«
»

Historia i polityka

DYGRESYJNA ODPOWIEDŹ NA ANKIETĘ „PIĘTNO POLSKOŚCI” („Templum Novum. Kanonada narodowego romantyzmu”, nr 10/2010)

01.25.11 | brak komentarzy

Polacy żyją na co dzień własną przeszłością, ponieważ są dumni ze swoich patriotycznych zrywów: narodowych powstań, walk „za waszą i naszą wolność”. Nasza chlubna historia stała się integralną częścią polityki państwa polskiego. Polska postawiła sobie za cel edukację historyczną własnego społeczeństwa. Także nasza polityka zagraniczna nie stroni od akcentów edukacji historycznej. Do dziś wypominamy Niemcom i Rosjanom zbrodnie z okresu II wojny światowej. Czy Polska ma kompleksy na punkcie swojej historii, co czyni naszą politykę nieracjonalną, czy też świadomość, że nasi sąsiedzi winni mieć kompleksy na tle własnej zbrodniczości wobec Polaków, czyni naszą politykę do bólu, nomen omen, racjonalną?

1. Polacy zachowują się tak, jakby problem niepodległości był dla Polski najważniejszy. Tymczasem, wstępując do zjednoczonej Europy, Polska scedowała na federację europejską część swojej niepodległości. Oznacza to, zdaniem prof. Bronisława Łagowskiego (Kompleks Polski, „Newsweek Polska” z 7 marca 2010), że Polacy mają fałszywe wyobrażenie o tym, czym jest nasz naród i jaka jest jego historia. Przykładem fałszywego pojmowania historii Polski jest, według Łagowskiego, pozytywna ocena XIX-wiecznych powstań. Czy Pana/Pani zdaniem naprawdę istnieje kryzys polskiej świadomości narodowej i jaką rolę odgrywają w nim błędne oceny narodowej historii?

2. W ramach organizowanej przez państwo polityki historycznej wiele mówi się o eksterminacji Narodu Polskiego przez ZSRS. Natomiast ludobójstwo Polaków na Wołyniu wydaje się planowo przemilczane. Prof. Łagowski sugeruje, że jest to skutek naszej polityki zagranicznej – polityki zbliżenia do Ukrainy. Zdaniem Łagowskiego przypominanie Rosjanom Katynia ma na celu po prostu zaistnienie Polski w świadomości współczesnej Rosji. Co więcej, w ten sposób domagamy się, by Rosja miała o Polsce taką opinię, jaką o Polsce mają… sami Polacy. Czy Pana/Pani zdaniem rzeczywiście, gdybyśmy nie krzyczeli na cały świat o naszych narodowych nieszczęściach, to by nas… nie zauważono? Czy takie polityczne sterowanie pamięcią własnego Narodu i narodów ościennych jest słuszne w dalszej perspektywie?

3. Oparty na historii „system psychologicznej przemocy” (określenie Łagowskiego), jaki stosujemy wybiórczo wobec naszych sąsiadów, wywodzi się – nolens volens – z ideologii „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Łagowski twierdzi, że takie wybaczanie jest psychologiczną kontynuacją konfliktu – rozpamiętywaniem z pozycji rzekomej moralnej wyższości, które, z drugiej strony, nie przeszkadza Polakom w zwracaniu się do Niemiec o materialne odszkodowania za straty poniesione ponad 65 lat temu. Natomiast nasze oczekiwania wobec tej polityki, jej efekty, Łagowski określa w następujący sposób: „przyjąć niemiecki (lub jakikolwiek inny) punkt widzenia (…) pod warunkiem, że będzie to poza, która do niczego nie zobowiązuje w świecie realiów”. Czy Pana/Pani zdaniem stosowanie przez Polskę „systemu psychologicznej przemocy” jest reakcją na dualizm stanowiska Niemców wobec Polski – rozbicie na oficjalną politykę rządu, w której poczucie winy za II wojnę światową jest „widomie obecne” i stanowisko opinii publicznej, która sama ma ogromne poczucie… krzywdy? Czy może jest jej przyczyną? Jakie szanse widzi Pan/Pani przed naszą polityką zagraniczną w pierwszym, a jakie w drugim przypadku?

Źródło:

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_polska/kompleks-polski,54458,1

OKN KONTRA ODL

Ponieważ pytania ankiety są nader ogólne, pozwolę sobie odpowiedzieć na nią nieco dłuższym tekstem, traktując ją jako impuls do refleksji nad niektórymi zagadnieniami tzw. polityki historycznej, zwłaszcza nad jej wątkami martyrologicznymi. Na początek należy dokonać pewnego uściślenia: zagadnienia polityczno-historyczne, o których mowa w ankiecie, nie są zagadnieniami neutralnymi, ale stanowią przedmiot toczącej się od wielu lat walki polityczno-ideologiczno-kulturalnej pomiędzy Obozem Demokratyczno-Liberalnym (ODL), potocznie nazywanym przez przeciwników „Jasnogrodem”, a Obozem Konserwatywno-Narodowym (OKN), potocznie nazywanym przez przeciwników „Ciemnogrodem”. Mają one odmienne wizje historii Polski, a także odmienne koncepcje „edukacji historycznej” i odmienne poglądy na to, jak należy „kształtować świadomość historyczną” Polaków. Kwestie historyczne stały się integralnym składnikiem propagandy obu obozów, służąc im jako narzędzie utrwalania i umacniania wpływów w polityce, w mediach, w instytucjach kulturalnych. Mimo iż różnią się prawie we wszystkim, to oba uprawiają własną „politykę historyczną”, wymierzoną w obóz przeciwny: czczą „swoje” ofiary, „swoich” męczenników i „bohaterów”, selekcjonują wydarzenia i postaci z przeszłości, aby jak najlepiej służyły ich własnemu obozowi, walczą ze sobą na martyrologie, na mity założycielskie, stosują wobec siebie nawzajem „system symbolicznej i psychologicznej przemocy”, oskarżają się o błędne oceny narodowej historii, usiłują u przeciwnika wywołać poczucie winy, wypominając mu – tzn. jego przodkom ideologiczno-politycznym – jak nie zbrodniczość, to co najmniej podłość i nikczemność. Ta wewnętrzna walka nie pozostaje, rzecz jasna, bez wpływu na ich koncepcje „zagranicznej polityki historycznej”, prowadzonej wobec Niemiec i Rosji. Ważne, aby o tym pamiętać, gdyż inaczej można popaść w iluzję, że istnieje jakaś neutralna „ogólnopaństwowa polityka i edukacja historyczna” – gdy tymczasem podlega ona zawsze wpływom jednego lub drugiego obozu. Być może w obliczu tej wyniszczającej walki obozów, sczepionych ze sobą jak Kozak z Tatarzynem, uciekinierzy z obu obozów utworzą w przyszłości obóz trzeci, a przynajmniej środowisko polityczno-intelektualne, które – wykorzystując pewne koncepcje zarówno ODL-u, jak i OKN-u – pójdzie własną drogą i zaproponuje „nową politykę historyczną”. [1]

SIŁA PRZED SŁUSZNOŚCIĄ

Przy rozpatrywaniu kwestii „zagranicznej polityki historycznej”, uwzględniać trzeba oczywisty fakt, że jest ona polityką właśnie i, tak jak wszystkie inne rodzaje polityki, stanowi element zmieniającej się polityki światowej, europejskiej i regionalnej, funkcjonuje w nowych koordynatach geopolitycznych, ekonomicznych i psychopolitycznych, w sytuacji, kiedy zanikają stare, a pojawiają nowe linie podziału i konstelacje ideologiczno-kulturalne. Dlatego też nie wolno jej zastygać w dawnych kształtach, poruszać się stale tą samą, dobrze znaną, wyżłobioną koleiną, lecz musi elastycznie dostosowywać się do zmian zachodzących w zewnętrznym świecie. Wiąże się z tym drugi oczywisty fakt, że podstawowym kryterium oceny polityki historycznej jest jej skuteczność, co oznacza, że ci, którzy ją prowadzą, lub aspirują do jej prowadzenia, muszą na zimno kalkulować, czy dysponują wystarczającymi siłami, zasobami i środkami, pozwalającymi zrealizować założone cele polityczne.

Nie wystarczy pytać teoretycznie, czy Rosja i Niemcy powinny mieć kompleksy na tle własnej zbrodniczości wobec Polaków, ale czy dysponujemy skutecznymi metodami, które pomogą te kompleksy wywoływać, utrwalać, wzmacniać, podtrzymywać? Zanim zaczniemy się zastanawiać, czy powinniśmy krzyczeć na cały świat o naszych narodowych nieszczęściach, może powinniśmy się wpierw upewnić, czy dysponujemy potężnym barytonem czy może cienkim głosikiem ledwo słyszalnym poza naszym najbliższym kręgiem? A jeśli wyłącznie tym drugim, to czy zdołamy go zwielokrotnić, czy znajdziemy przyjaciół, którzy będą krzyczeć razem z nami? Redakcja „TN” pyta, czy powinniśmy „używać systemu psychologicznej przemocy”? Może i powinniśmy, ale czy mamy siły, sojuszników, instrumenty polityczne, finansowe, medialne, pozwalające w rzeczywistości, a nie tylko w słownych pogróżkach, zastosować ową „psychologiczną przemoc” wobec Niemców lub Rosjan? Redakcja „TN” stawia pytanie, czy „sterowanie pamięcią narodów ościennych jest słuszne w dalszej perspektywie?”. Równie dobrze można by zapytać, czy „w dalszej perspektywie słuszne jest polityczno-ideologiczne podporządkowanie narodów ościennych Polsce”. „Sterowanie pamięcią innych” zakłada bowiem, że to my jesteśmy „sternikami”, a oni „sterowanymi”, czyli my rządzimy ich historią i pamięcią, a oni nas słuchają. Pytać też trzeba nie tylko o to, czy dana polityka historyczna może być skuteczna, ale także o to, czy w zmienionych warunkach politycznych nie przyniesie skutków odwrotnych od zamierzonych? Czy nie ożywi akurat tych emocji i postaw, którym miała zapobiec?

NIE NAŚLADOWAĆ ŻYDÓW, BO TO SIĘ MOŻE ŹLE SKOŃCZYĆ!

