Pierwodruk: „Europa. Tygodnik Idei”, 2007, nr 45.
Tomasz Gabiś
W swoim artykule „Totalna mobilizacja z perspektywy cywila” („Europa”, 2007, nr 42) Cezary Michalski posądził mnie o to, że podzielam (podzielałem?) poglądy polityczne Ernsta Jüngera, jakie ten wyrażał 80 lat temu. Jest to sąd dosyć pochopny, oparty na tekście będącym prezentacją nie moich politycznych poglądów, ale poglądów Jüngera w okresie Republiki Weimarskiej. Ów tekst, o którym dawno już zdążyłem zapomnieć – ba, siebie samego z tamtych lat ledwo co pamiętam – opublikowany został przed 12 laty w numerze „Stańczyka” poświęconym w całości Jüngerowi, w setną rocznicę jego urodzin. Gdyby Michalski wyśmiał na przykład moją „Postkonserwatywną manif(i)estę” („Stańczyk” 2004, nr 1/2) lub zniszczył projekty Imperium Europejskiego i Uporządkowanej Anarchii, jakie przedstawiłem na łamach „Arcanów” (2007, nr 4), nie powstałaby wówczas ta nieco absurdalna i utrudniająca wymianę myśli sytuacja, w której interlokutorzy nie tylko, że nie mogą ustalić, co właściwie jest przedmiotem ich sporu, ale jeszcze na dodatek przebywają niejako w innych czasoprzestrzeniach. Skoro jednak Michalski (chyba z braku pod ręką kogoś poważniejszego) desygnował mnie – mnie sprzed 12 lat, ale zawsze ja to ja – na wroga bliżej nieokreślonej „liberalnej nowoczesności”, pozwolę sobie na kilka drobnych uwag i uściśleń do jego tekstu.
Deklarując się jako „mieszczański liberał”, „liberalny cywil” i wróg wszelkich form politycznej i ideologicznej mobilizacji, Michalski przeprowadza brawurowy atak na zwolenników takowej mobilizacji, czyli na Ernsta Jüngera oraz tajemniczą i groźną „grupę filologów i historyków idei z Wrocławia”. W oczach „liberalnego cywila” Jünger to dekadent, hipokryta, fanatyk, zblazowany kapitan, żałosny mieszczański esteta i równie żałosny inteligencki naiwniak, człowiek politycznie skompromitowany, który „torował drogę” wiadomo komu – (doprawdy, czy nie można być trochę bardziej wyrozumiałym i pochwalić Jüngera choćby za to, że po 1945 roku w swojej wiosce uczestniczył przykładnie w wyborach powszechnych głosując na CDU?). „Mieszczański liberał” Michalski (zręcznie skupiając uwagę czytelnika na sprawach trzeciorzędnych), tropi nietzscheanistów-hipokrytów, szydzi z grubych, niezdarnych i obłożnie chorych piewców arystokratyzmu (słusznie! dla grubasa cielesnym ideałem powinien być Grubas!), w lot odczytuje intencje, jakimi się kierują, ze znawstwem rozszyfrowuje psychiczne kompleksy tych fajtłapów pozujących na wojowników. Niczym wytrawny psychoanalityk zagląda im w dusze, aby tryumfalnie przyłapać ich na oddawaniu się chłopięcym, zakazanym „militarnym fantazjom”.
Kiedy się to wszystko razem zbierze: te wszystkie oskarżenia, podejrzenia, epitety, szyderstwa, moralne wyroki, prokuratorskie miny, tropienie intencji i deszyfrowanie ukrytych psychologicznych motywów, to z niejakim zdumieniem dostrzec można, że mamy do czynienia z kompletnie zrutynizowaną retoryką „moralno-ideologiczno-politycznej mobilizacji”, której Michalski rzekomo nie cierpi! Gdyby naprawdę nie cierpiał, to poczytałby sobie pisma polityczne Jüngera wydane przez „Arcana”, ot tak na luzie, w chwilach wolnych od ważnych zajęć, a potem rozważałby je w różnych aspektach, filologicznie depolityzował i literacko estetyzował, snuł nad nimi niespieszną refleksję, oddzielał w nich to, co śmieszne, przestarzałe, politycznie błędne lub głupie, od tego, co nadal inspirujące, przeprowadzałby subtelne dystynkcje, bezinteresownie zaciekawiony starał się dotrzeć do jakiejś intelektualnej substancji, która najprawdopodobniej jest w nich obecna. Tymczasem Michalski, choć deklaruje się jako „demobilizator”, wybiera agitacyjno-propagandową praktykę tekstową – niczym (polityczny) kaznodzieja piętnuje i ośmiesza z gazetowej ambony grzechy różnych obłudników, demaskując ich z satysfakcją doświadczonego moralisty.
