«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – VII

05.20.10 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Od kilku lat dwaj znani niemieccy intelektualiści żydowskiego pochodzenia Henryk Broder i Ralph Giordano zabierają głos w obronie europejskich wartości i piętnują tchórzostwo niemieckiej elity polityczno-kulturalno-medialnej w obliczu religijno-politycznego i demograficznego naporu islamu. Henryk Broder (ur. 1946) publicysta, bloger, autor wielu książek to właściwie polski Żyd, urodził się bowiem w Katowicach, a do Niemiec wyjechał z rodzicami, kiedy miał 12 lat.

Broder zastanawia się, dlaczego w oczach wielu niemieckich komentatorów i publicystów awansował do roli „kaznodziei nienawiści”. Jak to możliwe, że nie ci, którzy wzywają do zabijania pisarzy i karykaturzystów, są „kaznodziejami nienawiści”, lecz on, który tylko stawia pytania. Czyżby działał tu znany skądinąd mechanizm „łapaj kaznodzieję nienawiści”? Paranoik, widząc zgodny chór niemieckich publicystów, mógłby podejrzewać spisek. Nie jest to jednak spisek – tak funkcjonuje instynkt stadny w niemieckim życiu kulturalno-politycznym. Nie da się wszakże wyjaśnić wszystkiego konformizmem. Czyżby – pyta Broder – dla wielu niemieckich publicystów obrazą było to, że „zaczepia” ich polski Żyd i dwie dzielne tureckie muzułmanki Seyran Ates i Necla Kelek, broniące wartości liberalnych? Może dlatego są na nas źli, bo zachowujemy się niezgodnie z ich oczekiwaniami? Seyran Ates i Necla Kelek nie są jęczącymi Turkami, którzy stale się skarżą, jacy to są dyskryminowani. Ci – uważa Broder – są ulubieńcami niemieckich dziennikarzy, podobnie jak jęczący Żydzi, opowiadający w każdym talk-show, ilu krewnych stracili w Holocauście i jak bardzo się boją NPD (zawsze można przy tej okazji wylać trochę krokodylich łez nad martwymi Żydami). Kelek, Ates i ja – pisze Broder – nie jęczymy, nie żalimy się, ofensywnie przedstawiamy swoje racje, spieramy się ze środowiskiem, z którego sami się wywodzimy i nie potrzebujemy nikogo, kto mówiłby w naszym imieniu. Niemieccy publicyści, w większości lewicowi, tak bardzo się przyzwyczaili do odgrywania roli guwernerów i kuratorów, że czują się nieszczęśliwi, kiedy nie mają podopiecznych, nad którymi mogliby roztoczyć kuratelę. Dzisiaj jedynymi, którzy nadają się na podopiecznych lewicy, są muzułmanie, którzy stale czują się obrażani, upokarzani, wykorzystywani przez „Zachód”.

Kilka lat temu Günter Grass zaproponował, aby w ramach starań o tytuł europejskiej stolicy kultury Lubeka zamieniła jeden z kościołów na meczet. Byłby to, zdaniem noblisty, „wielkoduszny gest”, który poprawiłby stosunki z muzułmanami i zwiększyłby szanse Lubeki na uzyskanie tego tytułu. Grass – drwi Broder – zastymulował punkt g u swojej ideologicznej klienteli, która – aby nikt nie dostrzegł u niej choćby cienia nietolerancji – pielęgnuje masochizm, bliski całkowitej rezygnacji z własnych racji i interesów. To, co robi Grass i inni lewicowcy, to w gruncie rzeczy elegancka forma bezwarunkowej kapitulacji i wyraz „nienawiści Zachodu do samego siebie”.

Dlaczego – zastanawia się Broder – lewica niemiecka popiera ekspansję islamu? Dlaczego głosi rozmaite samobójcze brednie? Z pewnością mamy do czynienia z bliskością ideologiczną; islamiści dysponują radykalnie prostą ideologią: świat jest zły, my chcemy i możemy go polepszyć, wiemy, jak to zrobić, kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Ta ideologia może być atrakcyjna dla lewicowych inteligentów niemieckich, ponieważ ich ideologia ma taką samą strukturę. Islam jest dla nich namiastką socjalizmu; podoba im się na przykład, że szariat zakazuje pobierania odsetek (według Brodera w Niemczech w pewnym zakresie już obowiązuje „szariat light”). Ale Broder podejrzewa, że kryje się za tym również oportunistyczna kalkulacja: jeśli islamscy fundamentaliści osiągną dominację, to będą pamiętać o tych, którzy już wcześniej oddawali im hołd. Lewicowcy apelujący do Niemców o tolerancję, w rzeczywistości wołają do jutrzejszych zwycięzców: „Jesteśmy po waszej stronie! Nie zapomnijcie o tym, kiedy zdobędziecie władzę!”. Jak to się stało – pyta Broder – że kiedy w 1988 roku ukazały się Sztańskie wersety Salmana Rushdiego, niemieccy wydawcy i pisarze z Grassem na czele solidaryzowali się z wyklętym pisarzem, natomiast gdy dwadzieścia lat później celem ataków stała się duńska gazeta, która opublikowała karykatury Mahometa, wyrazów solidarności zabrakło. Ci wszyscy, którzy każdej krytyki Kościoła i papieża, każdej bluźnierczej akcji artystycznej bronią w imię wolności słowa, nagle doszli do wniosku, że trzeba uwzględniać uczucia religijne innych ludzi. To była wymówka, po prostu od czasu sprawy Rushdiego islamiści pokazali, co potrafią: zamachy, groźby, naciski, zastraszanie. Dlatego w opinii wielu niemieckich inteligentów rozsądniejsze i bezpieczniejsze jest okazywanie „szacunku” dla religijnych uczuć muzułmanów niż upieranie się przy prawie do wolności słowa. Zdaniem Brodera to zwyczajne tchórzostwo i podlizywanie się silniejszemu, schowane za zasłoną frazesów o tolerancji.

