Tomasz Gabiś
Zmarły w styczniu tego roku baron Caspar von Schrenck-Notzing to jedna z najważniejszych postaci powojennej konserwatywnej inteligencji niemieckiej. Urodził się 23 lipca 1927 roku jako potomek jednego ze starych rodów bawarskich patrycjuszy (jego pradziadkiem był przemysłowiec i narodowo-liberalny deputowany do Reichstagu Gustav von Siegle, dziadkami – znany w Niemczech pionier parapsychologii Albert von Schrenck-Notzing oraz pisarz Ludwig Ganghofer). W II wojnie światowej nie dane mu było wziąć udziału – powołany do oddziałów obrony przeciwlotniczej nie podjął służby z powodu choroby i w związku z tym nie miał okazji bronić ojczyzny przed „zdobywcami” ani witać kwiatami „wyzwolicieli”. Po wojnie studiował historię i socjologię we Fryburgu, Monachium i Kolonii. Początki jego polityczno-intelektualnego zaangażowania tkwią w legendarnym kręgu monachijskich konserwatystów „Tafelrunde”, do którego pod koniec lat 50. XX w. należeli ponadto Armin Mohler, Winfried Martini i Mohammed Rassem. Łączyło ich wszystkich zainteresowanie myślą Carla Schmitta. Mohler pośredniczył nawet w nawiązaniu znajomości pomiędzy Schrenck-Notzingiem a Carlem Schmittem, jednakże nie przypadli sobie do gustu; wprawdzie baron podziwiał styl Schmitta, ale, jak potem wyznał, po prostu wszyscy prawnicy są w jego oczach jakoś podejrzani.
Trudno wyobrazić sobie powojenne odrodzenie niemieckiego konserwatyzmu bez kulturalno-politycznego dwumiesięcznika „Criticón”, którego pierwszy numer ukazał się w lipcu 1970 roku. Schrenck-Notzing był jego założycielem, wydawcą, redaktorem naczelnym i sponsorem w jednej osobie; od czasu do czasu pisał także artykuły i recenzje. Jako akcjonariusz dwóch dużych firm mógł przeznaczyć własne środki finansowe na wydawanie konserwatywnego pisma, którego tytuł pochodzi od tytułu powieści El Criticón hiszpańskiego jezuity Baltazara Gracjana, znanego w Polsce jako autor znakomitego Brewiarza podręcznego (pamiętam, jak Schrenck-Nozting ucieszył się, kiedy, bawiąc przed laty w Monachium, podarowałem mu jedno z niemieckich wydań Brewiarza w tłumaczeniu Schopenhauera, nabyte we wrocławskim antykwariacie). Jednym z bohaterów powieści jest niejaki Critilo, i tak podpisywał Schrenck-Notzing swoje wstępne felietony w prawie każdym numerze pisma. Znakiem firmowym „Criticónu” był stylizowany kogut, zaprojektowany przez Gerharda Swobodę z wiedeńskiej szkoły malarstwa fantastycznego, której baron był wielkim wielbicielem i znawcą.
Bezpośrednim impulsem do założenia „Criticónu” stała się dla Schrenck-Notzinga wydana w 1969 roku książka Arnolda Gehlena Moral und Hypermoral. Eine pluralistische Ethik (Moralność i moralność hipertroficzna. Etyka pluralistyczna). Gehlen już po przejściu na emeryturę, będąc pod wrażeniem rewolty 1968 roku, w której widział kolejny krok na drodze likwidowania więzów nałożonych przez kulturę na „straszliwą naturalność” człowieka, zszedł z wyżyn naukowego obiektywizmu, publikującswoją pierwszą i ostatnią książkę z dziedziny filozofii politycznej. Pierwszy numer „Criticónu” zawierał portret Gehlena autorstwa Hanno Kestinga (przedwcześnie zmarłego autora ciekawej książki o koncepcjach historiozoficznych mobilizowanych na frontach światowej wojny domowej) oraz krótki tekst wprowadzający Armina Mohlera, w którym autor Konserwatywnej Rewolucji w Niemczech nazywał książkę Gehlena „znakiem przydrożnym” i interpretował ją jako swego rodzaju manifest nowego prawicowego racjonalizmu (w kontrze wobec lewicy pogrążającej się w antynaukowym irracjonalizmie), czyniąc tym samym znanego w Europie antropologa, socjologa i filozofa, intelektualnym patronem całego przedsięwzięcia.
