Trzeba na własnym ciele poczuć noże bólu, jeślichce się nimi operować pewnie i z zimną krwią.
(Ernst Jünger)
Tomasz Gabiś
Ernst Jünger był, i jest, przede wszystkim powieściopisarzem i eseistą, autorem znakomitych dzienników, jednym z największych stylistów w literaturze niemieckiej XX wieku. Ale był w jego życiu okres, kiedy z wielką pasją rzucił się w wir polityki, chociaż, zaznaczmy od razu, nigdy nie był formalnie członkiem żadnej partii politycznej, organizacji czy ruchu [1]. Bardziej niż politycznym aktywistą był Jünger w latach 1925-1932, bo o tym okresie mowa, publicystą, „rozsiewaczem idei” działającym w sferze „metapolitycznej” i nie troszczącym się o polityczną karierę [2]. Początkowo współredaguje „Standarte. Tygodnik nowego nacjonalizmu” (organ związku bojowego „Stahlhelm”). Później wchodzi do redakcji „Arminiusa” określającego się jako „walczące pismo niemieckich nacjonalistów”, następnie współpracuje z „pismem nacjonalistycznej młodzieży” „Vormarsch” [3], potem z czasopismem „Die Kommenden” adresowanym do członków prawicowych organizacji młodzieżowych [4], a w końcu trafia do narodowo-rewolucyjnego czasopisma „Widerstand” kierowanego przez Ernsta Niekischa [5]. Swoje teksty publikuje także na łamach innych czasopism, takich jak hamburski miesięcznik „Deutsches Volkstum” [6], „Ja und Nein”, „Die Literarische Welt”, „Das Reich”, „Der Student”, „Der Tag” [7]. Pisze wstępy, redaguje i wydaje książki zbiorowe: Walka o Rzeszę, Wojna i wojownicy, Oblicze wojny światowej. Przeżycia frontowe niemieckich żołnierzy, Niezapomniani, Niebezpieczna chwila, Potrzeba lotnictwa, Tu mówi wróg. Przeżycia wojenne naszych przeciwników, serię Koncentracja i album Zmieniony świat [8]. Wreszcie w 1932 roku publikuje słynny traktat Robotnik. Władztwo i forma bytu [9].
Lata 1925-32 to dla Jüngera czas, „w którego kalendarzach zaznaczone na czerwono dni losu przypadały bardzo blisko siebie”. Cały ten okres da się streścić za pomocą obrazu, który pojawi się później w Drugim dzienniku paryskim: jest to czas, kiedy wszystkie drobiny życia jak ziarnka piasku w klepsydrze dążą do punktu największej gęstości i najsilniejszego tarcia. Ta pierwsza faza podlega prawu koncentracji, wąskiego gardła, Totalnej Mobilizacji. Dopiero w drugiej fazie, kiedy ziarenka piasku miną szyjkę klepsydry, te same atomy życia będą się odkładać na jej dnie i nawarstwiać, już uspokojone, rozłożone bardziej równomiernie i uporządkowane.
Droga polityczna Jüngera wiedzie przez coraz mniejsze grupy i grupki, przez coraz bardziej izolowane, o coraz mniejszym czytelniczym zasięgu czasopisma, aż po kółka politycznych ideologów wiodących w berlińskich mansardach i hamburskich piwnicach niekończące się, gorączkowe dyskusje o wszystkim [10]. Późniejszy autor Subtelnych łowównależy wówczas do najbardziej radykalnego skrzydła prawicowej opozycji, do „trockistów” prawicy, frondystów z tradycyjnego, mieszczańskiego nacjonalizmu, ale nawet w ramach tych prawicowych sekt zawsze należy do mniejszości pozostając samotnikiem, outsiderem, indywidualistą głoszącym „anarchię z prawa”, chodzącym zawsze własnymi ścieżkami i krążącym w „czystej stratosferze idei”. Jest „radykalnym radykałem”, bezkompromisowym politycznym purytaninem, lancknechtem ducha, ascetycznym wojownikiem idei odrzucającym jakąkolwiek więź z istniejącym systemem parlamentarnej demokracji. Jest tym człowiekiem (by posłużyć się jego własnym określeniem), który widząc, jak inni wchodzą w kompromis z systemem, „zrywa flagę z masztu i chowa ją na gołym ciele”, aby uratować ją przed oportunistami i zdrajcami idei. Uważał, że toczące się wokół walki o „flagi i znaki, ustawy i dogmaty, porządki i systemy” to jedynie walki pozorne. To, co potrzebne, to „nie odpowiedzi, ale ostrzejsze stawianie pytań, nie sztandary, ale bojownicy, nie porządki, ale rewolty, nie systemy, ale ludzie”. Był zwolennikiem absolutnej czystości środków znającym jedynie wybór „albo-albo” czy też „wszystko albo nic”. Odrzucał reguły gry narzucone przez parlamentarną demokrację, sam udział w wyborach był już dlań podtrzymywaniem mechaniki znienawidzonego systemu. Toteż nie może dziwić opinia wyrażona w jednej z ówczesnych gazet, że dla Jüngera i jemu podobnych Hitler i komuniści to reakcyjni filistrze [11]. Zdaniem Jüngera polityka jest kontynuacją wojny przy pomocy innych środków, szczególnie, że dla Niemców wojna nie skończyła się w 1918 roku, ona trwa nadal, także w dziedzinie duchowej i musi być kontynuowana aż do zwycięstwa. Pisał dla pokolenia (do którego sam się zaliczał) „żonglerów śmierci, mistrzów dynamitu i ognia, wspaniałych drapieżców”, do ludzi „spłodzonych w rozżarzonym łonie okopów”, którym „aż do zwymiotowania obrzydły przeżute frazesy Oświecenia” i którzy muszą walczyć dalej jako polityczni żołnierze tak długo, aż z Republiki Weimarskiej nie pozostanie kamień na kamieniu. Jünger jako polityczny publicysta lat 1925-32 to (jak go określił jeden z jego lewicowych krytyków) intelektualny drapieżnik czy też intelektualny desperado, który „przechodząc mimo wrzuca ręczny granat do nor zimowych śpiochów” i „wszędzie podkłada ogień”, dynamitard zakładający wybuchowe ładunki idei pod zmurszałą, przegniłą, wartą jedynie wysadzenia w powietrze budowlę demoliberalizmu, i wyznający otwarcie, że „uczestnictwo w tych robotach strzelniczych” należy do „wielkich i strasznych rozkoszy naszych czasów”.
KRAJOBRAZ WOJNY DOMOWEJ
Działalność polityczną i publicystyczną Jüngera widzieć należy na tle historycznej sytuacji Niemiec pokonanych w wojnie i przechodzących gwałtowną transformację systemu politycznego. Klęska wojenna, upadek monarchii i arystokracji, wejście na arenę polityczną wielkich mas ludzkich i nowych elit były przyczyną, że, jak opisał to wspaniale w swojej powieści Potępienidobry znajomy Jüngera Ernst von Salomon [12], Rzesza Niemiecka obleczona w kształt Republiki Weimarskiej popadła w stan wewnętrznego rozdygotania, całe ciało społeczne poddane zostało wstrząsom, drganiom i wibracjom [13]. Brat Ernsta Friedrich Georg [14] napisał we wstępie do albumu Oblicze demokracji(1931), że Niemcy pogrążone są w stanie ciągłego niepokoju i permanentnej rewolucji z puczami, strajkami, walkami ulicznymi, buntami, mordami politycznymi i zamachami. Była to, jak pisał F. G. Jünger, walka wszystkich ze wszystkimi, czas, w którym instytucje państwowe nie funkcjonowały, a naród podlegał procesowi stałej rewolucjonizacji.
Rzesza Niemiecka była w okresie Republiki Weimarskiej jednym „diabelskim kotłem” (Ernst von Salomon), wielkim wirem politycznym, pulsującym kłębowiskiem ideologii i światopoglądów, terytorium, na którym rozbiły namioty swoich wojskowych obozowisk wrogie polityczne armie. Jak ujął to Ernst Jünger: „Klasa, rasa, partia, naród – każda wspólnota jest krainą samą dla siebie, otoczoną wałami i gęstym drutem kolczastym. Pomiędzy nimi pustynia. Dezerterzy są rozstrzeliwani. Od czasu do czasu organizuje się wypady i rozbija nawzajem czaszki”.
ŚMIERĆ WEIMAROWI!
