WYJŚĆ Z LABIRYNTU
Dobrobyt narodu pozostaje w ścisłym związku z zakresem osobistej wolności obywateli. Kiedy ich wolność jest ograniczana, zmniejsza się zamożność danego kraju. Krępowanie rynków na dużą skalę (a tym samym wolności jednostek) skutkuje rozszerzaniem się stref biedy. W Niemczech dalsze krępowanie rynków i zadłużanie państwa grozi nie tylko drastycznym obniżeniem poziomu życia, ale również bankructwem państwa (czyli bankructwem milionów obywateli) oraz załamaniem systemu gospodarczego, finansowego i walutowego. Taki rozwój wydarzeń wydaje się nieuchronny, o czym mogą świadczyć poniżej wymienione czynniki:
(1) Wolność (a razem z nią dobrobyt) upada bardziej z powodu fałszywych przyjaciół niż zdeklarowanych wrogów. Tych drugich wolność ma wielu, ba, jeśli się dokładniej przyjrzeć, to można się przekonać, że ma samych wrogów. Najgorszymi wrogami wolności są totalitaryści, socjaliści, utopiści, fundamentaliści, etatyści i wszelkiego rodzaju ludzie opętani żądzą władzy. Ale najbardziej zagrażają wolności jej przyjaciele: letni przyjaciele, niemrawi przyjaciele, tchórzliwi przyjaciele, niedouczeni przyjaciele (nie znający praw ekonomicznych), naiwni przyjaciele, poczciwi przyjaciele, zgodliwi przyjaciele, kompromisowi przyjaciele. Choć ma tylu wrogów i całe mnóstwo „przyjaciół”, tak naprawdę jest opuszczona i samotna. Kto się chce z nią na poważnie zaprzyjaźnić, musi się również zaprzyjaźnić z samotnością.
(2) Jeśli wierzyć mediom, w Niemczech, w Europie i na świecie dusimy się po prostu pod zalewem „kapitalizmu” i „neoliberalizmu”. W rzeczywistości poza kilkoma niszami, żadnego kapitalizmu nie uświadczysz.
(3)W środowiskach przedsiębiorców, ludzi wolnych zawodów, wykształconego mieszczaństwa nie wie się nic albo prawie nic o istocie wolności i kapitalizmu. Również z tych , którzy nazywają siebie „konserwatystami”, wolność niewiele ma pożytku, ponieważ zawsze rozwiązania problemów oczekują oni od państwa, czyli od największego destruktora wolności.
(4) To, co na temat wolnego rynku, kapitalizmu i wolności myślą, mówią i piszą nie-ekonomiści, to w przeważającej mierze bajki albo brednie. Niestety, dotyczy to także większości ekonomistów – w tym tzw. liberalnych ekonomistów – którzy zapadli na keynesistowską paranoję, i w związku z tym nie nadają się na obrońców wolności. Przypomnijmy, że w ekonomii klasycznej dominowała jeszcze poznawcza pokora wobec skomplikowanej i delikatnej całości jaką jest system społeczno-gospodarczy, którego zachowania nie da się w gruncie rzeczy przewidzieć (można jedynie badać je post factum). Stąd też przedstawiciele klasycznej ekonomii rozumieli, jak aroganckie, szkodliwe, niebezpieczne i przynoszące skutki odwrotne od zamierzonych jest ingerowanie w rynki, czyli każda interwencja, regulacja, sterowanie etc. Natomiast dzisiejsza neoklasyczna ekonomia pragnie wykrywać „ogólne formuły” i analizować „automatyczne mechanizmy” , co w ostatecznej instancji wikła ją w system polityczny, tyle tylko, że nie tak bezpośrednio i jawnie jak dzieje się to w przypadku keynesizmu.
