«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – IV

01.13.10 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś
Smutna wiadomość nadeszła niedawno z Monachium: 25 stycznia w wieku 81 lat zmarł baron Caspar von Schrenck-Notzing, człowiek wielce zasłużony dla powojennego ruchu konserwatywnego w Niemczech. Każdy, kto chce poznać korzenie obecnej sytuacji duchowo-politycznej w Niemczech, koniecznie powinien sięgnąć po jego, wydaną po raz pierwszy w 1965 roku, książkę Charakterwäsche. Amerikanische Besatzung in Deutschland und ihre Folgen (Pranie charakterów. Amerykańska okupacja w Niemczech i jej skutki). W 1970 roku Schrenck-Notzing założył dwumiesięcznik „Criticón” próbując w ten sposób budować konserwatywną przeciwwagę dla rewolucji kulturalnej 1968 roku. Przez 28 lat wydawane i redagowane przezeń w Monachium pismo było najważniejszym organem konserwatywnej inteligencji niemieckiej. Na jego łamach pisali m.in. Armin Mohler, Erik von Kuehnelt-Leddihn, Günter Rohrmoser, Klaus Hornung, Karlheinz Weißmann, Alexander Gauland, Gerd-Klaus Kaltenbrunner (więcej o Criticónie” i jego redaktorze w następnym przeglądzie).
W 2000 roku Schrenck-Notzing założył fundację Konservative Bildung und Forschung wspierającą konserwatywne inicjatywy w edukacji i nauce. Przyznaje ona nagrodę kulturalną im. Baltazara Gracjana, a od 2004 roku także nagrodę dla dziennikarzy. Tę drugą razem z tygodnikiem „Junge Freiheit“ i z Ingeborg Löwenthal, wdową po patronie nagrody, świetnym dziennikarzu Gerhardzie Löwenthalu (1922-2002). Löwenthal wraz z ojcem – żydowskim kupcem – znalazł się na pewien czas w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Całą wojnę przeżył w Berlinie, po 1945 roku pracował w radiu RIAS, potem w rozgłośni Freies Berlin. W 1963 roku został dziennikarzem w telewizji ZDF, gdzie w latach 1969-1987 prowadził swój program, w którym wiele uwagi poświęcał stosunkom panującym w NRD i nieprawościom reżimu komunistycznego, zajmował się losem ofiar Stasi, niestrudzenie nawoływał do zjednoczenia Niemiec. Opublikował wspomnienia Ich bin geblieben, będące opisaniem życiowej i politycznej drogi Żyda –niemieckiego patrioty. Był niezłomnym antykomunistą związanym z konserwatywną prawicą, publikował m.in. w „Criticónie”. W wywiadzie udzielonym dwa lata przed śmiercią tygodnikowi „Junge Freiheit” na pytanie, co sądzi o planowanym wzniesieniu w centrum Berlina pomnika ku czci Żydów pomordowanych przez narodowych socjalistów, Löwenthal odpowiedział: „Całą tę dyskusję o pomniku uważam za całkowicie zbędną. Żydzi czczą swoich zmarłych na cmentarzu. Na cmentarzu żydowskim w Berlinie przy Heerstraße jest specjalnie wydzielona część, gdzie wspomina się tych, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych, tam znajduje się też tablica poświęcona moim dziadkom. To jest miejsce, dokąd idziemy, kiedy chcemy wspominać naszych zmarłych, nie potrzebuję do tego jakiegoś miejsca pamięci gdzieś w środku miasta. Cała ta dyskusja mnie brzydzi” [w oryg.: „Die ganze Diskussion ekelt mich an”].

