PROBLEM ZAWIŚCI W MASOWEJ DEMOKRACJI
Przejrzana i poprawiona wersja przekładu, jaki ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 11 (1989) -część wrocławska „Koliber”. Oryginalny tekst opublikowany został w książce Masse und Demokratie, (red.) Albert Hunold, Eugen Rentsch Verlag, Erlenbach – Zürich 1957.
Zmarły niedawno Dyl Sowizdrzał amerykańskiej demokracji Henry Louis Mencken pisał w jednym ze swoich esejów: „Bez wątpienia moja niechęć do demokracji jako teorii politycznej ma swe źródło w tym, że czegoś mi (a nie teorii) brakuje. Najprawdopodobniej chodzi o moją niezdolność do odczuwania zawiści. W obliczu szczęścia drugiego człowieka pozostaję tak samo nieporuszony jak makler giełdowy wobec dzieł Jana Sebastiana Bacha. Fakt, że John David Rockefeller miał więcej pieniędzy niż ja, jest dla mnie tak samo mało interesujący jak to, że wierzył w możliwość całkowitej immersji lub nosił diamentowe spinki do mankietów”. Niebezpieczeństwo kryjące się w demokracji polega na tym, że Menckenowie są w mniejszości, natomiast większość stanowią ludzie, do zawiści których zawsze mogą się odwołać demokratyczni politycy. Dążenie do „zbudowania” totalnego państwa opiekuńczego napędzane jest nie radością z dawania, lecz zawistną Schadenfreude, odczuwaną wówczas, gdy zabiera się tym, którzy mają więcej.
W 1954 roku pewien chirurg z miejscowości Anderson w stanie Indiana otrzymał ogromną ilość anonimowych, lub na poły anonimowych, listów, które potem przekazał mi do analizy. Jeden z typowych listów brzmiał następująco: „Jako amerykański obywatel modlę się, żeby spadła na ciebie kara Boska, żebyś dostał raka gardła, żeby smród twojego ciała kazał ludziom uciekać od ciebie, żeby twoja żona urodziła ślepe dziecko, które będzie cię przeklinać aż po kres twoich dni. Z największą przyjemnością wziąłbym kolta 45 i walił do ciebie z odległości 10 kroków”. List przyszedł do Indiany z dalekiej Kalifornii. Tamtejsza prasa związkowa pisała o chirurgu w tonie niewiele się różniącym od tonu cytowanego listu. Jakież to niesłychane przestępstwo popełnił ów lekarz, że takie gromy posypały się na jego głowę? Takie mianowicie, że jako przedstawiciel pewnej organizacji lekarskiej zaprotestował – stojąc przed komisją senacką – przeciwko przymusowemu włączeniu lekarzy i dentystów do federalnego systemu ubezpieczeń. Stosunkowo niewielka notatka prasowa zatytułowana „Atak na ubezpieczenia społeczne” potrafiła wywołać taką falę nienawiści.
Nie można zrozumieć amerykańskiej polityki, jeśli przeoczy się fakt, że Partia Demokratyczna jest rzecznikiem najbardziej zawistnych, krótkowzrocznych i prymitywnych elementów w społeczeństwie Stanów Zjednoczonych. Z nimi wiąże swoje polityczne nadzieje. Zbyt mało ludzi w Europie zdaje sobie sprawę z tego, że co najmniej od 1933 roku Partia Demokratyczna nie jest już – niezależnie od tego, co głoszą kohorty jej „liberalnych” intelektualistów – partią liberalną. Europejscy obserwatorzy i lewicowi publicyści nadużywają starego dobrego słowa „liberalny” odnosząc je do celów i metod amerykańskich Demokratów. Tymczasem ci, którzy w Stanach Zjednoczonych określają się jako „liberals”, są w rzeczywistości zwolennikami coraz większej koncentracji władzy centralnej, aby dzięki temu osiągnąć jak najwyższy stopień „sprawiedliwości społecznej” we wszystkich dziedzinach życia – jeśli to konieczne, także przy pomocy sił policyjnych. Gdy zapytać tych „liberalnych” profesorów i polityków, co rozumieją pod pojęciem „sprawiedliwość społeczna”, potrafią jedynie powtarzać egalitarystyczne frazesy, które od 1789 roku nic a nic nie zyskały na jasności. Aby dokonać totalnego przekształcenia społeczeństwa amerykańskiego, Demokraci i profesorskie brain trusts szukają poparcia wyborców, odwołując się do uczucia zawiści. Nie ma to, rzecz prosta, nic wspólnego z liberalną postawą duchową ani też nie tworzy politycznych ram dla swobodnego rozwoju jednostki i rodziny.
