UKRYTA WŁADZA
Każda, choćby najmniejsza grupa politycznych proroków – czy będą to jakobini, fabianie, bolszewiccy Ojcowie Założyciele czy też członkowie brain trusts wokół Roosevelta lub Kennedy’ego – deklaruje zawsze jako swój główny cel rozdzielenie władzy po równo pomiędzy wszystkich obywateli, później pomiędzy wszystkich ludzi na świecie, a na końcu likwidację władzy w ogóle. Kiedy już nikt nie będzie miał przewagi nad sąsiadem pod względem bogactwa, wykształcenia, talentu wówczas – głosili ideologowie od francuskiego rewolucjonisty Babeufa po lidera brytyjskich labourzystów Johna Stracheya – władza zniknie i wszyscy będziemy szczęśliwi. Stało się inaczej. Niektórzy stali się równiejsi, to znaczy potężniejsi niż inni: w każdym państwie i w ONZ, w związku zawodowym, terrorystycznej bandzie i totalitarnej partii. Jednak dwa stulecia propagowania likwidacji władzy przyniosły widoczne rezultaty. Władza jest wprawdzie nadal tym samym, czym była w czasach Dżyngis-chana lub Juliusza Cezara, lecz ci, którzy ją dzierżą, wolą się ukryć, zamaskować: chcą być tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa, wyglądać niepozornie i skromnie – już nie pod baldachimem w sali tronowej, ale za czysto uprzątniętym biurkiem z baterią telefonów, już nie w galowych uniformach lśniących od orderów, ale w zwyczajnym garniturze lub samej koszuli z podciągniętymi rękawami.
Współczesny władca – zamiast pokazywać srogie oblicze – uśmiecha się łagodnie do telewizyjnej kamery. Co prawda sowieccy marszałkowie noszą na piersi błyszczące rzędy metalowych orderów, ale realna władza spoczywa w rękach sekretarza generalnego, a ten nie potrzebuje żadnego uniformu i żadnych specjalnych odznak. Ponowna, niejako odwrócona „sakralizacja” władzy zachodzi dzięki telewizji operującej obrazami, którą – jak każdą nową instytucję – władza przyciąga w nieodparty sposób. Tradycyjna sakralizacja posługiwała się rzadkim eksponowaniem hieratycznych postaci: władcy, wysokiego kapłana, sędziego, bohatera – było to coś nadzwyczajnego, co tworzyło dystans i budziło respekt. Zasada przeciwna, czyli stałe powtarzanie (opierają się na niej propaganda i „pranie mózgów”) daje hipnotyczny efekt. Bezustanne, tysiąckrotne pokazywanie pewnych postaci może skłaniać ludzi do wiary, że są one w pewien sposób nadludzkie.
Władza nigdy nie była całkowicie świecka, zawsze – jak pokazuje historia – istniał jakiś związek pomiędzy nią a sferą religijną. Już w starożytnym Egipcie „Świątynia” i „Pałac” stanowiły – mimo ciągłych konfliktów – bliźniacze instytucje. Nigdy równe sobie, gdyż raz dominowała jedna, raz druga. Jednak w swojej istocie przejmowały taką samą odpowiedzialność za moralność i ład społeczny. „Świątynia” i „Pałac” posługiwały się tymi samymi symbolami władzy. Ernst Kantorowicz zwrócił uwagę na to, że papież przyozdabiał swoją tiarę złotą koroną, nosił cesarską purpurę, a kiedy przejeżdżał ulicami Rzymu, poprzedzały go cesarskie sztandary. Z kolei cesarz wkładał mitrę pod koronę, zakładał pontyfikalne buty i inne części kapłańskich szat, a podczas koronacji otrzymywał – tak jak biskup – pierścień. Religijna sakralizacja władzy – jak wskazuje na to wyrażenie „tron i ołtarz” – umacniała jej autorytet i ułatwiała sprawowanie rządów. W średniowieczu juryści (bardziej w Anglii niż na kontynencie) wypracowali rozbudowaną teorię, zgodnie z którą król posiada „dwa ciała”, jedno ludzkie, dzielące los zwyczajnych śmiertelników, i drugie „nieśmiertelne”. Podczas gdy pierwsze ciało umiera, drugie żyje nadal w królu wstępującym na tron i w niematerialnej Koronie. W sarkofagach królów, jak również książąt Kościoła, na dole znajdowało się pierwsze – śmiertelne i poddane rozkładowi ciało, a nad nim posąg symbolizujący drugie ciało – nieśmiertelne, pełne dostojeństwa, spoczywające w majestacie, którego nadają mu insygnia władzy. Coś z tej koncepcji zachowało się w Związku Sowieckim, gdzie zabalsamowane ciało Lenina zamieniono – podobnie jak ciała faraonów – w obiekt kultu. Jego następcy władają zarówno „Pałacem” (Kreml), jak i „Świątynią” (ideologia marksistowska). Inaczej jest na Zachodzie, gdzie osłabienie „Świątyni” spowodowało w konsekwencji osłabienie „Pałacu”. Gdy tylko monarchia utraciła niekwestionowalny do tej pory fundament religijny, względnie łatwe stało się pozbawienie króla korony (niekiedy razem z głową).