W 2008 roku nagrodą honorową im. Gerharda Löwenthala dostał 84-letni Peter Scholl-Latour, weteran niemieckiego dziennikarstwa, znawca światowej polityki, reporter i korespondent wojenny. Jego książka Der Weg zum neuen Kalten Krieg (Droga do nowej Zimnej Wojny) traktuje o zaostrzającej się globalnej konfrontacji mocarstw w XXI wieku. Nagrodę dla dziennikarzy w wysokości 5000 euro otrzymała publicystka i dziennikarka Ellen Kositza pisząca dla „Junge Freiheit”, konserwatywnej „Sezession” i libertariańsko-konserwatywnego pisma „eigentümlich frei”. Urodzona w 1973 roku Kositza, germanistka, żona wspomnianego w poprzednim „Przeglądzie” Götza Kubitschka i matka sześciorga dzieci, zajmuje się głównie problematyką społeczną i kulturalną. W kręgach prawicy niemieckiej zasłynęła przede wszystkim z surowej i zjadliwej krytyki ideologii „genderowej” – swoje przemyślenia zebrała w książce wydanej przez wydawnictwo Antaios Gender ohne Ende – oder was vom Manne übrigblieb (Gender bez końca, albo co zostało z mężczyzny).

Znana również w naszym kraju autorka Gabriele Kuby w artykule Kury domowe do broni! streszczając poglądy laureatki pochwaliła ją za to, że tępi bezlitośnie „genderyzm”, ów bagienny kwiat feminizmu. Co pozostało z mężczyzny, który nie jest już potrzebny nawet do płodzenia dzieci od czasu, kiedy pary lesbijskie mogą w internecie zamówić sobie spermę dla swojego „designerbaby”? Kositza uważa, że po demontażu mężczyzny dominują trzy typy: na wpół cywilizowany brutal (macho, pasza), metroseksualny modniś stanowiący gogusiowate ucieleśnienie idealnego androgyna oraz profeministyczny softie, płaczliwy pantoflarz, który dał sobie wmówić winę za wieki patriarchatu, więc ma „wyrzuty sumienia” i kolaboruje ze „zgenderyzowanymi” dominami, powtarza w kółko, że „rozumie kobiety”, że jest ich najlepszym przyjacielem i tym podobne ckliwe kawałki, jednym słowem, masochista w sadomasochistycznej relacji z feministkami.

Ideolożkom genderyzmu udało się zdyskredytować, oczernić, zniesławić mężczyzn; takich zaślepieńczyń jak one ani rozum, ani miłość, ani wola kształtowania przyszłości nie powstrzymają przed realizacją projektu „wyzwolenia“ kobiety z „niewoli macierzyństwa”. Oszczerstwa rzucane na mężczyznę i dyskryminacja matek to dwie strony tego samego medalu, jedno warunkuje drugie. Efektem genderyzmu, uważa Ellen Kositza, jest emocjonalne zdziczenie, seksualna dezorientacja i obyczajowe wynaturzenia, niemożność budowania i utrzymania więzi, klęski w szkole, w zawodzie, w małżeństwie. Tryumfuje androgyniczna człowieczyca, która nie znosi swojej macicy i nie ma zamiaru rodzić dzieci. Mamy zatem w osobie tegorocznej laureatki nagrody Löwenthala piękny przykład nowoczesnej kobiety: żona mężczyzny (jakoś udało mu się przetrwać), matka sześciorga dzieci, dziennikarka, publicystka, współredaktorka konserwatywnego czasopisma, autorka książek, która na dodatek w swojej wiejskiej posiadłości – Achtung, Achtung! – hoduje kury! Jak widać, różne mogą być drogi kobiecej samorealizacji.

Na łamach „Junge Freiheit” Thorsten Hinz analizuje kwestię tzw. antytotalitarnego konsensusu polegającego na równym traktowaniu obu totalitarnych systemów – niemieckiego narodowego socjalizmu i sowieckiego komunizmu. Według Hinza taki konsensus nigdy tak naprawdę nie obowiązywał, po pierwsze dlatego, że antyhitleryzm, którego główny ciężar Związek Sowiecki niósł przez cztery lata, stał się duchowym, moralnym i historycznym fundamentem międzynarodowego porządku, jaki powstał po 1945 roku. Co do tego wszyscy się zgadzają: amerykańscy neokonserwatyści, zachodni liberałowie, socjaldemokraci i komuniści, wschodnioeuropejscy postkomuniści, antykomunistyczni opozycjoniści oraz Władimir Putin. Istniał i nadal istnieje tylko konsensus antyfaszystowski. Ten, kto, jak niektórzy politycy z Europy Środkowo-Wschodniej, próbuje się z niego wyłamać, definiując w pierwszym rzędzie swój polityczny światopogląd jako antykomunistyczny, antysowiecki, względnie antystalinowski, może szybko na własnej skórze przekonać się, że pewnych konsensusów nie opłaca się naruszać.