Partia Demokratyczna w USA i socjalistyczne partie Europy, jak np. SPD w Niemczech Zachodnich, stosują w kampaniach wyborczych strategię zawiści. Przed wyborami w 1953 roku socjaldemokraci niemieccy – usiłując zdyskredytować politykę gospodarczą rządu w Bonn – w sposób całkowicie jawny apelowali do uczucia zawiści. Przewodniczący SPD Erich Ollenhauer oświadczył, że rząd „wybrał najbardziej okrutny sposób racjonowania, mianowicie racjonowania zależnego od zasobności portfela”. I dodał: „W Niemczech szary człowiek ma pełną wolność zrezygnowania z masła, mięsa i kawy” (dokładnie taką samą retorykę można było słyszeć w Anglii, kiedy w okresie rządów Konserwatystów zaczęto stopniowo znosić racjonowanie żywności). 3 sierpnia 1953 roku SPD opublikowała raport na temat sytuacji gospodarczej w Niemczech. Jej autorem był Fritz Heine. Usiłował udowodnić, że rozwój gospodarczy Niemiec Zachodnich polegał na tym, iż „bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi”. Za szczególnie „przekonujący” uznał Heine argument, że w Niemczech liczba milionerów wzrosła, podczas gdy w innych krajach zmalała (identyczne oskarżenie wysunęli w 1956 roku wobec polityki gospodarczej rządu Eisenhowera milioner Adlai Stevenson oraz multimilioner Harriman). Czyż to nie na wywołanie zawiści liczył Heine, chcący w ten sposób obrzydzić wyborcom gospodarkę rynkową?
Do podwyższenia poziomu zawiści przyczynia się również polityka wielkich związków zawodowych, chociażby wówczas, gdy – dzielnie wspierane i wspomagane przez amerykańskich „liberałów” – uzyskują dla swoich członków, stosując grupowy nacisk, a nierzadko przemoc, zarobki o wiele wyższe niż te, które otrzymują urzędnicy i nauczyciele. Ciekawym fenomenem psychologicznym jest to, że niektóre związki zawodowe zamieszczają w gazetach całostronicowe ogłoszenia o zyskach i zarobkach przedsiębiorców, co ma wśród czytelników wzbudzić wobec nich zawiść, zaś sympatię do związków zawodowych, a jednocześnie nie zdają sobie sprawy, że wywalczone przez nie wysokie zarobki robotników i pensje działaczy związkowych mogą również stać się przedmiotem zawiści.
Latem 1956 roku wraz z grupą amerykańskich nauczycieli akademickich odwiedziłem nowoczesną, zautomatyzowaną fabrykę samochodów Ford Motor Company w Cleveland (Ohio). Mogliśmy przyjrzeć się robotnikom pracującym przy oczyszczaniu odlewów silnikowych. Członek naszej grupy, dziekan na jednym z największych amerykańskich uniwersytetów, zapytał naszego przewodnika o zarobki tych robotników. W odpowiedzi usłyszał: „2 dolary na godzinę”. Wyraźnie zaskoczony dziekan chciał się upewnić, czy dobrze usłyszał: „Co? 80 dolarów tygodniówki za to trochę roboty?”. Kiedy i na to pytanie uzyskał odpowiedź twierdzącą, zamilkł i odwrócił się z twarzą ściągniętą złością.
