Tomasz Gabiś
W zeszłym roku gdański „Przegląd Polityczny” przypomniał w numerze heideggerowskim słynne spotkanie Paula Celana i Martina Heideggera w Todtnaubergu w 1957 roku – „spotkanie dwóch równych sobie duchów” (Gadamer). Warto może przypomnieć o jeszcze jednej znajomości Celana, odkopanej z zapomnienia przez niemieckiego germanistę Tobiasa Wimbauera. 18 maja 1951 roku przyjaciel Celana z Wiednia Klaus Demus napisał list do Ernsta Jüngera, w którym zwrócił się do niego z prośbą o pomoc w publikacji tomu poezji Celana Mak i pamięć. Krótko potem – 11 czerwca – Celan sam napisał do Jüngera list, podpisany „z wdzięcznością i czcią”, w którym osobiście prosił o wstawiennictwo u ewentualnego wydawcy. W liście do Celana z sierpnia 1952 roku pisarz Rolf Schroers, który znał zarówno jego, jak i Jüngera, czytamy, że Jünger napisał mu, iż krąg przyjaciół bardzo aktywnie działa na rzecz publikacji w wydawnictwie Deutsche Verlagsanstalt, które ostatecznie wydało tom. Być może w archiwum w Marbach, gdzie znajduje się spuścizna Jüngera, odnalezione zostaną jeszcze inne świadectwa dotyczące tej sprawy. Wiadomo natomiast, że od tamtego czasu datuje się bliska znajomość Celana i Armina Mohlera, wówczas prywatnego sekretarza Jüngera, autora opublikowanej w 1950 roku słynnej książki Konserwatywna Rewolucja w Niemczech, a w następnych dziesięcioleciach jednego z czołowych przedstawicieli konserwatywnej prawicy niemieckiej. Mohler i Celan (obaj urodzeni w 1920 roku) pozostawali w kontakcie aż do samobójczej śmierci poety w 1970 roku (na jego biurku leżała otwarta biografia Hölderlina, z podkreślonym zdaniem: „Niekiedy geniusz ten ciemnieje i tonie w gorzkiej studni swojego serca”). Pisali do siebie, telefonowali, spotykali się w Paryżu, gdzie Mohler był korespondentem prasy niemieckiej i szwajcarskiej. Należał również do osób, które – jak Ingeborg Bachmann i H. M. Enzensberger – publicznie broniły Celana przed bezpodstawnymi zarzutami o plagiat, wysuniętymi wobec niego przez wdowę po poecie Yvanie Gollu, Claire Goll (przypomina się w tym kontekście czyjeś trafne powiedzenie, że, jeśli chodzi o wdowy po artystach, to hinduski obyczaj sati miałby pewien sens).
Zmarłego 4 lipca 2003 roku w wieku 83 lat, Armina Mohlera nazywano „spiritus rector konserwatyzmu niemieckiego”; lewicowcy przezywali go „starym rębajłą ze skrajnej prawicy”, a brytyjskie neokomunistyczne pismo „Searchlight” napisało w nekrologu, że „zmarł Armin Mohler, wpływowy faszystowski filozof, który chciał wyzwolić Niemców z mentalnego uścisku aliantów”. Mohler, reprezentant „innych Niemiec” w Republice Federalnej, urodził się w skromnej kolejarskiej rodzinie w Bazylei. Na tamtejszym uniwersytecie zaczął studiować historię sztuki, germanistykę i filozofię. Jako gimnazjalista i student obracał się w kręgach bohemy artystycznej i lewicowych emigrantów, flirtował z marksizmem. Jednak lektura Nietzschego, Spenglera, Niekischa, a przede wszystkim Ernsta Jüngera spowodowała błyskawiczną konwersję – Mohler w jednej chwili porzucił salonowy komunizm i przeszedł na prawicę. Kiedy Rzesza Niemiecka uderzyła na Związek Sowiecki uznał, że i dla niego, 21-letniego studenta, nadszedł „czas rozstrzygnięć”. Postanowił uciec ze spokojnej Szwajcarii, aby wziąć czynny udział w „światowej wojnie domowej”. Miał dość neutralności, chciał „podjąć decyzję”, opowiedzieć się za jakąś „Sprawą”, zamiast biernie przyglądać pędzącej w niewiadomą przyszłość „Historii”. 5 lutego 1942 roku przez zieloną granicę przedostał się do Niemiec z zamiarem wstąpienia do Waffen-SS, aby, razem z ochotnikami z innych krajów europejskich, walczyć ze Związkiem Sowieckim. Jednak, z niejasnych przyczyn, nie przyjęto go – był kilkakrotnie przesłuchiwany przez gestapo i prawdopodobnie weryfikacja kontrwywiadowcza wypadła negatywnie. Pozwolono mu jeden semestr studiować na uniwersytecie w Berlinie. Pod koniec roku wrócił do Szwajcarii, gdzie sąd wojskowy skazał go za „dezercję, nielegalne przekroczenie granicy i osłabienie obronności kraju” na sześć miesięcy twierdzy. Po odbyciu kary dokończył studia. Pobyt w narodowosocjalistycznej Rzeszy Niemieckiej był rozczarowaniem dla młodego wyznawcy „narodowo-rewolucyjnych” ideałów znalezionych w pismach Jüngera, ale też ważnym egzystencjalnym doświadczeniem, zetknięciem z rzeczywistością polityczną pełną sprzeczności i paradoksów. Po latach opisywał ówczesną „janusową egzystencję Niemców” w realnym narodowym socjalizmie: z jednej strony brutalny nacisk i przymus, przemoc często niewidoczna, ale zawsze podskórnie obecna, a z drugiej system nisz i przestrzeni wolnych od kontroli władzy.
