«
»

Idee, Portrety

ERNST JÜNGER – LATA BURZY I NAPORU. PUBLICYSTYKA POLITYCZNA PRUSKIEGO ANARCHISTY

12.11.09 | brak komentarzy

Trzeba na własnym ciele poczuć noże bólu, jeślichce się nimi operować pew­nie i z zimną krwią.

(Ernst Jünger)

Tomasz Gabiś

Ernst Jünger był, i jest, przede wszystkim powieściopisarzem i eseistą, auto­rem znakomitych dzienników, jednym z największych stylistów w literaturze niemieckiej XX wieku. Ale był w jego ży­ciu okres, kiedy z wielką pasją rzucił się w wir polityki, chociaż, zaznaczmy od razu, nigdy nie był formalnie członkiem żadnej partii politycznej, organizacji czy ruchu [1]. Bardziej niż politycznym aktywistą był Jünger w latach 1925-1932, bo o tym okresie mowa, publicystą, „rozsiewaczem idei” działającym w sferze „metapolitycznej” i nie troszczącym się o polityczną karierę [2]. Początkowo współredaguje „Standarte. Tygodnik no­wego nacjonalizmu” (organ związku bo­jowego „Stahlhelm”). Później wchodzi do redakcji „Arminiusa” określającego się jako „walczące pismo niemieckich nacjonalistów”, następnie współpracuje z „pismem nacjonalistycznej młodzieży” „Vormarsch” [3], potem z czasopismem „Die Kommenden” adresowanym do członków prawicowych organizacji młodzieżowych [4], a w końcu trafia do narodowo-rewolucyjnego czasopisma „Widerstand” kierowanego przez Ernsta Niekischa [5]. Swoje teksty publikuje także na łamach innych czasopism, ta­kich jak hamburski miesięcznik „Deutsches Volkstum” [6], „Ja und Nein”, „Die Literarische Welt”, „Das Reich”, „Der Student”, „Der Tag” [7]. Pisze wstępy, redaguje i wydaje książki zbiorowe: Walka o Rzeszę, Wojna i wojownicy, Oblicze wojny światowej. Przeżycia frontowe niemieckich żołnierzy, Niezapomniani, Niebezpieczna chwila, Potrzeba lotnictwa, Tu mówi wróg. Przeżycia wojenne naszych przeciwników, serię Koncentracja i album Zmieniony świat [8]. Wreszcie w 1932 roku publikuje słynny traktat Robotnik. Władztwo i forma bytu [9].

Lata 1925-32 to dla Jüngera czas, „w którego kalendarzach zaznaczone na czerwono dni losu przypadały bardzo blisko siebie”. Cały ten okres da się streścić za pomocą obrazu, który pojawi się później w Drugim dzienniku paryskim: jest to czas, kiedy wszystkie drobiny życia jak ziarnka pia­sku w klepsydrze dążą do punktu największej gęstości i najsilniejszego tarcia. Ta pierwsza faza podlega prawu koncentracji, wąskiego gardła, Totalnej Mobilizacji. Dopiero w drugiej fazie, kiedy ziarenka piasku miną szyjkę klepsydry, te same atomy życia będą się odkładać na jej dnie i nawarstwiać, już uspokojone, rozłożone bardziej równomiernie i upo­rządkowane.

Droga polityczna Jüngera wiedzie przez coraz mniejsze grupy i grupki, przez coraz bardziej izolowane, o coraz mniejszym czytelniczym zasięgu czasopisma, aż po kółka politycznych ideologów wiodących w berlińskich mansardach i hamburskich piwnicach niekończące się, gorączkowe dyskusje o wszystkim [10]. Późniejszy autor Subtelnych łowównależy wówczas do najbardziej radykalnego skrzydła prawicowej opozycji, do „trockistów” prawicy, frondystów z tradycyjnego, mieszczańskiego nacjonalizmu, ale nawet w ramach tych prawicowych sekt zawsze należy do mniejszości pozostając samotnikiem, outsiderem, indywidualistą głoszącym „anarchię z prawa”, chodzącym zawsze własnymi ścieżkami i krążącym w „czystej stratosferze idei”. Jest „radykalnym radykałem”, bezkompromisowym politycznym purytaninem, lancknechtem ducha, ascetycznym wojownikiem idei odrzucającym jakąkolwiek więź z istniejącym systemem parlamentarnej demokracji. Jest tym człowiekiem (by posłużyć się jego własnym określeniem), który widząc, jak inni wchodzą w kompromis z systemem, „zrywa flagę z masztu i chowa ją na gołym ciele”, aby uratować ją przed oportunistami i zdrajcami idei. Uważał, że toczące się wokół walki o „flagi i znaki, ustawy i dogmaty, porządki i systemy” to jedynie walki pozorne. To, co potrzebne, to „nie odpowiedzi, ale ostrzejsze stawianie pytań, nie sztandary, ale bojownicy, nie porządki, ale rewolty, nie systemy, ale ludzie”. Był zwolennikiem absolutnej czystości środków znającym jedynie wybór „albo-albo” czy też „wszystko albo nic”. Odrzucał reguły gry narzucone przez parla­mentarną demokrację, sam udział w wyborach był już dlań podtrzymywaniem mechaniki znienawidzonego systemu. Toteż nie może dziwić opinia wyrażona w jednej z ówczesnych gazet, że dla Jüngera i jemu podobnych Hitler i komuniści to reakcyjni filistrze [11]. Zdaniem Jüngera polityka jest kontynuacją wojny przy pomocy innych środków, szczególnie, że dla Niemców wojna nie skończyła się w 1918 roku, ona trwa nadal, także w dziedzinie duchowej i musi być kontynuowana aż do zwycięstwa. Pisał dla pokolenia (do którego sam się zaliczał) „żonglerów śmierci, mistrzów dynamitu i ognia, wspaniałych drapież­ców”, do ludzi „spłodzonych w rozżarzonym łonie okopów”, którym „aż do zwymiotowania obrzydły przeżute frazesy Oświecenia” i którzy muszą walczyć dalej jako polityczni żołnierze tak długo, aż z Republiki Weimarskiej nie pozostanie kamień na kamieniu. Jünger jako polityczny publicysta lat 1925-32 to (jak go określił jeden z jego lewicowych krytyków) intelektualny drapieżnik czy też intelektualny desperado, który „przechodząc mimo wrzuca ręczny granat do nor zimowych śpiochów” i „wszędzie podkłada ogień”, dynamitard zakładający wybuchowe ładunki idei pod zmurszałą, przegniłą, wartą jedynie wysadzenia w powietrze budowlę demoliberalizmu, i wyznający otwarcie, że „uczestnictwo w tych robotach strzelniczych” należy do „wielkich i strasznych rozkoszy naszych czasów”.

KRAJOBRAZ WOJNY DOMOWEJ

Działalność polityczną i publicystyczną Jüngera widzieć należy na tle historycznej sytuacji Niemiec pokonanych w wojnie i przechodzących gwałtowną transformację systemu politycznego. Klęska wojenna, upadek monarchii i arystokracji, wejście na arenę polityczną wielkich mas ludzkich i nowych elit były przyczyną, że, jak opisał to wspaniale w swojej powieści Potępienidobry znajomy Jüngera Ernst von Salomon [12], Rzesza Niemiecka obleczona w kształt Republiki Weimarskiej popadła w stan wewnętrznego rozdygotania, całe ciało społeczne poddane zostało wstrząsom, drganiom i wibracjom [13]. Brat Ernsta Friedrich Georg [14] napisał we wstępie do albumu Oblicze demokracji(1931), że Niemcy pogrążone są w stanie ciągłego niepokoju i permanentnej rewolucji z puczami, strajkami, walkami ulicznymi, buntami, mordami politycznymi i zamachami. Była to, jak pisał F. G. Jünger, walka wszystkich ze wszystkimi, czas, w którym instytucje państwowe nie fun­kcjonowały, a naród podlegał procesowi stałej rewolucjonizacji.

Rzesza Niemiecka była w okresie Republiki Weimarskiej jednym „diabelskim kotłem” (Ernst von Salomon), wielkim wirem politycznym, pulsującym kłębowiskiem ideologii i światopoglądów, terytorium, na którym rozbiły namioty swoich wojskowych obozowisk wrogie polityczne armie. Jak ujął to Ernst Jünger: „Klasa, rasa, partia, naród – każda wspólnota jest krainą samą dla siebie, otoczoną wałami i gęstym drutem kolczastym. Po­między nimi pustynia. Dezerterzy są rozstrzeliwani. Od czasu do czasu organizuje się wypady i rozbija nawzajem czaszki”.

ŚMIERĆ WEIMAROWI!

