Tomasz Gabiś
W ostatnich miesiącach pojawia się w Niemczech – głównie za sprawą kryzysu finansowego i bankructwa grożącego rządowi greckiemu – coraz więcej artykułów prasowych, których tematem jest przyszłość wspólnej waluty europejskiej. Uaktywnili się także przeciwnicy euro, powołujący się na swoje wypowiedzi sprzed ponad 10 lat, w których przepowiadali obecne problemy. Jeszcze dzisiaj, czyli ponad dziesięć lat po wprowadzeniu euro, większość Niemców pytana, czy chcieliby powrotu marki, odpowiada jednoznacznie „tak”. Należy pamiętać, że marka niemiecka, która od 1948 roku przeżyła fantastyczny wzlot do pozycji najbardziej twardej i stabilnej waluty w Europie, przez kilka dziesięcioleci była dla Niemców fundamentem poczucia stabilizacji i siły. Gdyby w 1997 roku przeprowadzono referendum, przygniatająca większość Niemców głosowałaby przeciwko rezygnacji z marki. Wyrazicielami tych powszechnych nastrojów była niemiecka prawica, zarówno konserwatywno-liberalna, jak i konserwatywno-narodowa czy nacjonalistyczna, która jak jeden mąż odrzucała euro i żądała utrzymania marki. Jedni używali argumentów stricte ekonomicznych, inni porzucenie marki interpretowali jako rezygnację z narodowej suwerenności.
Prawicowi niemieccy publicyści i blogerzy przypominają dziś, że to Francja była motorem unii walutowej. Dysponujący bronią atomową Francuzi uważali markę za atomową broń Niemców. Było to o tyle słuszne, że mimo istnienia ECU (European Currency Unit), w latach 80. XX wieku stała się ona faktyczną kotwicą Europejskiego Systemu Walutowego, a niemiecki bank centralny głównym bankiem Europy, określającym faktycznie stopy procentowe i politykę walutową, a co za tym idzie gospodarczą, całej Europy Zachodniej. Dla prezydenta Mitteranda taka sytuacja była nie do zniesienia, dlatego likwidacja marki stała się jego idée fixe. Jak wszyscy etatyści i socjaliści widział w walucie nie środek wymiany, lecz instrument polityki siły. Likwidacja marki była więc dlań równoznaczna z likwidacją najmocniejszego instrumentu władzy, jakim dysponowali Niemcy. Francja chciała złamać polityczno-gospodarczą dominację Bundesbanku, który, czując co się święci, wszelkimi środkami usiłował zapobiec unii walutowej. Jego prezes Hans Tietmeyer stwierdził: „Niemcy mogą na unii walutowej wiele stracić, mianowicie jeden z najlepszych i najskuteczniejszych ładów finansowych świata”. Główny ekonomista Bundesbanku Ottmar Issing pytał: „skoro mamy lepszą politykę walutową, to dlaczego mamy przyjmować gorszą walutę?” Być może Bundesbankowi udałoby się skutecznie storpedować unię walutową, gdyby nie przełom roku 1989. Zjednoczenie Niemiec, czyli wzrost ich znaczenia politycznego, wzmogło dążenia Francuzów do likwidacji marki. Znana jest wypowiedź Mitteranda skierowana do Margaret Thatcher, że „bez wspólnej waluty jesteśmy wszyscy poddani woli Niemiec”. Ponieważ faktycznym bankiem centralnym Europy był Bundesbank, Francuzi chcieli zastąpić go europejskim bankiem centralnym, o którego polityce mogłyby współdecydować inne stolice europejskie, przede wszystkim Paryż.
Wprowadzenie euro, rozpatrywane z punktu widzenia partykularnych interesów państw europejskich, było efektem układu pomiędzy Kohlem i Mitterandem: Kohl zrezygnował z marki w zamian za zgodę Francji na zjednoczenie Niemiec. Tak więc poprzez likwidację marki niemieckiej udało się Paryżowi „złamać dyktaturę” Bundesbanku, niezbyt lubianego zresztą – ze względu na jego niezależność – przez niektórych polityków niemieckich. Wprowadzenie euro leżało zatem także w interesie wąskiej niemieckiej kasty politycznej, części finansjery niemieckiej i wielkiego biznesu, głównie tego zarabiającego na eksporcie.