Przypomnijmy tutaj, że książka Gehlenabyła niezwykle precyzyjnie wymierzonym ciosem we wszelkiego rodzaju oderwane od rzeczywistości, operujące wielkimi i największymi słowami, humanitarystyczne utopie będące maską nowego totalitaryzmu, brutalnym „kopem” w samo jądro demokratyczno-liberalno-hedonistycznej antypolityki, radykalną, pełną cynicznego humoru, jadowitego szyderstwa i lodowatego realizmu, pozbawioną choćby odrobiny nostalgii „za starymi dobrymi czasami” krytyką oświeceniowego projektu „wyemancypowanego” człowieka. I taka też była misja „Criticónu”, który z ośmiostronicowego biuletynu Książki-autorzy-czasopisma-wydawnictwa stał się w ciągu roku czy dwóch lat okrętem flagowym niemieckiej konserwatywnej prawicy – inteligentnej, krytycznej, bojowej, która nie uprawia konserwatywnych lamentacji, ale dąży do – by użyć sformułowania Gerd-Klausa Kaltenbrunnera – „rekonstrukcji konserwatyzmu” niezbędnej zarówno ze względu na specyficzną sytuację powojennych Niemiec, jak i na przemiany społeczno-polityczno-kulturalne ogarniające cały świat zachodni.
Schrenck-Notzing był człowiekiem-instytucją lub, jak kto woli, człowiekiem-orkiestrą, takim niemieckim Giedroyciem. Udało mu się ściągnąć do „Criticónu” jako współredaktorów, współpracowników i autorów śmietankę konserwatywnej prawicy z niemieckiego obszaru językowego. Pismo stało się punktem zbornym prawicowców różnych barw i obediencji, którzy dlatego mogli przebywać w jednym miejscu, nie skacząc sobie natychmiast do oczu, ponieważ redaktor naczelny od nikogo nie wymagał składania przysięgi na jedno obowiązujące wszystkich autorów prawicowe wyznanie wiary i zręcznie pośredniczył pomiędzy zwaśnionymi obozami.
Pismo reprezentowało prawicę wychodzącą z cienia Trzeciej Rzeszy – naczelnemu redaktorowi pomógł fakt, że jego rodzina nie była obciążona współpracą z poprzednim reżimem, a jej niektórzy członkowie związani byli z antyreżimową opozycją, stąd kręgi demokratyczno-liberalne nie mogły go z miejsca zniszczyć jako faszysty. Schrenck-Notzing propagował konserwatyzm z akcentem narodowym, ale nie w tradycyjnym typie deutschnational. Nie dopuszczał na łamy ani „volkistowskich” nostalgików, ani prawicowych radykałów, nie nadał też pismu wyraźnie religijnego charakteru, różniąc się w tym względzie od zdecydowanie chrześcijańskiej prawicy lat 50. skupionej wokół pisma „Neues Abendland”. Ale był otwarty na wszystkie niekonformistyczne nurty prawicy niemieckiej (łącznie z prawym skrzydłem CSU) i europejskiej, jak również amerykańskiej – pilnie śledził losy amerykańskiego konserwatyzmu spod znaku Russella Kirka i Williama Buckley’a. Nadał pismu ton chłodny, sceptyczny i – zgodnie z nazwą – krytyczny; rzecz jasna, myśl krytyczna, propagowana przez redaktora znajdowała się na antypodach tzw. Teorii Krytycznej, która w jego opinii już dawno stała się częścią adornowskiego „przemysłu świadomości” (Bewußtseinidustrie). Nic dziwnego, że „Criticón” – ten „centralny organ antyoświeceniowej prawicy” (Karlheinz Weißmann) – choć konserwatywny (a może właśnie dlatego), był zawsze zbuntowany. Jak pisał redaktor naczelny: „w 1970 roku byliśmy przeciwko «rewolucji kulturalnej» w jej różnorakich odmianach, przeciwko «duchowi lat sześćdziesiątych» i uzurpatorskiemu projektowi «Nowego Oświecenia», dziś jesteśmy przeciwko obniżaniu poziomu kulturalnego i duchowemu luzowi, przeciwko zasadzie «byle tak dalej»”. W 1999 roku Schrenck-Notzing postanowił przekazać pismo w ręce przedstawicieli młodszej generacji. Niestety, nie podołali oni zadaniu i wkrótce „Criticón” utracił swoje dawne znaczenie, a po kilku latach przestał wychodzić. Jego wychowankowie kontynuują działalność na konserwatywnej prawicy jako publicyści, pisarze polityczni, wydawcy i redaktorzy.