W takiej atmosferze ukrytej wojny domowej Ernst Jünger i inni przedstawiciele tzw. konserwatywnej rewolucji formułowali swój zasadniczy i radykalny sprzeciw wobec Republiki Weimarskiej i jej polityki, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. Dla Jüngera traktat wersalski, zwany przezeń oczywiście dyktatem, stanowił przejaw politycznego kanibalizmu, któremu należało przeciwstawić się wszelkimi możliwymi środkami. Zaciekły wróg „niechwalebnej rewolucji 1918 roku” nazywanej przez niego „brukwianą rewolucją będącą czymś z gruntu nieczystym”, w pełni zgadzał się z Oswaldem Spenglerem i Moellerem van den Bruckiem, że była to „rewolucja parweniuszy”, „rewolucja podłości, głupoty i zdrady”, której jedynym celem było wymuszenie podwyżek płac i zapewnienie posad dla partyjnych funkcjonariuszy. Całkowicie podzielał opinie swoich przyjaciół na temat rzeczywistości powojennych Niemiec. Np. Ernst Niekisch pisał, że Republika Weimarska to „zwierzę ofiarne pochylające pokornie kark pod krwiożerczym spojrzeniem prześladowcy”.
Inni konserwatywni rewolucjoniści określali Republikę Weimarską jako „symbol obcego panowania”, „stan trwałej półsuwerenności”, „francuski protektorat”, „polityczną formę bezsiły i upokorzenia”, „politycznego eunucha”, „kolonię reparacyjną”. Carl Schmitt pisał o „narzuconej z zewnątrz strukturze posiadającej jedynie tyle politycznej substancji, ile potrzeba do wypełnienia zobowiązań finansowych wobec zagranicy”. Wszystkie partie rządzące w Republice Weimarskiej to, zdaniem konserwatywnych rewolucjonistów, wyłącznie ekspozytury obcych interesów, rodzimi okupanci, którzy wypełniając zlecenie zagranicznych mocarstw dążą do likwidacji niemieckiej racji stanu. Niemcy są, według Jüngera, jedynie obiektem międzynarodowego wyzysku, na dodatek kolonizowanym duchowo przez zwycięzców. Dlatego najważniejszym celem politycznym było zniszczenie Republiki Weimarskiej – tego „bękarta dyktatu wersalskiego” mającego za zadanie doprowadzenie do „helotyzacji Niemców”, tego „przyczółka wroga”, tej „zagranicy w kraju” służącej jedynie kontynuacji wojny przeciw narodowi niemieckiemu. Państwo Weimarskie to w rzeczywistości niby-państwo, „państwo pozorne”, w którym panują miernoty, a jego demokratyczno-liberalny system jest źródłem anarchii (Edgar J. Jung).
Republika Weimarska to „fasada, za którą kryje się dyktatura związków zawodowych” (Oswald Spengler), „fasada i przedpokój niewidzialnych i nieodpowiedzialnych władców i sponsorów” (Carl Schmitt), pseudopaństwowość rządzona przez „politycznych bankrutów i impotentów”, „zarządca masy upadłościowej Rzeszy Niemieckiej”, „społeczeństwo zorganizowane jako państwo, w którym parlament jest organem partyjnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością” (F. G. Jünger), państwo zredukowane przez grupy interesów gospodarczych do roli „chłopca na posyłki” (Hans Freyer), państwo partyjne, gdzie „wszystkie sprawy publiczne zamieniają się w obiekty kompromisu i łupu partii i sitw, a polityka odległa od tego, aby być sprawą elit, stała się dość pogardzanym geszeftem dla dość pogardzanej klasy ludzi” (Carl Schmitt), demokracja „zepsiała do poziomu fasady i kłamstwa” (Hans Freyer).
Jünger uważał Republikę Weimarską za jakieś pokraczne anty-państwo, w którym przeżuwa się „trzy razy wyplute frazesy rewolucji francuskiej”. Państwa niemieckiego i polityki niemieckiej właściwie nie ma, trzeba je dopiero stworzyć, trzeba, aby na gruzach Republiki Weimarskiej odrodziła się Rzesza Niemiecka i zajęła właściwą jej mocarstwową pozycję. Demokratyczny system Republiki Weimarskiej był dlań podobnie jak dla Spenglera „samobójstwem narodu”, władzą miernot pełną „krzyków politycznych szarlatanów i cukierników”. Uważał, że „zgniły mechanizm parlamentarnej demokracji” „oczyszcza jak odkurzacz wszelkie resztki postawy moralnej i charakteru”. Zgadzał się ze swoim bratem, że demokracja opiera się na kobiecych instynktach, „zabiera państwu miecz, obrabowuje je z liktorskich rózeg, podporządkowuje większościom, wbudowując w nie instytucje o socjalnym charakterze”.
W demokracji parlamentarnej Republiki Weimarskiej rozszerza się zgnilizna, wszędzie panuje zaduch korupcji, rządzą łajdacy i odbiorcy diet poselskich, krecią robotę prowadzą partie, uprawiana jest obrzydliwa „demokratyczna propaganda kulturalna”, demon fałszu wypełnia wszystkie formy, parlament jest źródłem anarchii. Innymi słowy „plutokratyczny demoliberalizm spada na państwo jak sęp na padlinę” (F. G. Jünger). Dlatego autor W stalowych burzach postulował, aby zadać śmiertelny cios demoliberalizmowi z jego „adwokatami, gazetowymi pismakami, mówcami, szarlatanami i oczywiście z jego gromadami ćwierćinteligentów”. Według Jüngera nie ma innej drogi jak tylko radykalna rewolta przeciw systemowi promującemu „rozwiązły indywidualizm” będący istotą demokracji, przeciw partiom będącym „głównymi nosicielami do cna zdeprawowanego i nikczemnego światopoglądu”, przeciw „politycznemu zgiełkowi targowisk, na których z wielkim krzykiem oferuje się władzę”, przeciw systemowi będącemu jedynie „spiskiem przeciwko państwu i narodowi”, przeciw czasom, „w których wszystko, w co wierzyliśmy i za co niezliczeni oddali swe życie, zdaje się pogrążać w otchłani nikczemności”.
Demokracja Weimarska to „bezsens i zdrada”, chaos, brak formy, dezintegracja i rozkład, niezdolne do życia prowizorium, gdzie „grabarze sami sobie kopią groby”, kraina na wpół wypalonych ruin i niechlujnie wzniesionych nowych budowli, kraj, gdzie toczą się „groteskowe kampanie reklamowe o głosy wyborcze”, gdzie „kanalie piszą w gazetach, których styl dopasowany jest do smaku zarządców burdeli”, gdzie „podłość maskuje się nakładając sobie szminkę wzniosłego człowieczeństwa”. Stąd całkiem logiczny postulat: „należy życzyć sobie, aby nadszedł dzień, w którym cały ten motłoch do kości wyżarty zostanie przez chlor, tak aby proces jego samozniszczenia stracił przynajmniej smród zgnilizny”. Zaś w innym miejscu pisał: „Afery Dreyfusa i skandale Panamy w tej listopadowej republice zaczynają się piętrzyć i trzeba nauczyć się wreszcie ostrzyć noże na osełkach gniewu dostarczanego gratis przez wrogów”. I wreszcie: „Dzień, w którym parlamentarne państwo runie w naszym uścisku, i w którym proklamujemy narodową dyktaturę, będzie naszym największym świętem”.
NOWY NACJONALIZM W ATAKU
Ten, kto w przyszłości jeszcze raz użyje w odniesieniu do nas śmiesznego i godnego kosmopolitycznego filistra określenia „naród poetów i myślicieli”, ten winien zostać skazany za zdradę ojczyzny.
(Ernst Jünger)
Jünger z dumą określał się jako nacjonalista i stwierdzał, że słowo to jest dlań „uświęcone przez nienawiść wykształconego i niewykształconego motłochu, przez armię oportunistów ducha i materii”. Swój nacjonalizm definiował jako „wiarę w siłę życiową narodu, wielkiej wspólnoty losu, w której człowiek uczestniczy poprzez narodziny. Nacjonalizm jest wolą, aby żyć dla tego narodu jako dla nadrzędnej istoty, której egzystencja ważniejsza jest niż egzystencja jednostki. Żar tej wiary i zdecydowanie tej woli określają wielkość narodu. Czy ta wiara i ta wola odnoszą się do wartości dających się ująć logicznie, jest sprawą nieistotną; w każdym przypadku mogą one osiągnąć nadzwyczajną siłę”.
Idei narodu muszą podporządkować się inne wartości. Nie istnieje ludzkość „jako kolektywna istota z centralnym sumieniem i jednolitym prawem”, lecz tylko konkretne, odrębne narody, nie ma obywateli świata i Europejczyków, ale Niemcy, Francuzi czy Włosi (operowanie pojęciem „ludzkości” oznaczałoby, zdaniem Jüngera, uznanie za rzecz najważniejszą „przynależność do określonego gatunku ssaków”). Dlatego nacjonaliści muszą przeciwstawić się siłom antynarodowym dążącym do wytworzenia mieszaniny pozbawionej narodowej specyfiki, pragnącym dokonać kosmopolitycznej „esperantyzacji” narodów. Co warte podkreślenia, Jüngerowski nacjonalizm nie opiera się na nienawiści i pogardzie dla innych narodów, jest to bowiem „nacjonalizm agonalny”, mający swe źródło w ogólnej koncepcji życia, opierającej się na przekonaniu, że walka – podobnie jak miłość – należy do jego praform.
