodek prezydencki wyraziłby poparcie – choćby w postaci prenumeraty kilku egzemplarzy pisma – dla takich inicjatyw wydawniczych jak „Kafka. Kwartalnik środkowoeuropejski”.
Jest sprawą dalszych dyskusji, czy nie należałoby dokonać pewnego rozproszenia instytucji unijnych – instytucje prawne w Strasburgu i Luksemburgu, Instytut Pamięci Europejskiej w Krakowie, Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem, Centralny Ośrodek Strategii Energetycznej we Lwowie, Muzeum Historii Europejczyków w Ljublanie etc. Być może też – aby ostudzić gniew i osłodzić gorycz pozbawionym stolicy „braciom karolińczykom” – prezydent podejmie decyzję, aby jednak pozostawić Brukselę jako siedzibę Komisji Europejskiej.
Na przeniesienie stolicy do Bratysławy, która o wiele lepiej symbolizuje europejskie braterstwo niż Bruksela, można też spojrzeć przez pryzmat stosunków pomiędzy dwoma największymi i najsilniejszymi krajami Unii – Francją i Niemcami. Według niektórych geopolityków wschodnia granica francuskiej strefy wpływów geopolitycznych w Europie przebiega przez wschodnią Polskę, zachodnią Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Macedonię i Albanię; natomiast zachodnia granica niemieckiej strefy wpływów geopolitycznych – wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Francji, przez północno-zachodnią Hiszpanię i południowe Włochy. Linie tych granic przecinają się na północnym zachodzie na Kanale La Manche i na południowym wschodzie w Macedonii. Na obszarze, gdzie obie te strefy zachodzą na siebie, czyli pomiędzy zachodnią granicą wpływów niemieckich i wschodnią granicą wpływów francuskich, leży Słowacja – jest to środek tego obszaru lekko przesunięty na wschód. Zaś dokładnie w centrum, na linii łączącej punkty przecięcia granic geopolitycznego wpływu Francji i Niemiec, leży Wiedeń, który byłby chyba świetnym miejscem na siedzibę Parlamentu Europejskiego. Dawna stolica wielonarodowego cesarstwa, kiedyś najważniejszy punkt na mapie Europy Środkowej, miasto otwarte na Europę Południową, tworzy na południu niemieckiego obszaru językowo-kulturalnego przeciwwagę dla „pruskiego” Berlina na północy (Es gibt nur ein’ Kaiserstadt, es gibt nur ein Wien, es gibt nur ein Räubernest und das heiβt Berlin). Wydaje się, że właśnie „wesoły Wiedeń” to dobre miejsce dla europarlamentarzystów, których liczbę należy znacznie ograniczyć, w zamian za to tworząc Senat Europejski złożony z, zasiadających w nim dożywotnio, wirylistów. W tym kontekście zyskałby również na kulturalnym znaczeniu „mit galicyjski”, tak twórczo rozwijany przez niektórych polskich pisarzy w XX wieku.
Europie bardzo potrzebny, wręcz niezbędny, jest duch dawnego Wiednia, ów geniusz tego miasta, o którym Stefan Zweig pisał, że potrafił harmonizować w sobie wszystkie narodowe i językowe przeciwieństwa, syntetyzować wszystkie europejskie kultury i dokonywać duchowego „pojednania” nawet najbardziej odrębnych sił intelektualnych i kulturalnych. Niezbędny jest nie tylko duch Wiednia, gdzie przybyły tam w 1808 roku Fryderyk Schlegel głosił opartą na wzorze austriackim ideę europejskiej federacji i prawdziwego cesarstwa europejskiego, ale duch całej Europy Środkowej, która, jak proponuje Karl Schlögel, mogłaby stanowić model dla Unii Europejskiej, być paradygmatem jej wewnętrznego ładu, idealnym, „wyimaginowanym subkontynentem” (Matthias Rüb), do którego odnosimy i z którym porównujemy kształt całego realnego kontynentu. Czyż bowiem Europa Środkowa, tak jak ją opisuje Schlögel – „przestrzeń o ruchomych granicach, gdzie splatają się różnorodne kultury, języki, wyznania, gdzie państwo i naród nie pokrywają się ze sobą, strefa mieszana, na którą składają się krainy tranzytowe i pogranicza, a w nich zarówno potencjał twórczy, jak i energie wybuchowe” – nie jest europejskim mikrokosmosem, w którym odbija się makrokosmos całej Europy, całego imperium europejskiego?
I na jeszcze jeden europejski, „głębinowy” nurt warto tu zwrócić uwagę, a mianowicie na rekonstruowaną przez Gerda-Klausa Kaltenbrunnera wędrówkę symboli świętego Graala z zachodu na wschód: z Ettal położonego pomiędzy Augsburgiem i Garmisch-Partenkirchen, na północnym skraju Alp Bawarskich, gdzie cesarz Ludwik IV Bawarski w 1330 roku ufundował kościół i zamek, do Wiednia, gdzie w skarbcu Hofburga przechowywana jest czara z agatu, najcenniejszy skarb Świętego Cesarstwa Rzymskiego, uznawana za naczynie świętego Graala, a z Wiednia do Pragi, od której 30 km na południowy zachód znajduje się zamek Karlstein, zbudowany przez cesarza Karola IV – „siedziba” Graala i nowe centrum imperialno-gibelińskiej mistyki. A zatem, obok czysto geopolitycznych kalkulacji, za ustanowieniem stolicy Europy w centralnym obszarze Europy Środkowej, w czworokącie Wiedeń-Praga-Kraków-Budapeszt mocno przemawia i ten fakt, że zbiegają się tutaj i nakładają na siebie różne tradycje polityczno-kulturalne Europy i ważne symboliczno-mityczne wątki jej duchowej historii.
Przesunięcie stolicy z zachodu do centrum Europy stanowi dopełnienie jej wewnętrznej geopolityki europejskiej: I UE jako Europa Zachodnia (Mała Europa) opierała się na dwójprzymierzu francusko-niemieckim, dla przesuniętej na wschód Wielkiej Europy, najważniejsze staje się dwójprzymierze polsko-niemieckie (nowe „twarde jądro Europy”?) ; to, co dzieje się w Polsce i w Niemczech oraz między Warszawą i Berlinem, ma kluczowe znaczenie dla II Unii Europejskiej. Polska i Niemcy to dwie prowincje tworzące kluczowy obszar Unii, jej punkt grawitacyjny, stąd rozrywanie braterskiej przyjaźni polsko – niemieckiej, sianie niezgody pomiędzy nami Polakami a naszymi „braćmi Szwabami”, szerzenie antygermanizmu i germanofobii w Polsce, a antypolonizmu i polonofobii w Niemczech, wysuwanie wobec siebie roszczeń i pretensji, równoznaczne jest z osłabianiem i rozbijaniem Unii.
Polsko-niemieckie serce II Unii Europejskiej potrzebuje osłony od zachodu i wschodu, potrzebuje zachodnich i wschodnich płuc, potrzebuje wyjścia od zachodu i południa na Atlantyk i na Morze Śródziemne, na wschód ku kontynentalnym przestrzeniom Eurazji. Dlatego do polsko-niemieckiego dwójprzymierza przylgnie od zachodu Francja i od wschodu Ukraina, a zatem czworokąt Paryż-Berlin-Warszawa-Kijów będący równocześnie romańsko-germańsko-słowiańskim trójprzymierzem stanowi podwalinę II Unii Europejskiej (Imperium Europejskiego).