Antytotalitarny konsensus był do pewnego stopnia możliwy w okresie Zimnej Wojny, kiedy trzeba było mobilizować siły Zachodu przeciwko sowieckiemu zagrożeniu, ale i tak zważano wówczas na to, aby antykomunizm i antysowietyzm nie podważyły ex post legitymizacji koalicji antyhitlerowskiej. Już w latach 50. XX wieku dla wielu mediów w RFN ważniejsze niż warunki panujące w komunistycznej NRD było zwalczanie wirtualnego niebezpieczeństwa „renazyfikacji”; utrzymywanie stosunków ze względnie umiarkowaną dyktaturą Franco uznawano za bardziej podejrzane i nieprzyzwoite niż kontakty z komunistami na Kremlu. Groza czerwonego totalitaryzmu nie była wprawdzie automatycznie akceptowana, ale zawsze mogła liczyć na empatię i zrozumienie. Dlatego od lat ściga się ikonografię narodowosocjalistyczną, natomiast sierpowi-młotowi oraz portretom Mao, Lenina czy Stalina zezwolono na wejście do międzynarodowej popkultury.

Antyfaszystowsko-lewicowy – w ostatecznej instancji prokomunistyczny i prosowiecki – decyzjonizm odniósł sukces także dlatego, że zgodny był z głębszym, polityczno-eschatologicznym nurtem kształtującym mentalność współczesnego człowieka. To, co lewicowe, odczuwane jest jako naturalne na płaszczyźnie powszechnodziejowej – zwłaszcza w epoce postreligijnej, gdzie nadzieja na zbawienie zwraca się ku świeckim celom. Lewicowość (zawsze antyfaszystowska, a nigdy antykomunistyczna) – odpowiada obiektywnym tendencjom historycznym: w nowoczesnym społeczeństwie masowym ludzie odkrywają – i są w tym utwierdzani przed szkołę, media itd. – że mogą mieć rozmaite roszczenia. Ponieważ roszczenia te można zaspokoić wyłącznie poprzez podział materialnych dóbr i zasobów, to automatycznie przewagę zyskują ci, którzy taką redystrybucję dochodów obiecują. Ponadto w wyniku industrializacji zwyciężyła tendencja egalitarna, nadeszło panowanie „duchowego plebsu w życiu publicznym” (José Ortega y Gasset). Doświadczenie formalnej równości jako wyborcy, konsumenta lub użytkownika mediów skłania współczesnego człowieka do odrzucenia wszystkich hierarchii i do akceptowania faktu, że sprawiedliwość definiuje się i urzeczywistnia jako równość społeczną. Tu jest punkt, gdzie socjalistyczno-komunistyczny świat idei łączy się z demokratyczno-liberalnym, co pozwala na zbudowanie antyfaszystowskiego konsensusu, obejmującego rewolucję bolszewicką (przejęcie władzy przez bolszewików nie wywołuje takich negatywnych emocji jak przez narodowych socjalistów) i całą komunistyczną przeszłość.