Wróg jest naturalnym składnikiem walki, tak samo jak i my mającym swoje prawa i realizującym swoje cele (należy do porządku życia, że kąsa nas żmija; rozumiemy, że jest to jej dobre prawo i nie mamy do niej pretensji czy żalu, ale nie przeszkadza nam to w rozdeptaniu jej łba). Jeśli toczy się walka, to dlatego, że te prawa i cele wchodzą ze sobą w konflikt, ponieważ każde prawo rozszerza swój zakres tak dalece, jak tylko to jest możliwe. Walczące narody poprzez walkę stają się magiczną jednością, a w wyższym wymiarze zanika sprzeczność celów, linie losu wrogów splatają się i przecinają. Wrogowie są równocześnie równoprawnymi partnerami, zwyciężony nawet po śmierci żyje w zwycięzcy, który z kolei zawdzięczamu istotną część swej postaci. Dlatego w ramach agonalnego nacjonalizmu jestczymś oczywistym, że angielski lotnik zrzuca wieniec na morze w miejscu, gdzie zatonął samolot niemieckiego asa lub to, że niemiecki weteran skłania głowę przed grobem Nieznanego Żołnierza w Paryżu [15]. Ponieważ nacjonaliści odrzucają to, co ogólne, powszechne i abstrakcyjne na rzecz tego, co odrębne, konkretne, specyficzne, dlatego wyłącznie oni są tymi, którzy potrafią być naprawdę otwarci wobec obcych. Tylko nacjonaliści potrafią „stanąć naprzeciw zewnętrznego świata z radosną otwartością wojowników, o których każdy wie, czego można od nich oczekiwać”. Potrafią powiedzieć także do wroga: „Bądź w pełni taki, jakim jesteś. Działaj tak, jak chce od ciebie los. W ten sposób wyświadczasz także mnie, i światu najlepszą przysługę”.
Nowy nacjonalizm reprezentowany przez Jüngera chce, aby inni pozostali wierni sobie zachowując swoją narodową tożsamość: „Francja Barresa [16] jest nam milsza niż Francja Barbusse’a, gdyż między starymi żołnierzami frontowymi więcej jest godności i poczucia bezpieczeństwa niż między adwokatami i literatami, którym liberalistyczny frazes służy jako żagiel korsarski. Leży w naturze rzeczy, że tylko między dwoma zdrowymi sąsiadami można pozostać zdrowym i tylko wobec obcej odrębności można utrzymać czystą swoją własną odrębność”. Innymi słowy, jest rzeczą pożądaną, żeby nacjonalizm zwyciężył także w innych krajach, nawet jeśli wiadomo, że każdy nacjonalizm z większą siłą dążyć będzie do realizacji własnych praw i celów, którym inni przeciwstawić muszą własne prawa i cele. Lepiej jest, zdaniem Jüngera, żyć pośród sensownych tworów, niż być otoczonym przez „płynną breję, bez charakteru, bez formy, bez własnej odrębności”.
Nowy nacjonalizm to nacjonalizm dokonujący radykalnego zerwania z tradycyjnym, konserwatywnym czy liberalnym nacjonalizmem ery wilhelmińskiej i odcinający się „zarówno od reakcjonistów, jak i romantyków, utopistów i naprawiaczy świata”, gdyż wszyscy „oni nie żyją w naszym czasie”. Nowy nacjonalizm ma być „dynamiczny, płomienny, pokrewny witalnej energii wielkich miast”. Jünger odrzuca mity plemiennej wspólnoty i „staroświecki” nacjonalizm zeszłego wieku, które pogrzebane zostały na polach bitewnych I wojny światowej i zmielone na proch w młynach industrialno-technicznej epoki. Zwracając się do nacjonalistów pisał: „Stare więzi zostały zerwane. Odpowiedzialni jesteście tylko wobec przyszłości i jest to najwyższy rodzaj odpowiedzialności”. Tradycja to, według Jüngera,nie „ustalona forma, ale żywy i wieczny duch, za którego manifestacje odpowiedzialne jest każde pokolenie”. Nie chce mieć nic wspólnego z patriotycznymi rytuałami mieszczuchów i tzw. porządnych obywateli troszczących się o „prawo i porządek”, lecz wzywa na barykady w imię realizacji niemieckiej idei: „W czasie wojny być nacjonalistą to chcieć umrzeć za ojczyznę, dzisiaj oznacza to wzniesienie sztandaru rewolucji dla piękniejszych i potężniejszych Niemiec”.
W innym miejscu pisał: „Jesteśmy tego samego zdania co Karol Marks, że nie chodzi o to, aby interpretować świat, ale o to, aby go zmieniać”. Nowi nacjonaliści kierują swój atak przeciw wszystkim, którzy chcieliby pasożytować na ideach i koncepcjach ery wilhelmińskiej: „Ścierwo lwa od dawna jest pożarte i już wkrótce robaki skoczą sobie do gardła”. Jüngerowski nacjonalizm ma w pogardzie „kramarzy i fabrykantów marcepanów”, jego awangardę stanowią „pełnokrwiści mężczyźni, którzy z rozkoszą i miłością angażują się w sprawę”, „ludzie, którzy są niebezpieczni, ponieważ lubią być niebezpieczni” i potrafią „spojrzeć brutalnie w twarz brutalnej rzeczywistości”.
Naczelną zasadą nowego nacjonalizmu powinna być według Jüngera totalna negacja istniejącego systemu politycznego. Zarówno opozycja, jak i współpraca ze znienawidzonym systemem oznaczają jego afirmację. Celem powinna być negacja polegająca na izolowaniu się od państwa, wzięciu go głodem, na tworzeniu państwa w państwie, samodzielnego, jeśli idzie o idee i środki władzy, których należy użyć. Jünger postuluje, aby nacjonaliści nie brali udziału w żadnych wyborach czy plebiscytach, lecz czujni, gotowi, uzbrojeni stali z boku, żeby „przyśpieszyć nieunikniony proces rozkładu, któremu podlegają siedziby pustej gadaniny”. W ten sposób zdławiony zostanie dopływ najlepszych do systemu: „szkoda krwi dla pompowania jej w parlamentarne labirynty”.
Nie wolno „uczestniczyć w konkurencyjnej walce o głosy wyborcze i miedziaki zwolenników”, gdyż w przeciwnym razie nacjonaliści dadzą się zainfekować (tak jak stało się to z NSDAP) duchem partyjniactwa i pogrążą się w „parlamentarnym rejwachu”. Stąd zdecydowane żądanie Jüngera: „Ani jednego głosu na jakąkolwiek partię!”. Trzeba uniknąć fatalnego rozdarcia pojawiającego się wówczas, gdy teoretycznie uznaje się jakąś instytucję za niemoralną, ale praktycznie się w niej uczestniczy tak jak czynią to narodowi socjaliści. Postawa nacjonalistów musi pozostać czysta, nietknięta przez głosowania i kompromisy: „Jesteśmy dynamitem pod skorupą istniejącego państwa, mającym zrobić wyrwę dla nowego państwa”. Kiedy ta skorupa pęknie, „na powierzchnię wyjdą siły, które nie pobrudziły sobie rąk przygotowując się do budowy nowego państwa opartego nie na głosowaniach, lecz na surowym autorytecie”. Tych nacjonalistów, co być może od wierności idei woleliby „skorumpowane powietrze listopadowego państwa”, Jünger napomina: „Czy boicie się represji, prześladowań i zakazów? Młody ruch, który nie rośnie dzięki nim, nie zasługuje na nic lepszego niż miejsca w parlamencie”.
Mimo iż Jünger poprzez swoją publicystykę próbował niekiedy wpływać na organizacyjny kształt nowego nacjonalizmu (np. w ogłoszonym na łamach „Standarte” słynnym artykule Połączcie się! nawołującym nacjonalistyczne grupy i grupki do zjednoczenia), to nacjonalizm był dla niego nie tyle ruchem co „poruszającą ideą”, „wspólnotą nowego światopoglądu”, zbudowaną z więzi innych i mocniejszych niż te będące efektem noszenia w klapie takiego samego znaczka partyjnego. Idzie nie o partyjne odznaki, ale o odznaki serca, które nie kłamią. Nowy nacjonalizm nie chce panowania mas, ale osobowości i charakteru, jest elitarnym, duchowym ruchem ludzi ponad wszystko przedkładających dobro narodu. O ile np. dla narodowych socjalistów liczą się masy, to dla nacjonalistów „liczba nie ma znaczenia, i takie zjawisko jak Spengler z żelazną konsekwencją przemilczane przez demokrację więcej waży niż sto miejsc w parlamencie”.