W takiej atmosferze ukrytej wojny domowej Ernst Jünger i inni przedstawiciele tzw. konserwatywnej rewolucji formułowali swój zasadniczy i radykalny sprzeciw wobec Republiki Weimarskiej i jej polityki, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. Dla Jüngera traktat wersalski, zwany przezeń oczywiście dyktatem, stanowił przejaw politycznego kanibalizmu, któremu należało przeciwstawić się wszelkimi możliwymi środkami. Zaciekły wróg „niechwalebnej rewolucji 1918 roku” nazywanej przez niego „brukwianą rewolucją będącą czymś z gruntu nieczystym”, w pełni zgadzał się z Oswaldem Spenglerem i Moellerem van den Bruckiem, że była to „rewolucja parweniuszy”, „rewolucja podłości, głupoty i zdrady”, której jedynym celem było wymuszenie podwyżek płac i zapew­nienie posad dla partyjnych funkcjonariuszy. Całkowicie podzielał opinie swo­ich przyjaciół na temat rzeczywistości powojennych Niemiec. Np. Ernst Niekisch pisał, że Republika Weimarska to „zwierzę ofiarne pochylające pokornie kark pod krwiożerczym spojrzeniem prześladowcy”.

Inni konserwatywni rewolucjoniści określali Republikę Weimarską jako „symbol obcego panowania”, „stan trwałej półsuwerenności”, „francuski protektorat”, „polityczną formę bezsiły i upokorzenia”, „politycznego eunucha”, „kolonię reparacyjną”. Carl Schmitt pisał o „narzuconej z zew­nątrz strukturze posiadającej jedynie tyle politycznej substancji, ile potrzeba do wypełnienia zobowiązań finansowych wobec zagranicy”. Wszystkie partie rządzące w Republice Weimarskiej to, zdaniem konserwatywnych rewolucjoni­stów, wyłącznie ekspozytury obcych interesów, rodzimi okupanci, którzy wypełniając zlecenie zagranicznych mo­carstw dążą do likwidacji niemieckiej racji stanu. Niemcy są, według Jüngera, jedynie obiektem międzynarodowego wy­zysku, na dodatek kolonizowanym duchowo przez zwycięzców. Dlatego najważniejszym celem politycznym było zniszczenie Republiki Weimarskiej – tego „bękarta dyktatu wersalskiego” mającego za zadanie doprowadzenie do „helotyzacji Niemców”, tego „przyczółka wroga”, tej „zagranicy w kraju” służącej jedynie kontynuacji wojny przeciw na­rodowi niemieckiemu. Państwo We­imarskie to w rzeczywistości niby-państwo, „państwo pozorne”, w którym panują miernoty, a jego demokratyczno-liberalny system jest źródłem anarchii (Edgar J. Jung).

Republika Weimarska to „fasada, za którą kryje się dyktatura związków zawodowych” (Oswald Spengler), „fasada i przedpokój niewidzialnych i nieodpowiedzialnych władców i sponsorów” (Carl Schmitt), pseudopaństwowość rządzona przez „politycznych bankrutów i impotentów”, „zarządca masy upadłościowej Rzeszy Niemieckiej”, „społeczeństwo zorganizowane jako państwo, w którym parlament jest organem partyjnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością” (F. G. Jünger), państwo zredukowane przez grupy interesów gospodarczych do roli „chłopca na posyłki” (Hans Freyer), państwo partyjne, gdzie „wszystkie sprawy publiczne zamieniają się w obiekty kompromisu i łupu partii i sitw, a polityka odległa od tego, aby być sprawą elit, stała się dość pogardzanym geszeftem dla dość pogardzanej klasy ludzi” (Carl Schmitt), demokracja „zepsiała do poziomu fasady i kłamstwa” (Hans Freyer).

Jünger uważał Republikę Weimarską za jakieś pokraczne anty-państwo, w którym przeżuwa się „trzy razy wyplute frazesy rewolucji francuskiej”. Państwa niemieckiego i polityki niemieckiej właściwie nie ma, trzeba je dopiero stworzyć, trzeba, aby na gruzach Republiki Weimarskiej odrodziła się Rzesza Niemiecka i zajęła właściwą jej mocarstwową pozycję. Demokratyczny system Republiki Weimarskiej był dlań podobnie jak dla Spenglera „samobójstwem narodu”, władzą miernot pełną „krzyków politycznych szarlatanów i cukierników”. Uważał, że „zgniły mechanizm parlamentarnej demokracji” „oczyszcza jak odkurzacz wszelkie resztki postawy moralnej i charakteru”. Zgadzał się ze swoim bratem, że demokracja opiera się na kobiecych instynktach, „zabiera państwu miecz, obrabowuje je z liktorskich rózeg, podporządkowuje większościom, wbudowując w nie instytucje o socjalnym charakterze”.

W demokracji parlamentarnej Republiki Weimarskiej rozszerza się zgnilizna, wszędzie panuje zaduch korupcji, rządzą łajdacy i odbiorcy diet poselskich, krecią robotę prowadzą partie, uprawiana jest obrzydliwa „demokratyczna propaganda kulturalna”, demon fałszu wypełnia wszystkie formy, parlament jest źródłem anarchii. Innymi słowy „plutokratyczny demoliberalizm spada na państwo jak sęp na padlinę” (F. G. Jünger). Dlatego autor W stalowych burzach postulował, aby zadać śmiertelny cios demoliberalizmowi z jego „adwokatami, gazetowymi pismakami, mówcami, szarlatanami i oczywiście z jego gromadami ćwierćinteligentów”. Według Jüngera nie ma innej drogi jak tylko radykalna rewolta przeciw systemowi promującemu „rozwiązły indywidualizm” będący istotą demokracji, przeciw partiom będącym „głównymi nosicielami do cna zdeprawowanego i nikczemnego światopoglądu”, przeciw „politycznemu zgiełkowi targowisk, na których z wiel­kim krzykiem oferuje się władzę”, przeciw systemowi będącemu jedynie „spi­skiem przeciwko państwu i narodowi”, przeciw czasom, „w których wszystko, w co wierzyliśmy i za co niezliczeni oddali swe życie, zdaje się pogrążać w otchłani nikczemności”.

Demokracja Weimarska to „bezsens i zdrada”, chaos, brak formy, dezintegracja i rozkład, niezdolne do życia prowizorium, gdzie „grabarze sami sobie kopią groby”, kraina na wpół wypalonych ruin i niechlujnie wzniesionych nowych budowli, kraj, gdzie toczą się „groteskowe kampanie reklamowe o głosy wyborcze”, gdzie „kanalie piszą w gazetach, których styl dopasowany jest do smaku zarządców burdeli”, gdzie „podłość maskuje się nakładając sobie szminkę wzniosłego człowieczeństwa”. Stąd całkiem logiczny postulat: „należy życzyć sobie, aby nadszedł dzień, w którym cały ten motłoch do kości wyżarty zostanie przez chlor, tak aby proces jego samozniszczenia stracił przynajmniej smród zgnilizny”. Zaś w innym miejscu pisał: „Afery Dreyfusa i skandale Panamy w tej listopadowej republice zaczynają się piętrzyć i trzeba nauczyć się wreszcie ostrzyć noże na osełkach gniewu dostarczanego gratis przez wrogów”. I wreszcie: „Dzień, w którym parlamentarne państwo runie w naszym uścisku, i w którym proklamujemy narodową dyktaturę, będzie naszym największym świętem”.

NOWY NACJONALIZM W ATAKU

Ten, kto w przyszłości jeszcze raz użyje w odniesieniu do nas śmiesznego i godnego kosmopolitycznego filistra określenia „naród poetów i myślicieli”, ten winien zostać skazany za zdradę ojczyzny.

(Ernst Jünger)

Jünger z dumą określał się jako nacjonalista i stwierdzał, że słowo to jest dlań „uświęcone przez nienawiść wykształconego i niewykształconego motłochu, przez armię oportunistów ducha i mate­rii”. Swój nacjonalizm definiował jako „wiarę w siłę życiową narodu, wielkiej wspólnoty losu, w której człowiek uczest­niczy poprzez narodziny. Nacjonalizm jest wolą, aby żyć dla tego narodu jako dla nadrzędnej istoty, której egzystencja ważniejsza jest niż egzystencja jednostki. Żar tej wiary i zdecydowanie tej woli określają wielkość narodu. Czy ta wiara i ta wola odnoszą się do wartości dających się ująć logicznie, jest sprawą nie­istotną; w każdym przypadku mogą one osiągnąć nadzwyczajną siłę”.

Idei narodu muszą podporządkować się inne war­tości. Nie istnieje ludzkość „jako kole­ktywna istota z centralnym sumieniem i jednolitym prawem”, lecz tylko konkret­ne, odrębne narody, nie ma obywateli świata i Europejczyków, ale Niemcy, Francuzi czy Włosi (operowanie pojęciem „ludzkości” oznaczałoby, zdaniem Jüngera, uznanie za rzecz najważniejszą „przynależność do określonego gatunku ssaków”). Dlatego nacjonaliści muszą przeciwstawić się siłom antynarodowym dążącym do wytworzenia mieszaniny pozbawionej narodowej specyfiki, pragnącym dokonać kosmopolitycznej „esperantyzacji” narodów. Co warte podkreślenia, Jüngerowski nacjonalizm nie opiera się na nienawiści i pogardzie dla innych narodów, jest to bowiem „nacjonalizm agonalny”, mający swe źródło w ogólnej koncepcji życia, opierającej się na przekonaniu, że walka – podobnie jak miłość – należy do jego praform.