Najsłynniejszą książką Schrenck-Notzinga jest, opublikowana po raz pierwszy w 1965 roku, Charakterwäsche. Amerikanische Besatzung in Deutschland und ihre Folgen (Pranie charakteru. Amerykańska okupacja w Niemczech i jej skutki). Wywołała ona duże poruszenie wśród demokratyczno-liberalnej inteligencji niemieckiej, gdyż podjęła temat stabuizowany i niewygodny w sensie politycznym i psychologicznym. Nic dziwnego, że jej aprobatywne cytowanie rychło zaczęło graniczyć z akademickim samobójstwem. Nie mogło być inaczej, boleśnie raniła ona bowiem dobre samopoczucie demokratyczno-liberalnej inteligencji, co dobrze oddaje anegdota o pewnym profesorze politologii, który skarżył się, że po jej przeczytaniu zmuszony był przyznać, iż fundamenty jego światopoglądu, wypracowane – o czym był szczerze i głęboko przekonany – z mozołem i samodzielnie, są niczym więcej niż intelektualnym trybutem spłaconym władzy okupacyjnej.
Przemilczane przez demokratyczno-liberalne media (ale polecane pocztą pantoflową) miało Pranie charakteru w ciągu 35 lat kilkanaście wydań. Należy do kluczowych książek pozwalających zrozumieć duchową, ideologiczną i polityczną sytuację powojennych Niemiec Zachodnich. Schrenck-Notzing dowodził, że tzw. reedukacja Niemców była zarówno kontynuacją wojny psychologicznej z okresu wojny światowej, jak i – co ważniejsze – wielkim eksperymentem socjopsychologicznym, właśnie owym „praniem charakteru”, koniecznym ponieważ charakter narodowy Niemców uznano za „autorytarny” czy wręcz „paranoidalny”; istotną rolę odegrała tutaj koncepcja „osobowości autorytarnej” lansowana przez Theodora Adorno i jego kolegów. Warunkiem powodzenia eksperymentu był stan ducha narodu po totalnej klęsce, charakteryzujący się zmniejszoną odpornością na ideologiczno-psychologiczny nacisk z zewnątrz.
To w Niemczech Zachodnich zabarwiona marksizmem psychoanaliza, połączona z amerykańską antropologią kulturową i ideologią tzw. higieny psychicznej stała się po raz pierwszy polityczną siłą wpływającą na polityczno-społeczną, edukacyjną i kulturalną praktykę. Neopsychoanaliza Fromma, Sullivana i Horney była bardziej przydatna od freudyzmu, ponieważ Freud mówił o niezmiennych popędach biologicznych, co niezbyt nadawało się na legitymizację planu stworzenia „Nowego Człowieka”, a wręcz utwierdzać mogło konserwatywną koncepcję niezmiennej natury ludzkiej. Tymczasem marksizujący neopsychoanalitycy uznawali je za zmienne w zależności od warunków społeczno-kulturalnych, a zatem – zgodnie z marksizmem – postulowali zmianę warunków społecznych, aby zmienić człowieka (w tym przypadku Niemca). Filozoficznymi patronami reedukacji byli Croce, Dewey, Jaspers, Maritain, Russel, zaś jej podwaliną antropologiczną – egalitarystyczne teorie Franza Boasa, Margaret Mead, Ruth Benedict. Ta ostatnia odkryła w Nowym Meksyku plemię Zuni – pacyfistyczne, pozbawione agresji, łagodne i szczęśliwe (oczywiście był to raczej ideologiczny konstrukt wykoncypowany przez antropolożkę). Teraz agresywni i wojowniczy Niemcy mieli zostać przemienieni w takie właśnie „plemię Zuni”.