Dobrą ilustracją zasygnalizowanych wyżej problemów jest wykorzystywanie martyrologii przez establishment żydowski, o czym wspomina B. Łagowski w cytowanym przez „TN” wywiadzie dla „Newsweeka”. Krytykuje w nim Polaków, Ukraińców i Litwinów za to, że „chcą mieć własny Holocaust”, czyli za to, że chcą naśladować Żydów w sposobie prowadzenia polityki historycznej, który zapewnił jej – jak sądzą – oszałamiający sukces. Według Łagowskiego dążenia te są całkowicie nieuzasadnione w przypadku tych narodów, natomiast są uzasadnione w przypadku Żydów, ponieważ, jak pisze krakowski filozof, „naród żydowski – żyjący w ogromnej części w diasporze – nie jest chroniony granicami państwowymi. Jest w całkowicie odmiennej sytuacji niż narody osiadłe na zwartych terytoriach. Potrzebuje więc dodatkowych środków ochrony: symbolicznych czy ideologicznych, prawnych”. Abstrahując od zastosowanej przez niego argumentacji, która ma raczej charakter perswazyjno-polemiczny niż analityczny (nawet globalne mocarstwa uznają za zasadne posiadanie „dodatkowych środków ochrony” i ich przywódcy bardzo by się zdziwili, gdyby Łagowski starał się ich przekonać, że robią rzeczy niepotrzebne [2]), jak najbardziej słuszne jest zwrócenie przez Łagowskiego uwagi na fakt, że nie można bezrefleksyjnie naśladować polityki historycznej innych narodów, ponieważ jej kształt zależy od konkretnych warunków historycznych i politycznych. Istotne nie jest to, czy instrumentalizacja własnej martyrologii jest zasadna, czy też nie, ale to, jakie warunki, okoliczności i czynniki sprawiły, że polityka historyczna establishmentu żydowskiego odniosła sukces, oraz to, czy ktoś inny, w innym czasie zdoła ten sukces powtórzyć. Establishmentowi żydowskiemu udało się skutecznie zinstrumentalizować martyrologię swojego narodu nie dlatego, że był słaby i zewsząd zagrożony, ale na odwrót, dlatego, że się wzmocnił, wchodząc do elit polityczno-kulturalnych USA, najpotężniejszego po 1945 r. państwa na kuli ziemskiej, i stwarzając Izrael – własne państwo, posiadające granice, armię, służby specjalne, aparat propagandowy i, jak mówią niektórzy, broń nuklearną. Patrząc z punktu widzenia realnej polityki, można powiedzieć, że establishment żydowski wygrał wyścig na „szczyt cierpienia” i nakłonił inne narody, żeby uznały jego zwycięstwo, ponieważ awansował, zostając segmentem elity politycznej USA. Był w stanie krzyczeć na cały świat o żydowskich nieszczęściach, gdyż uzyskał dostęp do amerykańskich, a co za tym idzie globalnych centrów medialnych, informacyjnych, politycznych, edukacyjnych. Zapyta ktoś, jakim cudem udało mu się ten dostęp zdobyć: otóż udało się m.in. dzięki temu, że martyrologia Żydów została wykorzystana jako instrument w walce polityczno-ideologicznej toczonej w łonie najpierw amerykańskiej, a potem europejskiej elity politycznej i kulturalnej. Biorąc w pacht martyrologię Żydów, obóz demokratyczno-liberalny zyskiwał atuty w walce o moralne przywództwo, a w konsekwencji umacniał się w polityce, mediach i instytucjach kulturalnych oraz edukacyjnych. Jedna z frakcji w łonie klasy rządzącej Zachodu na martyrologii Żydów, a potem na martyrologii Murzynów, Indian i innych mniejszości, oparła „politykę winy”, która – jak wykazał Paul E. Gottfried w swojej książce Multiculturalism and the Politics of Guilt: Towards a Secular Theocracy (2002) – posłużyła jej jako dźwignia zmian społecznych, politycznych i kulturalnych. Sukces martyrologii żydowskiej wynikał więc stąd, że niosły ją w górę silne trendy polityczno-kulturalne, sprzyjał jej układ sił w świecie, a interesy zwycięskich w wojnie Stanów Zjednoczonych i establishmentu żydowskiego były w wielu kwestiach zbieżne. Był to niepowtarzalny splot okoliczności i tendencji, a więc, zamiast pytać o „słuszność” naszej „zagranicznej polityki historycznej”, należałoby pytać, czy sprzyjają jej obecne trendy polityczno-kulturalne, czy naszej martyrologii może ktoś inny potrzebować jako narzędzia politycznego i ideologicznego, czy jakieś wpływowe środowiska z innych krajów mogłyby dostrzec swój interes w promowaniu naszej martyrologii, czy uda się nam zyskać dostęp do leżących poza Polską ośrodków władzy medialnej, politycznej, informacyjnej, które wspomogłyby naszą politykę historyczną itd.

I jeszcze jedno: Łagowski twierdzi, że Żydzi użyli swojej martyrologii, aby zapewnić sobie dodatkowe środki ochrony, czyli zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Czy jednak naprawdę im się to udało, czy sukces okazał się trwały? Nie wszyscy są o tym przekonani, np. filozof Alain Finkielkraut, który w wystąpieniu otwierającym konferencję zorganizowaną 12-13 czerwca 2010 r. przez Instytut Yad Vashem [3], powiedział m.in.: „chcieliśmy ugasić wrogość do Żydów wodą pamięci, a tymczasem, jak się zdaje, dołożyliśmy paliwa do ognia”; „im bardziej upamiętniamy, przywołujemy, uczymy o cierpieniach Holocaustu, im więcej badamy te ciemne czasy, tym większą wściekłość wywołujemy w innych krajach, kontynentach, społecznościach i mniejszościach”, „ciągłe przypominanie żydowskiego doświadczenia nie osłabia nienawiści, lecz ją karmi”, „terapia przyczynia się do rozprzestrzenienia epidemii, której miała zapobiec”. [4] Gdyby Finkielkraut miał rację, oznaczałoby to, że polityczna instrumentalizacja martyrologii, która w pewnym okresie sprawdziła się znakomicie, w nowym układzie sił na świecie zaczyna przynosić skutki odwrotne do zamierzonych. [5]

Wniosek, jaki się nasuwa, jest zatem dość oczywisty: proponując lub krytykując takie czy inne aspekty polskiej polityki historycznej, nie powinniśmy wychodzić od abstrakcyjnych zasad „słuszności” i „zasadności”, lecz od rachunku sił i środków oraz, przy uwzględnieniu szerszego, stale zmieniającego się kontekstu politycznego, od warunków, w jakich funkcjonuje ona dziś i funkcjonować będzie w następnych latach.

NA CO I PO CO NIEMCOM POLSKA MARTYROLOGIA

Nie ma jednej polskiej martyrologii, lecz dwie – „wschodnia” i „zachodnia”. Zacznijmy od „martyrologii zachodniej”. Przypomnijmy, że od drugiej połowy lat 60. ubiegłego wieku trwała w Niemczech wewnętrzna walka polityczno-ideologiczno-kulturalna, w której zbrodnie reżimu narodowosocjalistycznego były poręcznym narzędziem politycznym „młodych” z „pokolenia 68” szermujących hasłem „rozliczenia z przeszłością”. Na płaszczyźnie realnej polityki oznaczało to „rozliczenie” ze „starymi”, czyli z pokoleniem wojennym oskarżanym ryczałtowo o udział w „zbrodniczym reżimie Trzeciej Rzeszy”. Najbardziej przydatnym narzędziem w tej walce była oczywiście martyrologia żydowska, ale i martyrologie innych narodów europejskich, w tym naszego, także były atutami nie do pogardzenia. Ponieważ walka ta zakończyła się zwycięstwem „młodych”, to dawne instrumenty moralnego i psychologicznego szantażu utraciły swoją użyteczność. Nowym „młodym” do niczego już się nie przydadzą, bo przecież nie można ich zastosować przeciwko „starym”, którzy sami ich używali, kiedy byli „młodzi”. Walka wewnętrzna prowadzona przy pomocy ofiar żydowskich, polskich lub innych ciskanych w przeciwnika, straciła dynamikę, jaką miała w poprzednich dziesięcioleciach, a więc polska martyrologia nikomu już się na nic nie przyda. Nie oznacza to, że nie ma już dla niej miejsca w całej ideologicznej „superstrukturze winy” zbudowanej w Niemczech w ostatnim trzydziestoleciu XX wieku i podtrzymywanej przez niemiecką klasę rządzącą, która swoją legitymizację stale opiera na byciu anty-Trzecią Rzeszą; dlatego nie naruszyły jej specjalnie zmiany zachodzące w świecie w ciągu ostatnich 20 lat (upadek komunizmu, upadek bloków, zjednoczenie Niemiec itd.). Nie widać jednak żadnych szans na to, żeby polska martyrologia mogła w jej ramach zdobyć lepsze miejsce, niż miała dotąd. Ostatecznym zwieńczeniem budowy „superstruktury winy” było wzniesienie w Berlinie gigantycznego pomnika ku czci Żydów, którzy zginęli z rąk narodowych socjalistów. Pomnik ów, umiejscowiony w sercu dawnej stolicy Rzeszy Niemieckiej, w dzisiejszej stolicy Republiki Federalnej Niemiec, niedaleko Bramy Brandenburskiej [6], wkomponowany w historyczną przestrzeń instytucji parlamentu i rządu, ambasad, instytucji kulturalnych, biznesowych, zajął centralne miejsce w sferze państwowo-publicznej reprezentacji, stając się najwyższym ucieleśnieniem niemieckiej polityki historycznej, polityki pamięci i rozrachunku z przeszłością, widomym znakiem hańby i pokuty, świadectwem, że ofiary zbrodni stale i niezmiennie zajmują centralne miejsce w publicznym dyskursie Niemiec. Wznosząc go niemiecka klasa rządząca (dawni „młodzi”) doszła do punktu, poza który już pójść nie sposób; większego pomnika postawić nie można, dlatego dochodzące do władzy pokolenie może tylko trawić to, co wybudowali „starzy”. Jest on kulminacją, a zarazem kresem „rozrachunku z przeszłością”, będącym już tylko rutynową repetycją ciągle tych samych rytuałów i gestów. Ideologia „rozrachunku z przeszłością” stała się rodzajem oficjalnej ideologii państwowej praktykowanej, podobnie jak marksizm-leninizm, w państwach komunistycznych, bez jakiegokolwiek moralnego, duchowego czy emocjonalnego zaangażowania, cechującego część dawnych „młodych”, którzy przechodzą powoli na emeryturę. Ta skostniała, wypalona, „zimna ideologia” jest już dziś wyłącznie fasadą skrywającą realne stosunki władzy i grę polityczno-ideologiczno-finansowych interesów. Stworzona przez dawnych „młodych” niemiecka ideokracja przechodzi w fazę „słowokracji”, którą w odniesieniu do sowieckiego komunizmu tak opisywał Alain Besançon: „Siłę reżimu breżniewowskiego stanowi zrozumienie, że ideologia nie potrzebuje wiary. Wszyscy świadkowie mówią nam zgodnie, że tam «nikt w nic nie wierzy». Oczywiście, ale wszyscy mówią w jej duchu. Przed objęciem władzy zwartość partii wypływała z idei. Po dojściu do władzy partia wprowadziła zatem ideokrację. Ale w miarę jak «realna» rzeczywistość oddalała się od rzeczywistości urojonej, idee stawały się puste, zachowując jedynie warstwę słowną. Reżim zmierzał więc ku słowokracji”. [7]

