Tomasz Gabiś
Z pisarzami, jak wiadomo, jest zawsze masa najróżniejszych kłopotów, wszyscy pamiętamy zamieszanie, jakie wywołał coming out Güntera Grassa, który ujawnił swoją (dawną) orientację ideowo-polityczną z okresu służby w Waffen-SS. Inny pisarz niemiecki, Erwin Strittmatter (urodził się w Sprembergu na Dolnych Łużycach w 1912, zmarł w 1994 roku) został, jak to się mówi w demokratyczno-liberalnych mediach, „pośmiertnie zlustrowany”. Był chyba najbardziej popularnym enerdowskim pisarzem, jego powieść Ole Pszczeli Łeb wydana w latach 60. ubiegłego wieku zyskała sobie status tzw. powieści kultowej. W kulturze NRD zajmował miejsce świętego z aureolą nad głową i funkcjonował jako (partyjny) moralny autorytet. Znawcy przedmiotu twierdzą, że część jego twórczości, szczególnie późne utwory, posiada wartość artystyczną – literacką miernotą z pewnością nie był.
Latem zeszłego roku krytyk i historyk literatury Werner Liersch na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” opisał nieznany dotąd czytelnikom fragment życiorysu pisarza; mianowicie Strittmatter od 1943 roku pełnił służbę w podległym SS 18. pułku policji porządkowej strzelców górskich. Jest rzeczą wysoce prawdopodobną, że, niektóre przynajmniej, akcje antypartyzanckie i odwetowe tej jednostki, biorącej udział w zwalczaniu partyzantki w Grecji i na Bałkanach, nie miały „podkładki” w prawie wojennym. Nic nie wiadomo, żeby Strittmatter w nich uczestniczył, bo był batalionowym pisarzem, prowadził dziennik wojenny, pracował w komórce filmowej i fotograficznej. Z pewnością wiele widział i wiele przeżył, ale choć po latach z patosem podkreślał, że pisarz jest zobowiązany tylko wobec „Prawdy”, to tą małą prawdą o swojej policyjnej służbie nie podzielił się z czytelnikami. Oczywiście zarzucanie mu, że w okresie NRD przemilczał faszystowski fragment swojej biografii, byłoby absurdem, można było jednak oczekiwać, że w ciągu ostatnich kilku lat przed śmiercią, już po upadku reżimu, coś na ten temat napisze. Ale nie, nie powrócił do tamtego odcinka swojego życia, choć był to chyba winien swoim wiernym czytelnikom.
Rzecz jasna, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i wyższe kręgi kierownictwa Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności były doskonale poinformowane o przeszłości pisarza, ale trzymały tę wiedzę dla swojego ekskluzywnego użytku, chcąc na wszelki wypadek być pewnym jego politycznej lojalności. On zaś nie tylko chwalił osiągnięcia socjalizmu, lecz także blisko współpracował z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Było, minęło. Ciekawsze jest to, co dzieje się dzisiaj. Strittmatter może się poszczycić honorowym obywatelstwem rodzinnego miasteczka, jego imię nosi główna ulica Sprembergu, jest patronem miejscowego gimnazjum, ponadto jego imieniem nazwano nagrodę literacką Brandenburgii. No i teraz sprawa się skomplikowała, bo o ile działalność pisarza na rzecz międzynarodowego socjalizmu i współpraca z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego nie przeszkadzała, aby czcić go i uświetniać jego imieniem takie czy inne instytucje lub miejsca publiczne, o tyle działalność na rzecz narodowego socjalizmu i „służba w policji podległej SS”, to co innego; tu chodzi o sprawę poważniejszego kalibru i trzeba się z nią jakoś uporać. Gdyby rzecz dotyczyła pisarza, który był narodowym socjalistą, „esesmańskim policjantem” i ukrył ten fakt, a po wojnie poszedł na prawo, do obozu konserwatywnej prawicy, sytuacja byłaby zupełnie jasna: lewo-liberalne i neokomunistyczne media rozszarpałyby jego zwłoki na strzępy. Przypadek Strittmatera jest zupełnie inny: ten, z „policjanta prawie esesmana” przeobraził się w komunistycznego antyfaszystę, służąc dzielnie szlachetnej sprawie postępu i socjalizmu (bliska współpraca z MBP dowodzi, jak szczere i głębokie było jego zaangażowanie). Głupio byłoby teraz znęcać się nad tak zasłużonym pisarzem i działaczem kulturalnym. Jeśli był szanowany i popularny w antyfaszystowskiej Republice Demokratycznej, to i w antyfaszystowskiej Republice Federalnej cieszyć się powinien odpowiednim szacunkiem i uznaniem.