Doborowe oddziały nacjonalistów, pisze Jünger, skupiać powinny nie widoki na zwycięstwo, ale sama wola walki. Siła idei przejawia się dla nich w tym, że żąda się ofiar, a nie w tym, że obiecuje się zapłatę. Nacjonalistów ożywianych męskim, żołnierskim duchem i kierujących się hasłem „żadnych kompromisów, żadnych głosowań, żadnych koncesji” pcha do walki nie „płaski interes, lecz popęd serca pragnącego się bezinteresownie roztrwonić”. Jüngerowski nacjonalizm uwalnia się stopniowo z organizacyjnych więzi, gdyż tylko w ten sposób ocalona być może „krystaliczna czystość idei”. W jednym ze swych artykułów przypomina Jünger bajkę o księżniczce-czarodziejce walczącej z czarownikiem. Walka ta przebiega w stu postaciach. W końcu księżniczka zamienia się w jabłko granatu, które rozpryskuje się na ziemi w tysiąc ziaren. Wówczas czarownik przemienia się w koguta i zaczyna pracowicie wydziobywać ziarna. Ale jednego ziarna nie zauważa, i to ono zamienia się w płomień, który go atakuje i spala na popiół. I dalej pisze Jünger:
„Pytany jestem czasami o to, co jest znamieniem prawdziwego nacjonalisty. Więc odpowiadam: ten, kto to, co niemieckie jak takie ostatnie, niewidzialne i odporne na każdą magię ziarno, którego nie dotyka żadna zmiana postaci i które w każdej chwili skrywa w sobie śmiercionośny płomień woli – kto więc to, co niemieckie tak przechowuje w sobie, milczące, nie do zaatakowania i w każdej chwili gotowe do ataku, ten jest w moich oczach nacjonalistą”.
Tu widać wyraźnie, że jüngerowski nowy nacjonalizm nie jest ujętą w organizacyjne karby ideologią, ani tym bardziej partyjnym programem, lecz z jednej strony metapolityczną ideą, a z drugiej wewnętrzną postawą duchową nieskalaną kompromisami bieżącej polityki: „nasza flaga nie jest ani czerwona, ani czarno-czerwono-złota, ani czarno-biało-czarna, jest to flaga nowej, potężniejszej Rzeszy, osadzonej w naszym sercu i z niego kształtowanej. Nadejdzie dzień, kiedy tę flagę będzie można rozwinąć w całej jej czystości”. W innym miejscu napisze Jünger swoje słynne, wielokroć cytowane słowa:
„W dzisiejszych czasach nie można pracować dla Niemiec w towarzystwie. Należy to robić samotnie jak człowiek wyrąbujący sobie maczetą ścieżkę w dżungli, którego podtrzymuje na duchu jedynie nadzieja, że gdzieś w gęstwinie inni ludzie robią to samo”.
SEN O RZESZY
Poprzez zniszczenie Republiki Weimarskiej wiedzie droga do restytucji Rzeszy Niemieckiej. Choć dawna Rzesza, jak pisał Jünger, zapadła się w ogniu i krwi i nigdy już nie zmartwychwstanie w swojej dawnej formie, to jednak „tak jak nie wszystka krew została przelana, lecz tylko jej część, ofiara mająca przyspieszyć wieczny nurt i nadać wyższą temperaturę życiu, także i to, co w starej Rzeszy było czymś więcej niż formą, nie zostanie utracone”. Mimo klęski nadal istnieją „inne”, „tajemne Niemcy”, te „niewidzialne czerpiące z delikatnych źródeł wiary korzenie przyszłości, dla których jakiekolwiek natężenie nadziei, pracy i czynu nie jest daremne”. Polityczna publicystyka Jüngera jest wezwaniem do służby owym „tajemnym Niemcom”, do służby dla Rzeszy będącej wieczną utopią i najwyższym przejawem niemieckiej idei. Powstające i upadające królestwa znaczą poszczególne etapy jej drogi. Na tym poziomie, stwierdza Jünger, mamy do czynienia ze strategią opartą na metafizycznych operacjach, których niedoskonałym odbiciem w widzialnym świecie są bitwy i koronacje, rewolucje i konstytucje. Istnieje konkretna ojczyzna, „krąg bytu, który pączkuje, rozwija się i przemija”. Ale „ponad nim unosi się wyższy, promieniujący krąg, bardziej delikatny, a jednak nieprzemijalny, jak tęczowy blask ponad fontanną, która ciągle na nowo wystrzela w górę i znowu opada. Ten blask jest znakiem całości, niemieckiej idei, duchowej rzeczywistości spoczywającej w wieczności”.
Jünger – bohater wielkiej wojny[17] – z niesłychaną pasją broni „odrębnej drogi” Niemiec i w całości odrzuca ideologię, jaką zwycięzcy chcieliby narzucić pokonanym. Niemiecka idea stoi według niego w zasadniczej opozycji wobec wartości „Zachodu” i jego „cywilizacji”. Jego publicystyka polityczna jest apelem do wojennego i powojennego pokolenia, aby nie pozwoliło na to, żeby jego entuzjazm „skierowany został w mętne kanały przeciętności”, aby pamiętało o „cnotach wojowników, o bezwarunkowym pierwszeństwie idei przed wszystkimi dobrami materialnymi, o odwadze, odpowiedzialności, koleżeństwie, męstwie, porządku i dyscyplinie”, i aby pozostało wierne niemieckiej idei czerpiąc z pokładów heroizmu, jaki przejawił się na polach bitewnych I wojny światowej, która choć została przegrana, to w wyższym porządku zachowała swój sens i wartość, ponieważ ofiara śmierci i danina krwi nie były daremne. Albowiem wbrew temu, co głoszą „profeci bezsensu” „to, w imię czego umierają mężczyźni, nigdy nie jest bezsensowne. Nawet klęska ma swój sens” [18]. W innym artykule pisał: „W głębinach krateru wojna posiada sens, którego nie przemoże żadna sztuka kalkulacji. (…) Rządzi tutaj płodna anarchia pochodząca z żywiołów ziemi i ognia, i skrywająca zarodek nowego panowania. Tutaj zarysowuje się nowy rodzaj zbrojeń, który swą broń chce wykuć z czystszej, twardszej, na każdym oporze wypróbowanej rudy”.
W jednym z artykułów Jünger pisze o statku wojennym, którego kontury rysują się w szarym tumanie morskiej mgły. Ten pancerny kolos, alegoria materii, produkt czysto technicznego rozumu, twór absolutnie celowy i użyteczny wyposażony jest jednak w coś, co pochodzi ze sfery irracjonalnej, co wydaje się zbędne i nie pasujące do całości. Na jego dziobie powiewa maleńka, kolorowa chorągiewka, właściwie bezużyteczna, lecz to ona i tylko ona sprawia, że żelazo, z którego zbudowany jest okręt, warte jest więcej niż złom. To ona pozwala zrozumieć sens „ostatniego oddechu rozrzutnie oddanego na okrzyk »hurra«, zanim lodowata woda zamknęła na zawsze usta. Ten okrzyk puka do bram Wieczności”. To idea, to wiara, którą symbolizuje mała, kolorowa chorągiewka, powoduje, że „okręt ożywa i zdaje się być podobny do dumnego zwierzęcia skaczącego ze starego godła”. Zamiast martwego żelastwa mamy „kotły podgrzewane ogniem życia, kolby i osie tryskające iskrami krwi, kable i druty wykonane z substancji nerwów, czerwone płomienie u wylotu dział jak rozżarzony oddech”.
Nowy nacjonalizm i „agonalny imperializm”, których rzecznikiem jest Jünger opiera się wprawdzie na akceptacji nowych instrumentów techniki będących równocześnie instrumentami walki o panowanie, ale odwołuje się zawsze do sfery duchowej, bo tam właśnie toczą się decydujące bitwy. Idea państwowa i narodowa jest martwa, jeśli nie jest wyposażona w ową małą, kolorową chorągiewkę reprezentującą wiarę w wieczną ideę Rzeszy, która przybrać ma kształt Imperium Germanicum będącego najwyższą i ostateczną formą charakteru narodu niemieckiego.
WEIMAR IST ÜBERALL!
Matematyka życia ma własne prawa: zgodnie z nią całość jest czymś więcej niż sumą swoich części, małżeństwo czymś więcej niż mężczyzną i kobietą, przyjaźń czymś więcej niż dwoma ludźmi, naród czymś więcej niż może to wyrazić wynik powszechnego spisu ludności. To dziwne Więcej, ta irracjonalna wielkość życia nie dająca się zważyć, zmierzyć, policzyć lub w jakiś inny sposób wykalkulować, wydaje nam się tym, co naprawdę czyni życie wartym życia.