„Logokratyczny” charakter obecnego niemieckiego „rozrachunku z przeszłością”, wyklucza możliwość przyznania polskiej martyrologii jakiegoś większego znaczenia w sferze symbolicznej i politycznej. Podczas gdy „na górze” system „rozrachunku z przeszłością” zastyga w „logokrację”, „na dole”, w szerszych kręgach narodu niemieckiego obserwuje się wyraźne poczucie przesytu i zmęczenia martyrologią innych narodów. Wszystkie badania socjologiczne, ankiety i sondaże pokazują jednoznacznie, że zwykli Niemcy, nie tylko że wyłączają się z „systemu” w życiu prywatnym, ale coraz bardziej otwarcie dają do zrozumienia, że czują się zmęczeni nieustannym roztrząsaniem niechlubnych wydarzeń z ich najnowszej historii, mają dość „bicia się w piersi”; chcą „znaleźć w niemieckiej historii strony pozytywne”, „skończyć z nieustannym rozdrapywaniem ran historii”, „zamknąć debaty nad przeszłością”, „skończyć pokutę”, „uznać dług moralny za spłacony”. Jak powiedział w marcu 2007 roku, cytowany przez „Rzeczpospolitą” historyk z Berlina Hajo Funke, „ponad połowa obywateli domaga się grubej kreski oddzielającej epokę nazistowską od współczesności”. Nakładają się na siebie dwa procesy: totalna rytualizacja, „wyziębienie” i skostnienie „polityki pamięci” uprawianej przez elitę, oraz psychologiczne znużenie tematem wśród „ludu”. Ponadto część elity doszła do wniosku, że również ofiarom niemieckim (wypędzenia, bombardowania miast niemieckich, los niemieckich jeńców wojennych, gwałty żołnierzy stalinowskich na kobietach niemieckich), do końca lat 90. XX w. zepchniętym na margines, należy się wyższe miejsce w hierarchii ofiar i większy „przydział pamięci”. I to ta niemiecka „nowa martyrologia” staje się przedmiotem debat i sporów wewnątrz klasy rządzącej i wywołuje zainteresowanie szerszych kręgów społeczeństwa niemieckiego. Wygląda więc na to, że możliwości efektywnego grania na „winę niemiecką” powoli się wyczerpują; popyt na nią wprawdzie nie maleje, ale jej podaż – tak.

„ZBIRY DIRLEWANGERA” NIECH NAM ŻYJĄ JESZCZE 150 LAT!

Tymczasem w Polsce reakcją na procesy zachodzące w Niemczech są dość powszechne biadolenia, że „Niemcy nie chcą pamiętać o swojej historii”, „piszą historię na nowo”, że „powoli przestajemy być w stanie docierać do Niemców z naszą pamięcią” itd. Np. Zdzisław Krasnodębski narzeka, że nikt w Niemczech nie myśli przetłumaczyć Kinderszenen J. M. Rymkiewicza, a zatem nie wywoła ona tam żadnej dyskusji. [8] Jakiż to problem opłacić tłumacza, wydrukować książkę w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy i rozesłać do niemieckich krytyków literackich i recenzentów, do osobistości niemieckiego życia politycznego i kulturalnego, do gazet itd. Wystarczy tylko zgromadzić odpowiednie środki finansowe. Inni znowu biadolą, że w Niemczech kręci się duże produkcje filmowe typu „Drezno”, „Ucieczka” i „Gustloff”, pokazujące Niemców jako ofiary. W odpowiedzi na tę martyrologiczną propagandę należałoby nakręcić polskie superprodukcje ukazujące zbrodnie Niemców dokonane na Polakach i postarać się, żeby je puszczano w telewizji niemieckiej.

Bystry obserwator niemieckiego życia politycznego i kulturalnego Piotr Semka pisze o „nowej optyce Niemców” w patrzeniu na historię: „W myśl tej nowej logiki Muzeum Powstania Warszawskiego przestaje być wyrzutem niemieckiego sumienia, a staje się miejscem nacjonalistycznej polityki budzenia antyniemieckiej histerii”. [9] Należałoby to chyba interpretować w ten sposób, że Muzeum Powstania Warszawskiego miało być w założeniach m.in. wyrzutem niemieckiego sumienia, jednak się nim nie stało. To zaś oznaczałoby, że choć zainwestowano duże środki w budowę muzeum, jeden z ważnych celów nie został zrealizowany, inwestycja się nie zwróciła. Czy zatem należy budować kolejne muzea z nadzieją, że „wyrzuty sumienia” w końcu zaczną dręczyć niemieckich turystów przybywających do Warszawy? I jak przekonać niemieckie biura podróży, żeby w programach wycieczek umieszczały odwiedziny w Muzeum Powstania Warszawskiego? Niektóre pomysły na prowadzenie „polityki historycznej” są doprawdy oryginalne, np. Wojciech Klewiec wysunął postulat, żeby jak najczęściej wyświetlać „Stawkę większą niż życie” i „Czterech pancernych”, ponieważ przypominają one, że to Niemcy byli zbrodniarzami, stolicą narodowego socjalizmu był Berlin itd. [10] O ile jednak w Polsce szefowie stacji telewizyjnych mogą po prostu nakazać puszczanie tych seriali co miesiąc (zdaje się zresztą, że postulat Wojciecha Klewieca został już spełniony), o tyle nie bardzo wiadomo, jak namówić niemiecką ARD czy ZDF, żeby zechciały zapoznać widzów z przygodami porucznika Klossa i załogi „Rudego”. Ze stacjami komercyjnymi pójdzie łatwiej: po prostu rząd polski musi zapłacić im za wyświetlenie obu seriali. A już na pewno można zrobić jedno: sporządzić niemieckie listy dialogowe i wrzucić seriale do Internetu.

Z. Krasnodębski narzeka, że Niemcy nic nie wiedzą o martyrologii Polaków w okresie okupacji: „Do dziś niewielu Niemców odróżnia Powstanie Warszawskie od powstania w getcie; niemal nikt nie słyszał o mordzie na Woli, o rozstrzeliwaniach w Palmirach czy dzieciach Zamojszczyzny. W Berlinie nie ma dziś ani jednego znaku przypominającego o zbrodniach popełnionych przez Niemców na Polakach”. Krasnodębski uważa, że należy utworzyć polskie Centrum Pamięci, sporządzić rejestr strat wojennych, utrwalić właściwy obraz niemieckiej okupacji. Polska, jego zdaniem, musi „starać się trwale oddziaływać na opinię publiczną w Niemczech, w Europie i USA”. [11] Gdybyż jeszcze Krasnodębski podpowiedział polskim czynnikom politycznym, w jaki sposób mają „trwale oddziaływać na opinię publiczną w Niemczech, w Europie i USA”! Może tak wydrukować w Polsce kilkaset tysięcy broszur w języku niemieckim opisujących mord na Woli, rozstrzeliwania w Palmirach i rozesłać je po niemieckich szkołach? Może nie czekajmy na łaskawość Niemców, tylko wykupmy w Berlinie kilka nieruchomości, na których powstaną znaki przypominające o zbrodniach popełnionych przez Niemców na Polakach? Krasnodębski chciałby ponadto staruszków-zbrodniarzy stawiać przed sądem, albo przynajmniej organizować im w Polsce zaoczne procesy.[12] Wtóruje mu Piotr Semka: „Budując Muzeum Powstania Warszawskiego, odświeżyliśmy sami sobie pamięć historyczną. Teraz czas najwyższy, aby odświeżyć pamięć świata”. A jak chciałby Semka „odświeżyć pamięć świata”? Nic trudnego: trzeba zmontować procesy dożywających swoich dni „zbirów Dirlewangera”. [13] Cóż my, biedacy, poczniemy, jak nam wszyscy zbrodniarze powymierają?

Widać wyraźnie, że jedyne, co przychodzi do głowy publicystom OKN-u, to jeszcze więcej polityki historycznej opartej na II wojnie światowej, jeszcze więcej martyrologii, jeszcze więcej muzeów, miejsc pamięci, pomników, placówek, instytucji, jeszcze intensywniejsza „psychologiczna przemoc”, jeszcze głośniejszy „krzyk o narodowych cierpieniach i nieszczęściach”, i co za tym idzie coraz większe nakłady finansowe na „wywoływanie kompleksu winy”. [14] Jaki może być efekt tego wzmożonego wysiłku? Tylko jeden: grzeczna obojętność elity niemieckiej i coraz większa irytacja w szerszych kręgach społeczeństwa niemieckiego. Trzeba tu dodać, że według badań opinii publicznej my, Polacy, wraz z Czechami, zajmujemy na skali sympatii u Niemców ostatnie miejsca wśród narodów europejskich. A prawa ludzkiej psychologii są nieubłagane: „moralny nacisk” stosowany przez tych, których się nie lubi, jest przez „naciskanych” kompletnie ignorowany, ewentualnie budzi u nich irytację i chęć rewanżu. Jeśli zakładamy, że adresatami polskiej „zagranicznej polityki historycznej” są Niemcy, u których nasza martyrologia ma wywołać „wyrzuty sumienia”, a w konsekwencji skłonić do akceptacji naszych postulatów politycznych, to nietrudno przewidzieć, że rezultaty naszej, coraz kosztowniejszej, „samotnej wojny o pamięć” [15] okażą się w ostatecznym rozrachunku mizerne. Polityka historyczna jest, jak każda polityka, kwestią siły, i dlatego, jeśli nie mamy siły, żeby Niemcom cokolwiek narzucić, zaś „nacisk moralny i psychologiczny” napotka nieprzezwyciężalny opór, to należałoby zacząć myśleć nad jej zmianą. Nasza martyrologiczna karta już nie bierze w sensie psychologiczno-moralnym, nasze instrumenty wywoływania „poczucia winy” tracą ostrość i ciężar, pozostaje jedynie wykrwawianie się w samotnej walce skazanej na porażkę. Można podziwiać stanowcze słowa Piotra Semki, że dla Niemców nie może być „końca epoki wstydu za koszmar wojny”. Jeżeli jednak nie posiada się sił i środków, żeby przedłużyć innym „epokę wstydu”, to stanowcze słowa szybko ośmieszą tych, którzy je wygłaszają. „Psychologiczna przemoc”, której celem jest utrzymanie Niemców w stanie moralnej podległości jako „narodu sprawców”, okaże się potrząsaniem drewnianą szabelką, wywołującym co najwyżej pobłażliwe uśmieszki.