I chyba swój cel osiąga: pod koniec lektury czytelnik czuje w sobie narastającą nienawiść i pogardę do groźnego wroga, w tak czarnych barwach odmalowanego, będącego zarazem śmiesznym, niezdarnym grubasem, „Spartaninem w kapciach i z termoforem”. Jakaż więc byłaby idealna, wpisana w tekst Michalskiego sytuacja komunikacyjna? Może taka: wypełniona do ostatniego miejsca wrocławska Hala Ludowa przemianowana na Halę Stulecia Czegoś Tam, na mównicy w paradnym cywilnym uniformie Cezary Michalski, krzyczący do mikrofonów: „Wollt ihr den totalen Frieden? Czy chcecie powszechnej demobilizacji i depolityzacji? Czy podążycie za mną ku liberalnemu nasyceniu i uspokojeniu? ”. A sala odpowiada gromkim: „Tak jest, obywatelu redaktorze! Prowadź nas! Prowadź!”.
Onieśmielony, aczkolwiek nie zastraszony, hegemonialnym dyskursem redaktora Michalskiego, który władczo wytycza granice debaty i autorytatywnie orzeka, że z politycznej publicystyki i eseistyki Jüngera pożytku żadnego dla nas nie będzie, ośmielam się wyrazić nieśmiałe przypuszczenie, że jednak mówi nam ona coś o świecie, w którym żyjemy i dostarcza pewnych narzędzi intelektualnych służących do jego zrozumienia. Jestem całym sercem po stronie Michalskiego, kiedy broni on jednostki, jej autonomii, jej prywatności i niezbywalnego prawa do poszukiwania indywidualnego szczęścia; ale zadaję „jüngerowskie” pytanie, co ta obrona znaczy, jaki jest jej sens i skuteczność wówczas, kiedy demokratyczny liberalizm nie jest pojmowany jako zbiór pobożnych postulatów i szlachetnych haseł, ale jako realna struktura władzy imperialnej, funkcjonująca i ustanawiająca swoje władztwo w skali planetarnej, ogłaszająca ustami swoich propagandystów „koniec historii”, czyli swoje wieczne panowanie; która swoje wartości, jak każde imperium w historii, musi realizować poprzez przemoc i krew („bomby utorują drogę nowemu, liberalnemu porządkowi wartości)”. Ciekawi mnie, jak „mieszczański liberał” potrafi znieść ten tragiczny paradoks?
Michalski odważnie i szczerze wyznaje czytelnikom, że kocha pokój i nienawidzi wojny (brawo, brawo!), ale, żeby nie być posądzonym o naiwność, dodaje prędko, że jak najsłuszniej hobbesowski suweren zawsze czujnie przygotowany jest do wojny. Jakże to pięknie i miło wygląda na papierze, który zaczerniał sobie Tomasz Hobbes. Nie, nie, takimi frazesami zaczerpniętymi z liberalnych czytanek sprawy się nie załatwi, albowiem prawdziwy suweren-Lewiatan cały czas toczy realne wojny, cały czas się zbroi, żeby być jeszcze silniejszym i jeszcze lepiej chronić pokój, coraz bardziej wzmaga swoją czujność tworząc coraz bardziej rozgałęzione tajne służby i rozwijając coraz bardziej wyrafinowane techniki kontroli i inwigilacji. A wszystko po to, aby umożliwić jednostkom spokojne życie i cieszenie się prywatnością. Co, jeśli naprawdę jest tak, że aby zapewnić pokój, trzeba prowadzić wieczną wojnę? Co, jeśli ceną płaconą za „liberalne, mieszczańskie uspokojenie i nasycenie” jednych ludzi jest totalna mobilizacja innych ludzi?
Michalski przeciwstawia jednostkowe szczęście, liberalne mieszczańskie uspokojenie „maniakalnym tęsknotom do politycznej apokalipsy” – wekslując tym samym debatę na boczny, a raczej ślepy tor – podczas gdy prawdziwie ważnym problemem jest to, jak jednostkowe szczęście, liberalne mieszczańskie uspokojenie i nasycenie godzić z życiem w cieniu straszliwych arsenałów broni zarządzanych przez konkretnych ludzi i konkretne elity władzy. Tu nasza ukochana sfera prywatna, a za ścianą planetarna machina przemocy, tu autonomia jednostki i jej szczęście, a tuż obok spotęgowana wola władzy i gigantyczne potencjały zadawania śmierci. Jaki jest związek pomiędzy jednym i drugim? Co jest warunkiem czego? Jak rozróżnić jasną i ciemną stronę mocy? I wreszcie, należy zapytać, co mielibyśmy sobie pomyśleć, jeśli okazałoby się, że realny, a nie ten ze starych politycznych traktatów, demokratyczny liberalizm potrafi dokonywać równie (a niekiedy nawet bardziej) intensywnej i efektywnej mobilizacji niż inne systemy polityczne, że cechuje go, wynikająca z demokratycznej legitymizacji, potężna wola władzy, ekspansji i propagandowego formowania umysłów za pomocą technologiczno-medialnych instrumentów, o jakich nie śniło się dawnym monarchom i dyktatorom?