Młody socjolog ze Szkoły Chicagowskiej Raymond Gold opublikował w 1952 roku wyniki ankiety na temat stosunków między lokatorami a dozorcami domów w Chicago. Dozorcy należeli do związków zawodowych i zarabiali ok. 400 dolarów miesięcznie. Ci z nich, którzy pracowali w domach zamieszkanych np. przez pracowników umysłowych o zarobkach 200-300 dolarów miesięcznie, skarżyli się na zawiść ze strony lokatorów przejawiającą się w obelgach i szykanach. Jak niektórzy z nich przypuszczali,lokatorzy nie mogli znieść tego, że muszą co rano pędzić do zatłoczonego tramwaju, mijając po drodze zaparkowanego przed domem nowiutkiego buicka dozorcy. Prawie wszyscy dozorcy uważali, że stosunki z bardziej zamożnymi lokatorami układają się znośniej.
Na przykładzie niedawnych strajków kolejarzy brytyjskich można było zaobserwować, że socjalna nienawiść powstaje w obrębie jednej „klasy”, mianowicie pomiędzy grupami zorganizowanymi w związkach zawodowych. Dzieje się tak wówczas, kiedy zarobki niewykwalifikowanych i niżej wykwalifikowanych robotników zbliżają się do zarobków tych, którzy zarabiają nieco więcej [autorowi chodzi o strajk, w którym jedna grupa kolejarzy nie domagała się podwyżek dla siebie, ale chciała przeszkodzić innej grupie w ich otrzymaniu. Był to niewątpliwie idealny przykład zawiści – uwaga tł.].
W demokracji „szaremu człowiekowi” o wiele bardziej zależy na „finansowym oddaleniu” od jeszcze bardziej „szarego człowieka” niż arystokracji i ludziom naprawdę bogatym zależy na dystansie wobec klasy średniej. W amerykańskich naukach społecznych „socjalny dystans” należy do pojęć tabu i wielu amerykańskich uczonych poświęca się – na próżno, jak sądzę – pracy na rzecz zbudowania społeczeństwa, w którym wszyscy darzą się wzajemną miłością i wszyscy mają o drugich tak samo wysokie mniemanie. Tylko niewielu socjologów odkryło, że „szary człowiek”, o którego (rzekomo bezinteresownie) tak się troszczą, nie przejawia najmniejszej tęsknoty za ich utopią.
Do problemów płacowych najgoręcej dyskutowanych obecnie w Ameryce należą płace nauczycieli szkół wszystkich szczebli. Jest w tym coś tragikomicznego, gdy uniwersytecka lewica skarży się, że przeciętny robotnik zarabia więcej od niej. Czyż nie po to, aby zarobki robotników były wyższe, oddała bez zastrzeżeń swój głos i swoje pióro na służbę związkom zawodowym? Przed 25 laty lewicowi inteligenci dręczeni wyrzutami „socjalnego sumienia” (czytaj: lękiem przed zawiścią) biadali, że profesor uniwersytetu zarabia 5000 dolarów, a robotnik tylko 200, i marzyli o nadejściu dnia, kiedy zarówno profesor, jak i robotnik zarabiać będą po 5000 dolarów, co uwolni tego pierwszego od wyrzutów „socjalnego sumienia” (czytaj: od lęku przed zawiścią). Nikt jednak nie przewidywał, że kiedy ów dzień rzeczywiście nadejdzie, siła nabywcza dolara spadnie o połowę (tylko w ten sposób związki zawodowe mogą realizować swoją politykę), profesorowie nie zindeksują swoich dochodów, podczas gdy uda się to niektórym związkom zawodowym w przemyśle.
Przed kilkoma laty były rektor uniwersytetu Harvarda James B. Conant wyraził zadowolenie z faktu, że New Deal i Fair Deal zniwelowały różnicę pomiędzy dochodami nauczycieli a dochodami niewykwalifikowanych robotników. Doktor Conant, chemik z wykształcenia, ex officio czołowy autorytet Ameryki w sprawach społecznych oświadczył, że przyczyniło się to do zmniejszenia napięć socjalnych w USA. Osobiście odniosłem całkiem odmienne wrażenie. Robotnicy i urzędnicy tak jak przedtem zazdroszczą nauczycielom corocznych wakacji (w sumie cztery miesiące), a nauczyciele (nie wszyscy rzecz jasna) odczuwają zawiść wobec wysoko opłacanych robotników pracujących w przemyśle samochodowym. Wbrew swej początkowej ideologii, te same egalitarnie nastawione kręgi, które dążyły do zrównania zarobków, teraz żądają podwojenia pensji nauczycieli, oskarżając przy tym system gospodarczy o to, że nie potrafi z dnia na dzień spełnić ich żądań.
