«
»

Idee

ODPOWIEDŹ NA ANKIETĘ APOKALIPTYCZNĄ(„CZTERDZIEŚCI I CZTERY.MAGAZYN APOKALIPTYCZNY”,NR 2/2009)

06.25.10 | brak komentarzy

1. Czy apokalipsa trwa, była czy dopiero nadchodzi?

2. Jaki sens – w perspektywie apokalipsy – ma historia ludzkości, dzieje cywilizacji, życie każdego z nas?

3. Które dzieła współczesnej kultury (i dlaczego) współbrzmią z Pana odpowiedziami na powyższe pytania?

Tomasz Gabiś

Ad 1

Apokalipsa trwa w postaci „kultury Apokalipsy” rozumianej szerzej niż Apocalypse Culture Adama Parfreya (polityczno-ideologiczne lunatic fringe, paranoiczne kulty, dziwaczne teorie spiskowe etc.). Należą do niej m.in. dwa nurty myślowe, które przedmiotem swoich dociekań czynią apokaliptyczne wizje i profecje. Pierwszy z nich objaśnia i interpretuje apokaliptyczne wizje odwołując się do „odmiennych stanów świadomości” (ekstaza, „zachwycenie”) osiąganych za pomocą roślin enteogenicznych (visionary plants) lub innymi sposobami, i stanowiących rodzaj „szamańskiej podróży” do innego świata, czyli na „antypody umysłu”, by użyć terminu Aldousa Huxleya, który w Drzwiach percepcji dowodził, że mistycy i wizjonerzy są dziś mniej liczni niż w dawnych czasach, zarówno z powodów filozoficznych, jak i chemicznych. W ramach „kultury Apokalipsy” bada się katastroficzne, enteogeniczne „bad trips”, wykrywa podobieństwo psychodelicznych wizji po LSD i obrazów Tybetańskiej Księgi Zmarłych (Timothy Leary), dostrzega w filozofii Plotyna nie wyspekulowany koncept, ale raport z realnych, „psychodelicznych” wydarzeń (Huston Smith), traktuje – jak czyni to badacz psychoaktywnych grzybów Robert Gordon Wasson – Platona jako „wielkiego szamana”, który znalazł wizję Idealnego Świata Archetypów w eleuzyńskiej świątyni, gdzie podczas nocnych misteriów pił enteogeniczny „cudowny napój”. W swoich domysłach Wasson zaszedł bardzo daleko: „Z pewnością niektórzy poeci i prorocy, wielu mistyków i ascetów miało ekstatyczne wizje, które odpowiadają tym osiąganym w starożytnych misteriach lub na grzybowych agapach w Meksyku. Nie sugeruję, że św. Jan na Patmos jadł [psychoaktywne] grzyby, aby napisać Apokalipsę, jednak następstwo obrazów w wizji, tak jasno widzianych a tak fantasmagorycznych, oznacza dla mnie, że był w takim stanie świadomości jak ktoś, kto spożył grzyby”.

Starożytne, apokaliptyczne teksty włączone są dziś w kontekst bujnie rozwijających się badań nad oddziaływaniem środków psychoaktywnych na ludzką świadomość i nad światowym szamanizmem, stają się przedmiotem zainteresowania etnopsychologów, etnobotaników, etnofarmakologów, neurofarmakologów, neurobiologów, „farmakoteologów”, „neuroteologów”. Mamy do czynienia ze swego rodzaju „mistycznym hiperracjonalizmem”. Można powiedzieć, że Oświecenie dociera tutaj do ostatecznych granic i przekracza je, by „po drugiej stronie lustra” znaleźć przed-Oświeceniowe iluminacje (oświecenia), doznawane podczas sesji enteogenicznych.

Jedni przedstawiciele „kultury Apokalipsy” poszukują źródła tekstów apokaliptycznych w konkretnym bioneuropsychicznym przeżyciu, zaś drudzy dokonują ich radykalnej dehistoryzacji, zastępując futurologiczno-eschatologiczną interpretację wizji i proroctw interpretacją egzystencjalno-prezentystyczną postulowaną już choćby przez Rudolfa Bultmanna. Przeświecone przez radykalnych krytyków bezlitosnym światłem filologicznych procedur, pozbawione przez nich mesjańskiego ognia (lub oczyszczone z popiołu, który po nim pozostał) apokaliptyczne wizje i proroctwa przeobrażają się w skomplikowane wielowarstwowe mistyczno-polityczno-astroteologiczne alegorie. Apokaliptyczna profecja nie mówi wówczas ani o tym, co się wydarzyło (vaticinium ex eventu), ani o tym, co się wydarzy, ale wyraża pewną prawdę duchową. Najważniejsze jest nie znajdowanie odniesień do historii i eschatologii, ale „fenomenologiczny wgląd” w teksty należące do naszego religijno-kulturalnego dziedzictwa.