(Ernst Jünger)
Bunt Jüngera nie kierował się wyłącznie przeciw konkretnym formom politycznym Republiki Weimarskiej, lecz miał charakter bardziej ogólny i uderzał w cały światopoglądowy gmach oparty na wartościach i ideach Oświecenia, na kulcie rozumu i postępu zabijającym wszystko, co tajemnicze, na abstrakcyjnych prawach człowieka, na utylitarnym i czysto racjonalnym podejściu do rzeczywistości. Cała epoka od proklamowania praw człowieka do wojny światowej przepełniona była wiarą w to, co ogólne i powszechne („powszechne prawa człowieka, powszechna oświata, powszechna służba wojskowa, powszechne prawo wyborcze i powszechna nikczemność będąca rezultatem tego wszystkiego”) [19]. Ogólnym, powszechnym, abstrakcyjnym celom i postulatom uważanym przez niego za cele i postulaty masy przeciwstawia Jünger to, co odrębne, konkretne, szczególne. To, co powszechne i abstrakcyjne można bowiem jedynie ważyć, mierzyć i liczyć, natomiast to, co szczególne, jest wartościowane i szacowane.
Rewolta Jüngera kieruje się przeciw całemu światu egalitarnej masowej demokracji, w którym nie ma już miejsca na wartości heroiczne, na bohaterstwo i świętość, przeciw światu, gdzie panują „mięczakowate wzruszenia »ostatnich ludzi«, których można spotkać zabłąkawszy się do kina”, gdzie pleni się kult rekordu będącego ultima ratio demokracji, „pożądliwy indywidualizm toruje drogę nihilizmowi”, wszechobecna jest psychologia czytelników gazet, a psychoanaliza podniesiona zostaje do rangi światopoglądu; przeciw światu „ulotnych tworów, lakierowanych fasad pokrytych europejską politurą”, w którym zachodzi „postępująca katalogizacja wszystkich wartości w wielkim spisie cen”, przeciw cywilizacji opartej na cenie i użyteczności wszystkich rzeczy, dla której „między niebem a ziemią nie istnieje nic, z czego nie można by wyciągnąć profitu”.
W jednym ze swoich artykułów Jünger przypomina utwór Villiers de Isle Adama, w którym francuski pisarz przewiduje, że nadejdzie dzień, kiedy przestrzeń nieba zostanie rozparcelowana i wydzierżawiona jako powierzchnia reklamowa dla proszku do prania i pasty do butów. Dzień ten, uważa Jünger, jest już bardzo bliski. Nic też dziwnego, że „styl wojennych lub pokojowych rezolucji nie różni się niczym, co leży w naturze epoki, od stylu, w którym jako największe błogosławieństwo zachwala się proszek do prania i środki przeczyszczające”.
Bunt Jüngera wymierzony jest przeciw ideologii równości, przeciw mechanicystycznemu ujęciu ludzkiej egzystencji polegającemu na tym, że życie duszy widziane jest jako ciąg przyczyn i skutków, a wszystko, co symboliczne i pełne siły, żar wiary i heroiczna wola ofiary są wyśmiewane i poddane rozkładowi. Odrzuca on utylitarną, „przemoralizowaną” ideologię racjonalizmu, której celem jest podporządkowanie tego, co elementarne, niebezpieczne i nieobliczalne „Rozumowi”[20]. Wszystko, co nie pasuje do mieszczańskiej „utopii bezpieczeństwa”, co wymyka się czysto racjonalnym kalkulacjom, ma zostać przezwyciężone przez „Rozum”, wojna lub zbrodnia uznane za błąd, którego można uniknąć wychowując i oświecając ludzi. Takiemu podejściu do życia dominującemu w świecie materialistycznej, utylitarystycznej, „Pompei współczesnej cywilizacji” przeciwstawia Jünger system wartości heroicznych; płaskiej, banalnej i nudnej egzystencji anonimowych kółek w machinie egalitarnej demokracji masowej – egzystencję mistyka, wierzącego, że jego dusza łączy się z Bogiem, uniesienie świętego, osamotnienie męczennika, żar miłości, bohaterstwo wojownika rzucającego się w kipiel bitwy, odurzające wizje artysty. Święty i wojownik są reprezentantami najwyższego człowieczeństwa – pierwszy przez cierpienie, drugi poprzez walkę, obaj zdolni do przypieczętowania swojej idei ofiarniczą śmiercią, będącą równocześnie przejawem najgłębszej i najsilniejszej afirmacji życia. W świecie Wielkiej Kalkulacji, gdzie dominuje „kawiarniana ironia i moralizatorski patos”, gdzie wszystko podlega kryterium użyteczności, ideały świętości i bohaterstwa uważane są za „nieracjonalne” i „przestarzałe”. Ale właśnie one, i tylko one, powinny być dla człowieka punktami odniesienia, tworzyć dlań ponadczasowy paradygmat określający formę jego bytowania.
Istnieją wartości absolutne, „wartości wojowników i świętych roztaczające blask nad krwią pól bitewnych i głowami ukrzyżowanych” i powinni o nich pamiętać szczególnie ludzie żyjący w czasach, kiedy „cała prasa zajęta jest tym, aby odwagę przedstawiać jako coś bezsensownego, a tchórzostwo jako moralny postulat”. Nasze wartościowania, pisze Jünger, winny być wartościowaniami heroicznymi, wartościowaniami wojowników, a nie wartościowaniami kramarzy pragnących mierzyć świat swoim łokciem: „Nie chcemy tego, co użyteczne, praktyczne i przyjemne, ale tego, co konieczne, tego, czego chce los”. Dlatego Jünger nawołuje, aby odwrócić się od „lodowatego chłodu przenikającego stare formy”, przejawiającego się w polityce jako demoliberalizm, w nauce jako mechaniczna krzątanina, w sztuce jako techniczna zręczność, w religii jako niewiara, w królestwie miłości jako egoizm.
Jünger pragnie życia opartego na woli, „która chce widzieć i kształtować życie od strony losu i od strony krwi” [21]. Jest to „wola nowej arystokracji”, „wola wybranej elity najdzielniejszych, których ducha nie jest w stanie złamać żaden materiał świata i która czuje się powołana do rządzenia”. Ta nowa elita, nowa „rasa” [(22], której przedstawiciele „z rozkoszą potrafią wysadzić się w powietrze i w akcie tym zobaczyć jeszcze potwierdzenie ładu”, to ludzie z „mózgiem zimnym jak lód i z rozpłomienionym sercem”, „nie potrzebujący masońskich znaków, żeby się rozpoznać”, bo wiedzą, że „masoneria krwi silniejsza i płodniejsza jest niż wszystkie loże świata”. Wiedzą oni również, że wszystkie formy upadają, „tylko wewnętrzna siła pozostaje ta sama”. Ponieważ ich walka pod wieloma względami ma charakter kontrreformacji, dlatego posiadać powinni jezuickie cnoty. Muszą „chcieć i wierzyć”, być zdolni do tego, aby dać się porwać, wciągnąć w regiony czystsze, inne niż „wielka pustka”, wzbić się ponad „codzienną małą demagogię”, muszą w swoim najgłębszym wnętrzu zachować wieczny niepokój, który nie pozwoli im zmarnieć w „zaduchu partyjnej rupieciarni”, i z radością rzucić wyzwanie światu, gdyż „tak jak będący symbolem światła diament, który lekkość swego ognia zawdzięcza naciskowi ziemi, tak prężność życia rośnie wraz z każdym ciężarem, który przezwycięża”.
To oni są „heroicznymi realistami” nie mającymi już udziału ani w idealizmie dziadów, ani w racjonalizmie ojców, dążącymi do tego, by pojąć „ową substancję, ową warstwę bezwarunkowej rzeczywistości, której jedynie manifestacjami są zarówno idee, jak i racjonalne wnioski”. Szukają oni „nie rozwiązań, ale konfliktów”, sądzą bowiem, że w ostrości i twardości tych konfliktów przejawia się „wieczny sens życia”. Wierzą, że „tajemnice krwi i płci, płodzenia, narodzin i śmierci, wojny, miłości i nienawiści wciągają nas w ową niebezpieczną przestrzeń, w dramatyczny krąg pełen ruchu i niepewności, gdzie życie jest twardsze – ale równocześnie barwniejsze i piękniejsze”. Opisując swój nacjonalizm, który „nie szuka tego, co mierzalne, ale miary”, stwierdza Jünger, że manifestuje się w nim „nie obrzydzenie do partii czy określonych warstw ludzi, ale wstręt do całej epoki, epoki, którą należy przebyć szybko bez marnowania wewnętrznych rezerw, gdyż nie jest w niej możliwe żadne na trwale spojone królestwo wartości. Ta epoka przypomina martwy teren pomiędzy okopami, przez który trzeba przenieść energię życia, a nie dom, w którym można by zamieszkać”. Ten dom trzeba dopiero zbudować. Będzie to „organiczna konstrukcja” – konstrukcja, ponieważ nie ma już czego konserwować, organiczna, gdyż zbudowana na planie i na fundamentach tego, „co obowiązuje zawsze”.