Ale nie tylko nauczyciele są powodem zmartwień lewicowej inteligencji amerykańskiej. Stoi ona osłupiała w obliczu w miarę zamożnych, zadowolonych z życia, wielodzietnych, chcących konsumować rodzin robotniczych, dla których w latach 1925-45 wykuwała hasła walki klasowej. Jak docent nauk ekonomicznych albo politolog z Harvardu, Yale czy Chicago ma przekonać mknącego samochodem na plażę robotnika, że powinien wysłać do Waszyngtonu właśnie jego – intelektualistę i rzecznika interesów „szarego człowieka”, aby mógł tam za pomocą ustaw budować społeczeństwo, które „szaremu człowiekowi” da szansę pełnego rozwoju osobowości?
Aby osiągnąć swój cel, postępowa lewica działa na dwa sposoby. Po pierwsze, próbuje wmawiać dobrze sytuowanemu, przeciętnemu Amerykaninowi, że powinien być niezadowolony i nieszczęśliwy właśnie teraz, kiedy ma to, co 20 lat wcześniej przedstawiano mu jako przywilej „bogaczy”. Ci sami ludzie, w tym samym celu, na łamach tych samych czasopism oskarżają tę samą gospodarkę o to, że zapewnia „szaremu człowiekowi” możliwość korzystania z luksusu. Publicystyka lewicowych postępowców, jeszcze nie tak dawno biadająca nad spadkiem poziomu życia, gromi dziś w swoich organach prasowych (np. „The New Republic”, „The Nation”) wielkość, kształty i techniczne możliwości nowych samochodów amerykańskich, których najtańszy model jest lepszy od najlepszych samochodów z przeszłości. Postępowi intelektualiści z USA stali się wrogami masowej konsumpcji dlatego, że jest skutkiem działania wolnego rynku, a nie rezultatem wysiłków planistów z Waszyngtonu. Oburzają się, że produkuje się tyle modeli nowych samochodów w najrozmaitszych kolorach i kształtach. A przecież – ubolewają – ileż traktorów można by podarować biednym Hindusom i Indonezyjczykom, gdyby zaniechano takiego marnotrawstwa, a wszyscy Amerykanie jeździli takim samym szarym volkswagenem? I tutaj natykamy się na drugi trik, jakiego używa lewicowa inteligencja amerykańska, aby ponownie wejść w rolę lekarza leczącego społeczne choroby: straszenie krajami „nierozwiniętymi”. Aż do lat tuż po drugiej wojnie światowej można było narzucać mieszkańcom USA konfiskatoryjne podatki i najróżniejsze – oparte na przymusie – instytucje państwa socjalnego, strasząc ich – wyolbrzymioną – agresywną zawiścią „pokrzywdzonych” rodaków. Można postawić ogólną tezę, że we wszystkich krajach instytucjonalizacja redystrybucyjnego państwa opiekuńczego przebiegała na drodze psychologicznego nacisku na wyborców za pomocą manipulowania ich lękiem przed zawiścią. Prawie każdy wyborca zna lub potrafi sobie wyobrazić kogoś, komu wiedzie się gorzej niż jemu. A jak można wykazać na podstawie materiału etnologicznego, najbardziej pierwotny i uniwersalny lęk to lęk przed „krzywym okiem” zawistnika.