Różnica pomiędzy „Czerwonymi” i „Brunatnymi” polegała na tym, że narodowy socjalizm, choć podobnie jak komunizm niszczył tradycyjne hierarchie społeczne i kulturalne, to samej idei podporządkowania, hierarchii i panowania warstwy wyższej nie odrzucał. W tym sensie szedł pod – postrzegany jako naturalny i nie do odwrócenia – prąd historii, natomiast radykalnie egalitarny komunizm – z prądem. Dlatego trudno oczekiwać, że „Czerwoni” i „Brunatni” będą równo źle traktowani. Komunizm upadł, konkretne idee dawno się zużyły i zostały obalone, ale nadal trwa pęd ku świeckiemu zbawieniu, ku sprawiedliwości pojmowanej jako równość. Dzisiaj jego aktualni protagoniści – odgrywając role dawnych komunistycznych utopistów – zapraszają „przeklętych tej ziemi” z „Trzeciego Świata”, aby rozhuśtać stosunki społeczne w pogrążonym w drzemce, sflaczałym Zachodzie. Procesy, które inicjują lewicowi utopiści, przyniosą rezultaty jeszcze bardziej odległe od ideologicznych założeń niż te, które były owocem wcielania w życie utopii komunistycznej.

W „Junge Freiheit” znajdziemy artykuł historyka Karlheinza Weissmanna na temat wspólnego francusko-niemieckiego podręcznika do historii. Tradycyjna polityka demontażu wrogich stereotypów udała się w sumie po obu brzegach Renu. Jednak takie inicjatywy jak wspólny podręcznik historii wcale temu nie służą. W podręczniku nie fałszuje się historii, ale ją zniekształca, pomijając pewne fakty lub reinterpretując inne. Na przykład wskazuje się na to, że Francja była zniszczona po II wojnie światowej bardziej niż po pierwszej, co jest prawdą. Ale zapomina się dodać, że duża część tych zniszczeń spowodowana była działaniami wojennymi aliantów, przede wszystkim bombardowaniami miast francuskich. Albo bagatelizuje się powojenne czystki polityczne we Francji, redukując liczbę ofiar do 6400 skazanych oficjalnie na śmierć przez sądy, „zapominając” o linczach, mordach, gwałtach, samosądach itp. A czyni się tak po to, aby wybielić francuską lewicę, głównie komunistów, którzy te masakry sprokurowali swoim wrogom. Z tego samego powodu nie dowiemy się nic o ich zdradzie państwa i narodu na początku wojny, o współpracy z niemieckimi czynnikami do czerwca 1941 roku. Brutalność komunistycznego ruchu oporu, skierowana nie tylko przeciw okupantowi, ale także przeciw innym grupom politycznym, nie okazała się warta wzmianki w podręczniku. Przy temacie „wojna algierska” uczniowie dowiedzą się, że algierscy Francuzi i harkis musieli w panice opuszczać Algierię, ale o terrorze Frontu Wyzwolenia nie ma ani słowa. Opis sytuacji w bloku wschodnim w najlepszym wypadku można ocenić jako bagatelizujący zło komunizmu, życiu w NRD poświęcono jedną (!) stronę. W rezultacie niemożliwe okazuje się osiągnięcie równowagi, czyjś narodowo-propagandowy punkt widzenia dominuje, jasne i ciemne strony nie są równomiernie rozłożone: światło dla Francuzów, cienie dla Niemców, „złota legenda” kontra „czarna legenda”, perfidny Bismarck i niewinny, łagodny jak baranek Napoleon III; do tego dochodzą uprzedzenie ideologiczne: życzliwość wobec lewicy, rezerwa albo niechęć wobec prawicy.

Oczywiście byłoby rzeczą nierealistyczną oczekiwać od podręczników szkolnych, żeby przedstawiły przeszłość bez oglądania się na istniejące dzisiaj warunki polityczne; to rzecz zrozumiała, że rządzący chcą, aby dorastające pokolenie miało określoną wizję przeszłości. Zarzucić jej można nie tyle jednostronność zniekształcającą, a niekiedy wręcz fałszującą historię, ale przede wszystkim to, że czyni historię niepojmowalną.

