«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – XII

11.26.10 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

ARCHITEKTURA DEMOKRACJI

W lipcu tego roku zmarł w wieku 88 lat wybitny architekt Günter Behnisch, który nowym demokratycznym Niemcom „podarował młode oblicze”; nazywano go niekiedy „naczelnym szklarzem Republiki Federalnej”. Publicysta Baal Müller pisze, że ów „budowniczy niemieckiej demokracji” był, co oczywiste, wielkim zwolennikiem demokratycznego socjalizmu Willy’ego Brandta i wyznawcą „konstytucyjnego patriotyzmu” Jürgena Habermasa. Jego najbardziej chyba znany projekt to stadion olimpijski w Monachium, który cechuje namiotowa lekkość i przejrzystość. Miał on – tak jak wszystkie inne jego budowle – stanowić antytezę reprezentacyjnych, monumentalnych budowli monarchii Hohenzollernów i narodowego socjalizmu. Ideologicznym celem architektury anty-Speera było zakwestionowanie wszystkiego, co normatywne, autorytatywne i hierarchiczne, podważenie wszelkiej symboliki statusu i władzy[1]. Naturalnie, krytyka brutalnego neoklasycyzmu jego poprzedników na stanowisku dworskich architektów nie była bezzasadna, ale bezwarunkowe faworyzowanie przez Behnischa szkła jako materiału budowlanego dowodzi negatywnego, pozbawionego wyobraźni zafiksowania na architekturze, którą zwalczał; jest świadectwem apolityczności, rezygnacji z woli kształtowania i reprezentacji. Taka przeszklona architektura dąży do tego, aby sama się uniewidocznić; manifestuje się w niej czysta funkcjonalność, ideologia negacji, redukcjonizmu i formalizmu z ducha Habermasa. Ten rozrywający wszelką historyczną ciągłość konstruktywizm kontynuuje innymi środkami niszczenie panoramy niemieckich miast z okresu II wojny światowej, wymazuje tak samo skutecznie jak bombowce dawny architektoniczny wizerunek Niemiec. Przychodzi on po wojennej dekonstrukcji dokonywanej za pomocą bombowców, przygotowując równocześnie grunt pod nowy postmodernistyczny dekonstruktywizm. To, co dzisiaj się buduje, kierując się wyłącznie praktyczno-funkcjonalnymi względami i rezygnując z jakiegokolwiek historycznego, krajobrazowo-narodowego czy metafizycznego zakotwiczenia architektury, jutro będzie można po prostu wyburzyć, jeśli stanie się zbędne.

Nieprzypadkowo, wywodzi Baal Müller, stadion olimpijski w Monachium jest stalowym namiotem: jest to namiot nomadów, wykorzenionych, zdelokalizowanych ludzi – z tą tylko różnicą, że jurcie Tatarów odpowiadał pewien sposób życia zakorzeniony w określonej kulturze i krajobrazie, i, jak każdy tradycyjny sposób budowania, formowała ona oblicze ziemi jako przestrzeni życiowej człowieka. Natomiast abstrakcyjne, szklane i stalowe, pozbawione oblicza konstrukcje Behnischa są tak samo – choć w innym sensie – nieludzkie jak fasady władzy epoki Hitlera i Stalina. U nich wielkie, nieprzejrzyste mury demonstrowały wolę panowania, operującego z ukrycia, ale penetrującego całą rzeczywistość, totalitarnego aparatu państwowego; natomiast w pozbawionej fasad przezroczystości projektów Behnischa manifestują się: totalna widzialność człowieka w epoce totalnej komunikacji, upublicznienie i spolityzowanie sfery prywatnej, nietolerancja wobec tego, co osobiste. Ostateczną konsekwencją przejrzystego obywatela jest człowiek, którego dowód osobisty ma numer, służący równocześnie jako numer konta, numer podatnika i ubezpieczenia zdrowotnego, a ponadto zawiera kod genetyczny posiadacza.

Konserwatywny publicysta Claus M. Wolfschlag uważa – podobnie jak Müller – że nie tylko bombardowania miast niemieckich w czasie wojny wyrządziły ogromne szkody historycznej substancji budowlanej i architektonicznej. Przyczyniły się do tego także świadome decyzje podejmowane już po wojnie, ewidentnie wynikające z koncepcji ideologicznych. W 1975 roku prezydent Niemiec Walter Scheel przemawiając z okazji Europejskiego Roku Dziedzictwa Architektonicznego powiedział: „W Niemczech zniszczono po wojnie więcej tego, co powinno być zachowane, niż podczas wojny”. Wiele budowli dziś uznawanych za zabytki, pochodzących głównie z epoki wilhelmińskiej, zostało w latach 50. i 60. XX w. wyburzonych jako zbędne rudery. Reszta ukształtowanego przez stulecia różnorodnego krajobrazu architektonicznego znalazła się w absolutnej mniejszości w stosunku do dominującego stylu nowoczesnego, którego zasadniczą cechą była monotonia. Dziś ze smutkiem musimy stwierdzić, że w codziennym doświadczeniu milionów Niemców ich ojczyzna, ich miasta jawią się im przede wszystkim jako zbiorowisko bezdusznych, nie pozostających ze sobą w jakimś sensownym związku budowlanych kloców, często zeszpeconych przez graffiti, jako standardowe identyczne strefy dla pieszych z wielkimi wystawami sklepowymi, w końcu jako chronicznie zakorkowane arterie komunikacyjne przecinające ciało miasta.