W 1949 roku na fakultecie filozofii Mohler obronił u Hermanna Schmalenbacha i Karla Jaspersa doktorat Die Konservative Revolution in Deutschland 1918-1932. Grundriß ihrer Weltanschauungen (Konserwatywna Rewolucja w Niemczech 1918-1932. Zarys jej światopoglądów). W rok później dysertacja ukazała się jako książka w RFN, gdzie spotkała się z żywym zainteresowaniem. W 1946 roku Mohler opublikował pochwalny artykuł o Ernście Jüngerze w zurychskiej „Die Weltwoche”, z którą współpracował w latach 1946-47. Zaciekawiony jego osobą pisarz zaproponował mu stanowisko prywatnego sekretarza. Mohler propozycję przyjął – był sekretarzem Jüngera w latach 1949-1953. Na zawsze opuścił Szwajcarię, wybierając Niemcy jako swoją duchową i polityczną ojczyznę, ale nigdy nie przyjął niemieckiego obywatelstwa i zawsze deklarował się jako Szwajcar, dzięki czemu nie stał się „normalnym Niemcem” (dawno temu wysłuchałem jego narzekań na nadmierne spożycie piwa przez niemieckich korporantów, co według niego obniżało znacząco poziom intelektualny niemieckiej studenterii).
Sekretarzowanie u Jüngera pozwoliło mu zetknąć się osobiście z gwiazdami Konserwatywnej Rewolucji, jak brat pisarza Friedrich Georg czy Carl Schmitt, z którym w następnych dziesięcioleciach często się spotykał (jego bogata korespondencja ze „Starcem z gór” ukazała się w 1995 roku). Jednak nie zamierzał zostać „Eckermankiem” Jüngera, szczególnie że nosił w sobie obraz pisarza z fazy Robotnika i subtelny łowca motyli, z olimpijskim dystansem spoglądający na świat, chyba niezbyt mu odpowiadał. W późniejszych latach zdarzyło mu się dość obcesowo skrytykować Jüngera za rewizje i poprawki dawnej twórczości. Uważał bowiem, że tylko ten, kto pozna pierwsze, radykalne wersje tekstów z Republiki Weimarskiej, może zrozumieć, dlaczego potrafiły przewrócić czytelnikowi świat do góry nogami i zmienić jego życie. On, który swój „Damaszek” przeżył przy lekturze wczesnych pism Jüngera, nie mógł mu darować, że pozbawiał je polityczno-retorycznego żądła.