WYCISZANIE „MATYROLOGII ZACHODNIEJ”

Być może zamiast prowadzić beznadziejną walkę o „zmianę świadomości historycznej Niemców”, należałoby realistycznie zaakceptować fakty i uznać, że żadne okoliczności i szersze prądy polityczno-kulturalne tej walce nie sprzyjają. [16] Być może należałoby dokonać przewartościowań w „zagranicznej polityce historycznej” wobec Niemców, polegających na tym, by bardzo powoli, bez wykonywania żadnych gwałtownych ruchów, w procesie rozłożonym na kilka, kilkanaście lat, wyciszać „martyrologię zachodnią”, depolityzować ją, ograniczając do naturalnego minimum na użytek wewnętrznej polityki historycznej i przesuwając stopniowo poza główny nurt polityczno-kulturalny. Operacja ta wymagałaby ogromnej subtelności, powinna być przeprowadzona z chirurgiczną precyzją i na zimno, bez histerii przenikającej retorykę wielu krytyków polskiej martyrologii z ODL-u. W najwyższym stopniu szkodliwe byłoby używanie w kontekście Oświęcimia, Stutthofu, Gross-Rosen i Majdanka, kategorii typu „fascynacja śmiercią”, „polityka śmierci” (Cezary Michalski), „cierpiętniczy, niemal nekrofilski polski nacjonalizm” (Bronisław Łagowski), „pornografia śmierci” (Adam Zamoyski), „polska tanatopolityka, opierająca się w całości na martyrologicznej pamięci” (Agata Bielik-Robson). [17] Nie oznacza to, że krytyka martyrologii formułowana przez przedstawicieli ODL-u jest bezużyteczna, przeciwnie, może odegrać całkiem pożyteczną rolę, ale pod warunkiem, że zignorujemy jej dość prostacką i wysoce emocjonalną agitację skierowaną przeciwko OKN-owi. Dopiero uwolniona od typowych dla ODL-u fobii i resentymentów, oczyszczona z groteskowego patosu, który kończy się popadnięciem w niezamierzony komizm [18], przydać się może w procesie politycznej neutralizacji „martyrologii zachodniej”. Przykładami takiej stonowanej, a przez to głębszej i skuteczniejszej krytyki, są niektóre wypowiedzi Adama Zamoyskiego i Bronisława Łagowskiego. W wywiadzie dla „Newsweeka” Zamoyski mówi: „To powinna być ostatnia rocznica Oświęcimia, którą w ten sposób celebrujemy. Potem powinny tam przyjeżdżać tylko rodziny ofiar. Najwyższa pora, by Oświęcim w ogóle zostawić historykom i jakoś spróbować ów kult z tej polityki wyłączyć”. [19] Na pytanie dziennikarza „Czy zatem pora wybaczyć?”, Zamoyski odpowiada: „Taki czas nadchodzi. Nie możemy wiecznie domagać się przeprosin. Dlaczego Niemcy mają teraz przepraszać za Hitlera?”. [20] Świadectwem właściwej postawy wobec przeszłości są dla Zamoyskiego słowa człowieka, którego ojciec zginął w Oświęcimiu: „tragedia była, zbrodnia była, ale nie można się nad tym rozwodzić i płakać bez końca”. [21] Mówiąc o Oświęcimiu, Zamoyski postuluje: „Niech historycy zbadają ten problem do końca, niechże zostanie postawiony piękny pomnik, niech ludzie jeżdżą tam modlić się za dziadków i pradziadków, niech uczestniczą w mszach. Ale żeby z tego robić kult narodowy? To moim zdaniem absurd”. [22] Z kolei Łagowski nawołuje, żeby „nie posługiwać się Oświęcimiem w psychologicznej wojnie z Niemcami”, i postuluje, aby „tę zbrodnię brać konkretnie, egzystencjalnie, jako fakt zaistniały w określonym miejscu i czasie, przez ludzi opłakiwany od początku, przez państwo wielokrotnie należycie uczczony, dziś będący już tylko wspomnieniem”. [23]

Jeśli pogodzimy się z faktem, że gra naszą „zachodnią martyrologią” jest już nieskuteczna, to powinniśmy rezygnację z jej instrumentalizacji wystylizować na gest wielkoduszności wobec Niemców, co z pewnością spotka się z życzliwą reakcją szerszych kręgów narodu niemieckiego, które chciałyby wreszcie odpocząć od kajania się, od oskarżeń i samooskarżeń. [24]

OBCHODY WYBUCHU I ZAKOŃCZENIA WOJNY ODWOŁANE

Jacek Kuroń mówił, że nie wolno nikogo zmuszać do pokuty, oczekiwać, że Niemcy zdejmą czapki, przyklękną i powiedzą: „Przebaczcie, przepraszamy”. [25] Skoro Niemców do pokuty zmusić nie jesteśmy w stanie, nasze oczekiwanie, że zdejmą przed nami czapki, przyklękną i powiedzą „Przebaczcie, przepraszamy” jest nierealistyczne, to korzystniej dla nas będzie pójść za radą Kuronia, przypominającego nam, że to polscy biskupi „mieli tę szczególną odwagę powiedzieć do Niemców: «Przebaczamy i prosimy o przebaczenie»”. [26] Nie widać powodów, dla których formuła ta nie mogłaby stać się podstawą nowego „pojednania” polsko-niemieckiego, i szerzej ogólnoeuropejskiego.[27] Z jednej strony więc nasze „nowe otwarcie” w stosunkach „moralno-psychologicznych” z Niemcami na pewno zostanie przyjęte z życzliwością w szerszych kręgach społeczeństwa niemieckiego, a z drugiej, uwiarygodni nasze apele do Niemców, aby także swoją „nową martyrologię” zostawili historykom, nie celebrowali jej nadmiernie, nie rozwodzili się nad nią i nie płakali bez końca, nie robili z niej kultu narodowego. Powinni posłuchać Łagowskiego i brać wypędzenia, bombardowania, zbrodnie i prześladowaniakonkretnie, egzystencjalnie, jako fakt zaistniały w określonym miejscu i czasie, przez ludzi opłakiwany od początku, przez państwo wielokrotnie należycie uczczony, dziś będący już tylko wspomnieniem”. Naszą odpowiedzią na niemiecką „nową martyrologię” nie może już być nasza „martyrologia zachodnia”, ale „deeskalacja” walki na martyrologie i apel o wspólne oddzielenie przeszłości „grubą kreską”. [28]

Celem naszej „polityki historycznej” wobec Niemców byłoby zatem uznanie ich naturalnego prawa do opłakiwania swoich zmarłych i zamordowanych, nieodmawianie godności niemieckim ofiarom, a zarazem przekonywanie Niemców o potrzebie historyzacji i depolityzacji martyrologii, a także jej „deetnizacji”, czyli zredukowania narodowego wymiaru na korzyść wymiaru ideologiczno-imperialnego. [29] Oba nasze narody powinny w imię przyjaźni polsko-niemieckiej, bez której trudno sobie wyobrazić istnienie zjednoczonej Europy (Federacji Europejskiej, jak chce Łagowski czy – jak chcą inni – Imperium Europejskiego), zrezygnować z instrumentalizowania własnej martyrologii. [30] Byłby to doskonały probierz proeuropejskości obu narodów. Moglibyśmy wspólnie, Polacy i Niemcy zaapelować do Europejczyków o zakończenie „wyścigu ofiar” i ostateczne zakończenie wojny europejsko-europejskiej. Czyż nie byłoby historycznym wydarzeniem, ozdrowieńczym duchowym wstrząsem dla wszystkich Europejczyków, gdybyśmy, razem z Niemcami, zaapelowali do pozostałych narodów Europy, aby zaprzestać obchodzenia rocznic wybuchu i zakończenia I i II wojny światowej?

NIEMIECCY LOGOKRACI PRZECIWKO EUROPIE

Na jeszcze jeden aspekt sprawy warto zwrócić uwagę, mianowicie generalna neutralizacja i depolityzacja martyrologii polskiej i niemieckiej, nowe pojednanie polsko-niemieckie i zakończenie wojny europejsko-europejskiej mogłyby stanowić dobrą platformę dla przeciwstawienia się próbom oparcia ogólnoeuropejskiej polityki historycznej i „polityki pamięci” na zbrodniach z przeszłości. W tych dążeniach prym wiodą członkowie polityczno-intelektualnej elity niemieckiej, którzy usiłują swoją, praktykowaną w Niemczech, „politykę winy” narzucić innym narodom europejskim, aby zdobyć w ten sposób przewagę moralną, będącą warunkiem osiągnięcia przewagi politycznej. Niemieccy politycy i intelektualiści chcieliby rozbudować niemiecką „superstrukturę winy” tak, aby objęła całą Europę, i pamięć o dawnych zbrodniach uczynić jądrem tożsamości europejskiej. Zamysł, jaki się za tym kryje, jest jasny: rozciągnięcie niemieckiego systemu „logokracji” na inne narody europejskie i zapewnienie w nim elicie niemieckiej najwyższej pozycji, która jej się należy, ponieważ to Niemcy noszą najcięższe brzemię winy. Elita niemiecka, która, jak zauważył kiedyś Martin Walser, czuje się „odpowiedzialna za sumienia innych”, uzurpuje sobie prawo do kierowania sumieniami Europejczyków. Chce być awangardą moralną naszego kontynentu, której nikt nie przewyższy w aktorskim kunszcie publicznego odgrywania skruchy i żalu, nikt nie odbierze mistrzostwa Europy w sztuce odprawiania pokutnych rytuałów. Dlatego to ona powołana jest do sprawowania moralno-ideologicznej kontroli nad Europą, do kierowania europejskim systemem „logokracji”. Kult winy znakomicie wypróbowała jako narzędzie moralnej, politycznej i społecznej kontroli nad własnym narodem, teraz chciałaby zastosować tę strategię w całej Europie, ogłaszając „moralny stan wyjątkowy” na terytorium całej Unii Europejskiej. Cała Europa ma wyznawać (negatywny) europejski „nekropatriotyzm”, z którego elita europejska, z elitą niemiecką na czele, czerpać miałaby swoją polityczną legitymizację. [31]