Wróg jest naturalnym składnikiem walki, tak samo jak i my mającym swoje prawa i realizującym swoje cele (należy do porządku życia, że kąsa nas żmija; rozumiemy, że jest to jej dobre prawo i nie mamy do niej pretensji czy żalu, ale nie przeszkadza nam to w rozdeptaniu jej łba). Jeśli toczy się walka, to dlatego, że te prawa i cele wchodzą ze sobą w konflikt, ponieważ każde prawo rozszerza swój zakres tak dalece, jak tylko to jest możliwe. Walczące narody poprzez walkę stają się magiczną jednością, a w wyższym wymiarze zanika sprzeczność celów, linie losu wrogów splatają się i przecinają. Wrogowie są równocześnie równoprawnymi partnerami, zwyciężony nawet po śmierci żyje w zwycięzcy, który z kolei zawdzięczamu istotną część swej postaci. Dlatego w ramach agonalnego nacjonalizmu jestczymś oczywistym, że angielski lotnik zrzuca wieniec na morze w miejscu, gdzie zatonął samolot niemieckiego asa lub to, że niemiecki weteran skłania głowę przed grobem Nieznanego Żołnierza w Paryżu [15]. Ponieważ nacjonaliści odrzucają to, co ogólne, powszechne i abstrakcyjne na rzecz tego, co odrębne, konkretne, specyficzne, dlatego wyłącznie oni są tymi, którzy potrafią być naprawdę otwarci wobec obcych. Tylko nacjonaliści potrafią „stanąć naprzeciw zewnętrznego świata z radosną otwarto­ścią wojowników, o których każdy wie, czego można od nich oczekiwać”. Potrafią powiedzieć także do wroga: „Bądź w pełni taki, jakim jesteś. Działaj tak, jak chce od ciebie los. W ten sposób wyświadczasz także mnie, i światu najlepszą przysługę”.

Nowy nacjonalizm re­prezentowany przez Jüngera chce, aby inni pozostali wierni sobie zachowując swoją narodową tożsamość: „Francja Barresa [16] jest nam milsza niż Francja Barbusse’a, gdyż między starymi żołnierzami frontowymi więcej jest godności i poczucia bezpieczeństwa niż między adwokatami i literatami, którym liberalistyczny frazes służy jako żagiel korsarski. Leży w naturze rzeczy, że tylko między dwoma zdrowymi sąsiadami można pozostać zdrowym i tylko wobec obcej odrębności można utrzymać czystą swoją własną odrębność”. Innymi słowy, jest rzeczą pożądaną, żeby nacjonalizm zwyciężył także w innych krajach, nawet je­śli wiadomo, że każdy nacjonalizm z większą siłą dążyć będzie do realizacji własnych praw i celów, którym inni przeciwstawić muszą własne prawa i cele. Lepiej jest, zdaniem Jüngera, żyć pośród sensownych tworów, niż być otoczonym przez „płynną breję, bez charakteru, bez formy, bez własnej odrębności”.

Nowy nacjonalizm to nacjonalizm dokonujący radykalnego zerwania z tradycyjnym, konserwatywnym czy liberalnym nacjonalizmem ery wilhelmińskiej i odcinający sięzarówno od reakcjonistów, jak i romantyków, utopistów i naprawiaczy świata”, gdyż wszyscy „oni nie żyją w naszym czasie”. Nowy nacjonalizm ma być „dynamiczny, płomienny, pokrewny witalnej energii wielkich miast”. Jünger odrzuca mity plemiennej wspólnoty i „staroświecki” nacjonalizm zeszłego wieku, które pogrzebane zostały na po­lach bitewnych I wojny światowej i zmielone na proch w młynach industrialno-technicznej epoki. Zwracając się do nacjonalistów pisał: „Stare więzi zostały zerwane. Odpowiedzialni jesteście tylko wobec przyszłości i jest to najwyższy ro­dzaj odpowiedzialności”. Tradycja to, według Jüngera,nie „ustalona forma, ale żywy i wieczny duch, za którego manife­stacje odpowiedzialne jest każde pokole­nie”. Nie chce mieć nic wspólne­go z patriotycznymi rytuałami mieszczu­chów i tzw. porządnych obywateli troszczących się o „prawo i porządek”, lecz wzywa na barykady w imię realiza­cji niemieckiej idei: „W czasie wojny być nacjonalistą to chcieć umrzeć za ojczy­znę, dzisiaj oznacza to wzniesienie sztan­daru rewolucji dla piękniejszych i potęż­niejszych Niemiec”.

W innym miejscu pisał: „Jesteśmy tego samego zdania co Karol Marks, że nie chodzi o to, aby inter­pretować świat, ale o to, aby go zmie­niać”. Nowi nacjonaliści kierują swój atak przeciw wszystkim, którzy chcieli­by pasożytować na ideach i koncepcjach ery wilhelmińskiej: „Ścierwo lwa od dawna jest pożarte i już wkrótce robaki skoczą sobie do gardła”. Jüngerowski nacjonalizm ma w pogardzie „kramarzy i fabrykantów marcepanów”, jego awan­gardę stanowią „pełnokrwiści mężczyźni, którzy z rozkoszą i miłością angażują się w sprawę”, „ludzie, którzy są niebezpie­czni, ponieważ lubią być niebezpieczni” i potrafią „spojrzeć brutalnie w twarz bru­talnej rzeczywistości”.

Naczelną zasadą nowego nacjonalizmu powinna być według Jüngera totalna ne­gacja istniejącego systemu politycznego. Zarówno opozycja, jak i współpraca ze znienawidzonym systemem oznaczają jego afirmację. Celem powinna być ne­gacja polegająca na izolowaniu się od państwa, wzięciu go głodem, na tworze­niu państwa w państwie, samodzielnego, jeśli idzie o idee i środki władzy, których należy użyć. Jünger postuluje, aby na­cjonaliści nie brali udziału w żadnych wyborach czy plebiscytach, lecz czujni, gotowi, uzbrojeni stali z boku, żeby „przyśpieszyć nieunikniony proces roz­kładu, któremu podlegają siedziby pustej gadaniny”. W ten sposób zdławiony zo­stanie dopływ najlepszych do systemu: „szkoda krwi dla pompowania jej w par­lamentarne labirynty”.

Nie wolno „ucze­stniczyć w konkurencyjnej walce o głosy wyborcze i miedziaki zwolenników”, gdyż w przeciwnym razie nacjonaliści dadzą się zainfekować (tak jak stało się to z NSDAP) duchem partyjniactwa i pogrążą się w „parlamentarnym rejwachu”. Stąd zdecydowane żądanie Jüngera: „Ani jednego głosu na jakąkol­wiek partię!”. Trzeba uniknąć fatalnego rozdarcia pojawiającego się wówczas, gdy teoretycznie uznaje się jakąś instytu­cję za niemoralną, ale praktycznie się w niej uczestniczy tak jak czynią to naro­dowi socjaliści. Postawa nacjonalistów musi pozostać czysta, nietknięta przez głosowania i kompromisy: Jesteśmy dynamitem pod skorupą istniejącego państwa, mającym zrobić wyrwę dla nowego państwa”. Kiedy ta skorupa pęknie, „na powierzchnię wyjdą siły, które nie pobrudziły sobie rąk przygotowując się do budowy nowego państwa opartego nie na głosowaniach, lecz na surowym autorytecie”. Tych nacjonalistów, co być może od wierności idei woleliby „sko­rumpowane powietrze listopadowego państwa”, Jünger napomina: Czy boicie się represji, prześladowań i zakazów? Młody ruch, który nie rośnie dzięki nim, nie zasługuje na nic lepszego niż miejsca w parlamencie”.

Mimo iż Jünger poprzez swoją pub­licystykę próbował niekiedy wpływać na organizacyjny kształt nowego nacjonali­zmu (np. w ogłoszonym na łamach „Standarte” słynnym artykule Połączcie się! nawołującym nacjonalistyczne gru­py i grupki do zjednoczenia), to nacjona­lizm był dla niego nie tyle ruchem co „poruszającą ideą”, „wspólnotą nowego światopoglądu”, zbudowaną z więzi in­nych i mocniejszych niż te będące efe­ktem noszenia w klapie takiego samego znaczka partyjnego. Idzie nie o partyjne odznaki, ale o odznaki serca, które nie kłamią. Nowy nacjonalizm nie chce pa­nowania mas, ale osobowości i charakte­ru, jest elitarnym, duchowym ruchem lu­dzi ponad wszystko przedkładających dobro narodu. O ile np. dla narodowych socjalistów liczą się masy, to dla nacjonalistów liczba nie ma znaczenia, i ta­kie zjawisko jak Spengler z żelazną kon­sekwencją przemilczane przez demokra­cję więcej waży niż sto miejsc w parlamencie”.