W 1953 roku opuścił pisarza i został paryskim korespondentem najpierw zurychskiego „Die Tat”, a potem tygodnika „Die Zeit”, dokąd ściągnęła go w 1955 roku Marion hrabina Dönhoff. Z „Die Zeit” współpracował do 1960 roku, publikując na łamach tygodnika ponad 200 artykułów. Po powrocie z Francji współpracował przede wszystkim z pismem „Christ und Welt”, skąd wyrzucono go w 1964 roku, kiedy redakcja wzięła kurs na lewo. Był przez pewien czas stałym współpracownikiem „Bayern-Kurier”, a następnie dziennika „Die Welt”. W 1961 roku zaczął pracę w Carl-Friedrich-von-Siemens-Stiftung w Monachium; od roku 1964 do emerytury w 1985 roku był dyrektorem fundacji. Wrogowie z lewicy, węszący wszędzie rękę tajnych służb, rozpowszechniali plotkę, że do fundacji dostał się dzięki poparciu Federalnej Służby Wywiadu. Nawet jeśli tak rzeczywiście było, to służby dokonały bardzo dobrego wyboru, gdyż pod kierownictwem Mohlera fundacja stała się od lat 70. miejscem niezwykle ciekawych, wielkich debat (prawicowy Mohler zapraszał często lewicowych prelegentów), przyciągających niekiedy kilkutysięczną publiczność. W lutym 1967 roku został pierwszym laureatem, przyznawanej przez konserwatywną fundację Deutschland-Stiftung, nagrody im. Konrada Adenauera w dziedzinie publicystyki. 91-letni były kanclerz, wręczając mu ją osobiście w auli uniwersytetu monachijskiego, wygłosił wówczas swoją ostatnią oficjalną mowę.
Habilitował się z nauk politycznych na uniwersytecie w Innsbrucku w 1967 roku, ale – może na szczęście dla prawicy – austriaccy socjaldemokraci udaremnili mu karierę uniwersytecką.[1] Należał do współzałożycieli, redaktorów i stałych autorów dwumiesięcznika „Criticon” – najlepszego konserwatywnego pisma w powojennych Niemczech. W ostatniej fazie życia współpracował z konserwatywnym tygodnikiem „Junge Freiheit”. W połowie lat 60. zaangażował się w politykę – został doradcą i autorem przemówień dla Franza Josefa Straussa. Niestety, Strauß okazał się nie taki straszny, jakim go malowano w „Spieglu” i innych organach lewicy, nic dziwnego, że Mohler się rozczarował i ochrzcił go później mianem „bawarskiego lwa z gumy”. Ale zanim przeżył rozczarowanie prezesem CSU, chciał w nim widzieć eksponenta niemieckiego gaullizmu, który odzyskuje dla Niemiec większą swobodę politycznego manewru. Programowym manifestem niemieckiego gaullizmu była jego książka Was die Deutschen fürchten. Angst vor der Politik, Angst vor der Geschichte, Angst vor der Macht (Czego boją się Niemcy. Strach przed polityką, strach przed historią, strach przed władzą, Stuttgart 1965). Był zdecydowanym frankofilem, zwolennikiem ścisłej współpracy z Francją, łącznie z budową wspólnej francusko-niemieckiej „force de frappe”, co wynikało z niezgody na powojenne status quo Niemiec, gwarantowane przez pozostające w sojuszu USA i Sowiety. Generała de Gaulle’a podziwiał (gaullizm był też tematem jego habilitacji) za wysoką etykę polityczną, której nie towarzyszyło moralizowanie, ale odświeżający cynizm. To właśnie tradycja francuskiej jasności intelektualnej i zimnego podejścia do polityki plus szczypta szwajcarskiej mieszczańskości stanowiły u Mohlera konieczną przeciwwagę dla „teutońskich głębi” i duchowego radykalizmu Niemców. Przygoda ze Straussem nauczyła go, że rola pisarza politycznego, intelektualisty i publicysty jest nie do pogodzenia z rolą polityka, że człowiek idei i człowiek władzy to dwa odrębne typy. Dlatego ponad „rozkosz działania” postawi „rozkosz obserwowania” i całkowicie poświęci się pisaniu. Doszedł również do słusznego wniosku, że przecenianie roli idei politycznych prowadzi do niezrozumienia rzeczywistości politycznej.
Napisał setki artykułów i kilkanaście książek, wśród nich Zwymyślanie liberałów, gdzie pomieścił swój chyba najsłynniejszy, najczęściej tłumaczony i przedrukowywany esej Styl faszystowski. Analizował w nim niektóre aspekty myślenia i działania Marinettiego, Benna, Jüngera, Gabriela d’Annunzio, hiszpańskich falangistów. Tam też przytoczył rozmowę, jaką odbył w 1942 roku w Niemczech z pewnym przedstawicielem narodowosocjalistycznego „betonu”. Kiedy padło nazwisko „Jünger”, narodowy socjalista spojrzał na Mohlera nieufnie i rzekł z wyraźną dezaprobatą w głosie: „Jünger to faszysta!”. Widząc zdumioną minę swego rozmówcy, dodał: „Jünger nie walczył dla swojego narodu, w czasie wojny walczył dla samej walki”.