Dla Jüngera, najbardziej skrajnego głosiciela „duchowej irredenty”, to, co go otacza, zasługuje jedynie na zniszczenie. Pierwsza część zadania, jakie należy wykonać jest natury anarchicznej:
„Naszą nadzieję pokładamy w młodych ludziach cierpiących na podwyższoną temperaturę, gdyż zżera ich zielony ropień obrzydzenia, w duszach wypełnionych dumą hiszpańskich grandów, w tych, którzy podobni do chorych skradają się pomiędzy porządkiem koryt. Naszą nadzieję pokładamy w rewolcie, która przeciwstawia się panowaniu przytulności i która potrzebuje broni zniszczenia przeciw światu form, potrzebuje materiału wybuchowego po to, aby przestrzeń życia wymieciona została dla nowej hierarchii”.
Zniszczenie nie jest dla Jüngera celem samym w sobie, ale drogą ku nowym więziom, nowym formom i nowym budowlom. Najpierw „ogniste powietrze” oczyścić musi „bezbarwne, bezosobowe i znienawidzone medium”, na które składają się „wielka pustka, bezpłodność i zimna praca mózgów, której nie ogrzewa uderzenie serca”. Albowiem „świat maszyn musi być znowu zaludniony przez ludzi. I być może wcale nie tak trudno jest być człowiekiem”.
W liście do jednego z przyjaciół pisał Jünger o zbliżaniu się do wulkanów skąpanych w różowawym świetle. Tę wulkaniczną strefę przejdą tylko ci, których naturalnymi żywiołami są ogień i ziemia, ludzie zdolni poprzez ogień zwietrzyć kształty przyszłego ładu.Po „wielkiej czystce przez nicość”, po przejściu przez „ciemne siły chaosu” nadejdzie czas tworzenia i budowania. Pisał: „Musimy wierzyć, że wszystko jest sensownie uporządkowane, w przeciwnym razie stoczymy się ku gromadzie wewnętrznie uciśnionych, zniechęconych, poprawiaczy świata albo będziemy żyli z dnia na dzień jak cierpliwe zwierzęta”. A w innym miejscu stwierdzał: „Od dawna maszerujemy ku magicznemu punktowi zerowemu, który przekroczyć zdoła jedynie ten, kto dysponuje innymi, niewidocznymi źródłami siły”. Pokonanie tego magicznego punktu zerowego obrazuje, jak ujął to Armin Mohler w swej książce Konserwatywna Rewolucja w Niemczech, wiarę w bezwarunkowe zniszczenie, które nagle przemienia się w bezwarunkowe stworzenie. Albowiem „zgnilizna nie dotyka najistotniejszego jądra. (…) Z tym, co pozostaje wiążemy naszą nadzieję”.
KU INNYM BRZEGOM
Wystrzegajmy się największego niebezpieczeństwa, jakie istnieje – baczmy, aby życie nie stało się dla nas czymś zwyczajnym. Niezależnie jaką materię trzeba opanować i jakie środki są do dyspozycji – owa temperatura krwi, która wchodzi w bezpośrednią styczność, nie może zostać utracona. Wróg, który ją posiada jest dla nas cenniejszy niż przyjaciel, który jej nie zna.
(Ernst Jünger)
W jednym ze swoich artykułów przywołuje Jünger obraz z dawnych czasów, kiedy to „umarłych wypychano na płonących łodziach w morską kipiel na ostatnią drogę”. Obraz ten można sparafrazować tak, aby na płonących łodziach płynęli żywi, a nie martwi ludzie. Bo taka właśnie była duchowa sytuacja Jüngera – pruskiego anarchisty, który przez kipiel historii na płonącej łodzi płynie ku nieznanym brzegom „uzbrojony jedynie w imperatyw serca, tylko wobec niego odpowiedzialny, wędrujący poprzez chaos sił w poszukiwaniu zasadniczych miar nowych porządków”, przeczuwający, że pod ruchem i zmianą kryje się „wielka, spoczywająca harmonia bytu”. Podczas tej wędrówki Jünger – najbardziej radykalny apostoł najbardziej skrajnej prawicy, ten prawicowy anarchista o „franciszkańskich tęsknotach i twardości Savonaroli”, podkładający intelektualne bomby pośród „demokratycznych dekoracji wystawowych” oddala się od polityki [23], a zbliża do innych wymiarów ludzkiej egzystencji rozpoznając zagrożenie polegające na „wątpieniu w rzeczywistość snów, w istnienie sfery, w której obowiązują zasady odważniejszego, szlachetniejszego życia, krótko mówiąc, wątpienie w to, że istnieje człowiek”.
Politycznej gorączce spalającej Jüngera w tamtych latach i znajdującej swój wyraz w dziesiątkach prasowych artykułów towarzyszy podskórny „surrealistyczny” nurt ujawniający się w opublikowanej w 1929 roku pierwszej wersjiAwanturniczego serca, a potem w całkowicie na nowo opracowanej wersji drugiej, wydanej w roku 1938. Książka ta jest podróżą do świata czystej refleksji, w świat języka określanego przez formę i styl, w świat snów, wyobraźni i wizji, świat owadów i kwiatów, barw, zapachów, dźwięków i smaków, ku cudownemu, pełnemu tajemnic, wspaniałemu kosmosowi „magicznego realizmu”. Jak napisał jeden z badaczy jego twórczości Heimo Schwilk, Awanturnicze serce jest „tajną księgą rewolty, brewiarzem dla »heroicznego realisty« wierzącego, że po drugiej stronie zniszczenia tego, co jest, kryją się formy nowego, istotniejszego ładu” i że, jak pisał Jünger, „każdy ład nosi w swym łonie sny, w których postanowiony jest jego upadek, a każdy sen rozwija się w pąk krystalicznego porządku”. Pod powierzchnią codzienności, pod duszącą powłoką czysto racjonalnego, abstrakcyjnego utylitaryzmu kryje się „mistyczna wspólnota w magicznym świecie »awanturniczego serca«”, a poprzez zniszczone i umarłe formy prześwituje to, co niezniszczalne i nieśmiertelne, poprzez to, co zmienne i ulotne, to, co stałe i wieczne. Drobiny piasku w klepsydrze życia są już po drugiej stronie. Ernst Jünger, z rozkoszą biorący udział w „minerskiej robocie”, aby wysadzić w powietrze ohydną i zmurszałą budowlę „starego świata” wędruje teraz ku innym wymiarom, ku innym brzegom, aby odkrywać „nieznane wyspy i czarodziejskie rafy w naszym wewnętrznym archipelagu” i aby później w powieści Na skałach marmurowych (1939) napisać:
„…dlatego wpierw potrzebni byli ludzie prawa i nowi teologowie, którzy widzą zło wyraźnie – od wierzchołka aż po najdelikatniejsze korzenie; a dopiero później cios konsekrowanym mieczem, który jak błyskawica przenika mroki. Dlatego jednostki powinny żyć w związkach mocniejszych i jaśniejszych niż kiedyś, jako poszukiwacze nowego skarbu prawowitości”.
Nieco poprawiona wersja artykułu, który ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26 (1995).
Przypisy
1. W latach 1925-1926 Jünger na krótko związał się z organizacją byłych żołnierzy frontowych „Stahlhelm”. Unikał zawsze podporządkowania się „kolektywnemu egoizmowi partii”. Pisał, że nie wolno ulegać dogmatycznej petryfikacji poglądów i „zagrzewać miejsca w żadnej skórze i żadnej partii”, ponieważ tylko wówczas „spojrzenie bezbłędnie kieruje się ku strefie głębokiej płodności, i ponieważ ma się wtedy najmniej do obrony, a równocześnie najsilniej można zaatakować”. Uważał, że należy porzucać nazwy i ideowopolityczne etykiety zachowując jedynie żywotną siłę, „która w tych niespokojnych i u podstaw bezforemnych czasach oblec się jeszcze musi w tę czy inną skórę” . Trzeba, gdy to konieczne, porzucać rusztowania budowli i być zawsze gotowym, aby „siekierę stolarzazamienić w topór wojenny”. Odejście ze „Stahlhelmu” spowodowane było również rozczarowaniem do działalności organizacji kombatanckich, które jego zdaniem wchodziły w zbyt wielki kompromis z panującym systemem oddając się na usługi „rozwodnionej polityki partyjnej”, co spowodowało, że nadawały się jedynie do „tworzenia szpalerów w trakcie różnych uroczystości, pochodów, marszów paradnych i kostiumowych festynów”. Również „Stahlhelm” działał, zdaniem Jüngera, w tej „wyspecjalizowanej branży wielkiego politycznego geszeftu”, jakim stało się w Niemczech „zaklinanie krwi poległych”. Stądjego pogardliwe określenie „niewypały wielkiej wojny”, którym ochrzcił stahlhelmowców.