Rzecz jasna, „musimy zmierzyć się z przeszłością pisarza”, oświadczyły władze Spremberga, zastrzegając jednocześnie, że nazwisko Erwina Strittmattera nie zniknie z panoramy miasta. I tak też się stało: radni zdecydowali, że nic się nie będzie zmieniać. Zresztą żadne wyższe czynniki polityczne oraz ogólnoniemieckie media sprawą „esesmańskiego policjanta” Strittmattera się specjalnie nie zainteresowały, ani też na „usunięcie go z panoramy miasta” nie naciskały, wychodząc zapewne z założenia, że swoją faszystowską przeszłość odkupił z nawiązką prowadząc przez pół wieku aktywną walkę z faszyzmem w szeregach partii komunistycznej i współpracując z główną siłą antyfaszystowską w NRD, to znaczy z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, które, jak powszechnie wiadomo, wielu faszystów umieściło za kratkami. Inna sprawa, że rzecznik uczniów gimnazjum noszącego imię pisarza powiedział w wywiadzie dla jednej z regionalnych gazet, że żaden z gimnazjalistów nie opowiada się za zmianą patrona. Wniosek z tego taki, że młodym Niemcom nie przeszkadza ani to, że Strittmatter był komunistą, ani to, że był faszystą. A jaki wniosek płynie z tego wniosku, nad tym trzeba by się jeszcze trochę głębiej zastanowić.
Burza w szklance wody wywołana coming outem Güntera Grassa już się uspokoiła; być może pisarzowi pomógł trochę fakt, że Kurt Schumacher, prezes SPD, której był długoletnim członkiem, publicznie brał w obronę żołnierzy Waffen-SS (wielu z nich aktywnie uczestniczyło w tworzeniu Bundeswehry – zbrojnego ramienia młodej niemieckiej demokracji). Grass wydał nową książkę zatytułowaną Die Box; gdzieś w polskich mediach przemknęła wiadomość, że zanim zaczął się premierowy wieczór autorski pisarza w hamburskim „Thalia-Theater”, grupa młodych ludzi wywołała lekki tumult na widowni. Kim byli ci młodzi ludzie? Otóż, należeli oni do grupy nazywającej się Akcja Konserwatywno-Wywrotowa (Konservativ-Subversive Aktion). W teatrze Thalia zawołali do pisarza: „Tatusiu! Coś ci przynieśliśmy” i wyjęli plakat przedstawiający głowę Grassa w stalowym hełmie i z fajką w ustach. Oprócz tego członkowie AKW rozdawali komiks Straszny sen Güntera, którego bohater we śnie powraca do czasów swojej przynależności do „elitarnej jednostki”. Inicjator akcji i animator AKW Götz Kubitschek wezwał obecnych do „zrzucenia z piedestału Grassa odgrywającego moralny autorytet”. Grass jako żywy, zawsze podniesiony w górę palec wskazujący jest już nieco wysłużony, jego czas jako sędziego nad narodem dobiegł końca; trzeba zwrócić się ku pisarzom, którym chodzi o „pojednanie pokoleń” i uwzględniających „wielowarstwowość niemieckich biografii”, oświadczył Kubitschek.