Największe uznanie przyniosła mu wspomniana wyżej dysertacja o Konserwatywnej Rewolucji, uzupełniana i poprawiana w kolejnych wydaniach. Pozostaje ona do dziś – mimo iż od 1950 roku wiele napisano na ten temat – niedoścignionym przewodnikiem po labiryncie prawicowych nurtów i światopoglądów okresu Republiki Weimarskiej. Każdy, kto interesuje się niemiecką prawicą, czy szerzej – politycznymi ideologiami w XX wieku, powinien mieć ją na swojej podręcznej półce. W przedmowie do ostatniego wydania autor przyznawał, że książka towarzyszyła mu przez całe dorosłe życie i nigdy od tego tematu się nie oderwał. Dowodnie świadczy o tym, gromadzona przez kilka dziesięcioleci, licząca 20 tys. tomów jego prywatna biblioteka Konserwatywnej Rewolucji. Jego ogromną pracę bibliografa doceniali nawet polityczni wrogowie. Jeden z nich napisał, że Mohler niczym „świnia truflowa rył w gnojowisku prawicowej literatury, wyciągając przy okazji na powierzchnię bardzo rzadki, cenny materiał”. Pojęcie „Konserwatywnej Rewolucji”, choć nie przez niego wymyślone, było pojęciem, które – jak uważa inny badacz tego okresu Stefan Breuer – zrobiło dzięki niemu największą karierę spośród wszystkich określeń z nowszej historii idei. Trzeba jednak pamiętać o tym, że książka nie należała wyłącznie do historii idei. Mohlerowi nie chodziło tylko o zrozumienie i opisanie pewnego zjawiska z przeszłości. Zamierzył ją bowiem jako ideologiczną kontrabandę, uświadamiającą intelektualnej konserwatywnej prawicy niemieckiej bogactwo jej dziedzictwa duchowego sprzed 1933 roku. Przekonywał, że Konserwatywna Rewolucja, którą interpretował nie tyle jako ruch polityczny, co przede wszystkim jako szkołę myślową, przeciwstawiającą się „dekadencji systemu liberalnej demokracji i uniwersalizującym tendencjom moderny”, jest dowodem na to, iż nowoczesność i prawicowość do siebie znakomicie pasują. Konserwatywna Rewolucja stanowiła według niego najbardziej nowoczesną formę konserwatyzmu (po wojnie taką nowoczesną formą konserwatyzmu był według niego technokratyczny konserwatyzm Arnolda Gehlena). To raczej jej ideowi przeciwnicy pokryci są patyną prawie dwóch wieków i wyznają „ideały z czasów, kiedy panowie nosili peruki”. Konserwatywni rewolucjoniści to konserwatyści, żyjący po „czasie osiowym” („Achsenzeit” Karla Jaspersa); uzmysławiają sobie jasno, że po pierwsze, inne grupy ideologiczno-polityczne stworzyły status quo, którego oni nie akceptują, i po drugie, wcześniejsze stosunki są niemożliwe do odrestaurowania. Od tej chwili kierują wzrok ku przyszłości, porzucając nostalgię za dawnym utraconym światem, aby stanąć twarzą w twarz z nową rzeczywistością i szukać nowego języka, nowych form i nowych sposobów wyrażenia i opisania tego, co obowiązuje zawsze. „Stary konserwatyzm” stanowi cenne dziedzictwo, jest rezerwuarem wielu inspirujących myśli i idei, ale po ostatecznym upadku społeczeństwa stanowego, w nowych warunkach masowej demokracji i cywilizacji technicznej traci swoją aktualność i moc objaśniania rzeczywistości. Przez całe życie Mohler propagował to, co jako student znalazł u wczesnego Jüngera: „zdecydować się na pogodzenie z nieodowracalną utratą, odważyć się na coś nowego oraz zaufać twórczej decyzji i woli formowania, która przy całym entuzjazmie pozostaje świadoma swoich uwarunkowań i to co uformowane stawia przeciwko temu co bezkształtne”. Ostrzegał konserwatystów przed skostnieniem, przypominając im, że „prawie każde pokolenie ma całkiem nowy konserwatyzm kością w gardle stający konserwatywnym ojcom”.