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że szerokie kręgi społeczeństwa niemieckiego z radością powitałyby wszelkie inicjatywy przeciwstawiające się tej europejskiej tanatokracji. Niemcy na co dzień mogą obserwować, jak elita „haruje”, „rozliczając się z przeszłością”, i jak dzięki tej „żałobniczej harówce” może żyć wygodnie i dostatnio na koszt „narodu sprawców”. Na zewnątrz pokazuje twarz, na której maluje się niemal autentyczne przejęcie zbrodniami sprzed lat, a prywatnie czerpie z życia pełnymi garściami, bez żadnego problemu łącząc prywatny hedonizm, finansowany przez podatników z publicznie odgrywaną „ascezą winy”. Trudno się dziwić niezadowoleniu narodu niemieckiego z faktu, że musi odprawiać pokutne rytuały i nic z tego nie ma, oprócz prawa do opłacania sowitych diet i innych apanaży profesjonalnych specjalistów od „rozrachunku z przeszłością”. [32] Wspólnie z Niemcami powinniśmy przeciwstawić się budowaniu tożsamości Europy na permanentnym wspominaniu zbrodni, zwalczać „fascynację śmiercią” i „politykę śmierci”, odrzucić lansowane przez elitę niemiecką „nekrofilski euro nacjonalizm” i „europejską tanatopolitykę”. Nie wolno dopuścić do tego, żeby „pornografia śmierci” zawładnęła naszymi umysłami i uczuciami. Niechaj Polacy i Niemcy kierują się mądrą radą Pawła Huelle, który namawia nas do przegnania „trumiennego upiora”, przekonuje, że „życie w cieniu dyktatury historii, zwłaszcza żałobnej, jest sztuczne, mało twórcze, stadne”. [33] Europa powinna tworzyć – by posłużyć się sformułowaniem Olgi Tokarczuk – kulturową wspólnotę, którą określają nie traumy i poczucie historycznego okaleczenia, ale osiągnięcia, poczucie własnej wartości i pomysły na przyszłość. Musimy jasno powiedzieć elicie niemieckiej, że, tak jak Olga Tokarczuk, mamy dość budowania naszej wspólnej europejskiej tożsamości wokół pogrzebów, marszów żałobnych, celebrowania ofiar, martwych ciał i śmierci. [34]

„ARMIA SZKIELETÓW Z KATYNIA” W SŁUŻBIE IMPERIUM

O ile depolityzacja i stopniowe wyciszanie „martyrologii zachodniej” ma oczywisty sens jako element europejskiego pokoju i nowego polsko-niemieckiego pojednania, czyli pojednania dwóch narodów wchodzących w skład Federacji Europejskiej (Imperium Europejskiego), o tyle kwestia „martyrologii wschodniej” jest o wiele bardziej złożona. Stosunki polsko-niemieckie to relacje zaprzyjaźnionych sąsiadów i sojuszników wewnątrz nadrzędnej kontynentalnej struktury politycznej, natomiast stosunki polsko-rosyjskie to element stosunków między Federacją Europejską (Imperium Europejskim) a Federacją Rosyjską (Imperium Wschodnim) – dwoma odrębnymi bytami politycznymi, które nie znają „wiecznego pokoju”, lecz stałe napięcie, raz słabsze, raz silniejsze. Mogą one ze sobą pokojowo współpracować, współdziałać w rozwiązywaniu różnych problemów, handlować itd., ale zawsze dzielił je będzie nieusuwalny konflikt geopolityczny: Imperium Europejskie chce i musi mieć wpływy na wschodzie, Imperium Wschodnie – na zachodzie. Toczy się i toczyć będzie pomiędzy nimi walka o realizację własnych geopolitycznych interesów i rozszerzenie strefy wpływów, o hegemonię i dominację. Będzie ona – jak zawsze w polityce – przechodzić przez różne fazy: konflikt, napięcie, odprężenie, spór, rozejm, taktyczny sojusz, podział stref wpływów i „pojednanie”[35], trwające do momentu, kiedy któraś ze stron uzna, że linia podziału została wytyczona niesprawiedliwie i należy wytyczyć ją trochę bardziej na wschód lub trochę bardziej na zachód. [36] Byłoby zatem ogromną lekkomyślnością ze strony Imperium Europejskiego pozbywanie się instrumentów, które – jeśli nie dziś, to jutro – mogą być przydatne w „wojnie psychologicznej” z Imperium Wschodnim. Jeśli Imperium uzna, że trzeba ją prowadzić, wówczas zmobilizuje nawet „armię złożoną ze szkieletów polskich żołnierzy pomordowanych przez NKWD” (określenie Łagowskiego).

Skoro więc „martyrologia wschodnia” Polaków, z Katyniem jako naczelnym miejscem pamięci, może być pożytecznym narzędziem w rękach Imperium Europejskiego, to należy o nią dbać. Należy tylko zawsze pamiętać o jej ponadnarodowym, ogólnoeuropejskim wymiarze. Oskarżenia, że manifestuje się w niej „odwieczna polska rusofobia” czy też „nieuleczalny antyrosyjski polski nacjonalizm” itp., są absurdalne, ponieważ polscy oficerowie zamordowani w Katyniu służyli Europie jako całości, byli obrońcami Imperium Europejskiego, zginęli z ręki Imperium Wschodniego (wówczas pod postacią komunistycznego Imperium Sowieticum). Celem polskiej „zagranicznej polityki historyczne” powinno być uczynienie z Katynia ogólnoeuropejskiego miejsca pamięci. Należy interpretować Katyń, czy raczej „prawdę o Katyniu”, nie tylko jako mit założycielski wolnej Polski – jak to trafnie ujęli Lech Kaczyński i Donald Tusk – ale jako jeden z martyrologicznych mitów założycielskich Imperium Europejskiego. Katyń nie podlega przedawnieniu, i na wieczne czasy pozostanie znakiem cierpienia, śmierci i ofiary bohaterów Imperium Europejskiego, jak również wielką przestrogą dla Europejczyków, przypomnieniem, że muszą być silni, aby już nigdy żaden Europejczyk nie padł z ręki wrogów Imperium.

Popełniałby poważny polityczny błąd ten, kto chciałby uprawiać antyrosyjską propagandę, obciążając winą za zbrodnię katyńską naród rosyjski. Budziłoby to bowiem jego wrogość do Imperium Europejskiego, a przecież Imperium dąży do tego, aby mieć wśród narodów w innych imperiach jak najwięcej ludzi sobie życzliwych, sympatyków i przyjaciół, gotowych – kiedy nadejdzie odpowiedni moment – opowiedzieć się za Europą. Posługiwanie się w propagandzie skierowanej na wschód kategoriami „zbiorowej winy”, „zbiorowej odpowiedzialności” czy „zbiorowego wstydu”, żądanie od Rosjan pokuty, oczekiwanie, że zdejmą czapki, przyklękną i powiedzą: „przebaczcie, przepraszamy”, miałoby skutki odwrotne od zamierzonych, uniemożliwiałoby bowiem psychologiczne i moralne oddziaływanie na szersze kręgi społeczeństwa rosyjskiego. Katynia nie należy zatem przedstawiać jako „dzieła Rosjan”, ale jako dzieło bolszewików, którzy „nie znają ojczyzny”. Jeśli polska „martyrologia wschodnia” w kogoś uderza moralnie i politycznie, to nie w naród rosyjski, ale w elitę polityczną Federacji Rosyjskiej (Imperium Wschodniego), która częściowo identyfikuje się ze swoimi bolszewickimi poprzednikami i czuje się ich kontynuatorem. [37]

KOMUNIZM – NAJBARDZIEJ RADYKALNE ZŁO W DZIEJACH LUDZKOŚCI

Środki zaoszczędzone na „martyrologii zachodniej” należy przesunąć na „martyrologię wschodnią”, nie ustając w przedstawianiu jej jako sprawy ogólnoeuropejskiej, a nawet światowej, i szukając unijnych, państwowych i prywatnych funduszy na „infrastrukturę pamięci”. Zamiast budować nowe Centra Pamięci o zbrodniach niemieckich narodowych socjalistów, zamiast zakładać w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej, należy w okolicach Warszawy wznieść Mauzoleum Katyńskie, które stanowiłoby zalążek – roboczo tak tu nazwanego – Światowego Centrum Badania i Upamiętnienia Komunistycznego Ludobójstwa, Komunistycznych Zbrodni Przeciwko Ludzkości i Oporu Antykomunistycznego. Do udziału w tworzeniu Centrum należałoby zaprosić historyków, myślicieli politycznych, filozofów, polityków, kombatantów antykomunistycznych z całego świata (co oczywiste także z Rosji i Niemiec [38]). Centrum miałoby charakter ogólnoświatowy, czyli taki, jaki miał komunizm i jego zbrodnie. [39] Byłby to międzynarodowy projekt o uniwersalnym przesłaniu – nie tylko międzynarodowy, lecz również wielorasowy – (Etiopczycy, Angolczycy, Chińczycy i inne ludy Afryki i Azji), i wieloreligijny – (chrześcijanie wszystkich wyznań, muzułmanie, żydzi, buddyści i in.). Fundamentem światopoglądu historycznego utrwalanego poprzez Mauzoleum Katyńskie oraz Centrum byłyby dwie tezy: „Lenin i Stalin – najwięksi zbrodniarze w dziejach ludzkości”, „Komunizm – najbardziej radykalne zło w dziejach ludzkości”. Centrum zajmowałoby się również gromadzeniem materiałów i badaniem zjawisk pokrewnych komunizmowi: politycznymi utopiami, socjalizmem różnego rodzaju (komunizm to bękart socjaldemokracji) [40], w tym socjalizmem narodowym, marksizmem i innymi filozofiami i ideologiami prekursorskimi wobec komunizmu, ideologiami torującymi drogę komunizmowi, jego odnogami typu trockizm czy maoizm, komunizmem ukrytym pod różnymi maskami, jego współczesnymi wcieleniami, kryptokomunizmem, ideologiami parakomunistycznymi, komunoidalnymi, komunizującymi itp. Na terenie Centrum wzniesiony zostałby pomnik ku czci wszystkich ofiar komunizmu światowego. Ponieważ ogromu zbrodni komunistycznych nie zdoła oddać nawet najbardziej gigantyczny pomnik, najwłaściwsza byłaby pusta przestrzeń przebita jednym prostym symbolem.