W styczniu tego roku lewicowa „die tageszeitung” zaalarmowała opinię publiczną, że w Berlinie i Brandenburgii dramatycznie spada liczba zorganizowanych grup uczniowskich odwiedzających miejsca pamięci o narodowosocjalistycznym terrorze. Na przykład w 2008 roku liczba odwiedzin w obozie Sachsenhausen spadła w porównaniu z rokiem poprzednim o 40 procent. Podobne zjawisko wystąpiło w muzeum poświęconym konferencji przy Am Großen Wannsee – w 2007 roku odwiedziły je 42 wycieczki szkolne z Berlina, w 2008 – 29. Wolf Kaiser, kierownik wydziału edukacyjnego muzeum wyraził głębokie zaniepokojenie tym faktem: „Grozi nam, że narodowy socjalizm stanie się tematem jednym spośród wielu”. Gabriele Jonelath z Centrum Dokumentacyjnego „Topografia terroru” zauważyła ten niekorzystny trend już przed pięciu laty – jej placówkę odwiedza coraz mniej uczniów z Berlina. Inny problem to zmniejszająca się liczba nauczycieli uczestniczących w organizowanych przez muzea i miejsca pamięci kursach i seminariach. Kiedyś nauczyciele biorący w nich udział byli zwalniani z lekcji, więc frekwencja była wysoka, ale od pewnego czasu mogą brać w nich udział tylko w czasie wolnym. Nic zatem dziwnego, że liczba chętnych spadła tak drastycznie, iż sporo kursów i seminariów trzeba było odwołać.

Uderzające jest to, pisze „taz”, że tylko miejsca pamięci narodowego socjalizmu odnotowują spadek berlińskich grup uczniowskich, natomiast zainteresowanie NRD pozostaje wysokie – miejsca pamięci o komunistycznej dyktaturze SED nie odnotowały spadku odwiedzin. W Niemczech wycieczki szkolne do byłych obozów koncentracyjnych i innych miejsc pamięci należą od lat do rutynowej praktyki, nie są jednak obowiązkowym elementem programu nauczania. Jak zatem zapobiec spadkowi liczby szkolnych wycieczek do miejsc pamięci? Wszak gdyby ten trend się utrzymał (jak na razie frekwencję robią zorganizowane wycieczki żołnierzy Bundeswehry), to miejsca pamięci czekałby w końcu taki sam los, jaki w Niemczech spotkał po Reformacji niektóre miejsca pielgrzymek i przechowywania relikwii.

Sygnał dał rząd Bawarii, który postanowił niedawno, że uczniowie bawarskich szkół będą zmuszeni odwiedzić miejsca byłych obozów koncentracyjnych w ramach lekcji historii. Warto tutaj pamiętać o podstawowej różnicy dzielącej odwiedziny młodzieży polskiej w miejscach pamięci i odwiedziny młodzieży niemieckiej: młodzież polska odwiedzając miejsca pamięci utożsamia się z ofiarami z naszego narodu, które padły z ręki innego narodu, natomiast młodzież niemiecka odwiedza miejsca pamięci w roli potomków sprawców, innymi słowy, ma poczuć się tak, jakby sama zadawała te cierpienia, ma „opłakiwać” ofiary, które padły z ręki jej przodków i przyjmować na siebie ich winę, odbywać pokutę. Mamy do czynienia z odwróceniem normalnej polityki historycznej, która opiera się na czczeniu własnych bohaterów i opłakiwaniu ofiar z własnego narodu. Jest to psychologicznie trudne do zniesienia, stąd nie można się dziwić, że spora część młodzieży niemieckiej usiłuje przed tym uciec.

Inaczej jest w przypadku odwiedzin miejsc pamięci o zbrodniach komunistycznych: komunistyczni oprawcy byli prześladowcami własnego narodu, a ponadto byli ekspozyturą obcego mocarstwa. Ich winy nie przechodzą na odwiedzających, jak ma to miejsce w przypadku win narodowych socjalistów. Tutaj więc emocjonalno-moralna ekonomia, według której funkcjonuje miejsce pamięci, odpowiada prawidłom ludzkiej psychologii, dlatego są one chętniej odwiedzane. Niechęć do odwiedzania „miejsca własnej zbrodni” można oczywiście przezwyciężyć odgórnym nakazem władzy, jak to się dzieje w Bawarii („kto nie odwiedzi miejsca pamięci, niech się pożegna z dobrą oceną na koniec roku”), ale skutki takiej „przymusowej żałoby” po ofiarach, jakie padły z „własnej” ręki, dość łatwo przewidzieć.