Mohler – jak rozszyfrował go jeden z jego krytyków – nigdy nie był mieszczańskim konserwatystą, ale prawicowcem w tradycji europejskiego antyliberalizmu (termin „liberał” funkcjonował u niego raczej jako wyzwisko niż opisowe pojęcie politologiczne). „Liberalizm” – pisał – „może przetrwać na obszarach chronionych przed historycznymi burzami przez dwa pokolenia, potem zgromadzone w przeszłości zasoby obyczajów i cnót zostają zużyte”. „Liberałowie” w polityce i kulturze zawsze pełnią rolę Kiereńskich, potem niektórzy z nich przerażeni tym, co narobili, nagle zaczynają posługiwać się konserwatywnym językiem (od czasu, kiedy różni liberałowie przywdziali kostium konserwatystów, Mohler wolał się określać jako prawicowiec). Dlatego priorytetem nie był dla niego antykomunizm, uważał bowiem, że komunizm przychodzi dopiero wówczas, kiedy „Kiereńscy” wykonają już swoją rozkładową robotę, niszcząc instytucje. Tak samo nie znosił „umiarkowanych konserwatystów”, którzy w chwilach rozstrzygnięć zawsze pracują na rzecz lewicy. Wyznawał, że lepiej dogaduje się z „bezdomną rebeliancką lewicą” niż z „umiarkowanymi konserwatystami,” czy „liberalnymi centrystami”. W swojej – wydanej niedawno w Polsce – książce o teologii politycznej św. Pawła, Jacob Taubes wspomina znajomość z Mohlerem: „On był prawicowym ekstremistą, ja byłem ekstremistą lewicowym. Les extrèmes se touchent – w każdym razie mieliśmy takie samo zdanie o centrum”. Jakie to było zdanie, nietrudno się domyślić. Mohler zwracał zresztą uwagę, że w ogóle pojęcie centrum ma sens tylko w tradycyjnym stanowym, monarchicznym społeczeństwie, natomiast w warunkach nowoczesności, kiedy toczy się rywalizacja różnych grup o władzę i wpływy, chcieć być w centrum, to tyle co polityczny kompromis uczynić normą: dzisiaj mówię „tak” jakiemuś problemowi, jutro „nie”, pojutrze znowu „tak” itd. Jak pisał znawca jego twórczości i kontynuator badań nad Rewolucją Konserwatywną Karlheinz Weißman – Mohler wewnętrznych wrogów wybierał po dokładnym rozpoznaniu położenia i atakował ich zawsze z pewnych określonych pozycji, na przykład lewicę atakował nie tyle za socjalizm – nie krył na przykład szacunku dla socjaldemokraty Kurta Schumachera czy eks-komunisty Herberta Wehnera – nie za jej modny neomarksizm, ale za „sterylność intelektualną, tendencję, aby kontynuować aliancką reedukację innymi środkami, za hedonizm niszczący wszelką kulturotwórczą ascezę”.
Lewicę oskarżał również o to, że na wielowymiarowość i różnorodność świata z wielkim wysiłkiem naciąga sieć szarych abstrakcji, wysysających soki z tego co realne. W całym swoim pisarstwie manifestuje Mohler głęboką niechęć do abstrakcyjnych doktryn, do wszelkich prób redukowania bogactwa rzeczywistości i jej paradoksalnej natury do ogólnych ideologicznych schematów. Zwalczał „tyranię abstrakcji”, która przygniata ludzkie umysły i nie pozwala rozpoznawać świata w jego prawdziwym kształcie, we wszystkich barwach i odcieniach. Był „fanatykiem” tego, co szczególne, odrębne, i co przeciwstawiał wielkim systemom ideologicznym i filozoficznym roszczącym sobie pretensje do całościowego objaśnienia świata. Historia ludzkiego myślenia pełna jest pięknych ruin tych imponujących systemów. Człowiek konserwatywny winien postrzegać siebie raczej jako tego, kto wyrąbuje sobie przecinki w gęstym lesie niż tego, kto łudzi się, że potrafi z lotu ptaka ogarnąć wzrokiem cały las. Nawoływał prawicę, aby dokonała „nominalistycznego zwrotu”, aby broniła konkretu przed „tanimi uniwersalizmami”, tego, co niepowtarzalne przed „ogólnościami” czy „ogólnikami” (niem. „Allgemeinheit”, które – wzorem Heimito von Doderera – pisał „All-Gemeinheit”, gdzie „Gemeinheit” to „nikczemność”, „podłość”). Stąd też brało się jego zamiłowanie do literatury, do pisarzy takich jak Heimito von Doderer, Hans Henny Jahnn, Arno Schmidt, Ernst Jünger, Celine, Botho Strauß, którym poświęcił eseje, artykuły i recenzje, a przede wszystkim do malarstwa. To z miłością do malarstwa wiązał się jego „fanatyzm konkretu”, dawanie pierwszeństwa temu, co uchwytne wzrokiem, wizualne, obrazowe. Najwyżej cenił rosyjskich realistów, neoromantyka Wrubla, amerykański neorealizm Edwarda Hoppera, Fridę Kahlo, Giorgio Morandiego, Balthusa, Stanleya Spencera, meksykańskich muralistów (Rivera, Orozco, Siqueiros), artystów z NRD jak Tübke, Mattheuer, Sitte i Heisig. Gwoli ścisłości należy wspomnieć, że o znacznej części malarstwa XX wieku miał dość niskie mniemanie – utrzymywał, że są to „albo tapety albo psychogramy indywidualnych, zatem nieinteresujących, dusz”.