„GUT GEMACHT, HERR DOKTOR GOEBBELS“

Niemcy w dwojaki sposób zareagują na nadanie polskiej „martyrologii wschodniej” europejskiego, a zarazem wyraźnie antykomunistycznego (antystalinowskiego) wymiaru: szersze kręgi społeczeństwa niemieckiego przyjmą to ze zrozumieniem, a nawet zadowoleniem, natomiast elita niemiecka, której znaczne odłamy wyznają dogmaty stalinowskiej interpretacji historii XX wieku i II wojny światowej, będzie się bronić przed zaakceptowaniem historycznej prawdy, że to na Stalinie spoczywa ogromna, a być może największa (ustalą to europejscy historycy) – odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i że w 1941 roku szykował się on do podboju Europy. My, Polacy, powinniśmy zachęcać elitę niemiecką, żeby porzuciła fałszywe wyobrażenia o historii Europy i własnego narodu. Dlatego nie 1 września, ale 10 kwietnia lub 17 września zapraszać będziemy do Polski kanclerza (kanclerkę) Niemiec.

Jeśli „prawda o Katyniu” ma – co zgodnie podkreślali Lech Kaczyński i Donald Tusk – tak ogromne znaczenie dla niepodległości i wolności Polski, jak również dla historycznej samoświadomości Imperium Europejskiego, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że naszym obowiązkiem jest uczczenie tych Polaków, którzy, tak jak Józef Mackiewicz, Jan Emil Skiwski czy Ferdynand Goetel wiele uczynili, aby Polacy i inne narody mogły ją poznać. Nie wolno nam pomijać zasług innych narodów. Wszyscy wiemy, że o polityce elity niemieckiej rządzącej w latach 1933-1945 nic dobrego powiedzieć się nie da, trudno wszak chwalić ją za propagowanie wegetarianizmu czy zwalczanie palenia papierosów. Nie przekonują nas jakoś argumenty prof. Andrzeja Paczkowskiego, który autorytatywnie oświadczył [41], że pod rządami narodowych socjalistów, Związek Spółdzielni Spożywców „Społem” „przeżywał czasy rozkwitu”(!), a „pod pewnymi względami rozwój technologiczny polskiego rolnictwa był wtedy [za rządów Hansa Franka! – TG] szybszy niż kiedykolwiek w dziejach nowożytnych poza końcem XIX wieku”. Wygląda to nieomalże na gloryfikację narodowego socjalizmu, którą z trudnością przychodzi nam zaakceptować. Ale, pomijając zasługi narodowych socjalistów dla rozwoju ruchu spółdzielczego i polskiego rolnictwa, tej jednej, naprawdę jednej, jedynej zasługi nie możemy ówczesnemu kierownictwu politycznemu Niemiec odmówić: gdyby nie jego decyzja o ekshumacji zwłok w Katyniu i o powołaniu międzynarodowej komisji do zbadania straszliwej zbrodni, świat nigdy nie poznałby „prawdy o Katyniu” i „kłamstwo katyńskie” panowałoby po wsze czasy. [42] Za nic innego nie możemy pochwalić ówczesnej elity politycznej Niemiec, ale za to jedno – tak. [43] Elita Republiki Federalnej Niemiec, która definiuje się jako totalna opozycja wobec rządu Adolfa Hitlera, będzie w końcu musiała – jeśli nie chce, by Europejczycy napiętnowali ją jako „kłamcę katyńskiego” – wydusić przez zaciśnięte gardło: „Gut gemacht, Herr Doktor Goebbels”.

STALINOWSKIE (ZA)POMNIKI

Kwestią, której rozwiązanie wymaga polsko-niemieckiego współdziałania, jest obecność na ziemi europejskiej pomników ku czci stalinowskich żołnierzy. Powinniśmy wspólnie dążyć do usunięcia wszystkich pozostałych jeszcze w Niemczech i w Polsce pomników armii stalinowskiej. Na ziemi europejskiej bowiem, na terytorium Federacji Europejskiej (Imperium Europejskiego) nie ma miejsca na pomniki żołnierzy armii innych imperiów; mogą tu istnieć tylko ich groby i cmentarze – proste żołnierskie mogiły bez żadnych elementów, które mogłyby sugerować, że pochowani zasłużyli na coś więcej niż „sążeń europejskiej ziemi pod wierzbą”. Powinniśmy w tej sprawie mocno naciskać na elitę niemiecką, która, niestety, zamiast pomniki żołnierzy stalinowskich demontować, dba o nie, odnawia je i restauruje, podtrzymując tym samym stalinowską wersję historii. Nie można godzić się na to, żeby elita niemiecka uprawiała prostalinowską politykę historyczną. Wypada mieć nadzieję, że szersze kręgi społeczeństwa niemieckiego opowiedzą się przeciwko tej antyeuropejskiej polityce i poprą koncepcję zwiezienia do Polski z całej Europy pomników żołnierzy stalinowskich i postawienia ich wszystkich razem na specjalnie wydzielonym terenie niedaleko Światowego Centrum Badania i Upamiętnienia Komunistycznego Ludobójstwa, Komunistycznych Zbrodni Przeciwko Ludzkości i Oporu Antykomunistycznego. Tym sposobem powstałby tematyczny „Sovietpark”, wielka rupieciarnia stalinizmu pełna (za)pomników, które niczego już nie upamiętniają.

Powinniśmy przyjąć na swoje barki trudną misję moralnego i politycznego kształcenia elity niemieckiej, zwalczania jej prostalinowskich ciągot, wybijania jej z głowy stalinowskich kłamstw (taka nowa „reedukacja” Niemców). A jeżeli jej „wiecznie wczorajsi” członkowie wybiorą życie w stalinowskim kłamstwie, jeśli zechcą nadal oddawać hołd wrogom Imperium, to niechaj uważają, żebyśmy wraz z niemieckimi przyjaciółmi nie wykrzyczeli im prosto w twarz: „My stoimy tu, gdzie zamordowani w Katyniu, wy tam, gdzie stali mordercy z NKWD!”.

POWSTANIE WARSZAWIAKÓW

Ze wszystkich polskich powstań narodowych istotną rolę w polskiej polityce historycznej odgrywa dziś jedynie Powstanie Warszawskie, będące elementem obu polskich martyrologii – „zachodniej” (wojska hitlerowskie brutalnie tłumiące powstanie) i wschodniej (wojska stalinowskie czekające z bronią u nogi na jego zdławienie). Symbolizuje Polskę miażdżoną przez dwóch wrogów: „czerwoną zarazę” i „czarną śmierć”. [44] Obecnie Powstanie – które przez kilkadziesiąt lat stanowiło przedmiot zażartych polemik i sporów – stało się składnikiem oficjalnego kultu państwowego. Jego genezy należałoby chyba szukać w znanym artykule Michała Cichego opublikowanym w pięćdziesiątą rocznicę Powstania na łamach „Gazety Wyborczej”, traktującym o „AK mordującej Żydów podczas Powstania Warszawskiego”. Artykuł – co znamienne – nie kontynuował polemik na temat wojskowej i politycznej sensowności Powstania, ale uderzał moralnie w AK, doprawiając jej członkom „gęby” morderców Żydów. Obóz Demokratyczno-Liberalny, którego głównym organem jest „Gazeta Wyborcza”, popełnił jednak poważny błąd – nie przewidział, że tego typu atak, grający na emocjach, będący rodzajem „psychologicznej przemocy”, wywoła równie emocjonalną reakcję w Obozie Konserwatywno-Narodowym, który zmobilizuje wszystkie siły dla umocnienia pozycji Powstania Warszawskiego w polskiej polityce historycznej. Wysiłki OKN-u zaowocują po dziesięciu latach stworzeniem Muzeum Powstania Warszawskiego, instytucji, która będzie propagować i upowszechniać kult Powstania. W cztery lata później Jarosław Marek Rymkiewicz opublikuje książkę Kinderszenen, zawierającą bezwarunkową apologię Powstania, apologię o emocjonalnej intensywności, jakiej piśmiennictwo polskie na temat Powstania do tej pory nie znało.

Wydaje się, że atakowanie dziś MPW i kultu Powstania argumentami, jakie ćwiczono do znudzenia przez ponad pół wieku, byłoby zajęciem dość jałowym. Z drugiej jednak strony nie sposób tych argumentów, polemik i ataków przemilczeć. Są one ważnym i ciekawym składnikiem polskiej ideologii politycznej i powinny być jakoś wkomponowane w kult Powstania. Dlatego należy przyklasnąć idei poznańskiego germanisty Huberta Orłowskiego, który w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” zaproponował, aby w MPW powstała izba, w której będą stawiane pytania, czy Powstanie było sensowne. [45] Byleby pytania stawiali odpowiedni ludzie, np. Stanisław Cat-Mackiewicz, Józef Mackiewicz, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski, Adam Doboszyński, Andrzej Bobkowski, Stefan Kisielewski, Stanisław Żochowski, Ferdynand Goetel, Jan Emil Skiwski i inni krytycy decyzji o wywołaniu Powstania w stolicy.[46] W podobnym kierunku co pomysł Orłowskiego idzie propozycja Weroniki Grzebalskiej [47], proponującej większą polifoniczność MPW, otwarcie go na narracje inne niż dominująca narracja heroiczno-martyrologiczna – Żydów, cywilów, powstanek, dzieci itd. Gdyby koncepcje Orłowskiego i Grzebalskiej zostały zrealizowane, spełniłoby się marzenie dyrektora Muzeum Jana Ołdakowskiego, aby stało się ono „Muzeum historycznego niepokoju”. Warto też rozważyć, czy nie byłoby rzeczą właściwą, aby w przyszłości – kiedy z tego świata odejdą ostatni uczestnicy Powstania – obchody jego rocznicy przybrały mniej ogólnonarodowy, a bardziej lokalny, warszawski, charakter. Wówczas Powstanie Warszawskie przeobraziłoby się w Powstanie Warszawiaków.[48]

Tomasz Gabiś

Przypisy:

[1] Pewne koncepcje „nowej polityki historycznej” przedstawiłem w książce Gry imperialne (Arcana, Kraków 2008). Zob. tekst My, dezerterzy z frontów Wielkiej Europejskiej Wojny Domowej, dostępny na mojej stronie internetowej: www.tomaszgabis.pl.