Doborowe oddziały nacjonalistów, pisze Jünger, skupiać po­winny nie widoki na zwycięstwo, ale sama wola walki. Siła idei przejawia się dla nich w tym, że żąda się ofiar, a nie w tym, że obiecuje się zapłatę. Nacjonali­stów ożywianych męskim, żołnierskim duchem i kierujących się hasłem „żad­nych kompromisów, żadnych głosowań, żadnych koncesji” pcha do walki nie „płaski interes, lecz popęd serca pragną­cego się bezinteresownie roztrwonić”. Jüngerowski nacjonalizm uwalnia się stopniowo z organizacyjnych więzi, gdyż tylko w ten sposób ocalona być może „krystaliczna czystość idei”. W jednym ze swych artykułów przypomina Jünger bajkę o księżniczce-czarodziejce walczącej z czarownikiem. Walka ta przebiega w stu postaciach. W końcu księżniczka zamienia się w jabłko grana­tu, które rozpryskuje się na ziemi w ty­siąc ziaren. Wówczas czarownik prze­mienia się w koguta i zaczyna pracowi­cie wydziobywać ziarna. Ale jednego ziarna nie zauważa, i to ono zamienia się w płomień, który go atakuje i spala na popiół. I dalej pisze Jünger:

„Pytany je­stem czasami o to, co jest znamieniem prawdziwego nacjonalisty. Więc odpo­wiadam: ten, kto to, co niemieckie jak takie ostatnie, niewidzialne i odporne na każdą magię ziarno, którego nie dotyka żadna zmiana postaci i które w każdej chwili skrywa w sobie śmiercionośny płomień woli – kto więc to, co niemieckie tak przechowuje w sobie, milczące, nie do zaatakowania i w każdej chwili gotowe do ataku, ten jest w moich oczach nacjonalistą”.

Tu widać wyraźnie, że jüngerowski nowy nacjonalizm nie jest ujętą w organizacyjne karby ideologią, ani tym bardziej partyjnym programem, lecz z jednej strony metapolityczną ideą, a z drugiej wewnętrzną postawą ducho­wą nieskalaną kompromisami bieżącej polityki: „nasza flaga nie jest ani czer­wona, ani czarno-czerwono-złota, ani czarno-biało-czarna, jest to flaga nowej, potężniejszej Rzeszy, osadzonej w na­szym sercu i z niego kształtowanej. Na­dejdzie dzień, kiedy tę flagę będzie moż­na rozwinąć w całej jej czystości”. W innym miejscu napisze Jünger swoje słynne, wielokroć cytowane słowa:

W dzisiejszych czasach nie można praco­wać dla Niemiec w towarzystwie. Należy to robić samotnie jak człowiek wyrąbu­jący sobie maczetą ścieżkę w dżungli, którego podtrzymuje na duchu jedynie nadzieja, że gdzieś w gęstwinie inni lu­dzie robią to samo”.

SEN O RZESZY

Poprzez zniszczenie Republiki Wei­marskiej wiedzie droga do restytucji Rzeszy Niemieckiej. Choć dawna Rze­sza, jak pisał Jünger, zapadła się w ogniu i krwi i nigdy już nie zmartwychwstanie w swojej dawnej formie, to jednak „tak jak nie wszystka krew została przelana, lecz tylko jej część, ofiara mająca przy­spieszyć wieczny nurt i nadać wyższą temperaturę życiu, także i to, co w starej Rzeszy było czymś więcej niż formą, nie zostanie utracone”. Mimo klęski nadal istnieją „inne”, „tajemne Niemcy”, te „niewidzialne czerpiące z delikatnych źródeł wiary korzenie przyszłości, dla których jakiekolwiek natężenie nadziei, pracy i czynu nie jest daremne”. Polityczna publicystyka Jüngera jest wezwa­niem do służby owym „tajemnym Nie­mcom”, do służby dla Rzeszy będącej wieczną utopią i najwyższym przeja­wem niemieckiej idei. Powstające i upa­dające królestwa znaczą poszczególne etapy jej drogi. Na tym poziomie, stwier­dza Jünger, mamy do czynienia ze stra­tegią opartą na metafizycznych opera­cjach, których niedoskonałym odbiciem w widzialnym świecie są bitwy i korona­cje, rewolucje i konstytucje. Istnieje konkretna ojczyzna, „krąg bytu, który pączkuje, rozwija się i przemija”. Ale „ponad nim unosi się wyższy, promieniu­jący krąg, bardziej delikatny, a jednak nieprzemijalny, jak tęczowy blask ponad fontanną, która ciągle na nowo wystrze­la w górę i znowu opada. Ten blask jest znakiem całości, niemieckiej idei, du­chowej rzeczywistości spoczywającej w wieczności”.

Jünger – bohater wielkiej wojny[17] – z niesłychaną pasją broni „odrębnej drogi” Niemiec i w całości odrzuca ideologię, jaką zwycięzcy chcieliby narzucić poko­nanym. Niemiecka idea stoi według nie­go w zasadniczej opozycji wobec warto­ści „Zachodu” i jego „cywilizacji”. Jego publicystyka polityczna jest apelem do wojennego i powojennego pokolenia, aby nie pozwoliło na to, żeby jego entu­zjazm „skierowany został w mętne kana­ły przeciętności”, aby pamiętało o „cno­tach wojowników, o bezwarunkowym pierwszeństwie idei przed wszystkimi do­brami materialnymi, o odwadze, odpo­wiedzialności, koleżeństwie, męstwie, porządku i dyscyplinie”, i aby pozostało wierne niemieckiej idei czerpiąc z pokładów heroizmu, jaki przejawił się na polach bitewnych I wojny światowej, która choć została przegrana, to w wyższym porządku zachowała swój sens i wartość, ponieważ ofiara śmierci i danina krwi nie były daremne. Albowiem wbrew te­mu, co głoszą „profeci bezsensu” „to, w imię czego umierają mężczyźni, nigdy nie jest bezsensowne. Nawet klęska ma swój sens” [18]. W innym artykule pisał: „W głębinach krateru wojna posiada sens, którego nie przemoże żadna sztuka kalkulacji. (…) Rządzi tutaj płodna ana­rchia pochodząca z żywiołów ziemi i og­nia, i skrywająca zarodek nowego pano­wania. Tutaj zarysowuje się nowy rodzaj zbrojeń, który swą broń chce wykuć z czystszej, twardszej, na każdym oporze wypróbowanej rudy”.

W jednym z artykułów Jünger pisze o statku wojennym, którego kontury rysu­ją się w szarym tumanie morskiej mgły. Ten pancerny kolos, alegoria materii, produkt czysto technicznego rozumu, twór absolutnie celowy i użyteczny wy­posażony jest jednak w coś, co pochodzi ze sfery irracjonalnej, co wydaje się zbędne i nie pasujące do całości. Na jego dziobie powiewa maleńka, kolorowa chorągiewka, właściwie bezużyteczna, lecz to ona i tylko ona sprawia, że żela­zo, z którego zbudowany jest okręt, warte jest więcej niż złom. To ona pozwala zrozumieć sens „ostatniego oddechu rozrzutnie oddanego na okrzyk »hurra«, zanim lodowata woda zamknęła na zawsze usta. Ten okrzyk puka do bram Wieczności”. To idea, to wiara, którą symbolizuje mała, kolorowa chorągiewka, po­woduje, że „okręt ożywa i zdaje się być podobny do dumnego zwierzęcia skaczą­cego ze starego godła”. Zamiast mar­twego żelastwa mamy „kotły podgrze­wane ogniem życia, kolby i osie tryskają­ce iskrami krwi, kable i druty wykonane z substancji nerwów, czerwone płomie­nie u wylotu dział jak rozżarzony od­dech”.

Nowy nacjonalizm i „agonalny imperializm”, których rzecznikiem jest Jünger opiera się wprawdzie na akcepta­cji nowych instrumentów techniki będą­cych równocześnie instrumentami walki o panowanie, ale odwołuje się zawsze do sfery duchowej, bo tam właśnie toczą się decydujące bitwy. Idea państwowa i na­rodowa jest martwa, jeśli nie jest wypo­sażona w ową małą, kolorową chorągie­wkę reprezentującą wiarę w wieczną ideę Rzeszy, która przybrać ma kształt Imperium Germanicum będącego naj­wyższą i ostateczną formą charakteru narodu niemieckiego.

WEIMAR IST ÜBERALL!

Matematyka życia ma własne prawa: zgodnie z nią całość jest czymś więcej niż sumą swoich części, małżeństwo czymś więcej niż mężczyzną i kobietą, przyjaźń czymś więcej niż dwoma ludźmi, naród czymś więcej niż może to wyrazić wynik powszechnego spisu ludności. To dziwne Więcej, ta irracjo­nalna wielkość życia nie dająca się zważyć, zmierzyć, policzyć lub w jakiś inny sposób wykalkulować, wydaje nam się tym, co naprawdę czyni życie wartym życia.