Oba te „ekstremalne”, należące do współczesnej „kultury Apokalipsy” strategie hermeneutyczne, choć nie do przyjęcia z perspektywy ortodoksyjnie rozumianego chrześcijaństwa, mogą zachęcić do lektury apokaliptycznych tekstów i do refleksji nad nimi.

Ad 2

Sens taki, choć zapewne istnieje, pozostaje dla mnie zakryty. Boję się, że wytężanie wzroku przy wypatrywaniu „znaków Apokalipsy”, mogłoby go nieodwracalnie nadwerężyć. Przeczuwam, że „apokaliptyczny kop” łatwo może zakończyć się nudą, duchową frustracją i wewnętrznym wypaleniem (jak pisał sufi Dżalaluddin Rumi, „upojenie upojeniem, ale po każdym upojeniu przychodzi ból głowy”). Sądzę natomiast, że sensowne, potrzebne i płodne poznawczo może być „myślenie apokaliptyczne”, lub inaczej radykalne, brutalne, bezwzględne, drakońskie, absolutnie antyrestauracyjne i programowo antynostalgiczne – jego podmiot usytuowany jest tuż „przed Apokalipsą”, której nadejścia jest pewien, stąd nic nie może mu przeszkodzić w wypowiedzeniu swojej prawdy, lub „po Apokalipsie”, kiedy stało się jasne, że nie ma powrotu do czasu „sprzed Apokalipsy”.

Weźmy na przykład „liberalizm zmęczenia” lansowany – zgodnie z nazwą – bez mocnego zaangażowania przez Cezarego Michalskiego. Myślenie apokaliptyczne, wychodząc od zwrotu „jestem skonany”, zradykalizowałoby „liberalizm zmęczenia” w „liberalizm skonania”, co, jak przypuszczam, mogłoby przynieść ciekawsze intelektualnie rezultaty. Inne przykłady to koncepcja Unii Europejskiej zradykalizowana w koncepcję Imperium Europejskiego lub konserwatywny liberalizm – w konserwatywny anarchizm. Mamy wielu zwyczajnych, poczciwych antykomunistów, ale brak reprezentantów antykomunizmu apokaliptycznego, którzy na przykład, odnosząc się do wydarzeń XX wieku, czczą zamach Fani Kaplan na Lenina, zamordowanie Trockiego na rozkaz Stalina uważają za porachunki w gronie Czerwonych gangsterów („jednego gangstera mniej”), potępiają Adolfa Hitlera za to, że zawarł w 1939 roku kompromitujący moralnie europejskiego polityka sojusz ze Stalinem, a proces norymberski demaskują jako zorganizowany przez bolszewików proces pokazowy.

Tego typu „myślenie apokaliptyczne” (radykalne) pozwoliłoby spojrzeć inaczej na aktualność polskiego, romantycznego mesjanizmu. Próby jego reanimacji w narodowym kontekście (naród polski jako podmiot współczesnego neomesjanizmu) to, według mnie, grzebanie długopisem w popiele, spacerki wokół krateru wygasłego wulkanu. Szansą ożywienia i duchowego rozpalenia tradycji polskiego mesjanizmu byłoby natomiast przeniesienie go w paradygmat (meta)polityczny Imperium Europejskiego. Wówczas polski mesjanizm mógłby stać się dla europejskiego imperialnego neomesjanizmu (zastępującego martwe mesjanizmy narodowe) bogatym rezerwuarem motywów, symboli, znaków, obrazów, toposów i wątków. Można by się wręcz pokusić o podjęcie próby narzucenia europejskiemu neomesjanizmowi struktur myślowych i narzędzi interpretacyjnych zaczerpniętych z naszego mesjanizmu.

Ad 3

Współbrzmią te, które są przejawem „myślenia apokaliptycznego” w jego różnych odmianach, np. Robert Shea i Anton Wilson trylogia Iluminatus!, mowy Donoso Cortésa o dyktaturze, które objaśnia José María Beneyto w książce Apokalypse der Moderne (Stuttgart 1988), Jean Baudrillard Ameryka i Przed końcem, Murray Rothbard Wall Street, Banks and American Foreign Policy (stare teorie spiskowe przetransformowane w tzw. „deep politics”), Paul Treanor Why forget the Holocaust? (radykalne zerwanie z europejską polityką historyczną), muzyka niemieckiej euroimperialnej formacji Von Thronstahl i polskiej Kapeli ze Wsi Warszawa (muzyka „ludowa” po „śmierci ludu”), artykuły publikowane na łamach postmonarchistycznego pisma „Pro Fide Reggae et Lege”. Czekam również z niecierpliwością na drugą część książki Ryszarda Legutko Esej o duszy polskiej. W pierwszej części filozof odważnie wystawił narodowi polskiemu akt zgonu, ale, niestety, trochę jakby bojaźliwie zatrzymał się na poziomie konserwatywnej lamentacji. Dopiero część druga, w której filozof nie rozpacza już nad tym, co się stało (śmierć narodu polskiego), ale wytycza nowe ścieżki myślowe w krajobrazie „po Apokalipsie”, byłaby świadectwem myślenia apokaliptycznego. Można by się ewentualnie zgodzić z Legutką, że historia narodu polskiego się zakończyła, ale przecież my, potomkowie Polaków, jakieś dusze jednak mamy, ciągle żyjemy, myślimy, piszemy, więc oczekiwalibyśmy czegoś więcej niż tylko prostej diagnozy, że „Apokalipsa się dokonała”. Pomijam tutaj fakt, że z perspektywy apokaliptycznej opinia Legutki o „finis Poloniae” w roku 1945 jest dość umiarkowana – w zradykalizowanej wersji Polska jako podmiot polityki europejskiej kończy swój byt pod koniec XVIII wieku, a jej droga wiedzie od imperium jagiellońskiego do Generalnej Guberni, od europejskiego mocarstwa do sowieckiej kolonii.