2. Wprawdzie Jünger bezustannie głosił rewolucję, jednak wierny swojemu „metapolitycznemu powołaniu” na tym poprzestawał. Stąd jeden ze współczesnych krytyków nazwał go „filistrem rewolucji” zauważając, że prawdziwi rewolucjoniści nie piszą, ale działają.
3. „Vormarsch” był pismem kapitana HermannaErhardta, domniemanego szefa organizacji „Consul”podejrzewanej o szereg mordów politycznych okresie Republiki Weimarskiej. Nie jest jednak rzeczą pewną, czy organizacja „Consul” w ogóle istniała.
4. Te związki młodzieżowe wywodzące się z ruchu „Wandervogel” (Wędrowny Ptak) należą do bardzo interesujących zjawisk politycznych i kulturalnych Republiki Weimarskiej. Cinacjonalistyczni hipisi czy też prawicowe „dzieci-kwiaty” to kierowani przez „brodatych proroków”, zasiedlający opuszczoną przez chłopów ziemię i tworzący wiejskie komuny, romantyczni buntownicy uciekający od nudy mieszczańskiego świata „na łono przyrody”, wyznający kult wędrówki, obozowego ogniska i wspólnego śpiewu. Pierwsza faza niemieckiego ruchu młodzieżowego była chaotyczną rebelią przeciw światu dorosłych, która później przechodzi w fazę bardziej konkretnego i zorganizowanego działania politycznego.
5. Ernst Niekisch (1889-1967) – czołowy przedstawiciel tzw. narodowego bolszewizmu, po 1933 roku prowadzi nielegalną działalność polityczną, aresztowany w 1937 roku i uwięziony. W 1939 roku skazany na dożywotnie więzienie. Wychodzi na wolność na poły sparaliżowany i prawie całkiem ślepy w 1945 roku. Do śmierci mieszka w Berlinie Zachodnim, w latach 1948-1954 wykłada socjologię na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie Wschodnim. W ostatnich latach życia bezskutecznie stara się o uznanie go przez władze zachodnioniemieckie za ofiarę narodowego socjalizmu. Do jego najbardziej znanych prac należą Hitler – niemieckie fatum(1932) i Trzecia figura imperialna(1935).
6. Wydawca „Deutsches Volkstum” Wilhelm Stapel (1882-1954) swoje zasadnicze idee sformułował w książce Chrześcijański mąż stanu. Teologia nad nacjonalizmu(1932).
7. O swojej współpracy z różnymi organami prasowymi napisał Jünger: „Uważam gazety i czasopisma za rodzaj środków komunikacji używanych już choćby z tego powodu, że uczestniczy się w nowoczesnym życiu. Są one rodzajem omnibusów, do których się wsiada nie mając wpływu na jakość pasażerów i które opuszcza się dokładnie w tym punkcie, który chciało się osiągnąć. Wszystko, poza własnym bagażem, nie ma tu żadnego znaczenia”.
8. Nie ukazał się nigdy zapowiadany w 1926 roku manifest Jüngera Podwaliny nacjonalizmu.
9. Robotnik jest kulminacją obecności Jüngera w życiu publicznym tamtych lat. Staje się bestsellerem sezonu jesiennego 1932 roku i jest szeroko komentowany.
10. Oprócz brata Friedricha Georga i wymienionych wyżej Ernsta von Salomona, Ernsta Niekischa (z którym łączyła go długoletnia przyjaźń) i Wilhelma Stapela do ludzi bliskich Jüngerowi należeli m.in. Arnolt Bronnen, Karl Otto Paetel, Helmut Franke, Franz Schauwecker, Friedrich Hielscher, Werner Lass, Albrecht Erich Günther, Hartmut Plaas (autor wydanej w 1930 roku książki Oskarżamy. Nacjonaliści w kazamatach burżuazji). W tamtych latach spotykał się Jünger z anarchistą i poetą Erichem Mühsamem, Bertoltem Brechtem, Josephem Goebbelsem (który chciał pozyskać go dla narodowego socjalizmu i miał mu zazdrościć sławy literackiej), Otto Strasserem – liderem lewegoskrzydła NSDAP, komunistą Ernstem Tollerem. Przyjaźnił się z Carlem Schmittem, z rumuńskim Żydem, pisarzem Valeriu Marcu, który najpierw był komunistą, a potem dołączył do prawicy. Po latach pisał:
„Żyliśmy wówczas jak w jaju, z którego wykluć się miał Lewiatan. (…) Współtowarzysze zostali zamordowani, udali się na emigrację, rozczarowali się lub zajmują wysokie stanowiska w armii, w kontrwywiadzie lub w partii. Ale wszyscy, którzy jeszcze chodzą po tej ziemi, będą zawsze chętnie mówić o tych czasach; żyło się wówczas mocno w idei. Tak wyobrażam sobie Robespierre’a w Arras”. W innym miejscu porównał tamte kółka nacjonalistów do ludzi skupiających się przed wymarszem wokół obozowego ogniska. Stąd niezwykła intensywność idei i emocji, pełna niepokoju atmosfera wyczekiwania na coś, co musi nadejść, a co jest nieznane, podwyższona temperatura chwili, kiedy wszystko jest jeszcze możliwe, napięcie przed akcją, która, kiedy nastąpi, przyniesie toporne, nieodwołalne rozstrzygnięcia”.
11. Jünger odrzucał marksizm i komunizm, bo uważał, że są ostatnim słowem „bezkrwistej demokratycznej inteligencji”, „późnymi spadkobiercami liberalizmu, ostatnią i najbardziej płaską konsekwencją czysto racjonalnego światopoglądu”. Niemieckich komunistów, którzy o niego zabiegali (Karl Radek stwierdził, że pozyskanie dla KPD kogoś takiego jak Jünger byłoby więcej warte niż wszystkie nowe głosy wyborców razem wzięte), inaczej niż rosyjskich bolszewików, traktował raczej pogardliwie: „Rosyjska rewolucja miała narodowy charakter. Internacjonalizm rozszerzył tylko jej możliwości ekspansji. Gdyby nasi komuniści mieli tyle substancji i siły przekonań, aby wznieść się ku takiemu napoleońskiemu internacjonalizmowi ze stolicą w Berlinie zamiast w Moskwie, to można by się z nimi dogadywać”. W rewolucji bolszewickiej podziwiał Jünger zdecydowanie i siłę, zdolność do pokonania wrogów wewnętrznych i stałą walkę na granicach imperium. Włoski faszyzm to według niego „bez wątpienia nic innego jak późne stadium liberalizmu, uproszczona i skrócona procedura, niejako brutalna stenografia liberalistycznej konstrukcji państwowej, która dla nowoczesnego smaku stała się nazbyt obłudna i nazbyt sloganowa, a przede wszystkim nazbyt uciążliwa” (nie znaczy to, że neonacjonalista Jünger nie znajdował od czasu do czasu cieplejszych słów dla Mussoliniego i jego ruchu). Natomiast NSDAP dążyła, według niego, do mieszczańskiego państwa narodowego w tym sensie, jaki temu pojęciu nadała tzw. zachodnia cywilizacja. W 1927 roku narodowi socjaliści zaproponowali Jüngerowi mandat deputowanego do Reichstagu. Jünger propozycję odrzucił stwierdzając, że napisanie jednej linijki jest dla niego czymś znacznie cenniejszym niż reprezentowanie 60 tys. głupców w parlamencie. Choć silnie podkreślał różnice pomiędzy swoim „nowym nacjonalizmem” a narodowym socjalizmem, to nie uważał narodowych socjalistów za wrogów politycznych.
12. Ernst von Salomon (1902-1972) walczył we freikorpsach na Śląsku i Łotwie. Uczestnik puczu Kappa, członek podziemnych grup nacjonalistycznych, którego miłość do ojczyzny pchnęła na manowce terroryzmu. W 1922 roku ofiarą zamachu „prawicowych desperados”, którzy wypowiedzieli otwartą wojnę państwu, padł minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Von Salomon pomagał w przeprowadzeniu zamachu, a potem organizował ucieczkę zabójców. W latach 1922-1928 odbywał karę więzienia. Oprócz świetnej powieści Potępieni(1929) osnutej na motywach zamachu napisał kilka innych: Miasto(1932), Kadeci (1933) i Ankieta (1951). W Republice Federalnej należał do neutralistów, czyli przeciwników przystąpienia Niemiec do NATO, co zbliżyło go politycznie do lewicy. Do końca życia mówił o sobie: „Ich bin Preusse”.