Powojenna reedukacja Niemców, która wykazuje wiele podobieństw do tzw. Przebudowy (Reconstruction), czyli reedukacji amerykańskiego Południa przeprowadzonej przez postępową, oświeconą i egalitarystyczną Północ po przegranej przez stany południowe wojnie o niepodległość, była, według Schrenck-Notzinga, czymś o wiele więcej niż tylko pewną represją zwycięzców na zwyciężonych i udzieleniem im politycznej lekcji; była, motywowaną pedagogiką społeczną, podbudowaną socjopsychologicznie ingerencją w „podświadome obszary duszy”, w głębokie struktury mentalne, a jej celem było przebudowanie „nikczemnego” charakteru narodowego Niemców, ich mentalności, tradycji, wartości tak, aby „naród nie potrafił się rozpoznać w jestestwie swoim”. W ten sposób chciano – dowodził Schrenck-Notzing – sparaliżować go wewnętrznie, a w konsekwencji unieszkodliwić politycznie.
Reedukacja Niemców stanowiła modelowy przykład społecznej i kulturalnej zmiany dokonanej przez nową elitę intelektualistów – do lewicowych reemigrantów, których ulokowano na uniwersyteckich katedrach dołączyli oczywiście intelektualiści krajowi, którzy kontynuowali dzieło reedukacji tubylców w następnych dziesięcioleciach. Zmiany, które miały raz na zawsze uniemożliwić pojawienie się „potencjalnie faszystowskich jednostek” i oczyścić świat z ludzi o „osobowości autorytarnej”. Z początku menedżerowie od propagandy psychologicznej nazwali odkryty (skonstruowany) przez siebie syndrom „kompleksem sadomasochistycznym”, ale ze względów pijarowskich porzucili ten termin, gdyż zbyt pachniał perwersją, a chodziło o to, żeby każdego „zdrowego” móc zaklasyfikować jako „chorego”.
Schrenck-Notzing nie ograniczył się do opisu ludzi, instytucji i organizacji, których zadaniem było przeprowadzenie lokalnego eksperymentu społecznego z przebudową świadomości (a nawet podświadomości), psychiki i charakteru zwyciężonych Niemców, ale pokazał, że celem tego eksperymentu jest „Nowe Oświecenie”, w tym niezwykle ważne „oświecenie seksualne”, gdyż – jak nas oświecił Wilhelm Reich – ludzie o „osobowości autorytarnej” (jej cechy to m.in. wstrzemięźliwość, uznanie więzi, poczucie odpowiedzialności, zamiłowanie do punktualności, porządku i czystości) mają problemy z życiem seksualnym i dlatego bardzo łatwo „staczają się w bagno faszyzmu”. Dodajmy, że objęcie ludzi dbających o czystość podejrzeniem o ciągoty autorytarne spowodowało, że młodzieżowy proletariat lat 60. nie używał mydła, zapuszczał włosy i hodował wszy, żeby udowadniać wszystkim na około swoją nieskazitelnie „antyautorytarną osobowość”.