Jeszcze innym przejawem „myślenia apokaliptycznego” byłoby przyjęcie tezy dokładnie odwrotnej do tezy Legutki, który mówi o totalnym zerwaniu ciągłości historycznej pomiędzy II RP i PRL, a mianowicie, że PRL to: 1. urzeczywistnienie programu radomskiego PPS z 1937 roku, postulującego wprowadzenie (czasowej) „robotniczo-chłopskiej dyktatury”, 2. kontynuacja międzywojennego socjaletatyzmu, progresywizmu i demokratyzmu, 3. manifestacja pewnych aspektów „duszy polskiej”.

Wymienię na koniec książkę Tadeusza Micińskiego Do źródeł duszy polskiej (Warszawa 1936), a z niej przede wszystkim świetny apokaliptyczny manifest Fundamenty Nowej Polski z 1905 roku, ale czytany tylko przy odpowiedniej muzyce, na przykład przy „Master of Reality” Black Sabbath, zaczynającym się mocnym „Sweat Leaf”, a kończącym melancholijną „Solitude”:

Płomień ten krwawi się jak skarbiec złotych koron, łańcuchów i krzyżów, które się topią – rozlewa się błękitem lazurowym, jak gorejące jezioro spirytusu, przygasa – mruży się niby zakrwawione oko Cyklopa, lecz ogień wciąż trwa i wybucha z popiołów: zmarły i zmartwychwstający Bóg –

A kiedy mroki staną się jeszcze głębsze, kiedy wicher płonących pocisków z Portu Artura, Mukdenu i Jalu przyniesie iskry na stary dach Europy, i zajmą się dachówki praw, wygną się wiązadła społecznej inercji, zapadną sufity wierzeń i fundamenty instynktu życia zaczną się trząść i cały ten olbrzymi Dom Wariatów stanie się kuźnią szatańskich płomieni – i wyleje się czarna rzeka na wpół zwęglonych więźniów: twarze wyżarte przez extremy nędzy i użycia, złego i świętości –

Lord of this world

Evil possessor

Lord of this world

He’s your confessor now

(„Lord of This World”)

Okropny homen! Śmierć wyjedzie na koniu bladym – śmierć Apokaliptyczna – ślepa choć z księgą – wymowna, choć z wypalonym jak żagiew językiem – i siłą nieprzepartą choć bez rąk zagarnie ten pochód zwariowanych pogorzelców, którym spłonęło więzienie – w nieznaną nikomu krainę –

Zaroi się szara, bezkolorowa ćma widm, jak upiorów wyszłych z kręgu zatracenia – i tylko jeden człowiek iść będzie między widmami – człowiekiem tym będzie Lucifer.

Zapadną widma w otchłań za horyzontem – dogasną już ruiny – i oto rozlegnie się głos Mrocznego Nieba: Vae neminibus! Biada nieistniejącym.

Leave the earth to Satan and his slaves

leave them to their future in the grave

Make a home where love is there to stay

(„Into the Void”)

Tomasz Gabiś

PS

W trialogach, jakie prowadzili Terence McKenna, Ralph Abraham i Rupert Shaldrake (Zdążyć przed Apokalipsą, Bydgoszcz 1995, wyd. oryg. 1992), ten pierwszy po raz kolejny stwierdził, że, zgodnie z jego wyliczeniami biegu fraktalnej fali czasu, „Koniec” wydarzy się w 2012 roku – data popularyzowana dzisiaj przez mass media. Może słusznie, bo gdy obserwujemy postępujący rozkład globalnego systemu finansowego opartego na papierowym pieniądzu bez pokrycia (fiat money) i częściowej rezerwie bankowej, to ogarnia nas przeczucie, że w ciągu najbliższych trzech lat rzeczywiście nadejdzie chwila, o której mówił McKenna: „Następuje końcówka, wypłata, nagroda. Wychodzimy na krzywiznę [czasoprzestrzeni] i spotykamy tych, co pociągali za sznurki”.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»