Michalski kieruje pod adresem Jüngera zarzut, że był wrogiem „liberalnej nowoczesności”, skupionej na wolności i szczęściu jednostki, że widział w niej „wizję anachroniczną i przezwyciężoną”. Problem w tym, czy czasami nie jest ona rzeczywiście anachronizmem? Oczywiście anachronizmem nie w tym sensie, że tak sobie postanowili jej wrogowie – nietzscheaniści, nihiliści, faszyści, komuniści, konserwatywni rewolucjoniści, albo nawet owa tajemnicza grupka z Wrocławia, ale po prostu dlatego, że sama siebie pokonała, że „zazwyciężyła się na śmierć” (hat sich totgesiegt), wyzwalając siły, które ją samą pochłaniają. „Liberalna nowoczesność” zostaje przezwyciężona w wyniku ewolucji społecznej, politycznej, ekonomicznej, technologicznej – to bowiem, co Jünger określał jako „totalną mobilizację”, nie jest dziełem faszystowskich, komunistycznych czy konserwatywno-rewolucyjnych „mobilizatorów”, to raczej oni są wytworem „totalnej mobilizacji” jako historycznego procesu, procesu, który w żadnym razie się nie zakończył, ale trwa, w jednych sferach słabnąc, a w innych się intensyfikując; i przybiera coraz to nowe formy.
Przywoływane przez Michalskiego „mieszczańskie społeczeństwo jednostek niezmobilizowanych politycznie, ideologicznie i militarnie”, którego wrogiem był Jünger, jest już dzisiaj przyjemną, ideologiczno-psychologiczną fikcją. Przestało istnieć, zastąpione nowymi formami władzy imperialnej, pochłonięte przez procesy masowej demokracji, przez planetarne rozwinięcie technologii wojennych. Duża część publicystyki i eseistyki politycznej Jüngera, poczynając od tej wydanej przez „Arcana” poprzez Robotnika, do takich powojennych esejów jak Maxima-minima: adnotacje do Robotnika, Przy murze czasu i Państwo światowe, stanowi jeden z wariantów rozpoznania owej „liberalnej nowoczesności” opisywanej na przykład jako społeczeństwo spektaklu przez Deborda, implodujące społeczeństwo symulacji przez Baudrillarda, dromokratyczny reżim przez Virillia, warfare-welfare state przez Rothbarda, państwo terapeutyczne przez Szasza, jako Imperium przez Hardta i Negriego itp.
Kiedy w ten sposób spojrzymy na czasy, w których przyszło nam żyć, to okaże się, że „mieszczańscy liberałowie” w typie Michalskiego, podobnie jak dzisiejsi komuniści, faszyści, prawicowi i lewicowi radykałowie, monarchiści, tradycjonaliści, konserwatywni rewolucjoniści są nieuleczalnymi nostalgikami, tęskniącymi za światami, które nieodwołalnie odeszły w przeszłość. 80 lat temu Jünger wyśmiewał niemieckich konserwatystów tęskniących za upadłym cesarstwem i marzących o powrocie na tron wygnanego cesarza; w przypadku Michalskiego jest jeszcze śmieszniej: byłby on odpowiednikiem konserwatysty, który nie tęskni za cesarstwem, ponieważ jest przekonany, że cesarz nadal zasiada na tronie! Michalski nie boleje po utracie mieszczańskiego, liberalnego świata (ten ból moglibyśmy podzielić), on nie zauważył, że tego świata już dawno nie ma!