„Nowe Oświecenie”, uzupełnijmy analizę Schrenck-Notzinga odnoszącą się do połowy lat 60. XX wieku, oznacza stworzenie nowej kultury politycznej najpierw w Niemczech, a potem w skali całej cywilizacji europejskiej i amerykańskiej. Już wkrótce okaże się bowiem, że reedukacji, przeprowadzonej przez demokratyczno-liberalną awangardę, wymagają wszystkie narody wchodzące w skład tej cywilizacji: wszędzie trzeba stworzyć „Nowego Człowieka” o „osobowości antyautorytarnej” (demokratycznej), pozbawionej mikroskopijnych choćby śladów „faszyzmu”, „nacjonalizmu”, „rasizmu”, antysemityzmu”, „ksenofobii”, „homofobii” etc., etc. Nie tylko Niemcy są „chorzy” (chociaż oni najbardziej), ale prawie cała ludność Europy i USA, z wyjątkiem oczywiście demokratyczno-liberalnej awangardy pełniącej rolę uzdrowiciela. Stąd doświadczenia zebrane przy reedukacji Niemców posłużą potem, od końca lat 60. XX wieku, do reedukacji innych narodów podjętej przez ich własne elity. Takie to bywają paradoksy historii: wielu z tych, którzy cieszyli się z „reedukacji Niemców”, nie przewidziało, że teraz „wszyscy jesteśmy Niemcami”, a zatem „reedukacja” prędzej czy później wszystkich nas obejmie.
W 1972 roku w niewielkiej książce Demokratisierung. Konfrontation mit der Wirklichkeit (Demokratyzacja. Konfrontacja z rzeczywistością) Schrenck-Notzing poddał wiwisekcji centralne ideologicznie pojęcie Nowej Lewicy; pokazał, w jaki sposób lewica wykorzystuje hasło „demokratyzacji” wszystkich dziedzin życia – kultury, edukacji, prasy, mediów, teatrów, Kościołów, armii – dla zdobycia i utrzymania władzy i przywilejów. Rewoltę studencką 1968 roku interpretował jako kontynuację amerykańskiej reedukacji: Nowa Lewica to wychowankowie „zreedukowanych” wydziałów nauk politycznych, filozofii, historii, socjologii, którzy dążą do kolejnej fazy reformy szkolnictwa, edukacji, uniwersytetów, oraz do pogłębienia zmian w kulturze, gospodarce i innych strukturach społecznych.
Nowa Lewica, mimo iż protestowała przeciwko wojnie w Wietnamie i głosiła antyamerykańskie slogany, była fundamentalnie proamerykańska, bo stała po stronie ideologicznych zwycięzców drugiej wojny światowej; zwróciła się przeciwko wojnie w Wietnamie i „amerykańskiemu imperializmowi” wówczas, kiedy to samo zjawisko wystąpiło w USA – to z metropolii, ze Wschodniego Wybrzeża przyszedł sygnał do walki z polityką Johnsona i Nixona. Jej powierzchowny antyamerykanizm niewiele ważył w porównaniu z fundamentalnym antyfaszyzmem, który czynił ją gorliwym wykonawcą politycznego testamentu zostawionego przez mocarstwa okupacyjne.
Choć niezłomny antykomunista, Schrenck-Notzing nie oskarżał – jak co bardziej prostoduszni prawicowi propagandyści – Nowej Lewicy i Opozycji Pozaparlamentarnej o to, że jest w pierwszym rzędzie przedłużonym ramieniem Moskwy, ale o to, że jest bękartem zwycięskich mocarstw; wskazywał również na to, iż nie zewnętrzne komunistyczne zagrożenie, ale wewnętrzna, uprawiana w pełnym świetle dnia propaganda Nowej Lewicy na rzecz rozkładu społecznego, moralnego i kulturalnego stanowi największe niebezpieczeństwo dla społeczno-politycznego ładu. Lubił cytować Gehlena, że w RFN „pełno jest ludzi, którzy używając wszystkich możliwych środków urabiania opinii, całkiem jawnie starają się wszystkiemu, co jeszcze stoi, wydmuchać szpik z kości”.