Jednak w pewnym momencie amerykańscy lewicowcy („liberałowie”) zorientowali się, że we własnym kraju nie znajdą już zbyt wielu „skrzywdzonych”, mogących pełnić rolę zawistników, których „złe spojrzenie” wywoływałoby lęk u bardziej zamożnych. Dlatego do propagandy włączono ideologię „krajów nierozwiniętych”. Chodziło o to, aby przekonać przeciętnego Amerykanina, że nie powinien być zadowolony ze swojego wysokiego poziomu życia. Jest bowiem czymś moralnie i politycznie po prostu nie do przyjęcia, żeby w tym samym czasie miliardy ludzi na świecie przymierały głodem: „Tylko my «liberałowie» będziemy, po objęciu odpowiednich stanowisk w Waszyngtonie, prowadzić właściwą międzynarodową politykę gospodarczą i socjalną, która Ciebie, wyborco, uchroni przed agresywną zawiścią biedaków z innych krajów”. Edward Heimann z New School for Social Research pisał: „Za istnienie krajów «nierozwiniętych» winę ponoszą kraje rozwinięte”. Cóż za logika! Zaiste, każda ładna kobieta jest winna temu, że istnieją brzydkie! Paradoks polega na tym, że socjalistyczna ideologia amerykańskich „liberałów” jest identyczna z „teorią ekonomiczną” wyznawaną przez najbardziej prymitywne plemiona i odpowiedzialną za gospodarczą stagnację krajów „nierozwiniętych”. Uważający się za oświeconego postępowca europejski, azjatycki czy amerykański socjalista („liberał”) to w rzeczywistości największy reakcjonista: czuje i argumentuje tak jak członek prymitywnego plemienia.[1]
Już na początku XX wieku Louis F. Post w książce Ethics of Democracy (Indianopolis 1903) zaprezentował ideologię, którą później, pod nazwą „liberalizm”, przyjęła Partia Demokratyczna: „Czy w obecnym systemie gospodarczym ktokolwiek może się wzbogacić nie zubożając równocześnie innych? Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź: nie, nie może. Absolutnie prawdziwe jest twierdzenie, że każdy, kto ma więcej, ma więcej dlatego, że inni mają mniej”. Również współcześni „liberalni” ekonomiści przedkładają mniejszy, ale równiej podzielony dochód narodowy nad większy, ale podzielony nierówno. Tę teorię gospodarczego samobójstwa wyznaje także brytyjska Partia Pracy. Profesor R. H. Blodgett w swoim podręczniku rozpowszechnianym w USA – Comparative Economic Systems (1944) pisał: „Socjaliści uważają, że lepsza jest gospodarka, w której mniejszy dochód narodowy dzieli się po równo niż gospodarka przynosząca większy dochód narodowy, którego większa część przypada względnie wąskiej warstwie najwyżej zarabiających. Sadząc tak, mają socjaliści całkowitą rację”. Dwaj profesorowie Uniwersytetu Yale Robert Dahl i Charles Lindblom opublikowali w 1953 roku obszerny podręcznik uniwersytecki z dziedziny nauk społecznych poświęcony prawie wyłącznie obronie tez socjalistów. Obaj autorzy przyznają, że w dzisiejszej Ameryce prawie każdy „liberalny” intelektualista jest socjalistą (Politics, Economics and Welfare, 1953).
Zapyta ktoś, co mają wspólnego współcześni socjaliści z katedry z plemionami prymitywnymi. Otóż nie ulega wątpliwości – dowodzą tego badania porównawcze wielu kultur – że właściwą przyczyną gospodarczo-kulturalnej stagnacji jest społeczna zawiść, przekonanie, iż sukces jednego człowieka oznacza obrabowanie drugiego, oraz towarzyszące temu złośliwe zarzuty i oszczerstwa mające u tego, kto odniósł sukces, wywołać wyrzuty sumienia. I to właśnie te wyobrażenia i uczucia podsycają socjaliści. Rzecz prosta, nie wszystkie ludy prymitywne w jednakowym stopniu cierpią pod panowaniem patologicznych zawistników; na przykład w niektórych kręgach kulturowych, przede wszystkim w Ameryce Środkowej, zawistnicy jako źródło zagrożenia mogą zostać zwyczajnie „wyeliminowani”. Podobnie nie we wszystkich społeczeństwach cywilizowanych problem zawiści jest istotny w jednakowym stopniu. Na nieszczęście, ustrój demokratyczny to system najbardziej narażony na hipertrofię zawiści. Demokracja rodzi się z zawiści i zbyt często, niestety, jej ulega. Oczywiście zawiść, która doprowadziła do obalenia monarchii i arystokracji, nie musi automatycznie przekształcić się w zawiść skierowaną przeciwko każdej różnicy i każdej nierówności. I tak na przykład siedemnastowieczni levellerzy bronili się w swoich manifestach przed zarzutem, że chcą tego, czego dziś domaga się ich duchowa spadkobierczyni brytyjska Partia Pracy: „Wyznajemy, że nigdy nie zamierzaliśmy zrównywać majątków… ”.