Ralph Giordano (ur. 1923) dziennikarz, pisarz polityczny i reżyser, należał do przeciwników budowy w Kolonii gigantycznego meczetu. Twierdził, że projekt meczetu był znakiem aneksji obcego terytorium, miał symbolizować tożsamość wrogą integracji, stanowił akt wypowiedzenia kulturowej wojny. Giordano oskarża niemiecką klasę polityczno-medialną o to, że przez dziesięciolecia zamykała oczy na palące kwestie imigracji muzułmańskiej, zaś tego, kto je podnosił, okrzykiwano „neonazistą”, co było tryumfem najbardziej podłego ze wszystkich podłych argumentów-cepów pochodzących z repertuaru „politycznej poprawności”. W imię fałszywie rozumianej tolerancji nie podejmowano kwestii muzułmańskiej imigracji. Ze strachu przed stygmatem „wrogości wobec obcokrajowców” nie prowadzono żadnej sensownej polityki imigracyjnej. Do Niemiec przybywały miliony ludzi z całkiem innego kręgu kulturowego, których przyjazd nie służył jakimkolwiek interesom przyjmującego ich kraju, miliony ludzi bez kwalifikacji, jedynie hipotetycznie zdolnych i chętnych do integracji, natomiast bardzo obciążających budżet państwa.

Dlatego dzisiaj – konstatuje Giordano – stoimy na gruzach polityki imigracyjnej, integracja zakończyła się fiaskiem. To jest skutek defensywnej postawy chrześcijan w ramach tzw. dialogów międzyreligijnych, destruktywnej pobłażliwości prokuratury i sądów wobec przestępczości imigrantów, nadmiernie lękliwego działania policji i służb specjalnych w kwestiach bezpieczeństwa, strachliwej rezerwy wobec islamskich organizacji i wobec planów pełzającego przekształcania państwa zachodniego w islamską formę państwową. Przypatrywano się bezradnie, jak mnożą się organizacje i związki muzułmańskie, które stale żądają, żądają i żądają, nie poczuwając się do tego, że same też mają jakiś dług wdzięczności do spłacenia. Wszystko to – twierdzi Giordano – ma swoje źródło w złudzeniach tzw. wielokulturowości, socjalnym romantyzmie, naiwnej humanitarystycznej skłonności, żeby każdego przytulić do serca. Nigdzie przepaść pomiędzy opinią publiczną a opinią opublikowaną, czyli pomiędzy klasą polityczną i medialną a „zwykłymi obywatelami”, nie była głębsza niż w tej dziedzinie. Reakcje na szwajcarskie referendum w sprawie minaretów po raz kolejny ten fakt potwierdziły. Klasa polityczna i medialna w ogóle nie słucha tego, czego życzą sobie szerokie kręgi ludności. Większość Szwajcarów obwoła się kryptofaszystami, każdą krytykę islamu będzie się denuncjować jako zniewagę, każdy krytyk zostanie zdemaskowany jako rasista.

Giordano apeluje: najwyższy czas skończyć z takimi argumentami. Trzeba z podniesionym czołem przeciwstawić się groźbom ze strony muzułmanów i zniesławianiu ze strony niemieckich publicystów i dziennikarzy. Dość atmosfery zastraszania, dość wywoływania poczucia winy u pokolenia, które żadnej winy nie ponosi, aby w ten sposób zniechęcić je do stawiania krytycznych pytań. Dokąd zaszliśmy – pyta Giordano – że posłusznie pozwalamy religijnym i innym fanatykom, aby dyktowali nam, co wolno nam publikować, a co nie? Dokąd zaszliśmy, że padamy na kolana przed każdym (sterowanym) wybuchem gniewu, tak jak było w wypadku karykatur Mahometa? Jak długo jeszcze będziemy stali na baczność przed tymi, którzy każdą krytykę zafałszowują, interpretując ją jako zniewagę, sami zaś są wysoce rozrzutni w rozdawaniu werbalnych ciosów inaczej myślącym? Giordano oświadczył, że jeśli ceną jego niezgody na taktykę przymilania się będzie utrata przyjaciół i osobiste zagrożenie, to gotów jest ją zapłacić. Kiedy bronię moich racji i mojej kultury, napisał, tak jak bronili jej Szwajcarzy w sprawie minaretów, wówczas nazywa się mnie „rasistą”, „podżegaczem”, „nazistą”, „żydowską świnią”. Ja, który, aby przeżyć – przypomina – musiałem ukrywać się przed gestapo, nigdy nie ulegnę groźbom i szantażom, nigdy nie podporządkuję mojego pojęcia wolności słowa zasadzie: „Wszyscy mają prawo wyrażać swoją opinię w sposób, który nie jest sprzeczny z szariatem”. Nie, po trzykroć, nie, woła gniewnie Giordano do Niemców.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na Prawo”, 2010, nr 4.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»