«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – III

01.12.10 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Dr Immo H. Wernicke jest ekspertem ekonomicznym, w latach 1976-1991 był członkiem Rady Statystyki przy Ministerstwie Stosunków Wewnątrzniemieckich. W tym roku Instytut Liberalny opublikował jego broszurę Finanzkrise – Krise der amtlichen Statistik? (Kryzys finansowy – kryzys urzędowej statystyki?). Wernicke pokazuje w niej, że z oficjalnych statystyk obywatele nie dowiedzą się niczego prawdziwego na temat gospodarczej i finansowej rzeczywistości RFN. Urzędowe dane niczego nie mówią, prognozy wzrostu z powodu stosowania przy obliczeniach tautologicznych modeli są niepoważne, związki i zależności pomiędzy aktorami „realnej gospodarki” a bankami i usługami finansowymi są ukryte za „zasłoną pieniądza”. Urzędowa baza danych na temat banków i przedsiębiorstw jest, zdaniem Wernickego, całkowicie bezużyteczna. Kosztowny aparat państwowy zbierania danych i informacji opiera się na „kreatywnej statystyce”, „fałszywych odpowiedziach” na pytania zadawane w ankietach, wypaczonych i zafałszowanych bilansach przedsiębiorstw i banków. Nie spełnia funkcji, do których został powołany, potrafi jedynie produkować wprowadzające w błąd bezładne stosy cyfr, godne centralnej gospodarki planowej. Cała oficjalna statystyka, to, według Wernickego, „gra szklanych paciorków”, która nie służy nikomu poza graczami. Nie bądźmy jednak tacy surowi, nie wszystkie dane muszą być od razu fałszywe. Obliczono na przykład, ile wyniesie emerytura pani Heidemarie Wieczorek-Zeul (SPD), która w poprzednim koalicyjnym rządzie kierowała arcyważnym Ministerstwem ds. Współpracy Gospodarczej i Pomocy Rozwojowej. Z wielkim żalem musiała się pożegnać ze swoim ukochanym ministerstwem, aby po wielu latach ciężkiej pracy i służby dla partii, parlamentu i państwa, udać się na zasłużoną emeryturę. Za swoją wieloletnią harówkę na biurokratycznej niwie, nazywana „Czerwoną Heidi” działaczka socjaldemokracji będzie otrzymywać 9430 euro miesięcznie – na taką emeryturę przeciętny pracownik w Niemczech musiałby pracować nieco dłużej, bo jakieś 347 lat. Na miejscu drugim plasuje się jej partyjna koleżanka, ministerka zdrowia Ulla Schmidt – ta sama, która wychwalała system opieki zdrowotnej w NRD. Ona otrzymywać będzie 8410 euro. W tej sytuacji, doprawdy trudno się dziwić, że tyle pań chciałoby zasiąść na urzędach, aby dzięki temu „wyrobić” sobie wyższą emeryturę.

Przy okazji wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyża we włoskich szkołach wiele mówiono o tolerancji i zgodnym współżyciu różnych religii i kultur. I tak na przykład prezes Gminy Tureckiej w Niemczech Kenan Kolat zaproponował niedawno, aby w dniu jednego z ważnych muzułmańskich świąt, najlepiej w Święto Ofiar na zakończenie Ramadanu, wszystkie dzieci w Niemczech miały dzień wolny od zajęć lekcyjnych. Byłoby to znakiem „tolerancji” – stwierdził prezes Kolat. Wysunął również postulat, aby zatrudniać więcej nauczycieli z pochodzeniem imigranckim, ponieważ w następnych dwóch, trzech dziesięcioleciach nie będzie szkoły w Berlinie, w której byłoby mniej niż 50% dzieci imigrantów. Prezes Kolat wyraził nadzieją, że wielojęzyczność szkoły zostanie potraktowana nie jako przeszkoda w integracji, ale jako szansa. Nauczyciele, oświadczył Kolat, muszą zdobyć więcej międzykulturowej kompetencji, aby z odpowiednią wrażliwością podchodzili do dzieci imigrantów i ich problemów. Jednakże z prezesem Kolatem nie wszyscy się zgadzają. Np. Centralna Rada Muzułmanów (CRM) w Niemczech jest przeciwna temu, aby w święta muzułmańskie wprowadzać dzień wolny od lekcji i od pracy dla wszystkich obywateli Niemiec. Sekretarz generalny CRM Aiman Mazyek zaproponował, aby święta muzułmańskie zostały wciągnięte na listę świąt niemieckich. Mazyek stwierdził, że byłby to ważny krok w kierunku integracji, gdyby we wszystkich kalendarzach zaznaczone były jako święta ogólnoniemieckie. Przypomniał, że w kalendarzach nauczycielskich już są naniesione święta muzułmańskie, i pochwalił stosowaną od dawna praktykę, że w dni tych świąt uczniowie muzułmańscy nie muszą przychodzić do szkoły, a władze oświatowe zaakceptowały to i nie robią żadnych problemów.