Niestety, wszystkie realizowane od tamtego czasu reformy, które miały zlikwidować nierówności, nawet jeśli podejmowane w dobrych intencjach i przeprowadzane jedynie na niewielkim fragmencie tkanki społecznej, tylko rozpaliły potencjalnie nienasyconą ludzką zawiść i skierowały ją przeciwko różnicom, których zwalczanie nigdy nie wpadłoby levellerom do głowy. Jak zauważył amerykański socjolog David Riesman w swojej książce o charakterze narodowym Amerykanów (Samotny tłum, 1950), można wprawdzie „zdemokratyzować” cadillaca w tym sensie, że najstarszy obecnie samochód nie różni się wiele od cadillaca z przeszłości lub w tym, że współczesnego robotnika fabrycznego stać jest na kupno zeszłorocznego cadillaca, ale nawet wtedy pozostaje zawistne pytanie, czy aby nasz bliźni nie ma czasami bardziej udanego życia erotycznego. George Orwell w powieści 1984 niezwykle trafnie przedstawił – wyciągając ostateczne konsekwencje ze współczesnych tendencji – obraz społeczeństwa, w którym panuje egalitarna, zadekretowana, powszechna oziębłość płciowa.
Jeśli zawahamy się przed odważnym zmierzeniem z problemem zawiści, to nie pozostanie nam nic innego, jak zwątpić w demokrację. Oczywiście, pomiędzy państwami demokratycznymi istnieją znaczne różnice w natężeniu i zakresie panowania zawiści, uwarunkowane cechami etnopsychologicznymi, geograficznymi itd. I tak egalitaryzm w Niemczech Zachodnich, Szwajcarii, USA z jednej, a w Anglii, Australii, Nowej Zelandii, Skandynawii z drugiej strony, nie objął tych samych dziedzin życia. W Anglii jest rzeczą niemożliwą zgromadzenie fortuny, ale w pewnej mierze możliwe jest jeszcze posyłanie dzieci do szkoły przygotowującej do nauki na uniwersytecie. We Francji zawiść wszystkich wobec wszystkich sparaliżowała gospodarkę i politykę, ale w edukacji, poprzez system egzaminów nadal ocenia się według osiągnięć. W USA wolno odnieść wielki materialny sukces, ale jest niezwykle trudno uchronić własne dzieci przed pobieraniem nauki do 18 roku życia w jednej klasie z idiotami. Oficjalna – oparta na założeniach egalitaryzmu – teoria edukacyjna w USA wymaga, aby, zgodnie z zasadą „równości szans”, najzdolniejsi i najgłupsi tłoczyli się w tej samej klasie. Szkołę, która w centrum stawiałaby najzdolniejszych, oskarżono by o zdradę demokracji. Już Alexis de Tocqueville widział to wszystko całkiem jasno. Nie miał złudzeń, że pragnienie równości może kiedykolwiek zostać zaspokojone. Według niego zawiść jest nieodłącznym składnikiem demokracji, która schlebia dążeniu do równości, ale nie potrafi zaspokoić pragnienia równości. Uważał, że tylko jakieś nadzwyczajne okoliczności mogą zepchnąć na dalszy plan zawiść będącą w demokracji naturalnym uczuciem. Przed kilku laty w artykule „Prawdziwa i fałszywa równość w państwie współczesnym” pisał Werner Kägi: „Równość praw jest podstawowym elementem demokracji, ale jednocześnie jest rafą, na której może się ona rozbić. Sprzyja bowiem fanatyzmowi i zawiści, żądających, aby ludzie we wszystkich dziedzinach życia byli traktowani jednakowo”.
Czy problem zawiści daje się – przynajmniej częściowo – rozwiązać? Tak. I z pewnością kosztowałoby to o wiele mniej niż „wspaniałe” plany apostołów państwa opiekuńczego i globalne projekty kolektywistów, które, zgodnie z zakładanymi celami, mają zmniejszyć poziom zawiści, a w rzeczywistości ją intensyfikują.