Akcja w teatrze Thalia nie była pierwszą przeprowadzoną przez AKW. Latem konserwatywni aktywiści zakłócili w Chemniz wystąpienie ostatniego przywódcy NRD Egona Krenza, wdarli się również na kongres poświęcony rewolcie 1968 roku zorganizowany na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie przez związek Die Linke. SDS (taki odpowiednik peerelowskiego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, tyle że o wiele bardziej fanatyczny i szczerze przekonany o wielkich walorach marksizmu-leninizmu). Na kongresie wspominano stare, dobre czasy i zastanawiano się, jak wykorzystać dzisiaj rewolucyjne doświadczenia sprzed 40 lat. Ludzie z AKW rozrzucili na kongresie ulotki, na których idole niemieckiej lewicy – Lenin, Mao Tse-tung, Ho Chi Minh, Che Guevara nazwani byli zbrodniarzami. Na jednym z transparentów widniał napis „Lenin – 10 milionów trupów dla dobrej sprawy”. Oczywiście, lewicowcy wpadli w furię, zaczęli zagłuszać konserwatywnych wywrotowców (wywrotowych konserwatystów), wznosząc swoje typowe okrzyki w rodzaju „Niech żyje międzynarodowa solidarność!”. Jeden ze wzburzonych lewaków wykrzyknął: „To są świnie z RDCD!” (Stowarzyszenie Studentów Chrześcijańsko-Demokratycznych). AKW wystawiła potem pikietę przed gmachem uniwersytetu, a lewicowcy mogli w spokoju obradować i zastanawiać się, czy lepsza jest strategia leninowska, czy trockistowska, a może jeszcze jakaś inna.
Götz Kubitschek, spritus movens AKW to były oficer Bundeswehry wyrzucony z wojska za pisanie do konserwatywno-narodowego tygodnika „Junge Freiheit” – narzekał potem: „co to za armia, przełożony nawet mi nie zerwał oficerskich pagonów przed frontem pododdziału”. Określający się jako „Prusak z wyboru” Kubitschek mieszka w małej wiosce Schnellroda w Saksonii-Anhalcie. Tam, w dawnej posiadłości rycerskiej (tzw. Rittergut) żyje z żoną i szóstką dzieci, tam też ma swoją siedzibę kierowany przez niego oraz konserwatywnego historyka i publicystę Karlheinza Weißmanna Instytut Polityki Państwowej (Institut für Staatspolitik). Instytut organizuje konferencje, seminaria i kursy, głównie dla młodzieży i studentów. Do Schnellroda przybywają korporanci z bliznami po pojedynkach na twarzy, na czarno ubrani fani neofolku, młodzi Bawarczycy w swoich ludowych strojach, klerycy, licealiści w wyprasowanych koszulach i pod krawatem, wszyscy „politycznie bezdomni”, równo oddaleni od NPD, jak i CDU. W ostatnim czasie Instytut organizuje Curriculum Dextrum, czyli kursy alternatywnej myśli politycznej i estetycznej, na których „klasy” liczące po 12 uczniów studiują i dyskutują nad tekstami Carla Schmitta, Armina Mohlera, Gottfrieda Benna, Knuta Hamsuna i innych autorów. Komentując działalność AKW i IPP Kubitschek oświadczył: „chcemy zyskać nasze szczególne spojrzenie na rzeczy, spojrzenie patetyczne i zimne zarazem (…) to jest nasz polityczny egzystencjalizm”.
Bliskie środowisku AKW jest studenckie czasopismo „Blaue Narzisse” dysponujące również swoim magazynem internetowym. W jednym z ostatnich numerów Albert von Königsloew w tekście Ochotnik Grass nazywa pisarzamoralną wyrocznią postnarodowej Republiki Bońskiej i swego rodzaju oberprokuratorem oskarżającym w procesie wytoczonym narodowi niemieckiemu. „Moralny kompas” Grass brał udział w kampanii wyborczej Willy`ego Brandta bębniąc niemiłosiernie na propagandowym bębenku; 100 razy przemawiał w 1969 roku na rzecz Brandta, zręcznego polityka, który dobrze sobie wykalkulował, że opłaci mu się paść na kolana w Warszawie. To były te czasy, kiedy młodzi zapaleńcy z konserwatywno-narodowej prawicy (odpowiednik naszej Ligi Republikańskiej), wrogowie Ostpolitik krzyczeli: „Brandt an die Wand!”. Potem już w latach 80. ówczesny naczelny antykomunista Niemiec Joachim Siegerist, autor bestsellera Ceauşescu – czerwony wampir, napisał „demaskatorską” biografię socjalistycznego kanclerza zatytułowaną Willy Brandt – das Ende einer Legende, i za ostre opinie typu „Brandt – płatny zdrajca, pachołek Moskwy” musiał zapłacić wysoką grzywnę.