Unijna polityka historyczna
Wspólna historia Europy i Europejczyków jako konstrukt wytworzony w ramach europejskiej polityki historycznej może powstać wtedy, kiedy pojawi się realny imperialny szczebel hierarchii politycznej w Europie, realne ośrodki władzy kontynentalnej i jej centralne instytucje, kiedy wyłoni się elita imperialna zainteresowana władzą nad całą Europą, myśląca w kategoriach jednej ponadnarodowej, kontynentalnej geopolityki i geostrategii, wspólnie desygnująca wrogów i sojuszników Unii Europejskiej. Zatem procesowi rzeczywistego, polityczno-wojskowego jednoczenia Europy, towarzyszyć będzie kreowanie odpowiedniej wersji historii Europy, mieszczącej się powyżej wersji partykularnych – dynastycznych, narodowych, partyjno-ideologicznych, kościelno-wyznaniowych. Posłuży ona jako instrument legitymizacji istnienia i geopolitycznej ekspansji Unii Europejskiej, legitymizacji panowania elity imperialnej z ponadnarodowym ośrodkiem prezydenckim na czele i stanie się podstawą ogólnoeuropejskiej polityki historycznej (pedagogiki i propagandy historycznej). Unia ma bowiem oczywisty interes polityczny w tym, aby kształtować określoną wizję pamięci o przeszłości Europy.
Instytut Pamięci Europejskiej i współpracujący z nim historycy z wszystkich krajów europejskich zajmą się wypracowaniem takiej wersji historii Europy, która odpowiadałaby paradygmatowi imperialnemu, a nie paradygmatowi państwa narodowego. Nie oznacza to, że historie narodów europejskich znikną, lecz to, że jedne ich wątki, wydarzenia i postaci zmieszczą się w imperialnym paradygmacie, wejdą do historii europejskiej i umieszczone zostaną na przykład w wielotomowej Historii Europy wydanej przez IPE pod patronatem prezydenta Unii, zaś inne się nie zmieszczą i pozostaną na kartach kronik narodowych.
Wypracowanie wspólnej historii europejskiej nie będzie więc polegało na tym, że poszczególne ośrodki narodowe uzgadniają ze sobą i harmonizują swoje narodowe wersje historii, ale na selekcji historycznych wydarzeń, epizodów, postaci, działań, symboli według zasadniczego kryterium: przybliżały powstanie zjednoczonej Europy czy je oddalały. Z historii narodów europejskich będą wybierane epizody przydatne dla budowania właściwej historycznej tożsamości Europejczyków i nadające się jako elementy promocji Europy oraz upowszechniania jej pozytywnego wizerunku w świecie. Do tak konstruowanej wspólnej historii wchodzi to, co umacnia dumę mieszkańców Europy, posiada zdolność do organizowania wspólnoty europejskiej na płaszczyźnie symboliczno-psychologiczno-politycznej, ma dobry wpływ na kształt europejskiej pamięci, buduje obywatelską solidarność Europejczyków.
Oczywiście frakcje narodowe rywalizować będą o to, kto wniósł większy wkład w dzieło jednoczenia Europy, kto przedstawił więcej projektów jedności Europy, kto był „najprawdziwszym z prawdziwych Europejczyków”, i kto w związku z tym najbardziej zasługuje na to, żeby epizody z jego narodowych kronik umieszczone zostały na kartach kroniki europejskiej. Zwykle tego typu spory ciągną się w nieskończoność, ponieważ nie istnieje ponadnarodowy arbiter, który mógłby je rozstrzygnąć. W UE takim ostatecznym arbitrem jest prezydent, który zatwierdza projekty oficjalnej Historii Europy i wspólnego europejskiego podręcznika do historii, opracowane przez historyków z Instytut Pamięci Europejskiej, Muzeum Historii Europejczyków oraz przez Komisją Historyczną (jej przewodniczącego mianuje prezydent) złożoną w większości z badaczy historii Europy pochodzących z krajów, które nie miały konfliktów z Europą, pozostawały neutralne w trakcie wielkich wojen toczonych przez dynastie i narody europejskie w XIX i XX wieku.
Jak każda właściwa i normalna polityka historyczna, europejska polityka historyczna opiera się na dwóch filarach – pierwszy z nich to kult europejskich bohaterów i bohaterek, kult zwycięstw Europejczyków oraz heroizmu żołnierzy bitew przegranych, drugi to martyrologia Europejczyków. Jednym słowem, podwalinę europejskiej polityki historycznej stanowi heroiczno-martyrologiczna wersja historii Europy.
Wątki martyrologiczne obecne w polityce historycznej Unii skupiają się na losie tych Europejczyków, którzy ponieśli śmierć z rąk pozaeuropejskich narodów, państw i imperiów – stąd ważne miejsce zajmie w niej zbrodnia katyńska, wywózki Polaków i innych narodowości na wschód, zbrodnie ZSRS i reżimów komunistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej itd. Jednak, podkreślić należy, martyrologia nie powinna być nadmiernie eksponowana, bo siłą rzeczy wiąże się ona z klęskami Europejczyków, a stylizowanie samych siebie na wieczne ofiary nie bardzo przystoi Europejczykom.
Jedną z ważnych zasad europejskiej polityki historycznej jest, aby dyskretnie przemilczać te epizody z historii, kiedy jedni Europejczycy zabijali, wypędzali, krzywdzili innych Europejczyków. Weźmy taki przykład: w czasie II wojny światowej zdarzyło się, że grupa mieszkańców europejskiego miasteczka J. zapędziła inną grupę ludzi do stodoły, po czym stodołę podpaliła. Czy ta zbrodnia wchodzi do historii narodu, z którego pochodzili sprawcy? Tak. Czy wchodzi do historii narodu, z którego pochodziły ofiary? Tak. Czy powinna być umieszczona w Historii Europy? Nie, ponieważ to jedni Europejczycy zamordowali innych Europejczyków, a przypominanie takich czy innych krzywd, jakie w przeszłości zadawali sobie nawzajem Europejczycy byłoby sprzeczne z dydaktycznym zamysłem Historii Europy, bo dzieliłoby Europejczyków. A przecież chodzi o łączenie Europejczyków, a nie ich dzielenie, o zasypywanie rowów, jakie pomiędzy narodami europejskimi wykopała historia, a nie ich pogłębianie. Jednym z zasadniczych celów europejskiej polityki historycznej jest wszak doprowadzenie do tego, aby zagoiły się i zabliźniły ostatecznie rany, jakie zadawali sobie w przeszłości – szczególnie w XX wieku , aby umarła nienawiść ciągle jeszcze zżerająca dusze wielu Europejczyków.