Choć od upadku muru berlińskiego minęło już 20 lat, to dawna NRD wciąż pozostaje daleko w tyle za Niemcami Zachodnimi. Niektórzy ekonomiści uważają nawet, że potrzeba będzie jeszcze 50 lat, aż wyrówna się poziom gospodarek. Oczywiście, równie dobrze można by powiedzieć, że stanie się to za 100 lat, czyli nigdy. Ponadto cały czas trwa migracja (Ostflucht), głównie młodych ludzi, na Zachód. Jeśli procesy te nie zostaną powstrzymane, to Wschód obsunie się jeszcze niżej i na trwałe stanie się niemieckim „Mezzogiorno” (południowe Włochy), a wówczas Zachodnie Niemcy będą musiały nadal zagwarantować elementarny poziom socjalny i dodatkowo integrować miliony, które opuszczą b. NRD. Wolno przewidywać, że zaostrzą się konflikty o podział zasobów, co zagrozi dobrobytowi i stabilności RFN. Pamiętać należy, że do końca 2009 roku ogólna suma transferu środków z Zachodu na Wschód osiągnie 1,4 biliona euro, przy czym chodzi głównie o transfer socjalny: do kas emerytalnych i na ubezpieczenia dla bezrobotnych poszło 70% całej sumy.

Publicysta gospodarczy, b. redaktor „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Klaus Peter Krause przyznaje, że na obecną sytuację w b. NRD miały wpływ: zbyt szybka unia walutowa, błędny kurs wymiany marki NRD na markę RFN, za szybkie, dalekie od rynkowych wyceny, podwyżki pensji, błędna polityka podatkowa, nieudolna prywatyzacja państwowych zakładów przez częściowo skorumpowany Urząd Powierniczy. O tym wszystkim się mówi, przemilcza się natomiast decydujący błąd, popełniony po 1989 roku. A polegał on, według Krausego, na tym, że zachodnioniemiecka klasa polityczna odmówiła oddania własności skonfiskowanej bez odszkodowania przez komunistów niemieckich w okupacyjnej strefie sowieckiej w latach 1945-1949. Ówczesny rząd Kohla, a za nim parlament, sądy, partie, większość mediów, wszyscy jak jeden mąż sprzeciwili się – oszukując i kłamiąc – oddaniu zrabowanej własności wygnanym i prześladowanym przez komunistów właścicielom. Urzędnicy, dawni enerdowscy socjaliści i tępi „zachodniacy” blokują podejmowane przez nich próby, aby mimo wszystko powrócić na miejsca dawnej działalności gospodarczej. Po dziś dzień bagatelizuje się komunistyczne bezprawie, brutalne wywłaszczenia w sowieckiej strefie okupacyjnej nazywa się „reformą rolną”, prześladowania, pozbawienie majątków aż po sprzęty domowe to ciągle „reforma gospodarcza” lub „reforma przemysłu”. Dyskryminowano dawnych właścicieli, natomiast za partnerów uznano „czerwonych baronów” i stare enerdowskie kadry partyjno-państwowe. To, co w kwestii własności stało się po 1989 roku i dzieje do dziś, to „hańba dla państwa niemieckiego,” uważa Krause. Ale chodzi nie tylko o to, że nie naprawiono niesprawiedliwości, ale że uniemożliwiono podniesienie z ruiny części Niemiec zdewastowanej przez komunistyczny socjalizm. Wielu patriotycznie nastawionych przedsiębiorców było gotowych do poświęceń, do pracy na rzecz wydobycia z zapaści swoich dawnych firm i zakładów przemysłowych, wielu z nich wróciłoby, gdyby oddano im zrabowaną własność. Jednak politycy, władze administracyjne i sądy brutalnie przeszkodziły w tym, żeby wygnani przedsiębiorcy powrócili i mogli wziąć udział w odbudowie. Ich gotowość do pracy i inwestowania w starej ojczyźnie spotkała się z pogardą i lekceważeniem. Ich zrabowaną własność oddano w pacht cwaniakom i „przekręciarzom”. Kiedy dzisiaj patrzymy na stan gospodarki dawnej NRD, to, konkluduje Krause, widzimy jasno, że trudno o większą głupotę i nieodpowiedzialność niż ta, którą wykazała się po 1989 roku klasa polityczna RFN.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na Prawo”, 2009, nr 12.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»