Odsłaniając rzeczywiste mechanizmy rewolty 1968 roku, która zapoczątkowała marsz Nowej Lewicy przez instytucje, zakończony zajęciem przez jej reprezentantów foteli w redakcjach, teatrach, rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych, w partiach i na uniwersyteckich katedrach, Schrenck-Notzing rekonstruował nową strategię lewicy: nie nagły i gwałtowny przewrót polityczny, nie atak na Bastylię czy Pałace Zimowe, ale stopniowa „refunkcjonalizacja” poszczególnych sektorów życia kulturalnego i społecznego. Ta strategia niemieckiej (i całej zachodniej) lewicy okazała się niezwykle skuteczna. Schrenck-Notzing znakomicie pokazał uwarunkowania tego sukcesu.
Inny ciekawy wątek książki to prześwietlenie na przykładzie Grupy 47 (Böll, Grass et consortes) mechanizmów życia literackiego w Niemczech: grupa literacka pełni tutaj funkcję „towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych”, jej członkowie albo wzajemnie się chwalą, albo pozornie zwalczają, opanowują wraz z sojusznikami-krytykami literackimi (Marcel Reich-Ranicki, Hans Meyer, Walter Jens, Walter Hoellerer, Joachim Kaiser) system nagród literackich. Grupa 47 była niezwykle sprytną literacką koterią, która przy pomocy krytyków, redaktorów, szefów działów kulturalnych gazet i czasopism, wydawców (tzw. Czerwone Trio – Surkhamp, Rowohlt, Europäische Verlagsanstalt) zmierzała do rozciągnięcia polityczno-estetycznej kontroli nad całą literaturą piękną RFN.
W 1973 roku Schrenck-Notzing publikuje książkę Honoratoriendämmerung. Das Versagen der Mitte. Bilanz und Alternative (Zmierzch notabli. Porażka centrum. Bilans i alternatywa) stawiającą diagnozę niemieckiej CDU, i to diagnozę tyle trafną, ile bezlitosną. Jak było do przewidzenia, książka nie spotkała się z życzliwym przyjęciem w kręgach chadeckich i przysporzyła autorowi wielu politycznych wrogów; niektórzy naciskom działaczy partyjnych przypisują fakt, że książka bardzo krótko gościła na półkach księgarskich. Schrenck-Notzing przytoczył w niej znaną definicję chadecji: „chadecja to partia centrum, która idzie na lewo”, przy czym należy pamiętać, że centrum zawsze idzie na lewo, nigdy na prawo.
Żydowsko-austriacki komunista Willi Schlamm, który przeszedł na konserwatywną prawicę (okazjonalnie publikował niegdyś w „Criticónie”), zwykł mawiać, że w centrum to może co najwyżej stać znak drogowy, który wskazuje albo na prawo, albo na lewo. Trzeba tu jednak uwzględniać fakt, że wszystkie partie polityczne idą ku centrum (w konsekwencji upodobniając się do siebie), co wynika z elementarnej zasady ich funkcjonowania, czyli zasady maksymalizacji głosów. Bycie w centrum oznacza brak poglądów, a ponieważ większość obywateli nie ma żadnych poglądów, więc w sposób naturalny zajmują miejsce w centrum. Dlatego wszystkie partie dążą do centrum, bo tam jest największy rezerwuar głosów. To się zgadza z obserwacją Schrenck-Noztinga, że u chadecji nastąpiła hipertrofia organów wyczulonych na procenty poparcia i równoległa atrofia innych narządów ideowo-politycznych. W miejsce ideologii wstawiono demoskopię. Rzecz jasna, nie tylko chadecja tak postąpiła.