„Polityka pamięci” we współczesnych Niemczech rodzi jeszcze inne problemy, o których napomykają autorzy artykułu w „taz”. Mianowicie w Berlinie, w wielu szkołach czy klasach duża część uczniów jest pochodzenia tureckiego, w niektórych szkołach dzieci obcokrajowców i imigrantów stanowią większość. Tylko ktoś wielce naiwny mógłby od nich oczekiwać, że z ochotą pojadą do obozu Sachsenhausen, aby przeżywać rolę „potomków sprawców” i wczuwać się w zbrodnicze czyny nie swoich przodków – ich etniczni przodkowie nie mieli z tym wszystkim nic wspólnego. Taka reakcja zgodna jest przy tym z fundamentalną zasadą, że to etniczne „prawo krwi” funduje niemiecką „wspólnotę winy” – jest ona „wspólnotą” etniczną Niemców, zatem etniczny Turek ex definitione do niej należeć nie może, choćby miał niemiecki paszport. Stąd zresztą walka z „prawem krwi” – którą toczą lewicowi wielokulturowcy i ideologowie imigracjonizmu, uważający je za przejaw nacjonalizmu – mogłaby – gdyby zwyciężyła – podważyć fundamenty „wspólnoty winy”. Pojawia się nierozwiązywalny dylemat: albo nie obowiązuje już nacjonalistyczne „prawo krwi”, a tylko „prawo ziemi”, „obywatelska koncepcja narodu” i „konstytucyjny patriotyzm”, ale wówczas podcięte zostają filary „wspólnoty winy” opartej właśnie na etnonacjonalizmie; albo też trwa się przy „prawie krwi”, a wtedy diabli biorą „obywatelską koncepcję narodu”, a Turcy i inni obywatele Niemiec znajdują się poza „wspólnotą winy”. I tak źle, i tak niedobrze. A może wprowadzić do programów szkolnych ormiańską wersję historii Turcji z lat I wojny światowej? Młodzi niemieccy Turcy tworzyliby wówczas „wspólnotę winy”, co prawda nie niemiecką, tylko turecką, ale zawsze. Albo jeszcze inaczej: czy skoro przodkowie tureckich Niemców dokonali „ludobójstwa Ormian”, to wina za „ludobójstwo Ormian” przechodzi na wszystkich współczesnych Niemców, także etnicznych? Czy da się stworzyć niemiecko-turecką „wspólnotę winy” – winy zarówno za zbrodnie narodowych socjalistów, jak i za zbrodnie demokratów-młodoturków? Czy jest możliwa nie- nacjonalistyczna, czyli nie oparta na „prawie krwi” „wspólnota winy”? Pytania, same trudne pytania. Zapewne wiele jeszcze konferencji i seminariów trzeba zorganizować, aby móc poszukiwać – bo chyba nie znaleźć – na nie odpowiedzi.