Zła przeszłość Europy oddzielona zostaje „grubą kreską”, gdyż jej stałe rozpamiętywanie (liczenie ofiar, księgowanie krzywd, komparatystyka zbrodni) nie leży w politycznym interesie Unii Europejskiej. W imię przyszłości Europy i w imię jedności Unii Europejskiej narody europejskie muszą raz na zawsze zamknąć rachunki z przeszłości, zakończyć bezpłodne moralizatorsko-sentymentalne rozliczenia z przeszłością dokonywane najczęściej za podszeptem wrogów jedności Europy, którzy podsuwają je Europejczykom tak samo jak niedorozwiniętym dzieciom w ramach terapii zajęciowej daje się modelinę, aby sobie z niej coś lepiły. Europejczycy muszą przestać się zajmować lepieniem figurek z modeliny, a zająć się budowaniem II Unii Europejskiej. Nie mogą pozwolić na to, żeby wrogowie Europy szczuli jedne narody europejskie przeciwko drugim, wykorzystywali tragiczną przeszłość Europy, aby podżegać do waśni narodowościowych i szerzyć nienawiść pomiędzy nimi. Każdy, kto tak czyni, ten rozbija wspólnotę równouprawnionych narodów europejskich, związanych braterskimi węzłami wspólnej historii, z której pamięta się przede wszystkim to, co łączy i co służyło pomnażaniu wielkości Europy, ten utrwala historyczne podziały i sypie sól na rany, które nie mogą się zagoić, a tym samym narusza wewnętrzny pokój i ład II Unii Europejskiej
W procesie tworzenia historycznej tożsamości Europejczyków nie ma miejsca na sentymentalny „euromasochizm”, bezustanne biczowanie się za dawne grzechy i bezpłodne epatowanie „czarnymi kartami” Europy. Europejska polityka historyczna odrzuca propozycje fundowania tożsamości europejskiej na dawnych winach narodów europejskich, na samonienawiści i samonegacji własnego „europejskiego ja”, odrzuca redukowanie historii Europy do zła, zbrodni, szaleństwa, podłości, okrucieństwa: ogólnoeuropejska polityka historyczna nie może polegać na tym, że Historię Europy zamienia się w policyjny album przestępców. Przy tym podkreślić należy bardzo stanowczo, że w żadnym wypadku nie idzie o kwestionowanie zbrodni i innych nieprawości, jakie jedni Europejczycy wyrządzili innym Europejczykom. Prezydent Unii, elita europejska, historycy z IPE wiedzą doskonale, że Europejczycy byli nie tylko bohaterami i ofiarami, lecz także zbrodniarzami, katami, oprawcami, krzywdzicielami (Europejczycy to wielki „naród”, a wielkie narody popełniają wielkie zbrodnie), ale całkowicie świadomie dokonują politycznego wyboru, aby jedno oświetlać, uwypuklać, promować, a coś innego przemilczać, wyciszać i spychać na drugi plan, czemuś poświęcać cały rozdział w Historii Europy, coś innego całkowicie pomijać lub umieszczać petitem wyłącznie w przypisie. Historia Europy jest historią wybiórczą i taką być musi.
Polityka historyczna i związana z nią pedagogika i propaganda historyczna II UE oparta jest na dumie z czynów, dokonań i osiągnięć Europejek i Europejczyków ze wszystkich narodów Europy. Dlatego podczas uroczystości Dnia Dumy Europejskiej europejskie dzieci powtarzają głośno za nauczycielem: „Jesteśmy dumni, że jesteśmy Europejczykami”. W II UE źródłem historycznej tożsamości jej mieszkańców jest „europejska wyjątkowość” opisywana w takich oto na chybił trafił wybranych opiniach:
– Żaden z kręgów cywilizacyjnych nie zdołał w dziejach stworzyć tego, czego dokonali Europejczycy (Benedykt Zientara),
–Historia Europy jest czymś w rodzaju cudu (Hendrik Brugmans),
–Europa odegrała w historii świata rolę wyjątkową (Jan Paweł II)
–Idea życia rozumnego (…) wyodrębnia zarazem kulturę europejską spośród innych jako kulturę istotną, w odróżnieniu od przypadkowych (Jan Patočka),
Kultura i cywilizacja europejska maja znaczenie ogólne, wszystkie inne są tylko partykularne, choć skądinąd interesujące (Jan Patočka)
-Tylko w Europie powstało tak głębokie zróżnicowanie i artykulacja ludzkiej wiedzy i woli wiedzy, jaką przedstawiają pojęcia religii, filozofii, sztuki oraz nauki. W innych kulturach, także w tych wysoko rozwiniętych, nie ma na to żadnego pierwotnego odpowiednika. Cztery wymienione wyżej pojęcia prezentują na wskroś europejski sposób myślenia (Hans- Georg Gadamer),
–To właśnie fakt, że wśród Europejczyków mogła powstać idea ogólnoludzkiej prawdy, dowodzi jak jedyną w swoim rodzaju jest świadomość europejska (Rocco Buttiglione, Jarosław Merecki SDS).
Nie wstyd i poczucie winy – czynniki korodujące patriotyzm – ale właśnie duma stanowi solidne oparcie dla patriotyzmu europejskiego. Duma narodowa, pisał Richard Rorty, „jest tym samym co u jednostki szacunek dla samego siebie: koniecznym warunkiem samodoskonalenia”. Dlatego wszelkie dążenia, aby ufundować tożsamość europejską nie na dumie, ale na poczuciu winy i wstydzie, są wznoszeniem psychologicznych barier na drodze do Wielkiej Europy.
Ma rację Tomasz Łubieński, kiedy stwierdza, że „wstyd wstydu nie przynosi”, ale ma rację tylko wtedy, kiedy odnosi się to do jednostek i relacji pomiędzy nimi. Wstyd nie nadaje się natomiast jako budulec dla psychologicznych, emocjonalnych i moralnych fundamentów europejskiej wspólnoty politycznej. Lansowanie postawy typu „wstydzę się, że jestem Europejczykiem” podcina wiarę Europejczyków w samych siebie, paraliżuje ich duchowo, wywołuje kompleksy, powoduje, że uciekają od własnej historii, a co za tym idzie – pozbawieni własnej, wspólnej wielkiej historii – nie są w stanie budować wspólnej przyszłości Europy. Ponadto wrogowie Unii mogliby wykorzystywać politykę historyczną opartą na wstydzie po to, żeby stosować moralny szantaż wobec Europejczyków i manipulować ich poczuciem winy. Stąd „euromasochiści” są obiektywnie wrogami jedności i siły Unii Europejskiej, choćby nie wiem jak gorąco zapewniali nas, że są zwolennikami jednej i wielkiej Europy. Nie mogą nimi być naprawdę, gdyż rozbrajają moralnie Europejczyków, czynią ich psychologicznie bezbronnymi wobec szantażu wrogów.
Jest również rzeczą całkowicie niewyobrażalną, żeby prezydent suwerennej Unii Europejskiej ( imperium europejskiego), okazywał publicznie wstyd czy skruchę z powodu jakichś przykrych, tragicznych i wstydliwych wydarzeń z przeszłości Europy. Prywatnie prezydent może wstydzić się do woli, ale publiczne manifestacje wstydu, pokutne rytuały jako akty państwowo-polityczne to rzeczy absolutnie wykluczone. Inne mocarstwa i imperia wrogie Unii Europejskiej tylko na to czekają, aby móc wstydzącego się prezydenta rzucić na klęczki, jeszcze mocniej przygnieść mu głowę do ziemi, zyskać nad nim moralną przewagę a potem, moralnie poobijanego i psychicznie pokiereszowanego , oszukać podczas rokowań.
Wolno przewidywać, że polityka historyczna oparta przede wszystkim na historiografii afirmatywnej spotka się z niechęcią tych środowisk intelektualno-politycznych , które nie życzą sobie umacniania dumy europejskiej. Będą one interpretowały to jako propagowanie europejskiego nacjonalizmu, wietrząc niebezpieczeństwo europejskiego „patriotycznego kiczu”, próbę „wzmożenia patriotycznej krzepy” Europejczyków, wręcz pobudzanie europejskiej ksenofobii. Z pewnością znajdą się i tacy, którzy uznają, że jest to polityka wywoływania strachu przed sąsiadami mającymi zagrażać wspólnocie europejskiej, że chodzi o preparowanie europejskiej historii tak, aby pocieszała, pokrzepiała i dostarczała pozytywnych wzorców pedagogicznych, wręcz o „fałszowanie historii”. Inni wyrażać będą głośno swoje obawy, że dochodzić do „deprawowania historyków”, „przekształcania ich w propagandzistów”, że nie będą oni mogli uczyć „prawdziwej” historii, a ich miejsce zajmą dyspozycyjni wobec władzy historycy z IPE (stąd zapewne pojawią się głosy nawołujące do rozwiązania Instytutu lub przynajmniej ograniczenia jego budżetu). Obawy te są całkowicie bezpodstawne i świadczą o niezrozumieniu tego, czym jest polityka historyczna. Nie można przecież traktować poważnie wysuwanego niekiedy w tym kontekście zarzutu, że Unia chce określać jakie elementy historii są dla narodów europejskich wartościowe, a jakie nie. Jakże ktoś może tego typu zastrzeżenia zgłaszać, skoro właśnie na takim waloryzowaniu i selekcjonowaniu elementów z przeszłości polega polityka historyczna?