W 1962 roku na łamach pisma „Der Monat” Schrenck-Notzing opublikował tekst Przeciwko polityce sentymentalnej, będący odpowiedzią na ankietę „Co właściwie dzisiaj znaczy «konserwatywny»”. To, co jest dziś „konserwatywne”, odpowiadał, „nie może być wywiedzione ani z samego tego słowa, ani z historii, ale rodzi się w zamęcie dnia”. Nie idzie o pielęgnowanie antykwarycznych zainteresowań lub sentymentalnych wspomnień, ale o maksymalnie obiektywne opisanie prawdziwego stanu rzeczy, o trzeźwą, pozbawioną iluzji ocenę i rozpoznanie położenia. I tym zasadom Schrenck-Notzing pozostał wierny przez prawie pięćdziesiąt lat pracy redaktora, publicysty i pisarza politycznego. W nekrologu Arnolda Gehlena zacytował jego autocharakterystykę: „Za reakcjonistę uchodzi ten, kogo argumentów nie można obalić, ponieważ daje on rzeczywistości prawo głosu”. Zapewne nie protestowałby, gdyby zaliczono go do tej kategorii „reakcjonistów”. Swoje intelektualne powołanie widział w „oddzielaniu pozoru od rzeczywistości”, procedury tak istotnej w czasach, kiedy „opinia publiczna” znaczy tyle co „opinia opublikowana”, kiedy „głos opinii publicznej” i „propaganda” są nieodróżnialne od siebie, zaś media, które, zgodnie z ideologią Oświecenia, miały obywatelom ujawniać tajemnice władców i w ten sposób korygować ich działania, po prostu afirmują panujące stosunki władzy. Proces wzrastającej manipulacji sferą publiczną i polityczną uważał za nieodwracalny, zaś za konieczny – proces rozumienia metod manipulacji i reguł funkcjonowania mechanizmów medialnej i politycznej psychotechnologii.
Uważał, że konserwatywna intelektualna prawica była często ślepa na realność ideologii, naiwnie dawała się nabierać na hasełka o „końcu ideologii” zamiast swoje zadanie widzieć w zdzieraniu ideologicznych zasłon skrywających rzeczywistość, w zastosowaniu „filozofii podejrzeń” wobec „dobrych intencji”, „wartości”, „moralnych deklaracji”, za którymi demokratyczno-liberalny establishment i Nowa Lewica (schmittiański Związek Dobrych Ludzi) chowają przed naiwnymi swoje egoistyczne i szkodliwe cele. Stąd Makiawel, obok Baltazara Gracjana i Gehlena, trzeci patron politycznej publicystyki Schrenck-Notzinga, który w 1976 roku zredagował tom zbiorowy Konservative Köpfe. Vom Machiavelli bis Solschenizyn.Makiawelizm winien, jego zdaniem, służyć konserwatywnej prawicy jako metoda poznawcza, pozwalająca we właściwym, jaskrawym świetle widzieć realne stosunki władzy politycznej, społecznej, kulturalnej.
Ci, którzy go znali osobiście, opowiadają o jego przenikliwej, ostrej inteligencji, nienagannych manierach, świetnych umiejętnościach szachowych, niezwykłym poczuciu humoru, pielęgnowaniu przezeń typowej konserwatywnej cnoty „dystansu”, także wobec samego siebie. Nie był hurrapesymistą, choć już przed wielu laty melancholijnie skonstatował: „upadają wszystkie konserwatywne pozycje na całym świecie, jedna po drugiej, co nie jest postrzegane jako schyłek i dekadencja, ale jako nigdy dotąd nie osiągnięte wyżyny wolności i dobrobytu, postępu technicznego i socjalnego bezpieczeństwa”. Zachowywał sceptyczną nadzieję. W jednym z ostatnich swoich tekstów pisał o ewolucji duchowego położenia w Niemczech, o tym, że nadal znajduje się ono pod przemożną presją „ideologicznych konstruktów”, które jednak są śmiertelne: „Widać objawy zużywania się, potem nastąpi kryzys i w końcu zmiana wiodących idei”. Był protestantem, na dwa lata przed śmiercią przeszedł na katolicyzm.