(Ernst Jünger)

Bunt Jüngera nie kierował się wyłą­cznie przeciw konkretnym formom poli­tycznym Republiki Weimarskiej, lecz miał charakter bardziej ogólny i uderzał w cały światopoglądowy gmach oparty na wartościach i ideach Oświecenia, na kulcie rozumu i postępu zabijającym wszystko, co tajemnicze, na abstrakcyj­nych prawach człowieka, na utylitarnym i czysto racjonalnym podejściu do rze­czywistości. Cała epoka od proklamo­wania praw człowieka do wojny świato­wej przepełniona była wiarą w to, co ogólne i powszechne („powszechne pra­wa człowieka, powszechna oświata, po­wszechna służba wojskowa, powszechne prawo wyborcze i powszechna nikczemność będąca rezultatem tego wszy­stkiego”) [19]. Ogólnym, powszechnym, abstrakcyjnym celom i postulatom uwa­żanym przez niego za cele i postulaty masy przeciwstawia Jünger to, co odręb­ne, konkretne, szczególne. To, co po­wszechne i abstrakcyjne można bowiem jedynie ważyć, mierzyć i liczyć, nato­miast to, co szczególne, jest wartościo­wane i szacowane.

Rewolta Jüngera kie­ruje się przeciw całemu światu egalitar­nej masowej demokracji, w którym nie ma już miejsca na wartości heroiczne, na bohaterstwo i świętość, przeciw światu, gdzie panują „mięczakowate wzruszenia »ostatnich ludzi«, których można spotkać zabłąkawszy się do kina”, gdzie pleni się kult rekordu będącego ultima ratio de­mokracji, „pożądliwy indywidualizm to­ruje drogę nihilizmowi”, wszechobecna jest psychologia czytelników gazet, a psychoanaliza podniesiona zostaje do rangi światopoglądu; przeciw światu „ulotnych tworów, lakierowanych fasad pokrytych europejską politurą”, w któ­rym zachodzi „postępująca katalogizacja wszystkich wartości w wielkim spisie cen”, przeciw cywilizacji opartej na ce­nie i użyteczności wszystkich rzeczy, dla której „między niebem a ziemią nie istnieje nic, z czego nie można by wyciągnąć profitu”.

W jednym ze swoich artykułów Jünger przypomina utwór Villiers de Isle Adama, w którym francuski pisarz przewiduje, że nadejdzie dzień, kiedy przestrzeń nieba zostanie rozparcelowa­na i wydzierżawiona jako powierzchnia reklamowa dla proszku do prania i pasty do butów. Dzień ten, uważa Jünger, jest już bardzo bliski. Nic też dziwnego, że styl wojennych lub pokojowych rezolu­cji nie różni się niczym, co leży w naturze epoki, od stylu, w którym jako najwię­ksze błogosławieństwo zachwala się proszek do prania i środki przeczyszcza­jące”.

Bunt Jüngera wymierzony jest przeciw ideo­logii równości, przeciw mechanicystycznemu ujęciu ludzkiej egzystencji polegającemu na tym, że życie duszy wi­dziane jest jako ciąg przyczyn i skutków, a wszystko, co symboliczne i pełne siły, żar wiary i heroiczna wola ofiary są wy­śmiewane i poddane rozkładowi. Odrzu­ca on utylitarną, „przemoralizowaną” ideologię racjonalizmu, której celem jest podporządkowanie tego, co elementar­ne, niebezpieczne i nieobliczalne „Rozu­mowi”[20]. Wszystko, co nie pasuje do mieszczańskiej „utopii bezpieczeństwa”, co wymyka się czysto racjonalnym kal­kulacjom, ma zostać przezwyciężone przez „Rozum”, wojna lub zbrodnia uz­nane za błąd, którego można uniknąć wychowując i oświecając ludzi. Takie­mu podejściu do życia dominującemu w świecie materialistycznej, utylitarystycznej, „Pompei współczesnej cywilizacji” przeciwstawia Jünger system warto­ści heroicznych; płaskiej, banalnej i nud­nej egzystencji anonimowych kółek w machinie egalitarnej demokracji maso­wej – egzystencję mistyka, wierzącego, że jego dusza łączy się z Bogiem, unie­sienie świętego, osamotnienie męczen­nika, żar miłości, bohaterstwo wojowni­ka rzucającego się w kipiel bitwy, odu­rzające wizje artysty. Święty i wojownik są reprezentantami najwyższego czło­wieczeństwa – pierwszy przez cierpie­nie, drugi poprzez walkę, obaj zdolni do przypieczętowania swojej idei ofiarniczą śmiercią, będącą równocześnie przeja­wem najgłębszej i najsilniejszej afirmacji życia. W świecie Wielkiej Kalkulacji, gdzie dominuje „kawiarniana ironia i moralizatorski patos”, gdzie wszystko podlega kryterium użyteczności, ideały świętości i bohaterstwa uważane są za „nieracjonalne” i „przestarzałe”. Ale właśnie one, i tylko one, powinny być dla człowieka punktami odniesienia, two­rzyć dlań ponadczasowy paradygmat określający formę jego bytowania.

Ist­nieją wartości absolutne, wartości wo­jowników i świętych roztaczające blask nad krwią pól bitewnych i głowami ukrzyżowanychi powinni o nich pamiętać szczególnie ludzie żyjący w czasach, kiedy cała prasa zajęta jest tym, aby odwagę przedstawiać jako coś bezsensownego, a tchórzostwo jako moralny postulat”. Nasze wartościowania, pisze Jünger, winny być wartościowaniami heroicznymi, wartościowaniami wojowników, a nie wartościowaniami kramarzy pragnących mierzyć świat swoim ło­kciem: „Nie chcemy tego, co użyteczne, praktyczne i przyjemne, ale tego, co ko­nieczne, tego, czego chce los”. Dlatego Jünger nawołuje, aby odwrócić się od „lodowatego chłodu przenikającego stare formy”, przejawiającego się w polityce jako demoliberalizm, w nauce jako me­chaniczna krzątanina, w sztuce jako te­chniczna zręczność, w religii jako nie­wiara, w królestwie miłości jako egoizm.

Jünger pragnie życia opartego na woli, która chce widzieć i kształtować życie od strony losu i od strony krwi [21]. Jest to „wola nowej arystokracji”, „wola wy­branej elity najdzielniejszych, których ducha nie jest w stanie złamać żaden materiał świata i która czuje się powoła­na do rządzenia”. Ta nowa elita, nowa „rasa” [(22], której przedstawiciele „z roz­koszą potrafią wysadzić się w powietrze i w akcie tym zobaczyć jeszcze potwier­dzenie ładu”, to ludzie z „mózgiem zi­mnym jak lód i z rozpłomienionym ser­cem”, „nie potrzebujący masońskich zna­ków, żeby się rozpoznać”, bo wiedzą, że „masoneria krwi silniejsza i płodniejsza jest niż wszystkie loże świata”. Wiedzą oni również, że wszystkie formy upadają, „tylko wewnętrzna siła pozostaje ta sama”. Ponieważ ich walka pod wieloma względami ma charakter kontrreforma­cji, dlatego posiadać powinni jezuickie cnoty. Muszą „chcieć i wierzyć”, być zdolni do tego, aby dać się porwać, wciągnąć w regiony czystsze, inne niżwielka pustka”, wzbić się ponad „co­dzienną małą demagogię”, muszą w swoim najgłębszym wnętrzu zachować wieczny niepokój, który nie pozwoli im zmarnieć w „zaduchu partyjnej rupie­ciarni”, i z radością rzucić wyzwanie światu, gdyż tak jak będący symbolem światła diament, który lekkość swego og­nia zawdzięcza naciskowi ziemi, tak prężność życia rośnie wraz z każdym cię­żarem, który przezwycięża”.

To oni są „heroicznymi realistami” nie mającymi już udziału ani w idealizmie dziadów, ani w racjonalizmie ojców, dążącymi do te­go, by pojąć „ową substancję, ową war­stwę bezwarunkowej rzeczywistości, któ­rej jedynie manifestacjami są zarówno idee, jak i racjonalne wnioski”. Szukają oni „nie rozwiązań, ale konfliktów”, są­dzą bowiem, że w ostrości i twardości tych konfliktów przejawia się „wieczny sens życia”. Wierzą, że tajemnice krwi i płci, płodzenia, narodzin i śmierci, woj­ny, miłości i nienawiści wciągają nas w ową niebezpieczną przestrzeń, w drama­tyczny krąg pełen ruchu i niepewności, gdzie życie jest twardsze – ale równo­cześnie barwniejsze i piękniejsze”. Opisując swój nacjonalizm, który „nie szuka tego, co mierzalne, ale miary”, stwierdza Jünger, że manifestuje się w nim nie obrzydzenie do partii czy okre­ślonych warstw ludzi, ale wstręt do całej epoki, epoki, którą należy przebyć szyb­ko bez marnowania wewnętrznych re­zerw, gdyż nie jest w niej możliwe żadne na trwale spojone królestwo wartości. Ta epoka przypomina martwy teren po­między okopami, przez który trzeba prze­nieść energię życia, a nie dom, w którym można by zamieszkać”. Ten dom trzeba dopiero zbudować. Będzie to „organiczna konstrukcja” – konstrukcja, ponieważ nie ma już czego konserwować, organi­czna, gdyż zbudowana na planie i na fundamentach tego, „co obowiązuje za­wsze”.