Grass, pisze Albert von Königsloew, wyspecjalizował się w stałym moralnym biczowaniu własnego narodu, w rzucaniu go na klęczki. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że oczy tego, kto klęczy, nie znajdują się na wysokości oczu jego stojących partnerów. Na klęczkach nie da się podejmować politycznych decyzji. Pokutne rytuały są równoznaczne z nieobecnością polityki, wyrażają brak woli kształtowania zewnętrznych stosunków. Nie należy jednak być zbyt surowym dla Grassa, gdyż rola jaką pełnił, dostosowana była do sytuacji politycznej: ówczesna mała Republika Bońska, kraj okupowany, włączony w stałe alianse polityczno-wojskowe, nastawiony na konsumowanie dobrobytu, którym mogły się cieszyć szerokie warstwy społeczne, w sumie i tak żadnych poważnych decyzji nie musiała podejmować. Dlatego dla lewicowych intelektualistów typu Grassa, przyzwyczajonych do życia w tym idyllicznym prowincjonalnym „ogródku z krasnalami”, traktujących politykę jako redystrybucję dóbr i zasobów oraz prawienie moralizatorskich kazań narodowi (dokładniej: ludności Niemiec), zjednoczenie obu państw niemieckich, upadek dawnego świata i przywołanie Niemców z powrotem do historii, oznaczało poważne naruszenie całej ich struktury mentalno-emocjonalnej. Grass chyba coś przeczuwał, bo w 1985 roku wypowiedział się przeciwko zjednoczeniu Niemiec, które – argumentacja godna rasowego socjała – oznaczać będzie restaurację starego „społeczeństwa klasowego”. Przez dziesięciolecia Grass okłamywał naród, którego chciał być wychowawcą, twierdząc, że na ochotnika zgłosił się do Wehrmachtu i był tylko zwykłym żołnierzem; jak wyznał po latach, podwójny run na kołnierzu munduru mu nie przeszkadzał, dopiero kiedy dowódca kazał mu go odpruć, coś go tknęło. Czyżby, zastanawia się Albert von Königsloew, „nie wiedział”, że był w Waffen-SS? Czy ten, co stale powtarzał innym, że przecież „musieli wiedzieć”, sam „nie wiedział”?
Będąc przy „sprawie Grassa”, przypomnijmy kilka co bardziej niekonwencjonalnych głosów na ten temat, na przykład głos Günthera Zehma, arcyciekawej postaci niemieckiej sceny prawicowej. W latach 1952-56 studiował filozofię u marksisty Ernsta Blocha (tego od „Ubi Lenin, ibi Jerusalem”) na uniwersytecie w Jenie. Tam też otrzymał asystenturę. W 1956 roku, przy okazji powstania węgierskiego, zaczął krytykować politykę partii rządzącej i tłumienie wolności słowa. Został aresztowany w 1957 roku i skazany na cztery lata więzienia (siedział w więzieniach Waldheim i Torgau). Wyszedł w 1960 roku i w rok później, przez Berlin Zachodni, wyjechał do RFN, gdzie na uniwersytecie we Frankfurcie studiował u Teodora Adorno i innego marksisty-socjalisty Iringa Fetschera; doktoryzował się z tematu „Rozum historyczny i akcja bezpośrednia – o polityce i filozofii Jeana Paula Sartre’a”. Od 1963 roku pracował w „Die Welt”. W latach 1977-1989 był zastępcą redaktora naczelnego dziennika (w okresie, kiedy była to naprawdę „springerowska”, czyli prawicowa gazeta), miał tam stały felieton podpisywany „Pankraz”. Zasłynął w 1976 roku, kiedy to z okazji przyznania Pokojowej Nagrody Księgarzy Niemieckich Maxowi Frischowi, zwymyślał laureata od przyjaciół Związku Sowieckiego i sympatyków lewicowego ekstremizmu. Dla lewicowca Frischa, pisał Zehm, człowiek, który kocha ojczyznę, to tylko agent klas posiadających; cały świat jest w jego oczach pełen wrogów, mroczny świat rządzony przez Orkusa, w którym jedynymi świetlanymi postaciami są wyznawcy prawdziwego utopijnego socjalizmu.