Na koniec wspomnijmy jeszcze o wydaniu w tym roku nowej książki prof. Hansa Herberta von Arnima Volksparteien ohne Volk (Partie ludowe bez ludu), w której autor, były rektor Wyższej Szkoły Nauk Administracyjnych w Spirze poddaje druzgoczącej krytyce system polityczny Republiki Federalnej Niemiec i rządzący nią „kartel partyjny”, kontynuując i rozwijając wątki zawarte w jego poprzednich książkach: Państwo bez sług – co obchodzi polityków dobro narodu, Państwo jako łup, Z grubym brzuchem trudniej rządzić,Władza matką wynalazku (chodzi o pomysłowość w wymyślaniu coraz to nowych przywilejów i beneficjów dla klasy politycznej). Warto byłoby częściej korzystać w Polsce, gdzie prawie w ogóle nie istnieje publicystyka krytyczna wobec Niemiec (a jeśli już, to w stylu dość staroświeckim), z pisarstwa politycznego takich autorów jak von Arnim, Josef Schüßlburner (znany w Polsce z pracy Czerwony, brunatny i zielony socjalizm) portretujący RFN jako państwo ideologiczne nadzorowane przez tajne służby czy Roland Baader, uczeń Hayeka, niezmordowany demaskator przeszłych i teraźniejszych antywolnościowych trendów w ideologii i polityce niemieckiej. To dobry znak, że książkę tego ostatniego – Zamyśleni na śmierć. Jak intelektualiści niszczą nasz świat – zamierzają wydać wrocławskie Wektory.
Oczywiście, nie powinniśmy przesadzać z krytycyzmem wobec naszych przyjaciół zza Odry, bo dzieje się tam wiele ciekawych rzeczy. Na przykład w połowie maja „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zamieścił dwa artykuły Philipa Plickerta: Czy powrót do standardu złota? oraz Kryzys zaufania w ekonomii. W pierwszym Plickert omawia zalety standardu złota i skutki, jakie dla polityki finansowej i gospodarki miało jego porzucenie, posiłkując się w tym kontekście znanym esejem młodego Greenspana Złoto i wolność gospodarcza; natomiast w drugim konstatuje kryzys dominujących teorii ekonomicznych – ekonomii klasycznej, keynesizmu i monetaryzmu, które są kompletnie bezradne wobec obecnego kryzysu finansowo-gospodarczego, i wskazuje na Szkołą Austriacką jako na jedyną, która potrafi wyjaśnić przyczyny kryzysu i podać środki zaradcze. Z kolei Arne Stuhr na spieglowskim „manager-magazin.de” publikuje pochwalny artykuł Ludwig von Mises – ten, który nie wył razem z wilkami, o jednym z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku (który nie dostał Nagrody Nobla). Stuhr rozmawiał też ze współczesnym reprezentantem Szkoły Austriackiej Jörgiem Guido Hülsmannem, który twierdzi, że żaden współczesny ekonomista nie dorównuje Misesowi w spójności i jasności argumentacji. Doprawdy niemieccy menedżerowie chyba trochę się zdziwili czytając opinie Hülsmanna w rodzaju: „gospodarka planowa banków centralnych skazana jest na klęskę” albo „trzeba wyrwać pieniądz ze szponów państwa i uczynić go częściąprywatnej gospodarki”. Na swoim blogu Hülsmann obwieścił, że w Niemczech, Austrii i Szwajcarii Szkoła Austriacka z marginesu, na jaki 50 lat temu została zepchnięta przez keynesistów, powoli przesuwa się do głównego nurtu; on sam został zaproszony niedawno przez Komisję Europejską do Brukseli, aby poprowadzić krótki kurs makroekonomii z punktu widzenia Szkoły Austriackiej. W Luksemburgu Rada Stanu (mianowana przez Wielkiego Księcia), która doradza parlamentowi w procesie legislacyjnym, przyjęła raport oparty na jednym z tekstów Hülsmanna i wprost powołujący się na Misesa. Jak widać, wiele się dzieje na zachód od Odry, tymczasem nad Wisłą redaktorzy opiniotwórczych gazet nadal męczą nas Habermasem, Badiou i Žižkiem, karmią „ekonomią behawioralną” oraz podobnymi niestrawnymi głupstwami. Chyba nie zauważyli, że uczestniczą w posezonowej wyprzedaży idei.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” 2009, nr 4.