Przypomnieć tu należy, że ogólnoeuropejska polityka historyczna oparta na „afirmatywnej” (nie bójmy się powiedzieć, „apologetycznej”) wizji dziejów Europy, dotyczy przede wszystkim, powtarzamy tu oczywistości, przestrzeni publicznej, kształtowania pewnego klimatu psychospołecznego, wspólnych symboli, rocznic, świąt, pomników, nazw placów i ulic, podręczników szkolnych, kwestii muzealniczych, polityki orderowej prezydenta, miejsc pamięci, popularyzowania pewnych wątków historycznych dla celów propagandowych, także po to, aby zyskiwać moralną przewagę nad rywalami z mocarstw pozaeuropejskich i narzucać nie-Europejczykom naszą wersję historii Europy i świata . Nie ma ona natomiast nic wspólnego ze sterowaniem badaniami historycznymi, które – co należy mocno podkreślić – nie podlegają absolutnie żadnym ograniczeniom. II Unia Europejska nie zna jakichkolwiek form cenzury prewencyjnej czy represyjnej, nie zna jakichkolwiek ograniczeń badań historycznych, wolno tu kwestionować wszystko, wszelkie fakty i „fakty”, wolno zaprzeczać oczywistym dla innych ludzi prawdom, nie ma tu żadnych paragrafów, na mocy których historyk – historyk uniwersytecki, historyk-amator, publicysta historyczny czy ktokolwiek inny – oskarżony mógłby być o to, że lży i pomawia narody europejskie, obraża pamięć ofiar itp. W II UE nie do pomyślenia jest sytuacja, kiedy policja i prokuratura ścigają kogoś za głoszenie swojej własnej, jednostkowej i subiektywnej (ale przez niego uważanej za obiektywną) prawdy historycznej, byłoby to bowiem całkowicie sprzeczne z wolnościowymi tradycjami i wartościami Europy i wielką tradycją krytycznego myślenia, nie znającego żadnych odgórnie dekretowanych prawd, na których straży stoi policmajster.
Europa zawsze miała i mieć będzie – to jest jeden ze składników jej wyjątkowości (Cioran: „wdzięk i oryginalność Europy tkwiły w ostrości jej zmysłu krytycznego, w jej wojującym, agresywnym sceptycyzmie”) – „odbrązowiaczy”, szyderców, sceptyków, obrazoburców, rewizjonistów, zwolenników „historiografii krytycznej” i „patriotyzmu negatywnego”, w II UE nikt im nie przeszkodzi swobodnie pisać i działać – ale trudno doprawdy żądać, żeby prezydent Unii używał ich języka i kategorii, przemawiając na ogólnoeuropejskich obchodach rocznicy bitwy pod Lepanto, bitwy warszawskiej 1920 roku czy, jak postuluje francuski historyk Pierre Nora, podczas uroczystości ku czci bohaterów bitwy pod Stalingradem ( Nora uważa Stalingrad, co dla wielu może być sporym zaskoczeniem, za europejskie miejsce pamięci i zakotwiczenia europejskiej tożsamości). Poza tym na płaszczyźnie prowincji narodowych Unii polityka historyczna może wyglądać inaczej, być bardziej pluralistyczna, natomiast na poziomie europejskim w polityce historycznej historiografia apologetyczna i stronniczo proeuropejska musi mieć zdecydowaną przewagę nad historiografią krytyczną, historiografia „ku pokrzepieniu serc” nad historiografią „rozdrapywania ran”, Biała Legenda Europy nad jej Czarną Legendą, heroiczno-martyrologiczna wersja historii Europy nad wersją, w której główną rolę odgrywają „źli Europejczycy”. Polityka historyczna nie służy bowiem prawdzie historycznej, ale polityce, której celem jest umacnianie tożsamości, „krzepienie serc”, utwierdzanie europejskiego patriotyzmu afirmatywnego, propagandowe oddziaływanie na narody pozaeuropejskie. Z punktu widzenia ludzi dążących do prawdy, najważniejsza jest prawda historyczna, ale z punktu widzenia polityków „prawda polityczna” ważniejsza jest niż prawda historyczna, co nie oznacza, dodajmy, że „prawda polityczna” i prawda historyczna muszą być ze sobą sprzeczne. Po prostu tworzone są w innym celu. Dla wielu Europejczyków może to być trudne do zaakceptowania, jednak ich szczere, głębokie i godne szacunku przywiązanie do „prawdy historycznej” musi ustąpić przed twardymi wymogami europejskiej racji stanu. Wolno rewizjonistom walczącym o prawdę historyczną dowodzić, że bitwa pod Legnicą nigdy nie miała miejsca – ale to w żadnym razie nie przeszkodzi w uroczystych obchodach jej rocznicy jako wspólnej akcji Europejczyków przeciw wschodniemu imperium .
Wartości Unii Europejskiej
Spory toczone w I UE o to, wspólnotą jakich wartości moralnych, obyczajowych, kulturalnych ma być Unia, staną się w II Unii Europejskiej bezprzedmiotowe. Wszystkie bowiem wartości i obyczaje rozpatrywane są przede wszystkim z punktu widzenia nadrzędnych interesów Unii: dobre są te wartości, idee moralne, koncepcje światopoglądowe, które są dobre dla Unii. Mogą one być dobre same w sobie (i zwykle takie właśnie są) , ale rozstrzygające jest to, czy dana wartość dobrze czy źle służy Unii Europejskiej. Tym samym spór o definicję „wartości europejskich” zostaje rozstrzygnięty: „wartość europejska” to taka wartość, która sprzyja jedności, trwaniu i wzrostowi Unii Europejskiej (imperium europejskiego) i pomaga jej utrzymać przewagę polityczną nad innymi organizmami politycznymi. Nie idzie więc o tyle razy zaklinaną w przemówieniach polityków I UE „wspólnotę wartości europejskich”, ale o to, jakie wartości są przydatne dla Unii Europejskiej, dla jej siły, dla jej imperialnej mocy, dla jej trwania, rozwoju, ekspansji.