Najgorsze jest jednak to, że ekonomia neoklasyczna nie kwestionuje systemu „fiat money”, nie zwalcza państwowego papierowego pieniądza bez pokrycia. Zajmuje się teorią pieniądza, teorią stóp procentowych, teorią wzrostu gospodarczego, teorią zatrudnienia, teorią finansów, teorią podatków, a wszystkie one pośrednio – niekiedy też bezpośrednio – służą jako instrukcje obsługi, czyli jako zalecenia i uzasadnienia działań podejmowanych przez kastę polityczną w celu „ulepszenia” procesów społeczno-ekonomicznych, sprowadzającego się do subwencjonowania, kontrolowania, wspierania, regulowania, kierowania i sterowania. Takie usytuowanie ekonomii neoklasycznej (kiedyś w postaci ekonomii klasycznej obrończyni kapitalistycznego ładu wolności) przyczyniło się do tego, że obecny i pogarszający się stan gospodarki, społeczeństwa i polityki, nazwano „kapitalizmem” lub „neoliberalizmem”; nazwano – dodajmy – wbrew wszystkim elementarnym faktom i wbrew logice ekonomii klasycznej. Jeszcze bardziej katastrofalne skutki niż ekonomia neoklasyczna miał i ma keynesizm. Jest on syfilisem kapitalizmu. Od Keynesa (dokładniej od drugiej wojny światowej) w uprzemysłowionych państwach zachodnich nie mamy do czynienia z kapitalizmem, ale z chorym systemem gospodarczym złożonym z półkapitalistycznego ciała (kapitalizm etatystyczny) i socjalistycznego krwiobiegu (papierowy pieniądz bez pokrycia). W ostatnich dwudziestu latach ta ciężka choroba weszła w fazę „euforycznego dogorywania”. Ekonomia dopasowana do tego systemu nie jest już nauką, ale rodzajem szarlatanerii.
(5) Tym, co czyni narody bogatymi są inwestycje, a nie konsumpcja. Fakt, że można na ten temat w ogóle się spierać, pokazuje rozmiar degrengolady myśli ekonomicznej (od Keynesa), jak i skalę świadomego wprowadzania ludzi w błąd przez związki zawodowe i partie polityczne. Więcej pieniędzy (więcej „fiat money”) nie tworzy bogactwa, lecz je niszczy, podsycając sztucznie konkurencję o zasoby i popychając inwestorów oraz przedsiębiorców do podejmowania fałszywych decyzji, które w ostatecznym rozrachunku przynoszą straty całej gospodarce. W okresach, kiedy gospodarka ma się w miarę dobrze, mnożą się żądania, aby zwiększać wydatki państwa: a to z powodów „socjalnych”, a to znowu w celu „zwalczania bezrobocia”, w imię „sprawiedliwości społecznej” itd. itp. Kiedy władza spełni te żądania, pojawia się bezrobocie i recesja. Wówczas wszyscy jak jeden mąż domagają się, aby zapobiegać dekoniunkturze przy pomocy odpowiedniej polityki fiskalnej, polityki stóp procentowych i wydatków państwa. Akceptuje się lub wręcz zaleca deficyty budżetowe lub zadłużenie państwa. Podnoszą się głosy, aby za wszelką cenę zwiększać „popyt”, „wspierać” inwestycje i zatrudnienie. „Naukową” podstawą tej polityki są teorie Keynesa. Ich popularność sprawiła, że nie można wykorzenić ślepej wiary w to, iż wydatki państwa stymulują wzrost gospodarczy. Wielu ekonomistów nie jest w stanie pojąć prostego faktu, że każdy cent wydany przez rząd i administrację, pochodzi z kieszeni obecnych lub przyszłych podatników (także tych opodatkowanych podatkiem inflacyjnym), i że te wydatki zawsze są marnotrawione, ponieważ ignorują prawa rynku i życzenia konsumentów. Gospodarka na tym traci, gdyż kapitały odciągane są od rentownych rynkowych inwestycji Cały ten cyrk dzieli naród na wrogie klasy: tych, którzy płacą i tych, którzy z tego korzystają. Najgorsze jest przy tym to, że taka polityka niszczy państwo prawa, ogranicza wolność jednostki, poddaje wolnych obywateli pod kuratelę państwa. Wszystkie dziedziny ludzkiego życia dostają w pożądliwe łapy kasty politycznej. Rzeczą szczególnie smutną, jest fakt, że prawie wszyscy ekonomiści upadli tak nisko, iż akceptują tę politykę, różniąc się między sobą jedynie stopniem entuzjazmu, z jakim ją popierają. Znikomą mniejszość stanowią ekonomiści którzy – tak jak reprezentanci starej ekonomii klasycznej lub członkowie Szkoły Austriackiej – uważają, że państwo i politycy nie mają nic do szukania w życiu prywatnym i gospodarczym (poza strzeżeniem zasad państwa prawa i tworzeniem ogólnych ram dla wolnej konkurencji). W oczach dziennikarzy i mainstreamowych ekonomistów uchodzą oni za dziwaków, sekciarzy lub teoretyków z epoki kamienia łupanego.