Każdy, kto tylko może, powinien odważnie demaskować i piętnować zawiść kryjącą się za żądaniami „sprawiedliwości społecznej”[2] i „równości szans”. Zauważono, że również poza chrześcijańskim kręgiem cywilizacyjnym, wstręt i strach przed terrorem zawistników jest tak duży, że ich roszczenia tracą siłę przekonywania, jeśli rozpoznane i odsłonięte zostanie ich prawdziwe źródło – zawiść. Wielkie rezerwy etyczne ma do dyspozycji autentyczny system liberalny, jeśli tylko jego obrońcy i orędownicy odważą się obnażyć najbardziej szpetny a zarazem najczulszy nerw programów kolektywistycznych.
Z pewnością nikt nie mówi chętnie o najciemniejszej stronie duchowego życia człowieka, ale pamiętajmy, że mamy mówić o sprawach, o których kiedyś rozprawiano o wiele bardziej otwarcie. Wilhelm Roscher pisał w Geistliche Gedanken eines Nationalökonomen (w 1896 roku): „Podczas gdy większość grzechów sprawia człowiekowi, przynajmniej na początku, przyjemność, zawiść z góry czyni go nieszczęśliwym. A przecież zawiść jest w naszych demokratycznych czasach szczególnie mocno rozpowszechniona. Niezliczone głosy, uznawane, często przez nas samych, za wyraz poczucia sprawiedliwości, są w swej najgłębszej istocie skalane zawiścią”.
Przeł. Tomasz Gabiś
[1] „U Indian Nawajów ludzie bardziej wpływowi i zamożni oskarżani są o czary. Podobnie jak «białe» amerykańskie społeczeństwo, które sądzi, że każdy bogaty człowiek doszedł do bogactwa za pomocą «brudnych» metod, Nawajowie podejrzewają każdego, kto wyrasta ponad przeciętność, o stosowanie złośliwych czarów” (Walter Dyk, A Navaho Autobiography, New York 1947).
[2] Kiedy w 1952 roku opublikowałem w USA artykuł o zawiści, otrzymałem list, w którym pewien oburzony socjolog pytał, czy aby te wszystkie zachowania, które wyjaśniam motywem zawiści, nie są po prostu motywowane dążeniem do „sprawiedliwości społecznej”. Rzeczywiście, „sprawiedliwość społeczna” i zawiść są ze sobą ściśle związane. Jak wyjaśnił prof. Hayek, słówko „społeczny” stało się wysoce podejrzanym narzędziem, tym groźniejszym, im bardziej niejasny jest jego sens. Dlatego nie powinno nas dziwić, że nasi przeciwnicy nie potrafią zareagować na niewygodne dla nich odsłanianie roli zawiści inaczej jak tylko sloganami o „sprawiedliwości społecznej”. Jest to tym bardziej groteskowe, że prawie każdy człowiek zapytany, co to jest zawiść, potrafi dokładnie na to pytanie odpowiedzieć. Przeciwieństwem rzeczowej i pojęciowej jednoznaczności pojęcia „zawiści” jest mętność sformułowania „sprawiedliwość społeczna”. Nawet autorzy usiłujący bardzo precyzyjnie określać pojęcia, słowo i żądanie „sprawiedliwości społecznej” umieszczają w swoich wywodach jako aksjomat nie wymagający bliższego zdefiniowania. Na szczęście prof. Johannes Messner w swoim wielkim dziele o katolickiej etyce społecznej zatytułowanym Social Ethics. Natural Law im the Western World (1949) niezwykle krytycznie przeanalizował pojęcie „sprawiedliwości społecznej” i wykazał, iż – przyjęte jako norma moralna – w sposób nieuchronny otwiera ono drogę, którą w życie społeczne i polityczne wkraczają totalitarne manipulacje państwa i administracyjna samowola.

[…] zwrócić uwagę na następujący artykuł: „Problem zawiści w masowej demokracji”. Tekst ten powstał w 1957 roku i jest w nim mowa o Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Ale w […]