Dziedzictwo I Unii Europejskiej jest pod tym względem wielce ambiwalentne. Z jednej strony wartości humanistyczne, wartości europejskiego Oświecenia, europejskiego racjonalizmu, nauki i tolerancji, godność osoby ludzkiej, czyli wartości głoszone przez elity I Unii Europejskiej, są elementami europejskiej wyjątkowości i dobrze służą jedności Europy. Zgodne to było z nauczaniem Jana Pawła II , który z wielką mocą podkreślał, że „nowy ład europejski (…) musi uznawać i bronić tych wartości tworzących najcenniejsze dziedzictwo humanizmu europejskiego, który zapewniał i nadal zapewnia Europie wyjątkowe promieniowanie w dziejach cywilizacji”. Z drugiej jednak strony przywiązanie do dziedzictwa humanizmu europejskiego często nie wychodziło poza puste deklaracje, co więcej, propagowano koncepcje i postawy wyraźnie szkodliwe dla Europy. Gdyby odwołać się do Karla Jaspersa , który charakteryzując europejskiego ducha, wskazywał na to, iż Europa jest zarazem konserwatywna i dokonuje radykalnych przełomów, zna żarliwą religijność i nihilistyczną negację, buduje i burzy, hołduje chrześcijańsko-uniwersalnej idei autorytetu i w nie mniejszym stopniu idei Oświecenia, to moglibyśmy powiedzieć, że wyraźnie zaczęły dominować elementy wymienione przez Jaspersa na drugim miejscu. I Unia Europejska w swojej obecnej, schyłkowej fazie stała się terenem, gdzie samozwańczy reprezentanci „postępu” wyszydzali tradycyjne wartości, bliskie sercu wielu Europejczyków, negowali i kwestionowali kanony i normy etyczne, style życia, wzory zachowań i tradycje europejskich narodów. Nierzadkie było skrajnie nihilistyczne podejście do dorobku kulturalnego Europejczyków, propagowanie zachowań dekadenckich, promowanie obyczajowego permisywizmu i etycznego relatywizmu, nachalne propagowanie tego, co marginesowe, nienormalne, niekiedy wręcz dewianckie. Dodajmy do tego „terror politycznej poprawności”, zaciekły aborcjonizm, fanatyczny wręcz atak na karę śmieci (jej zniesienie powoduje, że prezydent Unii pozbawiony byłby ważnej prerogatywy, jaką jest możliwość stosowania wobec skazańców prawa łaski !), pogłębianie, przy pomocy nieodpowiedzialnej propagandy, kryzysu rodziny. Chyba dla nikogo nie ulega wątpliwości, że wszystko to osłabia wewnętrznie Europę, niszczy fundamenty moralne, bez których żaden naród, zatem także „naród europejski”, czy organizm państwowo-polityczny na dłuższą metę nie przetrwa. Zwolennicy moralnego rozprzężenia mogą werbalnie i szczerze głosić , że pragną jedności Europy, ale w rzeczywistości działają przeciwko niej.
Nasuwa się pytanie, czy ci, którzy tak nachalnie i brutalnie narzucają Europejczykom ksenofiliczną „wielokulturowość”, są agentami pozaeuropejskich potęg dążących do rozbicia jedności Europy czy też autentycznymi fanatykami ojkofobii manipulowanymi i wykorzystywanymi przez nie jako „pożyteczni idioci”? Tego do końca nie wiemy, ale jedno wiemy na pewno: sabotują oni proces tworzenia II Unii Europejskiej. Jeśli ideowy aborcjonista deklaruje, że chce zjednoczonej i silnej Europy, a równocześnie namawia kobiety europejskie, aby zabijały w swoich łonach europejskie dzieci, jeśli lewicowo-liberalnego „euroentuzjasty” nie martwi kryzys demograficzny trapiący Europę, natomiast na sercu leży mu antyrodzinna „polityka emencypacyjna”, to znaczy, że cierpią oni na rozdwojenie jaźni. Po co nam jedność Europy, po co nam imperium europejskie, jeśli zabraknie Europejczyków ? Dla kogo mielibyśmy je budować?
Trzeba sobie powiedzieć bardzo jasno: każdy kto głosi moralny relatywizm, kto dąży do całkowitej eliminacji etosu „kapłanów i wojowników”, komu odpowiada klimat duchowy bez autorytetów, bez częściowego choćby uznania zasad honoru, hierarchii i służby, bez wiary w siebie, bez szacunku dla osiągnięć i dorobku wielu pokoleń Europejczyków, ten żadnego wkładu w stworzenie jednej, wielkiej Europy nie wniesie. Z takimi ludźmi zwolennikom II Unii Europejskiej (imperium europejskiego) nie pod drodze.
Ma absolutną rację Jacques le Goff, kiedy pisze, że przyszłość naszego kontynentu musi oprzeć się nas tym dziedzictwie, które od starożytności, a nawet od czasów prehistorycznych, stopniowo wzbogacało Europę, sprawiając, że zarówno w swej jednorodności, jak i w odrębności jest ona w sposób niezwykle twórczy inspirująca dla całego świata. Czy ci, którzy to dziedzictwo odrzucają i depczą, chcą rzeczywiście lepszej przyszłości dla Europy? Czy naprawdę pragną II Unii Europejskiej (imperium europejskiego) ludzie, którzy zwalczają i niszczą europejskie tradycje kulturalne, usuwając z kulturalnego kanonu dzieła „Wielkich Białych Martwych Europejczyków”, dokonując w ten sposób kulturalnej czystki etnicznej ? Czy zwolennik, rozumianej szeroko, „cywilizacji śmierci” nie jest obiektywnie wrogiem zjednoczonej Europy, chociażby wszem i wobec głosił swoją wierność idei europejskiej? To są pytania retoryczne. Wartości i antywartości reklamowane i wcielane w życie przez lewicę w I Unii Europejskiej stały się dziś nie tylko anachroniczne, ale coraz wyraźniej widać ich destruktywny i szkodliwy wpływ na proces dalszej integracji Europy. Redukcja wartości i tradycji europejskich do wyświechtanych lewicowo-liberalnych sloganów, skazuje Europę na duchowe i polityczne skarlenie, na prowincjonalizm, by nie powiedzieć, zaściankowość.
José Ortega y Gasset wyraził przypuszczenie, że jedynie decyzja o tworzeniu jednej wielkiej Europy, mogłaby tchnąć w nią nowe życie. Zaczęłaby ona – pisał hiszpański myśliciel- znowu wierzyć w siebie, co automatycznie spowodowałoby zwiększenie wymagań wobec siebie i narzucenie sobie dyscypliny. Ale dodajmy, zależność jest też odwrotna: jedna wielka Europa pozostanie niespełnionym marzeniem, jeśli Europejczycy nie zwiększą wymagań wobec siebie, jeśli nie narzucą sobie większej dyscypliny, nie przyjmą na siebie etycznych obowiązków. Muszą oni wiedzieć, że to „wiara i dzielność jednoczyły imperia, wyzwalały je i niszczyły. One stworzą również Europę” (Richard Coudenhove-Kalergi). Ci, którzy sądzą, że bez wiary i duchowej dzielności można zbudować II Unię Europejską, mylą się głęboko, Europa – napisano w Posłaniu do Europejczyków przyjętym przez Zjazd Gnieźnieński „Europa Ducha” w 2004 roku – potrzebuje dziś nowych duchowych katedr jako fundamentów, na których mogłaby się wesprzeć. Wznosić owe katedry to wznosić równocześnie budowlę Imperium Europejskiego.
Religia Unii Europejskiej
II Unia Europejska jest „państwem prawie neutralnym światopoglądowo”, to znaczy opartym na formule ekumenicznej i zgodnej z duchem dialogu międzyreligijnego, obejmującego dialog między członkami wspólnot wyznaniowych i tymi, którzy nie należą do żadnych wspólnot. Rzecz jasna, kościoły, wyznania, grupy religijne, obozy światopoglądowe i szkoły filozoficzne prowadzą – w zgodzie z zasadami tolerancji i pluralizmu – działalność misyjną, propagują swoją wiarę, nawracają, zdobywają zwolenników dla własnej interpretacji pojęcia „Bóg” i napełniają je treścią sobie najmilszą i uznaną za prawdziwą. Prezydent Unii – żeby nie uprzywilejowywać żadnego z wyznań (lub nie-wyznań) – otacza pewną dyskrecją swoje pojmowanie „Boga”.