Realizowanie wielkich projektów ideologicznych w rodzaju społeczeństwa wielokulturowego kryje wiele pułapek i nieprzewidzianych konsekwencji. Zdarza się w szkołach berlińskich, gdzie Niemcy etniczni są w mniejszości, że zamiast słuchać o Auschwitz, mułzumańscy uczniowie zadają nauczycielom podchwytliwe pytania o „ludobójstwo w Strefie Gazy”. Są wśród nich także i tacy, którym trudno „uwierzyć w Auschwitz”, bo uważają że Niemcy – w ich mniemaniu sentymentalne, tchórzliwe mięczaki – nie byliby zdolni do prowadzenia tak zdecydowanej i – ich zdaniem – jak najbardziej słusznej polityki wobec Żydów. W rezultacie utopijna idea wielokulturowego społeczeństwa połączona z fanatycznym imigracjonizmem może przynieść dość zaskakujące rezultaty: w Niemczech będą żyły kultury zafascynowane narodowym socjalizmem i podziwiające jego politykę wobec Żydów! Być może dojdą one do wniosku, że narodowy socjalizm nie powinien być w szkołach traktowany po macoszemu („temat jeden z wielu”) i zaproponują rozszerzenie programu nauczania o następujące punkty: szczegółowe omawianie programu NSDAP, wprowadzenie Mein Kampf do kanonu lektur obowiązkowych, studiowanie propagandy, np. Protokołów Mędrców Syjonu, szkolne wycieczki na seanse Tryumfu woli itp. Tak, tak, wielokulturowe społeczeństwo zgotuje swoim ambitnym budowniczym jeszcze niejedną niespodziankę.

W kontekście narodowej „wspólnoty winy” wspomnieć należy również o problemach demograficznych, o których pisaliśmy przy okazji omawiania poglądów prof. Roberta Heppa. O ile wcześniej demokratyczno-liberalna inteligencja nie miała nic przeciwko temu, aby naród niemiecki wymarł, co byłoby zasłużoną karą za dokonanie największej zbrodni w dziejach świata, to teraz pojawiają się wśród niej głosy wyrażające zatroskanie fatalną sytuacją demograficzną. Oczywiście nie chodzi o nagły przypływ patriotycznych uczuć, nic z tych rzeczy, po prostu uświadomiono sobie, że kiedy Niemcy wymrą, zniknie podmiot winy za zbrodnię wszechczasów. Wraz z narodem niemieckim zniknęłaby narodowa „wspólnota winy”, a tym samym zniknąłby drugi główny bohater teohistoriozoficznego dramatu, który odgrywany być musi do „końca świata i jeszcze jeden dzień”.

Na łamach „Junge Freiheit” Thorsten Hinz zastanawia się, dlaczego w dwudziestą rocznicę upadku muru berlińskiego – ówczesny burmistrz Berlina Walter Momper powiedział, że Niemcy są „najszczęśliwszym narodem na świecie” – rośnie wśród Niemców niezadowolenie z własnego kraju. Nic nie zostało z tamtej radości, panuje rozczarowanie, zniechęcenie, intelektualny zaduch. I nie wygląda na to, żeby miało być lepiej, bowiem poziom życia obniży się, a nie podniesie, co dla RFN, która swoją legitymizację czerpała z ponadprzeciętnego dobrobytu – w pewnej mierze dotyczyło to także NRD w bloku wschodnim – stanowić będzie duży psychologiczny i polityczny problem. Nie ma niczego, co mogłoby zrekompensować regres w dobrobycie.

Hinz pisze, że mur berliński był aktem przemocy dokonanym przez komunistów i materialną obiektywizacją konfliktu Wschód-Zachód; ale również materializacją żarliwości, z jaką oba państwa niemieckie ten konflikt rozgrywały przeciwko sobie. Zanim jeszcze mur został wzniesiony, na zachodzie i wschodzie wznoszono mury polityczne i duchowe pomiędzy nimi; oba państwa starały się być prymusami u swoich hegemonów, którym przyznawały nie tylko polityczną, ale wyższą, dziejowo-filozoficzną legitymizację. Historiozofie panujące w obu państwach niemieckich, choć wrogie wobec siebie, miały jedną rzecz wspólną, a mianowicie wychodziły z założenia, że niemieckie państwo narodowe (ucieleśnione najdoskonalej w Rzeszy Niemieckiej lat 1933-1945) i zjednoczeni w nim Niemcy to na planie powszechnodziejowym samo zło, coś „wiecznie faszystowskiego”. Stąd polityczna mentalność w obu państwach niemieckich była w sposób naturalny „antyfaszystowska”. W tym systemie myślowym nie chodziło o to, aby restytuować ponownie niemieckiego suwerena, ale o przeciągnięcie drugiego państwa niemieckiego do strefy panowania własnego hegemona. Oba „półpaństwa” niemieckie czerpały swoją tożsamość z odgraniczania się od drugiej połówki.