Dla Jüngera, najbardziej skrajnego gło­siciela „duchowej irredenty”, to, co go otacza, zasługuje jedynie na zniszczenie. Pierwsza część zadania, jakie należy wy­konać jest natury anarchicznej:

Naszą nadzieję pokładamy w młodych ludziach cierpiących na podwyższoną temperatu­rę, gdyż zżera ich zielony ropień obrzy­dzenia, w duszach wypełnionych dumą hiszpańskich grandów, w tych, którzy podobni do chorych skradają się pomię­dzy porządkiem koryt. Naszą nadzieję pokładamy w rewolcie, która przeciw­stawia się panowaniu przytulności i któ­ra potrzebuje broni zniszczenia przeciw światu form, potrzebuje materiału wybu­chowego po to, aby przestrzeń życia wy­mieciona została dla nowej hierarchii”.

Zniszczenie nie jest dla Jüngera celem samym w sobie, ale drogą ku nowym więziom, nowym formom i nowym bu­dowlom. Najpierw „ogniste powietrze” oczyścić musi „bezbarwne, bezosobowe i znienawidzone medium”, na które skła­dają się „wielka pustka, bezpłodność i zimna praca mózgów, której nie ogrzewa uderzenie serca”. Albowiem świat ma­szyn musi być znowu zaludniony przez ludzi. I być może wcale nie tak trudno jest być człowiekiem”.

W liście do jednego z przyjaciół pisał Jünger o zbliżaniu się do wulkanów ską­panych w różowawym świetle. Tę wul­kaniczną strefę przejdą tylko ci, których naturalnymi żywiołami są ogień i ziemia, ludzie zdolni poprzez ogień zwietrzyć kształty przyszłego ładu.Po „wielkiej czystce przez nicość”, po przejściu przez „ciemne siły chaosu” na­dejdzie czas tworzenia i budowania. Pi­sał: Musimy wierzyć, że wszy­stko jest sensownie uporządkowane, w przeciwnym razie stoczymy się ku gro­madzie wewnętrznie uciśnionych, znie­chęconych, poprawiaczy świata albo bę­dziemy żyli z dnia na dzień jak cierpliwe zwierzęta”. A w innym miejscu stwier­dzał: Od dawna maszerujemy ku magi­cznemu punktowi zerowemu, który prze­kroczyć zdoła jedynie ten, kto dysponuje innymi, niewidocznymi źródłami siły”. Pokonanie tego magicznego punktu ze­rowego obrazuje, jak ujął to Armin Mohler w swej książce Konserwatywna Re­wolucja w Niemczech, wiarę w bezwa­runkowe zniszczenie, które nagle przemienia się w bezwarunkowe stwo­rzenie. Albowiem zgnilizna nie dotyka najistotniejszego jądra. (…) Z tym, co pozostaje wiążemy naszą nadzieję”.

KU INNYM BRZEGOM

Wystrzegajmy się największego nie­bezpieczeństwa, jakie istnieje – baczmy, aby życie nie stało się dla nas czymś zwyczajnym. Niezależnie jaką materię trzeba opanować i jakie środki są do dyspozycji – owa temperatura krwi, która wchodzi w bezpośrednią styczność, nie może zostać utracona. Wróg, który ją posiada jest dla nas cenniejszy niż przyjaciel, który jej nie zna.

(Ernst Jünger)

W jednym ze swoich artykułów przy­wołuje Jünger obraz z dawnych czasów, kiedy to „umarłych wypychano na płonących łodziach w morską kipiel na ostatnią drogę”. Obraz ten można spara­frazować tak, aby na płonących łodziach płynęli żywi, a nie martwi ludzie. Bo taka właśnie była duchowa sytuacja Jüngera pruskiego anarchisty, który przez ki­piel historii na płonącej łodzi płynie ku nieznanym brzegom „uzbrojony jedynie w imperatyw serca, tylko wobec niego odpowiedzialny, wędrujący poprzez cha­os sił w poszukiwaniu zasadniczych miar nowych porządków”, przeczuwający, że pod ruchem i zmianą kryje się „wielka, spoczywająca harmonia bytu”. Podczas tej wędrówki Jünger – najbardziej rady­kalny apostoł najbardziej skrajnej prawi­cy, ten prawicowy anarchista o „franci­szkańskich tęsknotach i twardości Savonaroli”, podkładający intelektualne bomby pośród „demokratycznych deko­racji wystawowych” oddala się od polityki [23], a zbliża do innych wymiarów ludzkiej egzystencji rozpoznając zagro­żenie polegające na „wątpieniu w rzeczy­wistość snów, w istnienie sfery, w której obowiązują zasady odważniejszego, szlachetniejszego życia, krótko mówiąc, wątpienie w to, że istnieje człowiek”.

Po­litycznej gorączce spalającej Jüngera w tamtych latach i znajdującej swój wyraz w dziesiątkach prasowych artykułów to­warzyszy podskórny „surrealistyczny” nurt ujawniający się w opublikowanej w 1929 roku pierwszej wersjiAwanturni­czego serca, a potem w całkowicie na nowo opracowanej wersji drugiej, wyda­nej w roku 1938. Książka ta jest podróżą do świata czystej refleksji, w świat języ­ka określanego przez formę i styl, w świat snów, wyobraźni i wizji, świat owadów i kwiatów, barw, zapachów, dźwięków i smaków, ku cudownemu, pełnemu tajemnic, wspaniałemu kosmo­sowi „magicznego realizmu”. Jak napi­sał jeden z badaczy jego twórczości Heimo Schwilk, Awanturnicze serce jest tajną księgą rewolty, brewiarzem dla »heroicznego realisty« wierzącego, że po drugiej stronie zniszczenia tego, co jest, kryją się formy nowego, istotniejszego ładui że, jak pisał Jünger, każdy ład nosi w swym łonie sny, w których posta­nowiony jest jego upadek, a każdy sen rozwija się w pąk krystalicznego porząd­ku”. Pod powierzchnią codzienności, pod duszącą powłoką czysto racjonalne­go, abstrakcyjnego utylitaryzmu kryje się „mistyczna wspólnota w magicznym świecie »awanturniczego serca«”, a po­przez zniszczone i umarłe formy prze­śwituje to, co niezniszczalne i nieśmier­telne, poprzez to, co zmienne i ulotne, to, co stałe i wieczne. Drobiny piasku w klepsydrze życia są już po drugiej stro­nie. Ernst Jünger, z rozkoszą biorący udział w „minerskiej robocie”, aby wy­sadzić w powietrze ohydną i zmurszałą budowlę „starego świata” wędruje teraz ku innym wymiarom, ku innym brze­gom, aby odkrywać „nieznane wyspy i czarodziejskie rafy w naszym wewnętrz­nym archipelagu” i aby później w po­wieści Na skałach marmurowych (1939) napisać:

„…dlatego wpierw potrzebni byli ludzie prawa i nowi teologowie, któ­rzy widzą zło wyraźnie – od wierzchołka aż po najdelikatniejsze korzenie; a do­piero później cios konsekrowanym mie­czem, który jak błyskawica przenika mroki. Dlatego jednostki powinny żyć w związkach mocniejszych i jaśniejszych niż kiedyś, jako poszukiwacze nowego skarbu prawowitości”.

Nieco poprawiona wersja artykułu, który ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26 (1995).

Przypisy

1. W latach 1925-1926 Jünger na krótko związał się z organizacją byłych żołnierzy frontowych „Stahlhelm”. Unikał zawsze podporządkowania się „kole­ktywnemu egoizmowi partii”. Pisał, że nie wolno ulegać dogmatycznej petryfikacji poglądów i „za­grzewać miejsca w żadnej skórze i żadnej partii”, ponieważ tylko wówczas „spojrzenie bezbłędnie kie­ruje się ku strefie głębokiej płodności, i ponieważ ma się wtedy najmniej do obrony, a równocześnie najsil­niej można zaatakować”. Uważał, że należy porzucać nazwy i ideowopolityczne etykiety zachowując je­dynie żywotną siłę, „która w tych niespokojnych i u podstaw bezforemnych czasach oblec się jeszcze musi w tę czy inną skórę” . Trzeba, gdy to konieczne, porzu­cać rusztowania budowli i być zawsze gotowym, aby „siekierę stolarzazamienić w topór wojenny”. Ode­jście ze „Stahlhelmu” spowodowane było również rozczarowaniem do działalności organizacji komba­tanckich, które jego zdaniem wchodziły w zbyt wielki kompromis z panującym systemem oddając się na usługi „rozwodnionej polityki partyjnej”, co spowo­dowało, że nadawały się jedynie do „tworzenia szpa­lerów w trakcie różnych uroczystości, pochodów, marszów paradnych i kostiumowych festynów”. Rów­nież „Stahlhelm” działał, zdaniem Jüngera, w tej „wyspecjalizowanej branży wielkiego politycznego geszeftu”, jakim stało się w Niemczech „zaklinanie krwi poległych”. Stądjego pogardliwe określenie „niewypały wielkiej wojny”, którym ochrzcił stahlhelmowców.