Nie należy jednak przy tym zapominać, że najważniejszą religią Europy było i jest nadal chrześcijaństwo i w związku z tym nie może ono być traktowane dokładnie tak samo jak pozaeuropejskie religie typu islam lub jakieś marginesowe kulty z dziwacznymi rytuałami. Duch ekumenizmu, międzyreligijnego dialogu, religijna tolerancja, dążenie do łączenia , integrowanie „wyższych elementów” z całej przeszłości religijnej Europy nie wykluczają szczególnego szacunku, jakim wszyscy Europejczycy, również niewierzący i wyznawcy innych religii, powinni darzyć chrześcijaństwo. Jest bowiem Europa -mówiąc słowami Jana Pawła II – „ wielką rzeką, do której wpadają rozliczne dopływy i strumienie, a różnorodność tworzących ją tradycji i kultur jest jej wielkim bogactwem. Zrąb tożsamości europejskiej jest zbudowany na chrześcijaństwie”. I tego faktu ignorować nie wolno.
Język Unii Europejskiej
Język angielski w swoim amerykańskim wariancie jest dziś praktycznie językiem światowym – językiem Internetu, handlu, techniki i nauki, reklamy, filmu, gier komputerowych, show-byznesu, muzyki rozrywkowej etc. Nie tylko elity, ale nawet zwykli obywatele znają go przynajmniej w rudymentarnej postaci lub jako karykaturalny pidgin-american; pozostanie on zatem -jako „eurospeak” – ważnym językiem Unii Europejskiej, co jest istotne także ze względu na Wielką Brytanię, która trzeba mocno związać z Unią. Czy jednak nie należałoby pomyśleć o jakimś innym wspólnym języku, nauczanym w szkołach średnich i na uczelniach wyższych całej Unii i służącym jako środek porozumiewania się europejskiej elity, ale różnym od języka, którym mówi się w Stanach Zjednoczonych odgrywających dziś rolę światowego hegemona? Co pewien czas powraca – dyktowany nostalgią – pomysł przywrócenia łaciny, inni proponują esperanto, jednak realizm podpowiada, że takim językiem musi być jeden z żywych języków europejskich, możliwy do zaakceptowania przez (prawie) wszystkich Europejczyków. Kto wie, czy najlepszym ersatzem łaciny nie byłby piękny, melodyjny język hiszpański, tak scharakteryzowany przez Jorge Louisa Borgesa: „To prawda, że język hiszpański ma liczne niedoskonałości (….) Ale nie cierpi na ową niedoskonałość, którą zarzucają mu jego ograniczeni obrońcy: że jest trudny. Język hiszpański jest bardzo łatwy. Tylko Hiszpanie uważają go za trudny”.
Hiszpania leży na skraju Unii, i nie wywołuje w związku z tym obaw u mniejszych narodów europejskich o kulturalno-językową dominację. Hiszpański jest dla Europy ważny także ze względu na jej więzi z hiszpańskojęzyczną Ameryką Południową i Środkową. Z geopolitycznego punktu widzenia Hiszpania pozostaje odźwiernym Morza Śródziemnego, pomostem do Afryki i trampoliną przez Atlantyk. Wybór hiszpańskiego na „lingua franca” dowartościowuje romański człon europejskiego trójprzymierza, tak jak siedziba prezydenta w Bratysławie – człon słowiański, zaś Wiednia – germański (Romanie także będą mieli powody do zadowolenia, bo instytucje prawne Unii pozostaną przecież w Strasburgu i Luksemburgu). Prawda, Anglicy stale mają w żywej pamięci te straszne chwile, kiedy zagrażała im Wielka Armada, protestanci i postępowi katolicy kojarzą Hiszpanię wyłącznie ze Świętą Inkwizycją, obrońcy „praw zwierząt” z krwawą corridą, zaś lewicowcy nigdy nie wybaczyli generałowi Franco, że nie dość, iż ich ciężko pobił, to jeszcze, zamiast zginąć z ręki jakiegoś komunistycznego zamachowca, umarł spokojnie we własnym łóżku. Cóż, wszystkich zadowolić się nie da.
Byłoby rzeczą wielce pożądaną, gdyby obrady Senatu Europejskiego, czy posiedzenia Rady Gabinetowej (Komisji Europejskiej pod przewodnictwem prezydenta) toczyły się w języku hiszpańskim – quasi-oficjalnym języku Unii. Czyż nie byłoby widomym, a raczej słyszanym, znakiem jedności Europy, gdyby prezydent Unii z balkonu pałacu prezydenckiego w Bratysławie wygłaszał po hiszpańsku swoje orędzia transmitowane przez europejskie telewizje a każdy Europejczyk rozumiał jego słowa?
Od Drugiej Unii Europejskiej do Imperium Europejskiego
Powstanie Drugiej Unii Europejskiej oznacza przejście zjednoczonej Europy przez „czas osiowy” (Achsenzeit Karla Jaspersa). Ujawni się wówczas, jak to określił Edgar Morin, wspólnota przeznaczenia Europejczyków, która obudzi nową świadomość europejską, ta zaś z kolei, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, uczyni bardziej widoczną i mocniej wyczuwalną wspólnotę ich przeznaczenia.
Powstanie II UE w sposób automatyczny uruchomi nowe konfiguracje prądów politycznych, kulturalnych i ideologicznych, zainicjuje procesy, dzięki którym do ostatecznych konsekwencji rozwinięte zostaną pierwotne (częściowo ukryte) założenia projektu europejskiego i nastąpi finalne urzeczywistnienie zarówno zawartego w nim od samego początku politycznego ideału, jak i wiecznego „mitu jednej Europy”. Potwierdzi się spostrzeżenie Tadeusza Mazowieckiego, że Europa to dużo więcej niż Unia Europejska; objawi się nam najdoskonalsza z możliwych form wewnętrznego ładu Europy – Imperium Europejskie. Jakie ono będzie, jaki będzie jego finalny kształt, jak przebiegać w nim będą procesy wewnętrznego różnicowania, tego dokładnie przewidzieć , ani nawet wyobrazić sobie nie potrafimy, Imperium nie jest bowiem ujednoliconą, sztywną strukturą, lecz całością heterogeniczną i „procesualną”, nigdy do końca nie zdefiniowaną, fragmentaryczną – całością nie poddającą się totalizacji, bo wyrastającą wprost z, jak to ujmuje Krzysztof Pomian, europejskiej „cywilizacji transgresji”, z jej zdolności do internalizowania różnic.
Tak jak sama Europa jest Imperium „przedmiotem-z-zasady-niedokończonym” (Zygmunt Bauman), ucieleśnia się w nim pojęcie Europy będące, wedle Edgara Morina, pojęciem niepewnym, zrodzonym z tumultu, o granicach płynnych i niewyraźnych, o zmiennej geometrii, narażonym na przemieszczenia, zerwania, przeobrażenia. Dopiero w Imperium Europejskim Europa staje się autentyczną, pełną „jednością w różnorodności”, „jednością mnogą i pełną sprzeczności” (Edgar Morin), zdumiewającą i fascynującą mieszaniną hipernowoczesności i tradycjonalizmu, archaiczności i progresywności, awangardowości i reakcyjności. Europa, pisał Karl Jaspers, sprzeniewierza się swojej wolności wówczas, gdy traci biegunowe przeciwieństwa i stabilizuje się, natomiast jest nieobliczalnie twórcza, gdy pozostaje otwarta, swobodna w napięciu przeciwieństw. Wolność, twórczość, otwartość, swobodne napięcie przeciwieństw – oto podstawowe składniki ducha Imperium Europejskiego. Nie przestając być projektem, który na zawsze pozostanie niedopełniony, jest Imperium cudowną, piękną całością, w której duchowe prądy, postawy, idee dążą ku harmonii i „równowadze”. Jak ujął to Denis de Rougemont: „na pewnej równowadze pomiędzy zbiorowym ładem i osobistą wolnością, pomiędzy trwaniem i odnową, kojącym brzemieniem tradycji i bezwarunkowym, rewolucyjnym impetem, na pewnej określonej świadomości pozostawania sobą w ciągłej zmianie – na tym polega być może ostatnia tajemnica, której w świecie strzeże Europa”.