W 1989 roku Zehm stał się zbyt prawicowy dla „Die Welt”, więc przeszedł do „Rheinischer Merkur”, po pewnym czasie okazał się zbyt prawicowy dla „Rheinischer Merkur”, więc w 1995 roku przeniósł swoją „pankracową” kolumnę do „Junge Freiheit”, czasopisma, jak stwierdził, pełnego „uprzejmych, odważnych młodych ludzi”, w którym panuje „wielka swoboda myśli i intelektualna otwartość”. Kiedy na Uniwersytecie im. Fryderyka Schillera w Jenie (tego samego, z którego wyrzucono go wiele lat wcześniej), gdzie od 1990 roku ma honorową profesurę, młodzi ludzie z lewicy, o nieco mniejszej intelektualnej otwartości, zaczęli atakować go za współpracę z „Junge Freiheit”, nazwał ich „zbłąkaną gromadą radykalnych komunistów”, którzy oszczerstwami chcą mu zszargać opinię. Jest autorem szeregu książek z dziedziny filozofii Eros i Logos. Historia filozofii antycznej, Ciało i dusza – o wielu korzeniach ludzkiego rozumu; Wielki aktor-rozum. Historia racjonalizmu we wczesnej nowożytności; Ostatnie słowo Zaratustry. Nietzsche i następstwa; Zło i sprawiedliwi. W poszukiwaniu etycznego minimum; Czy Platon był w Azji? Adnotacje o globalizacji ducha.
Ten niezwykle przenikliwy (i złośliwy) obserwator polityki i kultury współczesnych Niemiec pisał o „groteskowym hałasie medialnym” rozpętanym po „przyznaniu się” Güntera Grassa. Pojawiły się głosy oskarżające pisarza, że zaplanował to jako element promocji swojej książki. Ale przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego, gdyż, zauważa Zehm, w Republice Federalnej Niemiec wielu moralistów ofiarnie zmagających się z trudną przeszłością narodu niemieckiego i jego winami, świetnie potrafi łączyć owe wyczerpujące zmagania z osobistym interesem. Czy zatem publiczna „spowiedź” Grassa była wyłącznie posunięciem marketingowym? Nie, twierdzi Zehm, to byłoby zbytnie uproszczenie. Grass jest człowiekiem w okolicach osiemdziesiątki i zapewne chciałby dojść do ładu ze światem i z samym sobą, wreszcie zamknąć wszystkie otwarte rachunki. Jednym z jego ostatnich ciągle otwartych rachunków, co można odczytać z książki Pełzanie rakiem, jest literackie oddanie czci niemieckim ofiarom II wojny światowej, szczególnie tym wielu młodym ludziom z jego generacji, kolegom z dzieciństwa i młodości, którzy kiedyś pełni wiary w ideały i z młodzieńczą brawurą wkroczyli w świat, aby potem tak szybko i tak marnie umrzeć. Daje się wyczuć, że wspomnienie o nich męczy starego Grassa. Gdyby ono stało się motywem przewodnim jego późnej twórczości, to byłby to, uważa Zehm, zwrot ku początkom, ku źródłom, powrót do „kota, myszy i przepiórek”, który należałoby powitać z sympatią i życzliwością. Wyszedłby on na dobre stylowi pisarskiemu Grassa, którego jakość bardzo spadła przez lata lewicowych politycznych pomstowań. Rzeczywista szczerość, pisze Zehm, której nie instrumentalizuje się obłudnie i nikczemnie, zdobi tych, którzy zaciągają się pod jej znaki. Rzecz jasna, odnosi się to także do byłych członków Waffen-SS.