2. Wprawdzie Jünger bezustannie głosił rewolucję, jednak wierny swojemu „metapolitycznemu powoła­niu” na tym poprzestawał. Stąd jeden ze współczes­nych krytyków nazwał go „filistrem rewolucji” zauważając, że prawdziwi rewolucjoniści nie piszą, ale działają.

3. „Vormarsch” był pismem kapitana HermannaErhardta, domniemanego szefa organizacji „Consul”podejrzewanej o szereg mordów politycznych okresie Republiki Weimarskiej. Nie jest jednak rzeczą pewną, czy organizacja „Consul” w ogóle istniała.

4. Te związki młodzieżowe wywodzące się z ruchu „Wandervogel” (Wędrowny Ptak) należą do bardzo interesujących zjawisk politycznych i kulturalnych Republiki Weimarskiej. Cinacjonalistyczni hipisi czy też prawicowe „dzieci-kwiaty” to kierowani przez „brodatych proroków”, zasiedlający opuszczoną przez chłopów ziemię i tworzący wiejskie komuny, romantyczni buntownicy uciekający od nudy mieszczańskiego świata „na łono przyrody”, wyznający kult wędrówki, obozowego ogniska i wspólnego śpiewu. Pierwsza faza niemieckiego ruchu młodzieżowego była chaotyczną rebelią przeciw światu dorosłych, która później przechodzi w fazę bardziej konkretnego i zorganizowanego działania politycznego.

5. Ernst Niekisch (1889-1967) – czołowy przedsta­wiciel tzw. narodowego bolszewizmu, po 1933 roku prowadzi nielegalną działalność polityczną, areszto­wany w 1937 roku i uwięziony. W 1939 roku skazany na dożywotnie więzienie. Wychodzi na wolność na poły sparaliżowany i prawie całkiem ślepy w 1945 roku. Do śmierci mieszka w Berlinie Zachodnim, w latach 1948-1954 wykłada socjologię na Uniwersy­tecie Humboldta w Berlinie Wschodnim. W ostatnich latach życia bezskutecznie stara się o uznanie go przez władze zachodnioniemieckie za ofiarę narodowego socjalizmu. Do jego najbardziej znanych prac należą Hitler – niemieckie fatum(1932) i Trzecia figura imperialna(1935).

6. Wydawca „Deutsches Volkstum” Wilhelm Stapel (1882-1954) swoje zasadnicze idee sformułował w książce Chrześcijański mąż stanu. Teologia nad nacjonalizmu(1932).

7. O swojej współpracy z różnymi organami prasowymi napisał Jünger: „Uważam gazety i czasopisma za rodzaj środków komunikacji używanych już choćby z tego powodu, że uczestniczy się w nowoczesnym życiu. Są one rodzajem omnibusów, do których się wsiada nie mając wpływu na jakość pasażerów i które opuszcza się dokładnie w tym punkcie, który chcia­ło się osiągnąć. Wszystko, poza własnym bagażem, nie ma tu żadnego znaczenia”.

8. Nie ukazał się nigdy zapowiadany w 1926 roku manifest Jüngera Podwaliny nacjonalizmu.

9. Robotnik jest kulminacją obecności Jüngera w życiu publicznym tamtych lat. Staje się bestsellerem sezonu jesiennego 1932 roku i jest szeroko komento­wany.

10. Oprócz brata Friedricha Georga i wymienionych wyżej Ernsta von Salomona, Ernsta Niekischa (z którym łączyła go długoletnia przyjaźń) i Wilhelma Stapela do ludzi bliskich Jüngerowi należeli m.in. Arnolt Bronnen, Karl Otto Paetel, Helmut Franke, Franz Schauwecker, Friedrich Hielscher, Werner Lass, Albrecht Erich Günther, Hartmut Plaas (autor wydanej w 1930 roku książki Oskarżamy. Nacjonali­ści w kazamatach burżuazji). W tamtych latach spo­tykał się Jünger z anarchistą i poetą Erichem Mühsamem, Bertoltem Brechtem, Josephem Goebbelsem (który chciał pozyskać go dla narodowego socjalizmu i miał mu zazdrościć sławy literackiej), Otto Strasserem – liderem lewegoskrzydła NSDAP, komunistą Ernstem Tollerem. Przyjaźnił się z Carlem Schmittem, z rumuńskim Żydem, pisarzem Valeriu Marcu, który najpierw był komunistą, a potem dołączył do prawicy. Po latach pisał:

Żyliśmy wówczas jak w jaju, z którego wykluć się miał Lewiatan. (…) Współtowarzysze zostali zamordowani, udali się na emigrację, rozczarowali się lub zajmują wysokie stanowiska w armii, w kontrwywiadzie lub w partii. Ale wszyscy, którzy jeszcze chodzą po tej ziemi, będą zawsze chętnie mówić o tych czasach; żyło się wówczas mocno w idei. Tak wyobrażam sobie Robespierre’a w Arras”. W innym miejscu porównał tamte kółka nacjonalistów do ludzi skupiających się przed wymarszem wokół obozowego ogniska. Stąd niezwykła intensywność idei i emocji, pełna niepokoju atmosfera wyczekiwa­nia na coś, co musi nadejść, a co jest nieznane, pod­wyższona temperatura chwili, kiedy wszystko jest jeszcze możliwe, napięcie przed akcją, która, kiedy nastąpi, przyniesie toporne, nieodwołalne rozstrzyg­nięcia.

11. Jünger odrzucał marksizm i komunizm, bo uwa­żał, że są ostatnim słowem „bezkrwistej demokraty­cznej inteligencji”, „późnymi spadkobiercami libera­lizmu, ostatnią i najbardziej płaską konsekwencją czysto racjonalnego światopoglądu”. Niemieckich komunistów, którzy o niego zabiegali (Karl Radek stwierdził, że pozyskanie dla KPD kogoś takiego jak Jünger byłoby więcej warte niż wszystkie nowe głosy wyborców razem wzięte), inaczej niż rosyjskich bol­szewików, traktował raczej pogardliwie: Rosyjska rewolucja miała narodowy charakter. Internacjonalizm rozszerzył tylko jej możliwości ekspansji. Gdyby nasi komuniści mieli tyle substancji i siły przekonań, aby wznieść się ku takiemu napoleońskiemu internacjonalizmowi ze stolicą w Berlinie zamiast w Mo­skwie, to można by się z nimi dogadywać”. W rewo­lucji bolszewickiej podziwiał Jünger zdecydowanie i siłę, zdolność do pokonania wrogów wewnętrznych i stałą walkę na granicach imperium. Włoski faszyzm to według niego „bez wątpienia nic innego jak późne stadium liberalizmu, uproszczona i skrócona proce­dura, niejako brutalna stenografia liberalistycznej konstrukcji państwowej, która dla nowoczesnego smaku stała się nazbyt obłudna i nazbyt sloganowa, a przede wszystkim nazbyt uciążliwa” (nie znaczy to, że neonacjonalista Jünger nie znajdował od czasu do czasu cieplejszych słów dla Mussoliniego i jego ru­chu). Natomiast NSDAP dążyła, według niego, do mieszczańskiego państwa narodowego w tym sensie, jaki temu pojęciu nadała tzw. zachodnia cywilizacja. W 1927 roku narodowi socjaliści zaproponowali Jüngerowi mandat deputowanego do Reichstagu. Jünger propozycję odrzucił stwierdzając, że napisanie jednej linijki jest dla niego czymś znacznie cenniej­szym niż reprezentowanie 60 tys. głupców w parla­mencie. Choć silnie podkreślał różnice pomiędzy swoim „nowym nacjonalizmem” a narodowym socja­lizmem, to nie uważał narodowych socjalistów za wrogów politycznych.

12. Ernst von Salomon (1902-1972) walczył we freikorpsach na Śląsku i Łotwie. Uczestnik puczu Kappa, członek podziemnych grup nacjonalistycznych, którego miłość do ojczyzny pchnęła na manowce terroryzmu. W 1922 roku ofiarą zamachu „prawicowych desperados”, którzy wypowiedzieli otwartą wojnę państwu, padł minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Von Salomon pomagał w przeprowadzeniu zamachu, a potem organizował ucieczkę zabójców. W latach 1922-1928 odbywał karę więzienia. Oprócz świetnej po­wieści Potępieni(1929) osnutej na motywach zama­chu napisał kilka innych: Miasto(1932), Kadeci (1933) i Ankieta (1951). W Republice Federalnej należał do neutralistów, czyli przeciwników przystąpienia Niemiec do NATO, co zbliżyło go politycznie do lewicy. Do końca życia mówił o sobie: „Ich bin Preusse”.