Imperium Europejskie a kryzys demograficzny Europy
Pisał Jean-Marie Domenach: „Czym stałaby się Europa, gdyby miała utracić swą żądzę poznawania, która gnała ją po najdalszych zakątkach Ziemi? Europa «na emeryturze», czekająca na zatopienie, na śmierć…Takie właśnie niebezpieczeństwo nosimy dziś w sobie”. Tę diagnozę potwierdza fakt, że narody Unii Europejskiej (szczególnie ich elity) trapi poważny kryzys demograficzny. Jego źródła są przede wszystkim natury duchowej: niewiara w przyszłość Europy i we własne siły, zanik poczucia sensu oraz celu działania i tworzenia, brak poczucia wielkości i misji, przeznaczenia, zwycięstwa i dumy. By to skrótowo ująć: „Love Parade” zastąpiła „tryumfalne marsze imperialnych legionów”. Dodajmy do tego stale obecne w I Unii Europejskiej, bezustanne masochistyczne rozpamiętywanie przeszłości z jej zbrodniami, klęskami, ofiarami, wpajanie wstydu za przeszłość Europy – czyż można się dziwić, że w takim duchowym klimacie płodzenie i wychowanie dzieci, które wszak „są przyszłością” i którym chciałoby się przekazać „w spadku” coś, co mogłyby dalej rozwijać i doskonalić, staje się mało sensowne. Jedynym sposobem na przezwyciężenie kryzysu demograficznego jest zmiana tego klimatu, zaś zmianę może przynieść mobilizacja Europejek i Europejczyków dla budowy Imperium Europejskiego, i równoczesne odsunięcie od wpływu na losy Europy „liberałów”, których, jak to swym przenikliwym wzrokiem dostrzegł Oswald Spengler, przepełnia „metafizyczne pragnienie śmierci”. Wówczas spełni się nadzieja Jean-Marie Domenacha, że Europa, jak czarodziejski ptak-feniks u starożytnych Egipcjan, umiera zawsze tylko po to, aby się narodzić w nowym wcieleniu. Jutro Europa jak orzeł z popiołów narodzi się na nowo w postaci Imperium Europejskiego.
Kiedy słyszymy Zygmunta Baumana mówiącego o „niedokończonej przygodzie zwanej Europą”, bez chwili wahania przyznajemy mu rację. Tak, po stokroć tak, Europejki i Europejczycy potrzebują nowej politycznej, intelektualnej i duchowej przygody – przygody zwanej Imperium Europejskim. Imperium, posłużmy się słowami Zygmunta Baumana, „jest misją, czymś, co należy dopiero powołać do istnienia, stworzyć, zbudować. Wypełnienie tej misji wymaga ogromnej pomysłowości, wytrwałości w dążeniu do celu i wytężonej pracy. Być może jest to praca, która nigdy się nie kończy, wyzwanie, któremu nie sposób sprostać w pełni, perspektywa na zawsze nieosiągalna”.
Wystarczy, że Europejki i Europejczycy podejmą ową misję, zaczną marzyć o Imperium, poczują się (znowu Zygmunt Bauman) „poszukiwaczami przygód, «awanturnikami» wśród miłośników ciszy i spokoju, niepoprawnymi i niestrudzonymi wędrowcami wśród zalęknionych i osiadłych ludów, włóczykijami i niespokojnymi duchami wśród tych, którzy woleliby raczej przeżyć swoje życie w świecie kończącym się zaraz za rogatkami wioski”, wystarczy, że zatęsknią za magicznym światem „awanturniczego serca”, wtedy całkiem naturalnie przyjdzie im do głowy myśl, którą kiedyś uznaliby za wielce dziwaczną, ta myśl mianowicie, że „dobrze jest mieć dzieci”. I cały kryzys demograficzny Europy przeminie jak zły sen.
Nowi gibelini
Jaki jest najwyższy cel Imperium Europejskiego – imperium dobrotliwego i łagodnego? Zapewnić ludom Europy prawdziwy ład, bezpieczeństwo, wolność, sprawiedliwość i pokój. Potrzebni są jeszcze tylko nowi gibelini (będący po trosze i gwelfami), którzy znają wprawdzie okrutną diagnozę Ciorana: „Europa – zgnilizna, która ładnie pachnie, uperfumowany trup” – ale traktują ją jako efektowną hiperbolę.
Denis de Rougemont napisał, że Europa nie jest czymś na zawsze danym, ale ryzykiem podejmowanym ciągle na nowo – spadkobiercami tego europejskiego ryzyka są nowi gibelini, rozsiani po całej Europie (i po innych kontynentach) członkowie nigdzie niezarejstrowanego Związku Wiernych Imperium, którzy często nic o sobie nie wiedząc, tworzą wspólnie księgę Europejskie Logos a Ethos. Roztrząsanie o znaczeniu i celu Europy, skupiając się na poszukiwaniu, wypracowywaniu, odnajdywaniu, odkrywaniu, tworzeniu, konstruowaniu, budowaniu metafizycznych, mistycznych, teologicznych, symbolicznych, mitycznych, filozoficznych, historiozoficznych, metahistorycznych, metageograficznych, etycznych, estetycznych, literackich, lingwistycznych, metapolitycznych, metastrategicznych, geostrategicznych, geopolitycznych, politycznych, technologicznych, ekonomicznych, energetycznych, prawno-ustrojowych, psychologicznych i kulinarnych (czy jest możliwy sojusz wódki wyborowej z reńskim winem?) podwalin idei Imperium Europejskiego. A ponieważ opowiadają się oni za językiem hiszpańskim jako „lingua franca”, to ich patronem jest najpewniej król Hiszpanii Karol I – jako Karol V nazywany „cesarzem Europy”. Możliwe , że bardziej odpowiednim patronem byłby znany na całym świecie inny Hiszpan – Don Kichot.
Tomasz Gabiś
Literatura
Alföldy Geza, Das Imperium Romanum – ein Vorbild für das vereinte Europa?, Basel 1999.
Aufbruch nach Mitteleuropa. Rekonstruktion eines versunkenen Kontinents, red.E.Busek, G.Wilflinger, Wien 1986.
Augias Corrado, Dewiza dla Europy, „Forum”, 2000 nr 13.
Bauman Zygmunt, Europa-niedokończona przygoda, przeł. T. Kunz, Kraków 2005.
Borges Jorge Louis, Niepokoje doktora Américo Castro, [w:] tenże, Dalsze dociekania przeł. A. Sobol-Jurczykowski, Warszawa 1999.
Brugmans Hendrik, [wstęp do:] Oscar Halecki, The Millennium of Europe, Notre Dame (Indiana) 1963.
Buttiglione Rocco, Jarosław Merecki SDS, Europa jako pojęcie filozoficzne, Lublin 1996.
Cioran Emil, Pokusa istnienia, przeł. K.Jarosz, Warszawa 2003.