W sierpniu 1926 roku w piśmie „Standarte”, którego Jünger był współwydawcą, zabójcy Rathenaua i Erzbergera (twórca rezolucji pokojowej w 1918 roku, sygnatariusz zawieszenia broni w Compiegne minister finansów w latach 1919-20, zamordowany w 1921 roku) uczczeni zostali jako „nacjonalistyczni męczennicy” (władze wydały wówczas zakaz ukazywania się pisma przez trzy miesiące). W przedmowie do książki Walka o RzeszęJünger gloryfikował prawicowy terroryzm, nie tylko zamachy na wyżej wymienionych polityków, ale i tzw. Fememorde dokonywane na ludziach, którzy zdradzili swoich współtowarzyszy z konspiracyjnych, nielegalnych lub półlegalnych organizacji (niem. Feme to tyle co „sąd kapturowy”): „Ze zdumieniem usłyszą kiedyś ludzie, że znaleźli się sędziowie, którzy uznali, te za twarde czyny, konieczne w sytuacjach, kiedy zdrada przynosiła śmierć i dlatego też musiała oznaczać śmierć, najodpowiedniejszą nagrodą jest więzienie. Ale powinniśmy też usłyszeć, że nacjonalizm jest dumny z tych więźniów”.
13. Należy mieć oczywiście na uwadze fakt, że tym wibracjom podlegały właściwie wszystkie kraje Europy. Ale Niemcy były bez wątpienia przypadkiem szczególnym.
14. Friedrich Georg Jünger (1898-1977), podobnie jak jego brat Ernst, parał się najpierw publicystyką polityczną. W 1939 roku napisał opublikowany dopiero w siedem lat później traktat Perfekcja techniki, przy którym oskarżenia techniki formułowane przez współczesnych Zielonych brzmią tak, jakby zostały napisane przez entuzjastów elektrowni atomowych.
15. Jünger zasadniczo odrzucał kult Nieznanego Żołnierza uważając, że jest on typowy dla egalitarnej demokracji masowej i pochodzi ze „sfery nieheroicznej agitacji”. W jednym z artykułów pisał:
„W sercu Paryża pod Łukiem Tryumfalnym spoczywa Nieznany Żołnierz. Zachodnia świadomość podnosi go do rangi symbolu właściwego paladyna cywilizacji. I jest czymś bardzo znaczącym, że we wszystkich krajach biorących udział w wielkiej wojnie dąży się do tego, aby uczestniczyć w tym kulcie Nieznanego Żołnierza, którego platońska idea znajduje się w Paryżu. Nie jest czymś przypadkowym, że na tym samym Łuku Tryumfalnym wyryte są nazwy napoleońskich bitew. Tak samo jak po pierwszej rewolucji, wraz z którą rozpoczął się zwycięski marsz postępu, każda choćby najmniejsza miejscowość musiała mieć swoje »drzewko wolności«, tak i dzisiaj po katastrofie ważniejszej i bogatszej w konsekwencje, znaczonej wojnami i wojnami domowymi, która wielkie zasady Rozumu wyniosła do planetarnego władztwa, w centrum każdej stolicy umieszczono relikwiarze z prochami jednego z poległych w imię tych zasad. Chwała wojownikom bez względu na to, za jaką sprawę polegli! Ale dla nas oznaczałoby to zdradę tych tajemnych Niemiec, w których realność wierzymy, gdybyśmy brali udział w tym kulcie Nieznanego Żołnierza”.
W innym tekście napisze, że kult Nieznanego Żołnierza może być płodny jedynie jako „wyraz najbardziej wewnętrznej i zdecydowanej hierarchii rang”: „Biały promień płomienia bijący z asfaltu, powinien być dla młodzieży oddającej mu cześć, symbolem tego, że nie wygasła wśród nas boska iskra, że ciągle istnieją serca odczuwające potrzebę ostatniego oczyszczenia, oczyszczenia przez, płomień, i że braterstwo tych serc jest jedyną rzeczą, do której warto dążyć”.
16. Maurice Barres (1862-1923) – francuski pisarz, publicysta i polityk. Ważna postaćfrancuskiego nacjonalizmu.
17. W czasie wojny Jünger był czternastokrotnie ranny. Jest ostatnim żyjącym kawalerem najwyższego odznaczenia pruskiego – orderu Pour le Merite ustanowionego w 1740 roku przez Fryderyka Wielkiego i nie odnowionego w okresie II wojny światowej. Zanim Jünger w 1918 roku otrzymał ten order, odznaczony został Krzyżem Żelaznym I Klasy, Krzyżem Rycerskim Hohenzollernów i Złotą Odznaką Rannego.
18. Warto tu dodać, że Jünger odrzucał „legendę o ciosie nożem w plecy” popularną na prawicy niemieckiej uważając, że fałszuje ona i spłaszcza głębszy sens klęski wojennej Niemiec. Pisał: „Przegraliśmy wojnę (…) dlatego, że nie byliśmy dostatecznie dojrzali, aby ją wygrać”.
19. W ideowym manifeście Specjalne prawo nacjonalizmu stwierdził Jünger: „Proklamowanie powszechnych praw człowieka pochodzi z tego samego źródła co powszechny obowiązek służby wojskowej, który uczynił możliwymi straszliwe formy ostatniej wojny. Doświadczyliśmy także, że powszechne prawo wyborcze w najmniejszym stopniu nie złagodziło ostrości politycznych walk. Wręcz przeciwnie”.
20. Jünger nie jest oczywiście wyznawcą płaskiego i mętnego irracjonalizmu. Przeciwstawia się jedynie roszczeniom „Rozumu” i jego kultowi. Rozum jest dla niego tylko jednym z narzędzi poznania.
21. Los, którego centralnym organem jest serce, należy do podstawowych kategorii używanych przez Jüngera. „Krew” u Jüngera to nie pojęcie biologiczne, ale duchowe, „palny materiał spalany przez metafizyczny płomień losu”. Uważał, że „krew uprawomocnia się nie przez czystość, ale przez dokonania”, i że „tylko na kamieniu probierczym losu krew udowadnia swoją wartość”. Wspólnotę krwi, o której często pisze, tworzą przede wszystkim więzi natury duchowej, a nie biologicznej. Pisał, że krew bez losu jest jak nie naładowana bateria, jak igła kompasu bez pola magnetycznego. Odrzucał wszelkie próby udowadniania wartości krwi metodami „naukowymi”. Załoga wojennego statku idącego na dno z łopoczącą flagą, oddział żołnierzy ginących „z pogardą dla materii i z dziką afirmacją wyższego bytu” są dla Jüngera wspólnotami krwi „pełnymi heroicznego uczucia i wspaniałej przekory”.
22. Również „rasa” nie jest dla Jüngera zjawiskiem biologicznym, ale duchowym. Pisał: „Nic nie chcemy słyszeć o chemicznych reakcjach, o domieszkach krwi, o kształtach czaszek i aryjskich profilach – to wszystko musi wyrodzić się w eksces i dzielenie włosa na czworo i otworzyć intelektowi bramy do królestwa wartości, które może on jedynie zniszczyć, ale nigdy pojąć”.
23. W 1927 roku Jünger przeprowadza się do Berlina, aby być w centrum politycznych wydarzeń i obserwować z bliska życie nowoczesnej metropolii. W tamtym okresie jest Jünger „najbardziej głodny ludzi”, by potem wieść życie coraz bardziej pustelnicze. W 1933 roku opuszcza Berlin i przenosi się na prowincję powtarzając, jak pisał jeden z badaczy jego twórczości, wzór życia tych arystokratów, którzy w czasach starożytnych lub na początku nowożytnych mieli zwyczaj wycofywać się do swoich wiejskich posiadłości chroniąc się przed władzą demosu lub tyrana. To, że po „liberalnych gadułach” przyjdą „technicy władzy” wiedział Jünger już w 1927 roku, kiedy napisał, że władza przypadnie tym, którzy potrafią mobilizować demokrację i że więź z masami będzie po prostacku mechaniczna i opierać się będzie na barbarzyńskich instynktach. Odejście Jüngera od polityki nie było spowodowane wyłącznie czynnikami zewnętrznymi, czyli dojściem do władzy narodowych socjalistów. Zawsze był outsiderem, a jego główną więzią była nie więź organizacyjna, ale więź ze słowem. Nawet będąc zaangażowanym uczestnikiem pozostawał chłodnym obserwatorem starając się w każdych warunkach zachować niezależność i „spokój salamandry”. Był „wędrowcem pomiędzy dwoma światami” i w końcu oddał się bez reszty swemu pisarskiemu powołaniu. W tym sensie określenie „wewnętrzna emigracja” odnosi się nie tylko do postawy Jüngera w okresie III Rzeszy, ale do jego postawy w ogóle.