W sierpniu 1926 roku w piśmie „Standarte”, którego Jünger był współwydawcą, zabójcy Rathenaua i Erzbergera (twórca rezolucji pokojowej w 1918 roku, sygnatariusz zawieszenia broni w Compiegne minister finansów w latach 1919-20, zamordowany w 1921 roku) uczczeni zostali jako „nacjonalistyczni męczennicy” (władze wydały wówczas zakaz ukazywania się pisma przez trzy mie­siące). W przedmowie do książki Walka o RzeszęJünger gloryfikował prawicowy terroryzm, nie tylko zamachy na wyżej wymienionych polityków, ale i tzw. Fememorde dokonywane na ludziach, którzy zdradzili swoich współtowarzyszy z konspiracyj­nych, nielegalnych lub półlegalnych organizacji (niem. Feme to tyle co „sąd kapturowy”): Ze zdumie­niem usłyszą kiedyś ludzie, że znaleźli się sędziowie, którzy uznali, te za twarde czyny, konieczne w sytu­acjach, kiedy zdrada przynosiła śmierć i dlatego też musiała oznaczać śmierć, najodpowiedniejszą nagro­dą jest więzienie. Ale powinniśmy też usłyszeć, że nacjonalizm jest dumny z tych więźniów”.

13. Należy mieć oczywiście na uwadze fakt, że tym wibracjom podlegały właściwie wszystkie kraje Eu­ropy. Ale Niemcy były bez wątpienia przypadkiem szczególnym.

14. Friedrich Georg Jünger (1898-1977), podobnie jak jego brat Ernst, parał się najpierw publicystyką polityczną. W 1939 roku napisał opublikowany dopiero w siedem lat później traktat Perfekcja techniki, przy którym oskarżenia techniki formułowane przez współczesnych Zielonych brzmią tak, jakby zostały napisane przez entuzjastów ele­ktrowni atomowych.

15. Jünger zasadniczo odrzucał kult Nieznanego Żołnierza uważając, że jest on typowy dla egalitarnej demokracji masowej i pochodzi ze „sfery nieheroicznej agitacji”. W jednym z artykułów pisał:

W sercu Paryża pod Łukiem Tryumfalnym spoczywa Nieznany Żołnierz. Zachodnia świadomość podnosi go do rangi symbolu właściwego paladyna cywilizacji. I jest czymś bardzo znaczącym, że we wszystkich krajach biorących udział w wielkiej wojnie dąży się do tego, aby uczestniczyć w tym kulcie Nieznanego Żołnierza, którego platońska idea znajduje się w Paryżu. Nie jest czymś przypadkowym, że na tym samym Łuku Tryum­falnym wyryte są nazwy napoleońskich bitew. Tak samo jak po pierwszej rewolucji, wraz z którą rozpo­czął się zwycięski marsz postępu, każda choćby naj­mniejsza miejscowość musiała mieć swoje »drzewko wolności«, tak i dzisiaj po katastrofie ważniejszej i bogatszej w konsekwencje, znaczonej wojnami i woj­nami domowymi, która wielkie zasady Rozumu wy­niosła do planetarnego władztwa, w centrum każdej stolicy umieszczono relikwiarze z prochami jednego z poległych w imię tych zasad. Chwała wojownikom bez względu na to, za jaką sprawę polegli! Ale dla nas oznaczałoby to zdradę tych tajemnych Niemiec, w któ­rych realność wierzymy, gdybyśmy brali udział w tym kulcie Nieznanego Żołnierza”.

W innym tekście na­pisze, że kult Nieznanego Żołnierza może być płodny jedynie jako „wyraz najbardziej wewnętrznej i zdecy­dowanej hierarchii rang”: „Biały promień płomienia bijący z asfaltu, powinien być dla młodzieży oddają­cej mu cześć, symbolem tego, że nie wygasła wśród nas boska iskra, że ciągle istnieją serca odczuwające potrzebę ostatniego oczyszczenia, oczyszczenia przez, płomień, i że braterstwo tych serc jest jedyną rzeczą, do której warto dążyć”.

16. Maurice Barres (1862-1923) – francuski pisarz, publicysta i polityk. Ważna postaćfrancuskiego na­cjonalizmu.

17. W czasie wojny Jünger był czternastokrotnie ranny. Jest ostatnim żyjącym kawalerem najwyższe­go odznaczenia pruskiego – orderu Pour le Merite ustanowionego w 1740 roku przez Fryderyka Wiel­kiego i nie odnowionego w okresie II wojny świato­wej. Zanim Jünger w 1918 roku otrzymał ten order, odznaczony został Krzyżem Żelaznym I Klasy, Krzy­żem Rycerskim Hohenzollernów i Złotą Odznaką Rannego.

18. Warto tu dodać, że Jünger odrzucał „legendę o ciosie nożem w plecy” popularną na prawicy niemiec­kiej uważając, że fałszuje ona i spłaszcza głębszy sens klęski wojennej Niemiec. Pisał: Przegraliśmy wojnę (…) dlatego, że nie byliśmy dostatecznie dojrzali, aby ją wygrać”.

19. W ideowym manifeście Specjalne prawo nacjo­nalizmu stwierdził Jünger: Proklamowanie po­wszechnych praw człowieka pochodzi z tego samego źródła co powszechny obowiązek służby wojskowej, który uczynił możliwymi straszliwe formy ostatniej wojny. Doświadczyliśmy także, że powszechne prawo wyborcze w najmniejszym stopniu nie złagodziło ostrości politycznych walk. Wręcz przeciwnie”.

20. Jünger nie jest oczywiście wyznawcą płaskiego i mętnego irracjonalizmu. Przeciwstawia się jedynie roszczeniom „Rozumu” i jego kultowi. Rozum jest dla niego tylko jednym z narzędzi poznania.

21. Los, którego centralnym organem jest serce, należy do podstawowych kategorii używanych przez Jüngera. „Krew” u Jüngera to nie pojęcie biologiczne, ale duchowe, „palny materiał spalany przez metafizyczny płomień losu”. Uważał, że „krew uprawomocnia się nie przez czystość, ale przez dokonania”, i że „tylko na kamieniu probierczym losu krew udowadnia swoją wartość”. Wspólnotę krwi, o której często pisze, two­rzą przede wszystkim więzi natury duchowej, a nie biologicznej. Pisał, że krew bez losu jest jak nie naładowana bateria, jak igła kompasu bez pola magnety­cznego. Odrzucał wszelkie próby udowadniania war­tości krwi metodami „naukowymi”. Załoga wojennego statku idącego na dno z łopoczącą flagą, oddział żołnierzy ginących „z pogardą dla materii i z dziką afirmacją wyższego bytu” są dla Jüngera wspól­notami krwi „pełnymi heroicznego uczucia i wspania­łej przekory”.

22. Również „rasa” nie jest dla Jüngera zjawiskiem biologicznym, ale duchowym. Pisał: „Nic nie chcemy słyszeć o chemicznych reakcjach, o domieszkach krwi, o kształtach czaszek i aryjskich profilach – to wszystko musi wyrodzić się w eksces i dzielenie włosa na czworo i otworzyć intelektowi bramy do królestwa wartości, które może on jedynie zniszczyć, ale nigdy pojąć”.

23. W 1927 roku Jünger przeprowadza się do Berli­na, aby być w centrum politycznych wydarzeń i ob­serwować z bliska życie nowoczesnej metropolii. W tamtym okresie jest Jünger „najbardziej głodny lu­dzi”, by potem wieść życie coraz bardziej pustelnicze. W 1933 roku opuszcza Berlin i przenosi się na pro­wincję powtarzając, jak pisał jeden z badaczy jego twórczości, wzór życia tych arystokratów, którzy w czasach starożytnych lub na początku nowożytnych mieli zwyczaj wycofywać się do swoich wiejskich posiadłości chroniąc się przed władzą demosu lub tyrana. To, że po „liberalnych gadułach” przyjdą „te­chnicy władzy” wiedział Jünger już w 1927 roku, kiedy napisał, że władza przypadnie tym, którzy po­trafią mobilizować demokrację i że więź z masami będzie po prostacku mechaniczna i opierać się będzie na barbarzyńskich instynktach. Odejście Jüngera od polityki nie było spowodowane wyłącznie czynnika­mi zewnętrznymi, czyli dojściem do władzy narodo­wych socjalistów. Zawsze był outsiderem, a jego główną więzią była nie więź organizacyjna, ale więź ze słowem. Nawet będąc zaangażowanym uczestni­kiem pozostawał chłodnym obserwatorem starając się w każdych warunkach zachować niezależność i „spokój salamandry”. Był „wędrowcem pomiędzy dwoma światami” i w końcu oddał się bez reszty swemu pisarskiemu powołaniu. W tym sensie okre­ślenie „wewnętrzna emigracja” odnosi się nie tylko do postawy Jüngera w okresie III Rzeszy, ale do jego postawy w ogóle.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»