Coudenhove-Kalergi Richard, Deutschlands europäische Sendung. Ein Gespräch, „Pan-Europa” 1924, zeszyt 7/8.
Tenże, Naród europejski, przeł. A.Piskozub, M. Urbanowicz, Toruń 1997.
Domenach Jean-Marie, Europa: wyzwanie dla kultury, przeł. H. Sikorska, Warszawa 1992.
Essig Michael, Europäische Identitätsfindung – das Reich als europäische Vision, Hildesheim 1999.
Europa-Weltmacht oder Kolonie? Wider nationalen Egoismus und Kleinmut, red. Gerd-Klaus Kaltenbrunner, München 1978.
Gabiś Tomasz, Imperium Europaeum, czyli powrót do przyszłości, „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” 1999 nr 1 (34).
Tenże, Regiony w Imperium Europejskim, [w:] Lokalna wspólnota polityczna a zagadnienie tożsamości zbiorowej, red. R.Piekarski , Kraków 2002.
Gadamer Hans-Georg, Dziedzictwo Europy, przeł. A. Przyłębski Warszawa 1992.
Ortega y Gasset José, Bunt mas, przeł. P. Niklewicz, Warszawa 1995.
Geremek Bronisław, Unia wartości, tekst wygłoszony 22 czerwca 2003 roku w Paryżu podczas konferencji „Quelles valeurs pour quelle Europe?”, „Gazeta Wyborcza”, 5-6 lipca 2003.
Habsburg Otto von, Die Reichsidee: Geschichte und Zukunft einer übernationalen Ordnung, Wien 1987.
Tenże , Zurück zur Mitte, Wien 1991.
Habermas Jürgen, Obywatelstwo a tożsamość narodowa. Rozważania nad przyszłością Europy, przeł. B.Markiewicz, Warszawa 1993.
Tenże, Europa: Vision und Votum, „Blätter für deutsche und internationale Politik”, nr 5, 2007.
Hänschen Steffen, Mitteleuropa redivivus, „Osteuropa” , 2004, zeszyt 1.
Jan Paweł II, przemówienie na sympozjum przedsynodalnym na temat Europy, 31 października 1991, [cyt. za :] bp T. Pieronek, Kościół nie boi się wolności, Kraków 1998.
Jan Paweł II, homilia wygłoszona z okazji rocznicy śmierci św.Wojciecha (Gniezno, 3 czerwca 1997) [cyt. za:] bp A. Nossol, Jedność Kościołów, jedność Europy, „Znak” 2004 nr 2.
Jan Paweł II, przemówienie wygłoszone do uczestników sympozjum „Ku nowej konstytucji europejskiej”, Watykan 20. czerwca 2002 roku, „Międzynarodowy Przegląd Polityczny” 2003 nr 3.
Jaspers Karl, O duchu europejskim, przeł. J.Kałążny, [w:] Europejskie wizje pisarzy niemieckich w XX wieku, red. L. Żyliński, Poznań 2003.
Jung Edgar J. Władztwo miernot. Jego rozpad i zastąpienie przez Nową Rzeszę, przeł. W. Kunicki, [w:] Rewolucja Konserwatywna w Niemczech 1918-1933, wybór i opracowanie W. Kunicki, Poznań 1999.
Jünger Ernst, Pokój przeł. W. Kunicki, [w:] Europejskie wizje pisarzy niemieckich w XX wieku, red. L. Żyliński , Poznań 2003.
Kaltenbrunner Gerd-Klaus, Johannes ist sein Name. Priesterkönig, Gralshüter, Traumgestalt, Zug/Schweiz 1993.
Koslowski Peter, Vaterland Europa? Über eine neue europäische Reichsidee, „Kommune. Forum für Politik, Ökonomie und Kultur”, 1995 nr 3.
Levis Bevan D. Wyndham, Charles of Europe, New York-Hartford 1931.
Lövitsch Bruno, Der Mythos vom Reich – kritische Anmerkungen zur Geschichte und zum Wesen, „Junges Forum”, 1997 nr 1-2.
Łubieński Tomasz, Wstyd wstydu nie przynosi, „Rzeczpospolita”, 30-31 lipca 2005.
Magenheimer Heinz, Ghibellinische Perspektiven [w:] Europa und die Zukunft der Nationalstaaten, wyd. Studienzentrum Weikersheim, Stuttgart 1994.
Mazowiecki Tadeusz, Nowa wiosna Polski obywatelskiej, „Więź” 2004 nr 5.
Morin Edgar, Myśleć: Europa, przeł. J. Łęczycki, Warszawa 1988.
Münkler Herfried, Reich-Nation-Europa. Modelle politischer Ordnung, Weinheim 1996.
Nora Pierre, Nie ma europejskiego patriotyzmu, „Gazeta Wyborcza”, 11-12 sierpnia 2007.
O jedność Europy. Antologia polskiej XX-wiecznej myśli europejskiej, wybór i opracowanie tekstów Sławomir Łukasiewicz , Warszawa 2007.
Ortega y Gasset José, Bunt mas, przeł. P. Niklewicz, Warszawa 1995.
Patočka Jan, Eseje heretyckie z filozofii dziejów, przeł. A. Czcibor-Piotrowski, E. Szczepańska, J. Zychowicz, Warszawa 1998.
Polskie wizje Europy w XIX i XX wieku, wyboru dokonał P. Oliver Loew, Wrocław 2004.
Posener Alan, Imperium der Zukunft. Warum Europa Weltmacht werden muß, München 2007.
Posłanie do Europejczyków przyjęte przez Zjazd Gnieźnieński „Europa Ducha” , „Więź” 2004 nr 5.
Rorty Richard, Stolz auf unser Land. Die amerikanische Linke und der Patriotismus, Frankfurt/M 1999.
Rougemont Denis de, Das Wagnis Abendland, München 1962.
Tenże, Die Chancen Europas – Berufung und Hoffnung, Wien 1964.
Rüb Matthias, Gdzie leży Europa Środkowa?, „Kafka. Kwartalnik środkowoeuropejski”, 2001 nr 1.
Schlögel Karl, Środek leży na wschodzie, przeł. A.Kopacki, Warszawa 2005.
Schmitt Carl , Der Nomos der Erde im Völkerrecht des Jus Publicum Europaeum, Köln 1950.
Shaw Martin, War and globality: the role and character of war in the global transition , (2000) (online: www.theglobalsite.ac.uk).
Sloterdijk Peter, Falls Europa erwacht. Gedanken zum Programm einer Weltmacht am Ende des Zeitalters ihrer politischen Absence, Frankfurt /M 1994.
Tokarczuk Olga, Podróż pociągiem z Europy na śląską prowincję z uwzględnieniem granic, „Krytyka Polityczna” nr 5 (2004).
Trost Ernst, Ein Heiliges Römisches Reich Europäischer Nation , [w:] Die neue Architektur Europas. Reflexionen in einer bedrohten Welt, red. W. Mantl , Wien- Köln 1991.
Vattimo Gianni, Koniec nowoczesności, przeł. M. Surma-Gawłowska , Kraków 2006.
Voβ Dirk H. , Jakobinische Irrtümer, „Paneuropa-Deutschland”, 1999 nr 3.
Weißmann Karl-Heinz, Das Herz des Kontinents: Reichsgedanke und Mitteleuropa-Idee, „Mut”, styczeń 1987.
Zientara Benedykt, Świt narodów europejskich, Warszawa 1996.
Zweig Stefan, Die Welt von Gestern. Erinnerungen eines Europäers , Frankfurt a.M. 2003, (I.wyd.Stockholm 1944).