Przypomina się obecnie w Niemczech, że w 1998 roku 155 niemieckich profesorów ekonomii wydało wspólne oświadczenie, w którym wypowiadali się przeciwko wprowadzeniu wspólnej waluty. Nie byli oni jej pryncypialnymi przeciwnikami, ale ostrzegali przed pospiesznym wprowadzeniem euro, zwracali uwagę na brak naprawy finansów publicznych w krajach strefy euro, brak dyscypliny budżetowej i szereg innych niekorzystnych zjawisk ekonomiczno-politycznych już na stracie obciążających unię walutową ciężką hipoteką. Natomiast jej pryncypialnymi przeciwnikami byli czterej uczeni – prof. prof. Wilhelm Nöllig, Joachim Starbatty, Wilhelm Hankel, Karl Albrecht Schachtschneider (pierwsi trzej to ekonomiści, czwarty – prawnik), którzy w 1997 roku wnieśli skargę do Trybunału Konstytucyjnego przeciwko traktatowi amsterdamskiemu i wprowadzeniu euro, ale została ona odrzucona. Potem zebrali wszystkie swojej argumenty i omówili centralne kwestie unii walutowej w książkach: Die Euro-Klage. Warum die Währungsunion scheitern muß (Skarga przeciwko euro. Dlaczego unia walutowa musi ponieść fiasko, 1998) oraz Die Euro-Illusion. Ist Europa noch zu retten? (Iluzja euro. Czy da się jeszcze uratować Europę?, 2001). „Czterej sprawiedliwi”, jak ich niekiedy nazywano w Niemczech, prognozowali, że wzrośnie publiczne zadłużenie, że przy tak różniących się od siebie gospodarkach i różnych politykach fiskalnych pojawią się wewnętrzne napięcia, których nie da się – tak jak kiedyś – zneutralizować za pomocą zmian kursowych w ramach narodowej polityki. Pisali, że głównymi przegranymi unii walutowej będą zwykli niemieccy obywatele, ludzie wolnych zawodów, samodzielni rzemieślnicy, mały i średni biznes. Ostrzegali, że kiedy upadnie unia walutowa, cała konstrukcja Unii Europejskiej będzie zagrożona. Profesorowie deklarowali, że chcą „zapobiec szkodom grożącym narodowi niemieckiemu, ale także innym narodom Europy, wydanym na niebezpieczeństwa walutowej awantury”.
Najbardziej aktywny z całej czwórki jest w ostatnim czasie prof. Wilhelm Hankel (rocznik 1929). Wykładał politykę walutową i rozwojową na uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem, należał do najbliższych współpracowników socjaldemokratycznego ministra gospodarki Karla Schillera. W latach 1972-1978 był szefem Krajowego Banku Hesji. Prof. Hankel jest dzisiaj jeszcze mocniej niż kilkanaście lat temu przekonany o tym, że wspólna europejska waluta to fałszywa droga tak dla Niemiec, jak i Europy, sprzeczna z niemieckim interesem narodowym, szkodliwa dla niemieckiej gospodarki. Jego zdaniem, marka niemiecka uczyniła z Niemiec mistrza świata w eksporcie, była nieodłącznym elementem przemysłowego rozwoju kraju po wojnie i powinna pozostać jako lokomotywa walutowa w zjednoczonej Europie. Gdyby niemieccy politycy trzymali się nauk z czasów, kiedy marka przeżywała swoje złote lata, to ani Niemcy, ani Europa nie stałyby dzisiaj w obliczu tak poważnych trudności finansowych i ekonomicznych. To dzięki euro Grecja, Irlandia, Portugalia, Hiszpania i Włochy mogły się bezkarnie zadłużać. Grecja znajduje się już na krawędzi bankructwa, inne kraje mogą się niebawem do tej krawędzi zbliżyć. Poważne problemy czekają także te kraje (przede wszystkim Niemcy), które, dysponując nadwyżkami eksportowymi, pożyczyły im dziesiątki miliardów euro (pożyczały oczywiście niemieckie banki). Przypominają one knajpiarzy, którzy wydali zbyt dużo darmowego piwa i teraz plajta zagląda im w oczy. Dlatego prof. Hankel uważa, że Unia Europejska to dzisiaj unia bankrutów. Jedyną szansą na odwrócenie fatalnego biegu wydarzeń i zminimalizowanie strat jest, według niego, wyjście Niemiec ze strefy euro i powrót do marki (euro mogłoby pozostać jako jednostka rozliczeniowa).
Nieco inny pomysł na markę i euro ma poseł do Bundestagu z ramienia FDP Frank Schäffler, który jako jedyny z niemieckich polityków publicznie wskazuje na prawdziwe przyczyny kryzysu finansowego – system państwowego papierowego pieniądza bez pokrycia. W wywiadach i artykułach poseł Schäffler otwarcie powołuje się na Denacjonalizację pieniądza Fryderyka Augusta von Hayeka i proponuje: pozbawienie banków centralnych władzy nad pieniądzem, zniesienie państwowego monopolu papierowego pieniądza, dopuszczenie do obiegu konkurujących walut prywatnych. Niedawno poseł zorganizował w Bundestagu konferencję poświęconą wolnorynkowemu ładowi pieniężnemu. Przybyli na nią naukowcy, publicyści, kilkunastu (!) posłów z jego partii, a nawet jeden z doradców CDU. W niemieckim parlamencie padały nazwiska Misesa, Rothbarda i Hayeka; zastanawiano się nad sposobami prywatyzacji pieniądza i, jak to zwykle bywa przy takich okazjach, zwolennicy Rothbarda starli się ostro ze zwolennikami Hayeka. Czy w naszym sejmie doczekamy kiedykolwiek takich posłów jak Frank Schäffler i takich konferencji?
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Opcja na Prawo”, 2010, nr 5.

[…] » Blog Archive […]