W 1989 roku zburzone zostały mury materialne, ale nie duchowe i historiozoficzne. Nieszczęście polegało, zdaniem Hinza, na tym, że cząstkową świadomość państwa zachodniego podniesiono do rangi świadomości ogólnoniemieckiej, czego symbolicznym wyrazem była kampania części mediów i polityków przeciwko przeniesieniu stolicy do Berlina. Komentując ją, espedowski patriarcha Willy Brandt wyraził obawę, że również po zjednoczeniu Niemcy pozostaną duchowo i mentalnie okupowanym krajem.

O słuszności jego analizy świadczy fakt, że właśnie po zjednoczeniu zabrano się za budowanie w nowej stolicy pomników proklamujących dla Niemców negatywną tożsamość (która de facto jest nie-tożsamością). Starano się w ten sposób, pisze Hinz, zapobiec temu, aby nowa stolica stała się stolicą niemieckiej dumy. Miała być raczej stolicą niemieckiej hańby. Niematerialne przyczyny niezadowolenia z własnego kraju są tak samo ważne jak te, które odczytać można ze statystyk i ankiet. Forsowana przez demokratyczno-liberalne elity koncepcja narodu jako wspólnoty winy rodzi klimat będący mieszaniną histerii i kwaśnego moralizatorstwa. Być może dałoby się ją utrzymać w okresie prosperity, ale w okresie ujemnego wzrostu, kiedy na gwałt potrzebna jest jakaś pozytywna psychologiczna rekompensata, odczuwana być musi jako coraz bardziej przykry balast, konkluduje Hinz.

W „eigentümlich frei” André Lichtschlag poddaje ostrej krytyce „pakiety koniunkturalne” przygotowane przez rząd kanclerz Angeli Merkel, zwanej pieszczotliwie w kręgach CDU „mamuśką”; ich absurdalność i szkodliwość jest dlań oczywista. Nietrudno zgadnąć, kto będzie beneficjentem tego strumienia budżetowych pieniędzy: bankierzy i biurokraci, państwowe instytucje edukacyjne, związane tradycyjnie z rządzącymi branże – budowlana i samochodowa, Telecom, zaprzyjaźniona z biurokracją państwową kasta wysoko opłacanych menedżerów, półpaństwowe Kasy Chorych. A kto to sfinansuje: oczywiście twórcze, produktywne, dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, które nie wydają pieniędzy na opłacanie zawodowych lobbystów, pracownicy tych przedsiębiorstw, prywatnie ubezpieczeni, ludzie wolnych zawodów. Polityka monetarna niskich stóp procentowych nadal „wymuszać” będzie przepływ środków od dalekowzrocznych ciułaczy do hochsztaplerów i finansowych hazardzistów. Sztucznie wzmacnia się konsumpcję kosztem kapitału, zatem na dłuższą metę zbiednienie kraju jest nieuchronne. Dobrobyt powstaje dzięki oszczędzaniu i akumulacji kapitału, zaś trwoniony jest, kiedy okrada się ludzi za pomocą inflacji, rozdaje premie za złe gospodarowanie, karze podatkami tych, którzy coś potrafią i osiągają dobre wyniki. Jeśli ktoś chce już dziś poznać przyszłość Niemiec, to niech sobie obejrzy filmy o ostatniej dekadzie NRD: dalsza umysłowa i gospodarcza degradacja, budżetowa łatanina z dnia na dzień, szerzący się brak odpowiedzialności, typowo socjalistyczny zapach gnicia, welon szarości pokrywający cały świat. A na końcu tej drogi – przewiduje Lichtschlag – podobnie jak 20 lat temu, zabrzmi okrzyk „Wir sind das Volk!”.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” 2009, nr 2-3.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»