[2] Łagowski nie dostrzega, że coś takiego jak diaspora żydowska, do której mogłyby się ewentualnie odnosić jego słowa, dawno już nie istnieje. Faktycznie istnieją tylko dwa skupiska ludności żydowskiej – USA i Izrael, oba chronione granicami i arsenałami broni atomowej.

[3] A. Finkielkraut, Remembrance and Resentment, Conference on Holocaust Education and Remembrance, (dostępny online na stronie Yad Vashem).

[4] Martyrologia może także po prostu obojętnieć. Tak uważa np. Agnieszka Kołakowska, według której „zagłada Żydów była rzeczą unikalną, absolutną i metafizyczną”, a nie „faktem historycznym jak każdy inny”. Jednocześnie zauważa ona, że mimo tak wysokiego statusu ontologicznego, „teraz Holocaust już mało kogo wzrusza” (A. Kołakowska, „Holocaust a globalne ocieplenie”, „Rzeczpospolita”, 24-25 lipca 2010).

[5] Również Avraham Burg, były doradca premiera Simona Peresa, w swojej książce Hitler besiegen: Warum Israel sich endlich vom Holocaust lösen muß, (Frankfurt/M. 2009) przeprowadził krytykę żydowskiej „mentalności ofiarniczej”, i doszedł do wniosku, że instrumentalizowanie traumatycznych przeżyć w ramach narodowej strategii politycznej jest przeciwskuteczne.

[6] Brama Brandenburska stała się bramą cmentarną.

[7] Alain Besançon, Krótki kurs sowietologii na użytek władz cywilnych, wojskowych i kościelnych, Warszawa 1984, str. 19.

[8] Z. Krasnodębski, „Powstanie bez bożej gwarancji”, „Rzeczpospolita”, 10-11 stycznia 2009.

[9] P. Semka, „Ćwiczenia z niepamięci”, „Rzeczpospolita”, 8 sierpnia 2007.

[10] „Dlaczego warto oglądać «Stawkę» i «Pancernych»”, „Rzeczpospolita”, 10 sierpnia 2007. Według Klewieca filmy kręcone w okresie rządów PZPR gloryfikują wprawdzie wyznawców zbrodniczej ideologii komunistycznej, funkcjonariuszy NKWD oraz członków stalinowskich władz, ale ich wielką zaletą jest to, że „naziści” mówią w nich po niemiecku.

[11] Z. Krasnodębski, „Berlińska bitwa o pamięć”, „Dziennik”, 14-15 sierpnia 2006.

[12] Z. Krasnodębski, „Bezprawie pozostaje bezprawiem”, „Rzeczpospolita”, 9-10 stycznia 2010. Procesy takie miałyby ewidentnie pokazowy charakter. Wypadałoby się może zastanowić, czy ustawianie na sali sądowej namiotów tlenowych dla oskarżonych, nie wzbudziłoby czasami u publiczności uczuć całkiem odmiennych od tych, jakich by oczekiwał Krasnodębski.

[13] P. Semka, „Powstanie Warszawskie – zbrodnie nieukarane”, „Rzeczpospolita”, 17-18 maja 2008.

[14] Nie łudźmy się: koszty „inscenizowania pamięci historycznej” będą rosły.

[15] Zob. Z. Krasnodębski, „Samotność Polski w wojnie o pamięć”, „Rzeczpospolita”, 12 grudnia 2006.

[16] Z. Krasnodębski jest przekonany, że „gdyby nie opór polskiego rządu i nie obozowy numer wytatuowany na ramieniu polskiego ministra, Steinbach dawno już zajęłaby miejsce w radzie” (Z. Krasnodębski, „Bezprawie pozostaje bezprawiem”, „Rzeczpospolita”, 9-10 stycznia 2010 r.). To już chyba ostatni taki nasz minister, który, kiedy podczas negocjacji z Niemcami brakowało mocniejszych argumentów, po prostu podciągał rękaw koszuli.

[17] Ma się niekiedy wrażenie, że krytycy polskiej martyrologii z ODL-u w polemicznym ferworze robią z niej ewenement na skalę światową, podczas gdy mieści się ona w ogólnoświatowym trendzie do licytowania się na ilość trupów, budowania na nich własnej tożsamości i wykorzystywania do osiągania politycznych i finansowych korzyści (postępują tak również obozy ideologiczno-polityczne, np. lewica hiszpańska wykorzystuje zręcznie trupy od Franco i od Pinocheta). Polska martyrologia nie jest zatem czymś nadzwyczajnym, należy do mainstreamu światowej polityki historycznej, dlatego robienie z niej jakiejś polskiej specjalności jest całkowicie nieuzasadnione. Cała światowa lewica karmi się „po nekrofilsku” trupem Ernesto Che Guevary i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

[18] Niektóre teksty i wypowiedzi zamieszczone w tomie Żałoba wydanym przez „Krytykę Polityczną” czyta się wręcz jak autoparodię.

[19] „Pornografia zbrodni”, rozmowa z Adamem Zamoyskim, „Newsweek Polska”, 11 kwietnia 2010; w oryginale zamiast Oświęcimia jest Katyń.

[20] W oryginale zamiast Niemców są Rosjanie, zamiast Hitlera – Stalin.

[21] W oryginale ojciec rozmówcy Zamoyskiego zginął w Katyniu.

[22] W oryginale Zamoyski mówi o Katyniu.

[23] B. Łagowski, „Jednomyślność po katastrofie”, „Gazeta Wyborcza”, 23 kwietnia 2010; w oryginale zamiast Oświęcimia jest Katyń, zamiast Niemiec – Rosja.

[24] W swoim znakomitym Światowaniu Kazimierz Brakoniecki relacjonuje rozmowę ze znajomą Niemką, pastorką z Berlina, jaką odbyli oboje podczas przejażdżki łódką po jeziorze: „Pastorka mieszkała w NRD, była opozycjonistką, wielokrotnie brała udział w akcjach pokuty i pojednania, martwi się, że jakby jej wrażliwość moralna tępieje, bo ma dosyć już roztrząsania niemieckiej winy, że nie może bez przerwy się kajać, że chciałaby przerwać tę prywatno-narodową historię, żeby móc cieszyć się codziennym życiem, sobą jako człowiekiem normalnym i szlachetnym, ale ten «powrót do normalności» sprawia jej trudność”.

Brakoniecki powiedział jej: „Jak dziwne jest życie, mówiłem wzruszony, patrząc na jej łzy, zacznij od tego letniego dnia, od rozmowy z Polakiem, który nie chciał być ofiarą, który buntował się – nieskutecznie – przeciw męczeńskiej narodowej historii, i teraz jest z tobą tu, na łódce. Mamy za sobą wiele godzin rozmów, spacerów, wspólnych lektur i fascynacji. Czy nasza więź należy jedynie do świata przemocy, tylko poczuciem winy i cierpieniem można ją wytłumaczyć? Może mamy prawo opuścić ten zamknięty świat winy i kary, resentymentów i tragedii, aby jako ludzie wolni zająć się zwykłym życiem. (…) Każdy odpowiada indywidualnie za swoje czyny. Nie żądaj ode mnie przebaczenia, bo to nie ten adres, moją powinnością jest pamięć o straszliwej naturze ludzkiej w imię innej, może lepszej przyszłości. Sama musisz powstać do nowego życia, gdyż to namiętne rozpamiętywanie, które ci sprawia tyle bólu, może zrodzić jakąś trudną do określenia nową nienawiść, autoagresję. Porzuć kajanie się – wymuszone albo, jak w twoim przypadku, spełnione – i działaj skutecznie w tym, co cię rzeczywiście otacza i potrzebuje, co cię określa jako człowieka pewnego swej moralności. Nic więcej. Wszystko jeszcze może stać się na tej nieludzkiej ziemi, ale nie zgadzam się na to, aby przeszłość w sposób absolutny dyktowała nam, co mamy robić, jakie mamy podejmować decyzje życiowe. Nie namawiam cię do beztroskiego hedonizmu i ahistorycznej lekkomyślności, nie jest to możliwe ani dla ciebie, ani dla mnie, ale zrzuć z siebie ten ciężar, zobacz świat, masz prawo do wolnego życia. Poza tym ja sam nie chcę być konfrontowany nieustannie z moim «ulubionym katem», spróbujmy jeszcze raz: przyjaźnimy się, bo się zwyczajnie lubimy i jest lipcowy dzień….” (K. Brakoniecki, Światologia, cz. 1, „Przegląd Polityczny”, nr 42 (1999).

Zaszlibyśmy o wiele dalej na drodze polsko-niemieckiego pojednania, gdybyśmy my, Polacy, częściej kierowali podobne słowa do Niemców.

[25] W oryginale Kuroń mówi o Ukraińcach.

[26] „Nie wolno zmuszać do pokuty”, rozmowa Jacka Smoleńskiego z Jackiem Kuroniem, „Gazeta Wyborcza”, 31maja-1 czerwca 2003.

[27] Krytyka tej formuły przez Łagowskiego jest mało przekonująca i przypomina dzielenie włosa na czworo. Rację przyznać należy raczej Bronisławowi Geremkowi, który w artykule „Europa braucht Erinnerung” („Die Welt”, 6 lipca 2002) przytoczył słowa biskupów, nazywając je „cudownym zdaniem” („der wunderbare Satz”). Co właściwie ma Łagowski do zarzucenia Wiktorowi Juszczence, który w liście do Adama Michnika („Kamienie pamięci”, „Gazeta Wyborcza”, 31 maja-1 czerwca 2003) zaapelował: „Powiedzmy zgodnie: «Wybaczamy i prosimy o wybaczenie»”?.

[28] Sprzyjałoby to zapanowaniu pomiędzy Polakami i Niemcami stanu „błogiej obojętności” zalecanej przez Petera Sloterdijka.

[29] Robert Żurek w artykule „Gra w ofiary” („Rzeczpospolita”, 25-26 lipca 2009 r.) słusznie pisze, że Niemcy zmarli podczas wysiedleń to ofiary przestępców, Sowietów i polskich komunistów.

[30] My po prostu z konieczności zrobilibyśmy cnotę.