W propagowanym przezeń „nominalizmie”[2] mieści się zarówno życzliwość wobec postmodernizmu, jak i zafascynowanie myślą Georgesa Sorela, którą zajmował się przez całe życie. Był wytrwałym zbieraczem sorelianów, w Niemczech uchodził za najbardziej kompetentnego znawcę autora Złudzeń postępu, o którym napisał długi esej Georges Sorel. Erzvater der Konservativen Revolution (Georges Sorel. Patriarcha Konserwatywnej Rewolucji). Podzielał opinię Wyndhama Lewisa, że „Sorel jest kluczem do całego myślenia politycznego współczesności”. Sorela, który wieścił nadejście mitu w epoce spolityzowanych mas, zaliczał do myślicieli – jaskółek przeczuwających nadciągające w XX wieku burze dziejowe, ale szczególnie był mu bliski jako „teoretyk bezpośrednio przeżywanego życia”, który podkreślał irracjonalne – sprzeczne, niejasne, splątane – impulsy rządzące człowiekiem. Nieufność wobec: czysto myślowych konstrukcji przykładanych do rzeczywistości, wszelkich generalizujących modeli objaśniania świata, deterministycznych historiozofii (czyli wszystkich historiozofii), prób narzucenia życiu – będącym complexio oppositorum – przejrzystości logicznego systemu składały się na reprezentowaną przez Mohlera „soreliańską” prawicowość. Także w taktyce walki o ideowe i kulturalne wpływy wyżej cenił prawicowych „partyzantów” niż tych, którzy na ideologiczny monolit lewicy chcieliby odpowiadać monolitem prawicowym.
Nikogo chyba nie zdziwi, że ów – jak go aprobatywnie określił Botho Strauß – reprezentant intelektualnej „kontrreformacji”, ten, jak go nazwano na łamach liberalno-lewicowej„Süddeutsche Zeitung”, „zawsze skory do kłótni kobold, który – niczym Erynia – gna przed sobą Oświecenie”, nie przepadał za klimatem polityczno-intelektualnym Republiki Federalnej lat 80. i 90. XX w. W opublikowanym na dwa lata przed śmiercią wywiadzie-rzece, jaki przeprowadziła z nim lewicowa socjolożka Petra Müller, powiedział, że w RFN rządzi miernota wiecznych kołtunów (u władzy był wtedy Helmut Kohl). Wyjawił również: „Zbiera mi się na wymioty, jak słyszę te slogany o ładzie wolnościowo-demokratycznym”.
Był niezrównanym analitykiem masochistycznego rozliczania z narodowosocjalistyczną przeszłością, za którym zresztą wykrywał bardzo przyziemne interesy polityczne i finansowe. Pisał: „Kiedy Niemiec kupuje sobie kapelusz, to nie kupuje takiego kapelusza, który uważa za ładny lub praktyczny. Nie, on najpierw pyta, jaki kapelusz nosił Hitler, a potem kupuje sobie kapelusz będący odwrotnością kapelusza Hitlera”. Uważał, że jest to przejaw „politycznej neurozy”, prowadzącej do paraliżu woli politycznej i uwiądu politycznego działania. Rozliczanie z przeszłością nie służy już rzeczywistemu zrozumieniu, opisaniu i rzetelnemu polityczno-intelektualnemu rozrachunkowi z nią, lecz wytwarza atmosferę psychologicznej wojny domowej; stało się pustym rytuałem i narzędziem walki politycznej, z którego użytek na szeroką skalę zrobiło pokolenie 68, atakując frontalnie i ryczałtowo poprzednią generację za jej „udział w przestępczym reżimie Trzeciej Rzeszy”, i stwarzając sobie w ten sposób trampolinę ułatwiającą skok na władzę. Analizując praktykę „rozliczania przeszłości”, tego codziennego „zwyczajnego antyfaszyzmu”, Mohler zwracał uwagę na dwa ważne zjawiska. Pierwsze polegało na tym, że w połowie lat 60. wielu ludzi w redakcjach gazet i czasopism, w wydawnictwach i instytucjach kulturalnych dokonało zwrotu na lewo, którego przyczyną było ich zaangażowanie w dawny reżim. To czyniło ich podatnymi na szantaż moralny ze strony młodej generacji. Aby nie dać się wysadzić z siodła, zgłaszali akces do „obozu postępu”, a nawet hołubili radykalną lewicę studencką. „Zapisując się” do „słusznego” obozu polityczno-ideologicznego schodzili z linii ciosu, zaś atakując innych za pomocą instrumentarium „rozliczania z przeszłością”, odwracali uwagę od własnych grzechów i grzeszków. Drugim zjawiskiem