Lewicowa „die tageszeitung” (dwa lata temu najbardziej chyba znana w Polsce niemiecka gazeta), zamieszczająca często portrety politycznych osobistości z Niemiec i z zagranicy, w rubryce „Prawda” zajęła się żądaniami wysuwanymi przez krytyków Grassa, aby w związku z przynależnością do Waffen-SS oddał wszystkie nagrody i inne wyróżnienia (a także doktoraty honoris causa, których ma tyle, że nie wie nawet, kto mu je przyznał). Taka akcja zwrotów byłaby jednak niewskazana, albowiem w przeciągu wielu lat Grass zgromadził tyle nagród w całej Europie, że gdyby zaczął je oddawać, to mógłby powstać gigantyczny „nagrodowy” zator. Gazeta proponuje więc, aby, po pierwsze, Grass już nigdy nie przyjmował żadnej nagrody i, po drugie, żeby ufundował Nagrodę Literacką im. Güntera Grassa. Ten, komu nagroda zostałaby przyznana, otrzymywałby którąś z niezliczonych nagród zgromadzonych przez pisarza. Nie, nie, Grass nie oddawałby mu pieniędzy z nagród, bo te przecież dawno zostały wydane, po prostu wręczałby laureatom otrzymane niegdyś pisma laudacyjne, dyplomy, listy gratulacyjne, medale, wieńce laurowe, dokumenty o przyznaniu nagrody, honorowego obywatelstwa, doktoratu honoris causa itp. Pomysł, naszym zdaniem, znakomity. Może należałoby już dziś szukać wśród polskich pisarzy kandydatów do tej prestiżowej nagrody.
Lewicowy miesięcznik „konkret” komentując fakt, że Günter Grass „roztrąbił na cały świat” prawdę o swojej służbie w Waffen-SS, przypomina piórem Gerharda Henschela, że od czasu kryzysu kubańskiego do dziś Grass mało któremu wydarzeniu pozwolił na to, aby przeminęło nieopatrzone pierwej jego komentarzem. Do wszystkiego, co trafia na czołówki, mamy jego komentarz: afera „Spiegla”, Wielka Koalicja, wizyta szacha, przyklęk Brandta, pozbawienie obywatelstwa Biermanna, porwanie Schleyera, afera Flicka, Bitburg, wojna w Iraku, powódź na Odrze, wymieranie lasów, zbrojenia, zjednoczenie Niemiec etc., etc. Niezależnie od tego, czy się przypadkowo podziela opinie Grassa czy też nie, przyznać trzeba, że naprawdę jest godne najwyższego podziwu to, iż jeden człowiek może pochwalić się tak ogromną produkcją opinii, i to w sytuacji, kiedy produkowanie opinii stanowi jego zajęcie uboczne. W miarę upływu lat sam fakt wyrażenia opinii przez Grassa zyskał wartość medialnego wydarzenia i trafił na czołówki: Grass krytykuje studenckich przywódców, Grass jest przeciw znowelizowaniu ustawy o ochronie danych, Grass opowiada się za czerwono-zieloną koalicją, Grass to, Grass tamto, Grass owamto. Dziwne, że nigdy nie wystąpił jako mediator przy negocjacjach płacowych i że nikt jeszcze nie wysunął jego kandydatury na prezydenta Niemiec. Przecież Grass może wszystko i na wszystkim się zna, on jak Atlas bierze na swoje barki wszystkie cierpienia świata, do każdej opinii dodając trochę średnioostrej musztardy. Każda książka, którą napisze, jest omawiana na wszystkie strony, za każdym razem ekipy telewizyjne są na miejscu, kierując kamery na pięknie zaokularowionego, uwąsowionego i ufajkowionego autora, zaspokajając jego potrzebę zaistnienia, której jednak nigdy nie potrafią do końca zaspokoić. Już w swojej książce Mój wiek Grass skomentował wszystkie polityczno-społeczne wydarzenia, na temat których nie był wcześniej wystarczająco dużo razy pytany, ale o których sądził, że miałby coś oryginalnego na ich temat do powiedzenia. Społeczno-polityczne komentarze Grassa od wielu