(6) Ekonomistów – mamy na myśli prawdziwych ekonomistów – żaden z polityków o radę nie pyta, choć we współczesnym świecie każda decyzja polityczna ma związek z kwestiami gospodarczymi i finansowymi. Od czasu do czasu zamawia – aby zapewnić sobie alibi – ekspertyzę, a następnie wyrzuca się ją do kosza. Dla uczciwych ekonomistów nie ma miejsca w polityce, chyba że będą mówić politykom tylko to, co tamci chcą usłyszeć. Muszą wybierać: albo polityczna kariera, albo wierność prawdzie
(7) Najgłębszymi przyczynami wszystkich wielkich kryzysów i depresji ostatniego stulecia (od mniej więcej 1914 roku) nie są cykle kapitalizmu, lecz system „fiat money” i jego maszyny produkujące banknoty. System ten umożliwia rządom manipulowanie wartością pieniądza, ciche wywłaszczanie obywateli, sięganie po ich oszczędności. Doświadczenia japońskie pokazują jednoznacznie, że zwiększanie ilości pieniądza w obiegu jest przyczyną (a nie środkiem zaradczym) kryzysu i towarzyszącej mu deflacji. Także prowadzona przez banki centralne polityka niskich stóp procentowych i „nakręcania koniunktury” nie może w niczym pomóc. Przeciwnie: zwalczanie tendencji deflacyjnych poprzez „dostarczanie płynności” prowadzi do gigantycznych baniek spekulacyjnych i prędzej czy później do inflacji, zaś permanentne inflacjonowanie pieniądza kończy się ostatecznie hiperinflacją. Czy istnieje sposób, aby uniknąć „nieuniknionej” katastrofy? Tak! Istnieje! Pomyślmy: w czasach, kiedy panował kapitalistyczny ład pieniężny – w obiegu była waluta kruszcowa i obowiązywał standard złota – niemożliwe były ani wielkie wojny i społeczne eksperymenty, które wpędziły całe narody w cierpienia i nędzę, ani permanentna, „socjalno-fiskalno-inflacyjna” wojna rządów z własnymi narodami. Widzimy dziś, jak rządy wstrzykują w system finansowy gigantyczne masy „płynności”, zwiększając zadłużenie państwa, a tym samym przedsiębiorstw i obywateli. Wznoszą budowlę, zamiast cegieł używając gliny, ale cóż z tego, że budowa szybko i sprawnie idzie, skoro pierwsza mocna ulewa zmyje cała konstrukcję.
Najważniejszym postulatem, którego realizacja może uratować wolność, położyć kres walce rządów z własnymi narodami wywłaszczanymi i uciskanymi w imię utopii państwa socjalnego, jest żądanie wprowadzenia kapitalistycznej waluty, czyli waluty opartej o złoto. O to powinniśmy walczyć, o prywatyzację waluty, o możliwość istnienia paralelnego do euro pieniądza mającego pokrycie w złocie (i w srebrze). Jeśli to się nie uda, europejska kasta polityczna kontynuować będzie proces budowania socjalistyczno-centralistycznej Unii Europejskiej na wzór dawnego Związku Sowieckiego. Równocześnie Europę trapić będzie gospodarcza depresja, która zakończy się – jeśli obecna obłędna polityka nie zostanie porzucona – hiperinflacją ze wszystkimi jej społeczno-politycznymi konsekwencjami łącznie z wojnami domowymi i rewolucjami. Nie mamy żadnej innej szansy na wydostanie się z labiryntu kłamstw i iluzji, podatkowej grabieży i sfałszowanego (papierowego) pieniądza, jak tylko wprowadzenie paralelnych walut posiadających pokrycie w kruszcu. To nasza jedyna broń przeciwko Lewiatanowi, to jest nasz łom, którym musimy rozwalić kłódkę w drzwiach, przez które będziemy mogli wydostać się z socjalistycznej ciemnicy na powietrze i słońce, aby odzyskać wolność i ludzką godność.
Czy nie jest czymś wielce znamiennym i urastającym do rangi symbolu naszej epoki, że człowiekiem, który – w młodości – tak mocno podkreślał w swoim eseju Złoto i wolność gospodarcza (1966) nierozerwalny związek złotej waluty z wolnością i zamożnością, był wieloletni prezes Fedu – Alan Greenspan? Ten największy mistrz w wyczarowywaniu pieniędzy „z niczego” ( oszustwie możliwym dopiero po zniesieniu waluty opartej o kruszec) napisał kiedyś, że „resztki standardu złota [w systemie Bretton Woods] były jedyną rzeczą, która stała pomiędzy narodem amerykańskim a Lewiatanem”. Greenspan jako prezes Fedu stał się częścią Lewiatana, który pożera narody, natomiast naszym zadaniem jest ponownie zagnać Lewiatana do lochu, z którego nigdy już się nie wydostanie.
Przeł. Tomasz Gabiś
Źródło: „Junge Freiheit” nr 50, 6 grudnia 2002.