Sekularyzacja sprawiła, że w naszych czasach królowie i prezydenci pełnią czysto reprezentacyjne funkcje lub też ich władza jest bardzo ograniczona. Nie noszą już symbolicznych szat, nie otaczają ich przedmioty, symbolizujące zakorzenienie w mocach kosmicznych i transcendentalnych. Dawni władcy, czy to chińscy cesarze, czy afrykańscy kacykowie, oddzieleni od swoich poddanych, występowali tylko podczas specjalnych ceremonii, a i wówczas pogrążeni byli w nieruchomej powadze. Cesarski pałac i chata plemiennego wodza stanowiły „środek uniwersum”, imago mundi. W dzisiejszych czasach szeroko omawia się problemy Ronalda Reagana z jelitem grubym. Każdy mógł zobaczyć Lyndona Johnsona, jak podciąga koszulę, żeby zademonstrować pooperacyjne blizny. Znika najmniejszy ślad prawdziwej sakralności. Ale władza nie znikła, jedynie wycofała się za kulisy. Demokracja, socjalizm, epoka „szarego człowieka”, na wpół zsekularyzowane kościoły tylko na pozór ją zlikwidowały. W rzeczywistości stworzyły stosunki władzy nagie jak nigdy dotąd. Niezależnie od tego, jak wielki splendor otaczał dawnego władcę (w wielu kulturach poddani nie mogli oglądać jego oblicza, dlatego upadali przed nim na twarz), odpowiadał on za swe czyny przed Bogiem. Biskup Bossuet głosił kazania przed Ludwikiem XIV, w których przypominał mu, że królowie są śmiertelni, a ich ciało obróci się w proch. Większość XX-wiecznych władców nie wierzy w Boga lub w nieśmiertelność duszy i nie odczuwa żadnej potrzeby uczestnictwa w dworskich ceremoniach (choć ich małżonki przywiązują wagę do etykiety). Doskonale wiedzą oni, że „suwerenność ludu” nie jest niczym innym jak pustym dźwiękiem, że rachunki zdają nie przed Bogiem, a przed partyjnymi bossami. Odpowiednio do tej sytuacji sprawują swój urząd. Za tytułem sekretarza partii, szefa związku zawodowego, prezesa zarządu, dyrektora stacji telewizyjnej, wydawcy gazety – elita władzy w komplecie – kumuluje się budząca lęk władza, niekiedy dziedziczno-dynastyczna, jak w przypadku wyższej nomenklatury lub tyranów w rodzaju Ceausescu. Czy te nowe formy władzy dążą do sakralizacji? Nie bezpośrednio i nie otwarcie. Jednakże rządzący – partyjni bossowie, sekretarze generalni, medialni carowie – zdają sobie sprawę, że władza wymaga legitymizacji, zaś najmocniejszą podporą legitymizacji jest to, co święte.
W naszych czasach władza wybiera dwa sposoby legitymizacji. Pierwszy to odwołanie się do ideologii lewicowej, posługującej się karykaturą sacrum – umieszczonym w przyszłości ustrojem powszechnej szczęśliwości, którego nikomu nie wolno podawać w wątpliwość. Ucieleśnia on cel historii, który usprawiedliwia ofiary i masakry żądane przez ideologię. Drugi sposób legitymizacji to nowa formuła zadań państwa: nie opiera się ona już na transcendentalnej tajemnicy, lecz na obietnicy zaspokojenia potrzeb mas przez naukę, technologię i biurokrację.
W obu przypadkach fundamenty trwałości władzy są kruche, gdyż taką trwałość może zapewnić jedynie prawdziwa sakralizacja. Ukryta władza ma przeciwko sobie czynnik o ogromnym znaczeniu – nie może przemówić do zmysłów, objawić się w formach majestatycznych i ceremonialnych, powołać na swoje boskie pochodzenie. W społeczeństwach przemysłowych te podstawy trwałości władzy zanikają. Zapewnia ono swoim – zazwyczaj pozbawionym twarzy – manipulatorom więcej władzy, niż kiedykolwiek posiadali Jakub I czy Ludwik XIV, ale to nie zadowala rządzących, ani nie jest w stanie zaspokoić tęsknoty rządzonych za symbolami i rytuałami. Wprawdzie naprzeciw tym tęsknotom za widomymi znakami i symbolami stara się, okrężną drogą, wychodzić telewizja, powtarzając bez końca obrazy; równocześnie jednak wszystko zrównuje, sprawiając, że król i jego błazen stają nierozróżnialni. Rozczarowanie czeka zatem tego, kto oczekiwałby hierarchicznego, liturgicznego porządku. Zapewne, cały świat może uczestniczyć („Tak jakby Państwo tutaj ze mną byli!”) w ślubie następcy tronu, księcia Karola lub w zaprzysiężeniu amerykańskiego prezydenta. Tyle tylko, że telewizyjna kamera pozwalając nam poznać ich z bliska, równocześnie odziera ich ze wszystkiego, co tajemnicze i uświęcone. Będąc przed kilkoma laty w Hiszpanii, oglądałem telewizyjną transmisję Mszy św. Oko kamery wdarło się tak daleko, że widać było język kapłana wraz leżącą na nim hostią. Wszelkie nabożne skupienie płynące z dystansu, rzadkości, wyjątkowości, wyniesienia ulotniło się. Nie tylko „Pałac”, lecz również „Świątynia” uległa profanacji.
Przeł. Tomasz Gabiś
Poprawiona wersja przekładu, jaki ukazał się w „Stańczyku” nr 9 (1988).
Oryginalny tekst opublikował monachijski dwumiesięcznik „Criticón” nr 107 (maj-czerwiec 1988).