lat gorsze są od komentarzy przeciętnego kabareciarza, ale on nie rezygnuje, ciągle tylko: ja, ja, on jako ja, ja jako on, ja jestem nim, ja, mnie, ja, mnie i tak bez końca. Kiedyś dziennikarze z „Berliner Zeitung” mówią mu: „Jest Pan pisarzem sławnym na całym świecie, wysoko cenionym za granicą”, a Grass uzupełnił z naciskiem: „I szanowanym”. Czy to oznacza, pyta Henschel, że w kraju nie czuje się szanowany? Czego mu jeszcze brakuje, ma Nagrodę Büchnera, Nagrodę Fontanego, Nagrodę Grupy 47, berlińską Nagrodę Krytyki, Literacką Nagrodę Przemysłu Niemieckiego, Nagrodę Theodora Heussa, medal Carla von Ossietzky’ego, niezliczone inne nagrody, medale, wieńce laurowe i wpinki [Grass należy do tych pisarzy, o których w Niemczech kpiąco mówi się, że mają wykupioną koncesję na nagrody – TG]. Kiedy tylko wyrobi sobie jakąś nową opinię i postanawia podzielić się nią ze społeczeństwem, to każda prasowa agencja poświęca mu niepodzielną uwagę. Czyżby przewracał się z boku na bok podczas bezsennych nocy jak owa żona rybaka, którą „wielkoryb” zrobił papieżem, rozmyślając, kim jeszcze mógłby zostać? Czy chciałby rozkazywać słońcu albo księżycowi, kiedy mają się pokazywać na niebie? Czy chce być jak Pan Bóg? Dziennikarz „Berliner Zeitung” do Grassa: „Już teraz tłumacze pracują nad Pana książką”; Grass: „Nawet wielu. Jest coś ze trzydzieści umów licencyjnych”. Dlaczego tylko trzydzieści? Dlaczego nie trzy tysiące? Czyżby mniej go szanowano za granicą? Tak wysoko ceniony pisarz powinien być bardziej zadowolony z bilansu płatniczego w swoim handlu zagranicznym. Grass, podsumowuje Henschel w „konkrecie”, to nie jest autor, którego można brać poważnie, to jest pykający fajkę czynnik gospodarczy.
Warto tu przypomnieć, że założycielem „konkretu” był inny gdańszczanin, niegdyś mąż Ulrike Meinhof, Klaus Rainer Röhl. W młodości członek partii komunistycznej, pod koniec lat 80. XX w. z komunizmu nawrócił się na narodowo-liberalną prawicę. Röhl urodził się w 1928 roku w Suchej Hucie (kaszub. Sëchô Hëta, niem. Trockenhuette), dzieciństwo i młodość spędził w Gdańsku. O rok młodszy od Grassa uczęszczał do gimnazjum Conradinum w tym samym czasie co on, ale jakoś nie został honorowym obywatelem Gdańska, mimo iż od lat atakuje niemiecką lewicę z taką samą pasją, z jaką atakował prawicę wówczas, kiedy był na skrajnej lewicy. Drwi z Grassa, nazywając go „Lepszym Niemcem” i domaga się, aby wieloletni Preceptor Germaniae wyjaśnił jeszcze jeden tajemniczy epizod ze swojego życia, mianowicie, jak doszło do tego, że wraz z kilkoma innymi uczniami został wyrzucony z Conradinum. Nie chcąc dosłownie powtarzać oskarżeń Röhla, napiszę tylko, że chodziło podobno o bardzo ładną dziewczynę z sąsiedniego liceum, którą podobno paczka Grassa, zaopatrzywszy się uprzednio w chloroform, zwabiła podobno do pobliskiego parku, gdzie podobno…. Ale to tylko plotkarskie oskarżenia eks-lewicowego radykała, więc trudno im dawać wiarę. Ważniejsza wydaje się opinia Grassa na temat przeprowadzonej dziesięć lat temu reformy ortografii wyrażona w wywiadzie dla pisma „Cicero. Magazin für politische Kultur”. Reforma ta stanowi, według pisarza, jeden z aktów barbarzyństwa popełnionych na kulturze przez polityków. Nie wynikło z niej nic poza ogromnymi kosztami, zamieszaniem w głowach uczniów, nauczycieli i rodziców. Grass przeciwko lewicowym reformatorom! Tego jeszcze w Niemczech nie było!
Tomasz Gabiś