[31] Ci europejscy intelektualiści i politycy, którzy chcą budować tożsamość Europy na dawnych zbrodniach Europejczyków, są reprezentantami Europy niezdolnej do realnego politycznego bytu, Europy czekającej na śmierć. Mówią oni dużo i chętnie o przyszłości Europy, ale w rzeczywistości ogłaszają Finis Europae.

[32] Wnikliwą analizę tej kasty „wiecznie skruszonych”, tych „sybarytów winy” przeprowadził Pascal Bruckner w książce Der Schuldkomplex. Vom Nutzen und Nachteil der Geschichte für Europa, München 2008.

[33] Zob. „Wygrać z trumiennym upiorem”, Paweł Huelle rozmawia z Katarzyną Fidos – na portalu „Krytyki Politycznej”.

[34] Zob. Olga Tokarczuk, „Znowu zaczynamy przypominać plemię”, na portalu „Krytyki Politycznej”.

[35] Dlatego nie należy nazbyt pryncypialnie krytykować ostatniej akcji palenia zniczy na grobach żołnierzy armii stalinowskiej – miała ona służyć uśpieniu czujności wroga. Niekiedy dla zmylenia przeciwnika zmuszeni jesteśmy rzucić mu tanie pochlebstwo, „poślinić łup pochwałami”. Jeśli chodzi o uczestnictwo prezydenta Polski w obchodach święta państwowego w Moskwie, to może on tam pojechać jako delegat Imperium Europejskiego. Jest natomiast rzeczą absolutnie wykluczoną, żeby prezydent Imperium Europejskiego jechał do stolicy innego imperium, aby świętować jego zwycięskie wojny.

[36] Po katastrofie smoleńskiej ideolog Imperium Wschodniego Aleksander Dugin powiedział, że „prezydent Polski nie leciał do Rosji jako przyjaciel; chciał bowiem „rozbudzić prozachodnią, katolicką, rusofobiczną tożsamość Polaków” i „przed kamerami światowych mediów kolejny raz zadać historyczny cios Rosji”. Dugin jako ideolog i propagandysta Federacji Rosyjskiej (Imperium Wschodniego) celowo dezinterpretuje misję prezydenta Kaczyńskiego, redukując ją do wymiaru narodowego i religijnego, za wszelką cenę starając się nie dopuścić do rozpoznania jej głębszego, ukrytego sensu jako misji powierzonej mu przez Imperium Europejskie. Na „politykę wschodnią” Lecha Kaczyńskiego (tak często krytykowaną z narodowych, polskich pozycji) patrzeć należy przede wszystkim przez pryzmat imperialnej metastrategii. Prezydent Kaczyński mógł subiektywnie myśleć w kategoriach narodowych i działać wyłącznie w interesie Polski – tak jak go szczerze pojmował – ale na wyższej metastrategicznej płaszczyźnie był nieświadomym realizatorem najgłębszego geopolitycznego przeznaczenia Imperium Europejskiego. Jego tragiczny lot do Smoleńska był na wyższej metastrategicznej płaszczyźnie lotem emisariusza Imperium Europejskiego, które wyznacza tam na wschodzie linię swoich wpływów. Dała to aluzyjnie do zrozumienia Angela Merkel, nazywając Lecha Kaczyńskiego „walecznym Europejczykiem”. Dugin śmierć polskiego prezydenta i 95 innych osób w katastrofie smoleńskiej zinterpretował jako przejaw „immanentnej sprawiedliwości” – „sprawiedliwość” została wymierzona, ponieważ celem wizyty miał być – zdaniem Dugina – czarny PR: „Kto przyjdzie do nas z mieczem, ze złem lub czarnym piarem, ten sam zginie”. Dugin, rzecz jasna, kłamie w żywe oczy twierdząc, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego była przejawem „sprawiedliwości” (Imperium Wschodnie nigdy nie działa w imię sprawiedliwości, w imię sprawiedliwości działa wyłącznie Imperium Europejskie), natomiast można się z nim zgodzić w tym sensie, że na wyższej, metastrategicznej płaszczyźnie („immanentnej”, jak ją nazywa Dugin) zwyczajna katastrofa była równocześnie „immanentnym zestrzeleniem” samolotu, na którym widniały niewidzialne znaki Imperium Europejskiego, przez niewidzialne „immanentne” rakiety Imperium Wschodniego.

[37] Jeśli w Rosji – podobnie jak w Niemczech – „młodzi” będą chcieli uderzyć zbrodniami bolszewizmu w „starych”, czyli w postsowieckie grupy i środowiska w elicie władzy, wówczas pewne wątki polskiej „martyrologii wschodniej” mogłyby być przez nich wykorzystane jako instrument wewnętrznej walki politycznej (przy okazji służyłoby to polepszeniu swojego wizerunku wobec zagranicy poprzez wpisanie się w obowiązujący dyskurs polityki historycznej z ofiarami jako centralnym motywem). Nie należy jednak mechanicznie przenosić doświadczeń niemieckich z „rozrachunkiem z przeszłością” na sytuację w Rosji, ponieważ w RFN walka „młodych” ze „starymi” toczyła się po ogromnej militarnej i politycznej klęsce państwa niemieckiego, w warunkach ograniczonej suwerenności, pod kontrolą sił zewnętrznych, które zainteresowane były wyplenieniem wszystkich historycznych treści mogących służyć suwerennej i mocarstwowej polityce Niemiec. Posowiecka Rosja, choć przegrała „zimną wojnę”, to zachowała status mocarstwa i pewne imperialne ambicje, dlatego „młodzi” będą działali ostrożnie, tak aby rozrachunek z własnymi zbrodniami i cześć oddawana ofiarom z innych narodów nie została wykorzystana przez wrogów dla psychologicznego i moralnego osłabienia imperium.

[38] Do martyrologii niemieckiej należy los Niemców nadwołżańskich, niemieckich jeńców wojennych, umierających w stalinowskim gułagu, niemieckich kobiet gwałconych przez stalinowców, Niemców wypędzonych przez stalinowców z Europy Środkowo-Wschodniej.

[39] Mówi się niekiedy, że Europa Zachodnia nie zaznała stalinowskich prześladowań, zapominając o tysiącach ofiar terroru lat 1945-46 we Włoszech i we Francji, zamordowanych przez stalinowskie agentury.

[40] Nigdy dość przypominania, że zbrodni dokonały władze Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.

[41] „Jak ryby na piasku”, rozmowa z prof. Andrzejem Paczkowskim, „Gazeta Wyborcza”, 5-6 kwietnia 2003.

[42] Nie zapominajmy, że służby wywiadowcze Niemiec wiedziały wcześniej o zbrodni w Katyniu, ale nie poinformowały o tym kierownictwa politycznego (zapewne była to robota ulokowanych w ich strukturach agentów sowieckich i brytyjskich). Gdyby nie splot różnych czynników, zbrodnia nigdy nie zostałaby odkryta.

[43] Publicysta „Gazety Wyborczej” Marcin Wojciechowski ma całkowitą rację, przypominając prostą prawdę, że tych samych ludzi można za jedno chwalić i czcić, a za drugie – potępiać. W komentarzu „Szacunek, panie prezydencie” („Gazeta Wyborcza”, 21 listopada 2008) Wojciechowski skrytykował tych publicystów, którzy uparcie nie chcą zauważyć, że „żołnierze Wehrmachtu są dzisiaj czczeni za walkę z NKWD i sowieckim totalitaryzmem, a nie za mordowanie Polaków”. Trudno odmówić logiki temu rozumowaniu, bo przecież zaciekłą walkę z NKWD i sowieckim totalitaryzmem prowadzili oni od czerwca 1941 do maja 1945 roku (w oryginalnym tekście Wojciechowskiego zamiast Wehrmachtu jest Ukraińska Powstańcza Armia).

[44] Do nadmiernego eksponowania i eksploatowania martyrologii Powstania Warszawskiego można odnieść uwagi lewicowego filozofa Alaina Badiou, który w wywiadzie dla „Le Monde” (17 lipca 2007) zauważył, że promocja masakr i ofiar jako treści historii łączy się z procesem głębokiej depolityzacji i że rozpatrywanie historycznych sytuacji wyłącznie przez pryzmat kategorii moralnych prowadzi do politycznej impotencji. Zdaniem Badiou, jeśli chcemy, żeby historyczne katastrofy się nie powtarzały, to nie powinniśmy odwoływać się do mającej emocjonalny charakter „pamięci”, gdyż nie ona, a jedynie racjonalny osąd tego, co się wydarzyło, może nam pomóc uniknąć ich powtórzenia. Badiou wyznał: „Nie mam zaufania do pamięci, do pamięci o okrucieństwach kolonializmu, pamięci o stalinizmie tak samo jak pamięci o nazizmie. Alternatywą dla problematycznej pamięci, skazanej na to, by stać się łupem propagandy, jest polityczna i historyczna wiedza”.

[45] „Dość tej martyrologii”, rozmowa z prof. Hubertem Orłowskim, „Gazeta Wyborcza”, 21 maja 2010.

[46] Jest sprawą do dyskusji, czy można by tam umieścić znany (choć nie tak znany jak ten autorstwa Michała Cichego) tekst Alfreda Murawskiego (pseudonim Alfreda Szklarskiego) „Z dni grozy. Konająca stolica” opublikowany w „Nowym Kurierze Warszawskim”, gazecie, która z pewnością nie była ani wzorem informacyjnej rzetelności, ani szkołą dziennikarskiej niezależności, ale np. o zbrodni katyńskiej informowała polskie społeczeństwo bardzo rzetelnie, za co – zgodnie z logiką Marcina Wojciechowskiego – wolno ją chwalić.

[47] Zob. Weronika Grzebalska, „Otwórzmy Muzeum Powstania Warszawskiego na pamięć grup zmarginalizowanych”, portal „Krytyki Politycznej”.

[48] Byłoby to zgodne z genezą Muzeum Powstania Warszawskiego: „Muzeum powstało za sprawą władz samorządowych oraz z autentycznej potrzeby wyrażanej przez lokalne środowisko Warszawy”, Marek Cichocki, „Polityka pamięci”, „Rzeczpospolita”, 10-11 czerwca 2006. Zostawmy Powstanie Warszawskie warszawiakom i warszawiankom! Jest ich!

Pierwodruk: „Templum Novum. Kanonada narodowego romantyzmu”, nr 10 (2010). W przypisach dokonano niewielkich skrótów i uzupełnień.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»