zaobserwowanym przez Mohlera był fakt, że „rozliczanie z przeszłością” w wykonaniu licznych środowisk demokratyczno-liberalnej inteligencji stało się zwierciadlanym odbiciem politycznego mesjanizmu legitymizującego reżim narodowosocjalistyczny, tyle że skierowanym niejako w odwrotną stronę. Tamci mówili: „My Niemcy jesteśmy najwięksi, najwspanialsi, dzięki nam nastąpi uzdrowienie świata”, ci natomiast mówią: „My Niemcy jesteśmy winni”, potem „My Niemcy jesteśmy wszystkiemu winni”, potem: „Tylko my Niemcy jesteśmy wszystkiemu winni” a w końcu „Nikt na całym świecie i w całej historii świata nie był tak bardzo winny jak my”. W tym „negatywnym mesjanizmie” (dodajmy, o wyraźnie protestanckiej proweniencji), Mohler dostrzega podobny co u poprzedników brak poczucia miary, zimnego realizmu, chłodnego dystansu do spraw polityki. Ci „nowi Niemcy”, mimo iż z takim zapałem odcinają się od „starych Niemców”, chcą tak samo jak oni odgrywać dramatyczną, pełną historycznego, czy wręcz „eschatologicznego” patosu rolę: tym razem rolę największego grzesznika wszechczasów, a zatem „wybawiciela świata”. Co oczywiste, oba mesjanizmy, oba typy narodowej megalomanii są w oczach Mohlera zaprzeczeniem właściwej postawy politycznej i duchowej, oba wiodą na polityczne manowce.
Sprzeciw wobec „rozliczeń z przeszłością” wynikał u niego m.in. z przekonania, że „historia świata składa się z samych nierozliczonych przeszłości”. Był w tej postawie wobec przeszłości konsekwentny: chyba jako jedyny przedstawiciel konserwatywnej prawicy niemieckiej sprzeciwił się po 1989 roku rozliczaniu z przeszłością komunistyczną. Argumentował, że rozliczenie z przeszłością to zadanie, którego nigdy nie można doprowadzić do końca ani „rozwiązać”; uparte i ponawiane stale wysiłki, aby je zrealizować, wywołują skutki odwrotne od zamierzonych. Niemieckie „samorozszarpywanie” budzi raczej złe namiętności niż dobre – obłudę, zawiść, nienawiść, chciwość. To, co Niemcy mogą zrobić najgorszego, to do, ciągle jeszcze nie zakończonego, rozliczenia z Hitlerem, dołożyć rozliczenie z Ulbrichtem-Honeckerem. Uważał, że funkcjonariusze obu dawnych reżimów powinni zostać objęci generalną amnestią. Wszystko byłoby prostsze, gdyby ci najważniejsi – jak niegdyś Hitler, Goebbels, Himmler w 1945 – wybrali samobójczą śmierć, lub gdyby powstanie Niemców w NRD nie musiało – ze względu na zagranicę – przebiec bezkrwawo. Teraz sytuacja jest tak zagmatwana, że jedyna sensowna rzecz to – cytuję dosłownie – „oddzielić przeszłość bezwarunkową, grubą kreską” i zacząć od nowa. Naturalnie, „wszystkie akta służby bezpieczeństwa należałoby zniszczyć”. Podkreślał, że generalna amnestia nie ma nic wspólnego z „przebaczeniem”, a tym bardziej z „oczyszczeniem z win”. Jest pogodzeniem się z faktem, że w określonej historycznej sytuacji sprawiedliwości nie da się przywrócić, i dlatego rzeczą roztropną jest rezygnacja z bezsilnych prób jej przywrócenia, ponieważ mogą one jedynie do uczynionej już niesprawiedliwości dodać nowe niesprawiedliwości. Ponadto nie zgadzał się na to, żeby funkcjonariuszy NRD sądzili funkcjonariusze RFN, argumentując, że byłby to sąd sprawowany przez satelitę jednego mocarstwa nad satelitą innego, dziś eks-mocarstwa. Jego ulubionym cytatem ilustrującym sytuację pokonanych i podzielonych Niemiec był zapis z Glosariusza Carla Schmitta z grudnia 1948 roku: „Ci, którzy liżą buty Zachodowi, ogłaszają barbarzyńcami i potworami tych, którzy liżą buty Wschodowi. Liżący lakierki odczuwa wyższość nad liżącym walonki. To wszystko nazywa się bezwstydnie wyzwoleniem. Kaliban ma teraz nowego pana i wolno mu swojego zabitego pana i wszystkich wrogów obecnego pana lżyć, korzystając z pełnej wolności prasy i wolności słowa. Cóż za postęp”. Ci, którzy lizali lakierki, nie mają, zdaniem Mohlera, żadnego prawa, aby wywyższać się moralnie ponad tych, którzy lizali walonki, a co za tym idzie, sądzić ich.