Natomiast za cenny należy uznać jego postulat, aby w naszym życiu umysłowym obecna była „cywilna perspektywa” myślenia i analizowania współczesności – ta perspektywa może być poznawczo płodna, tak jak artystycznie płodna była w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego Mirona Białoszewskiego, który Maria Janion zaliczyła niegdyś do „polskiej prozy cywilnej”. Oczywiście pod warunkiem, że perspektywa ta nie jest przyjmowana nazbyt selektywnie, bo aż się prosiło, żeby „po cywilnemu” spojrzeć na gościa „Europy” Normana Podhoretza, gloryfikującego czwartą wojnę światową, mobilizującego do walki i nawołującego generałów, żeby jak najszybciej coś, a raczej kogoś zbombardowali. Z kim cywil-redaktor, cywil-publicysta, cywil-eseista winien się spierać? Z umarłym Jüngerem w jego „militarystycznym” wcieleniu sprzed 80 lat, czy z zawodowymi „uzasadniaczami” bombardowań zaludniającymi dziś propagandowe centra władzy światowej? Trzeba bardzo uważać, aby „cywilna perspektywa” nie okazała się czasem zwyczajnym wygrażaniem „ich” generałom i grzecznym potakiwaniem „naszym” generałom. Dodajmy na marginesie, że gdyby koniecznie odwoływać się do jüngerowskich „mitologicznych” figur, to przecież obok perspektywy „Żołnierza” czy „Robotnika”, znajdziemy u niego także postaci „Anarchy” i „Leśnego wędrowca”, które są składnikami „perspektywy cywila” w świecie „totalnej mobilizacji”, czyli w naszym świecie, kluczami otwierającymi przed nami pewne obszary rzeczywistości – w przeciwieństwie do postaci „Mieszczańskiego Liberała”, która prowadzi nas do świata pozorów i fikcji.
Bojowe antyjüngerowskie diatryby Michalskiego świadczą o tym, iż nie rozumie on, że Jünger nie jest dziś jego wrogiem, ale – przeciwnie – może być sojusznikiem. Żyjemy (i myślimy) „po końcu”: po końcu faszyzmu, po końcu komunizmu, po końcu demokratycznego liberalizmu; dlatego naszymi sojusznikami w obronie wolności, prywatności, autonomii jednostki są zarówno Ernst Jünger i Carl Schmitt, jak i Guy Debord, Michel Foucault, Thomas Szasz, Murray Rothbard, John Gray, Paul Virillio, Hans-Hermann Hoppe, Jean Baudrillard, Zygmunt Bauman, Antonio Negri, Panajotis Kondylis, Giorgio Agamben, Alain de Benoist, Pierre Bourdieu, Noam Chomsky, Józef Mackiewicz, Nicolás Gómez Dávila. Idzie bowiem przede wszystkim o, trochę już dziś zapomnianą, staroświecką wartość jak dążenie do Prawdy, nie, nie, do prawdy, też nie, więc dążenie do prawd, i o spełnienie najbardziej elementarnego postulatu, sformułowanego przez „grubego Doryjczyka” w jego berlińskiej noweli Ptolemejczyk: Erkenne die Lage! – rozpoznaj położenie! Żeby rozpoznać nasze położenie potrzebujemy niszczycieli iluzji i propagandowych samooszustw, dostarczycieli poznawczych instrumentariów ukazujących „do końca” grozę mechanizmów władzy, odsłaniających najskrytsze sprężyny politycznych działań, potrzebujemy autorów sporządzających bezlitosne, skrajnie realistyczne diagnozy i rozpoznania dwudziestowiecznej przeszłości i naszej teraźniejszości, ustanawiających ostre polityczno-politologiczne kategorie, które pozwolą nam zrozumieć świat współczesny, znaleźć w nim swoją (duchową) niszę, a może nawet – jeśli się komuś będzie bardzo chciało – tu i ówdzie lekko go poprawić.
Jeśli „perspektywa cywila” ma być duchową postawą i intelektualną pozycją, która nie wynika z tego, że miło jest posiedzieć na werandzie w bujanym fotelu, to trzeba ją dopiero wypracować, przedyskutować, udoskonalić, najlepiej w gronie kilku zaufanych osób. Dlatego serdecznie namawiałbym Cezarego Michalskiego, aby zdezerterował z ideologicznych frontów Wielkiej Europejskiej Wojny Domowej lat 1914-1989, aby naprawdę uciekł – by użyć terminologii Petera Sloterdijka – ze świata kopernikańskiej mobilizacji do krainy ptolemejskiej demobilizacji. Tam, bezpiecznie zadekowani, usadowieni w wygodnych fotelach, będziemy mogli spokojnie pogawędzić, nie przejmując się ani faszyzmem, ani antyfaszyzmem, ani komunizmem, ani antykomunizmem, ani demokratycznym liberalizmem, ani antydemokratycznym antyliberalizmem. Tam unikniemy pokusy mobilizowania innych, i wymkniemy się tym, co chcieliby nas mobilizować – mobilizować nasze myśli, nasze słowa, nasze wartości. A co z Ernstem Jüngerem? Dlaczegóż by przy chrupiących rogalikach i kawie ze śmietanką nie poczytać sobie na głos co smakowitszych kawałków z Drogen und Rausch?
Tomasz Gabiś