W tym krajobrazie to tu, to tam stoją – zwykle służące celom kulturalnym – egzemplarze pokazowej architektury, na widok której ci, co uważają się za znawców sztuki, wydają z siebie ochy i achy. Tą scenerię uzupełniają wżerające się w krajobraz sterylne parki przemysłowe, wielkie magazyny pokryte z zewnątrz metalowymi płytami. Zatem to nie tylko alianckie bombardowania są przyczyną brzydoty miast niemieckich, nie tylko wojna zmusiła Niemców do zamieszkania w szpetnych miastach, z wymazaną historią. Wolfschlag podaje wiele przykładów niszczycielskiej działalności urbanistów i architektów: nikt nie zabraniał im kierowania się przy odbudowie miast stworzonymi wcześniej siatkami ulic, zamiast tego przebijano przez miasta szerokie przecinki dla ruchu samochodowego; nikt im nie zabraniał, aby po zaspokojeniu najpilniejszych potrzeb mieszkaniowych budować na wolnych przestrzeniach domy odpowiadające – w skali i formie – historycznym wzorom. Zamiast tego wznoszono szkaradne, rozsadzające to, co pozostało z przeszłości, mieszkaniowe i przemysłowe warowne zamczyska. Wśród architektów i urbanistów oraz polityków zapanowało powszechne przekonanie, że niszczenie historycznych struktur daje możliwość stworzenia „tabula rasa” dla zakrojonej na szeroką skalę nowoczesnej przebudowy całego kraju. „Stare miasta” miały zniknąć, robiąc miejsce dla utopii nowego, klinicznie sterylnego, egalitarnego „City” zwróconego ku demokratycznej przyszłości.

W mediach bardzo często mówi się, że to czy tamto trzeba wyburzyć, aby „dać szansę” nowoczesnej architekturze. Próbuje się w ten sposób symulować „prześladowania” modernistycznej architektury, dla której jakoby nie było miejsca, podczas gdy w rzeczywistości ma ona do swojej dyspozycji 99% powierzchni miasta. Tak naprawdę chodzi o to, żeby ludzie nie mogli porównywać dawnej i nowej architektury, gdyż wówczas każdy na własne oczy przekonałby się o absurdzie architektonicznego modernizmu. Te ciągnące się bez końca mieszkalne silosy, wielkie parkingi, supermarkety z ich całą brzydotą można interpretować jako idealny wyraz socjaldemokratycznej postawy duchowej. Zgodnie z nią wiele miast niemieckich zostało przekształconych najpierw w betonowe, a potem w stalowe i szklane pustynie. Modernistom udawało się zastraszyć architektów, którzy mieli odmienne zdanie, i zdusić w zarodku inicjatywy obywatelskie, sprzeciwiające się bezsensownemu wyburzaniu dziedzictwa przeszłości. Na szczęście w ostatnich latach sytuacja zmienia się na lepsze, obywatele coraz częściej protestują i udaje im się przeforsować cofnięcie decyzji o wyburzaniu.

Tomasz Gabiś

[1] Pod koniec lat 80. XX wieku Behnisch zaprojektował nowy gmach Bundestagu w Bonn, którego sala plenarna to radosna, przezroczysta, jasna, otwarta kompozycja ze szkła, z pełnymi gracji stalowymi filarami, gibkimi kaskadami schodów. Niebieskie krzesła sejmowe ustawione były w kręgu: posłowie, członkowie rządu, prezydium parlamentu, oraz ten, kto przemawiał, siedzieli wszyscy razem, w jednym kręgu. Apologeci systemu politycznego widzieli w tym ucieleśnienie niemieckiej demokracji, symboliczne podkreślenie legitymizacji rządu przez parlament, natomiast opozycjoniści – zlanie się organów władzy w jednolity, quasi-totalitarny blok. Przypominam sobie, jak przed laty oprowadzał mnie po Bonn redaktor naczelny znakomitego prawicowego nieregularnika „Etappe” Hans-Theo Homann. Kiedy zainteresowałem się ową przeszkloną, „otwartą” budowlą, wyjaśnił mi, że przezroczystość jest tu jak najbardziej na miejscu: każdy obywatel może do woli przyglądać się pracy Bundestagu, ponieważ nie zapadają tam żadne ważne decyzje.

Pierwodruk: „Opcja na Prawo”, 2010, nr 10.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»