We własnym obozie wywoływał często irytację, przez erefenowski mainstream był znienawidzony – lewicowy ideolog Claus Leggewie stawiał żartobliwe i retoryczne pytanie: „Czy należy spalić Mohlera?”. Każdy myślowy konsensus uznawał za fatalny dla życia umysłowego, był uosobieniem tolerancji – obojętnie prawicowiec czy lewicowiec, chrześcijanin, poganin czy ateista, ważne było dlań tylko, czy z całego serca broni swojej sprawy; tolerancji nie miał tylko dla letnich nudziarzy. Lubił prowokować, np. w wywiadzie dla „Leipziger Zeitung” w 1995 roku powiedział, że skoro lewicowcy nie przepuszczają żadnej okazji, żeby go napiętnować jako „faszystę”, to niech im będzie: „Jestem faszystą takim jak José Antonio Primo de Rivera”, oświadczył z pełną powagą wstrząśniętemu do głębi dziennikarzowi.
Walcząc z „tyranią abstrakcji” mierzył Mohler także w ideę wolności. Wolność, pisał, jest dla człowieka prawicy czymś naturalnym, oczywistym dodatkiem dobrej polityki. Natomiast wolność jako programowy postulat, jako hasło wypisane na transparentach sygnalizuje, że oto nadchodzą demagodzy i zakres zniewolenia wkrótce się powiększy. W 1962 roku sformułował swoje konserwatywne credo, któremu był wierny przez całe życie: „Jako istota śmiertelna ma w sobie człowiek immanentną, niewykorzenialną potrzebę szukania schronienia w porządkach większych niż on sam, porządkach, które go przetrwają i które nadają mu godność, wynikającą z umiejscowienia pojedynczej, kruchej jednostki w kręgu szerszych zależności. Co do tej tęsknoty niechaj nie zmylą nas owe wielkie polityczne erupcje, które wypisują «wolność» na sztandarach: ich najgłębszym celem było zawsze przeprowadzenie jednostki z porządku odczuwanego jako opresywny lub nieautentyczny do innego, lepszego porządku. Jakby to heretycko nie zabrzmiało: człowiek nie pragnie wolności, lecz miejsca w ramach sensownej całości. Lub, by wyrazić to za pomocą utartej konserwatywnej formuły: człowiek nie chce być wolny od wszystkiego, lecz wolny do czegoś”.
Tomasz Gabiś
[1] Kiedy w rozmowie zwróciłem się do niego „Panie doktorze Mohler”, powiedział: „Niech pan da spokój z tymi mieszczańskimi tytułami”.
[2] Byłem świadkiem jak żona przelicytowała go w „nominalizmie”: upierała się, że powinienem wpisać się do księgi gości po polsku, podczas gdy on, że po niemiecku, ponieważ, argumentował, ważna jest treść, którą chce rozumieć, a polskiego nie zna. Zwyciężyło zdanie żony, „nominalistki” z instynktu, nie z nauki – ważna w tym przypadku jest nie sama treść, tę można wszak łatwo przetłumaczyć, lecz zapis obecności, znak nawet niezrozumiały, ale rzeczywisty, hieroglificzny trop, który kiedyś pomoże pamięci.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 94 (2010).

[…] i polityka”, „Styl faszystowski”). Więcej na temat życia i twórczości Armina Mohlera zob. artykuł Tomasz Gabisia. Tweet ‹ […]