«
»

Idee

NIEMIECKI MONARCHIZM CIĄGLE ŻYWY!

03.28.11 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Wraz ze śmiercią Erika von Kuehnelt-Leddihna w 1999 roku niemiecki monarchizm utracił swojego najwybitniejszego przedstawiciela, który przez całe długie życie niestrudzenie przeciwstawiał się demokratycznym mitom i bronił idei królewskiej . Tak się jednak złożyło, że pod koniec lat 90., kiedy autor dzieła Wolność czy równość? kończył swój ziemski żywot, na placu boju pojawił się prof. dr Dirk Budde, który w tym samym czasie pracował nad swoją opublikowaną ostatecznie po pewnych wydawniczych perypetiach w 2002 roku książką Heiliges Reich – Republik- Monarchie. Krise und Ende der liberalen Parteidemokratie (Święta Rzesza-republika-monarchia. Kryzys i kres liberalnej demokracji partyjnej), będącą żarliwą obroną i pochwałą monarchii w jej historycznych wcieleniach a także monarchii pojmowanej jako pewien „typ idealny” w sensie ustrojowo-politycznym. Ten monarchistyczny traktat polityczno-teologiczny zawiera poza tym ostrą krytykę stosunków społecznych, politycznych i kulturalnych współczesnej liberalnej demokracji masowej, ze szczególnym, co dość oczywiste, uwzględnieniem sytuacji Republiki Federalnej Niemiec.

Konstruując swoją apologię monarchii prof. Budde czerpie szeroką garścią z historii idei oraz filozofii państwa i prawa, sięga po argumenty historyczne, polityczne, teologiczne, praktyczne, psychologiczne, a w końcu estetyczne – wszak opowiedzenie się za monarchią przeciw demokracji to po prostu kwestia smaku, to przedłożenie piękna ponad brzydotę. Autor idzie tu szlakami przetartymi przez Dantego, de Maistre’a, Novalisa, Donoso Cortesa, Kuehnelt-Leddihna, Juliusa Evolę, Othmara Spanna, odwołując się także, przy rozpatrywaniu rozmaitych aspektów monarchii, do mało znanych poza niemieckim kręgiem kulturowym pisarzy i historyków takich jak Egon Friedell, Hugo Ball, Alois Dempf, Edgar Jung, Franz Kampers, Ernst Kantorowicz, Percy Schramm, Reinhold Schneider, Philipp Wolf-Windegg.

Prof. Budde ani przez chwilę nie wątpi w to, że monarchia ma nie tylko historyczny, ale również metahistoryczny i metafizyczny wymiar, a jej istnienie łączy się z istnieniem świata, jego powstaniem i końcem. W monarchii splatają się w jeden węzeł historia ponadnaturalna i naturalna, to, co niebiańskie i to co ziemskie, a ów splot najlepiej wyrażają rytuały koronowania króla i cesarza oraz cesarskie insygnia, których głębokie symboliczne i teologiczne sensy prof. Budde rozszyfrowuje z godnym pozazdroszczenia znawstwem. Autor, poruszając się w wysokich regionach ducha, nie zaniedbuje przy tym – co nie dziwi, jeśli wiemy, że jest profesorem prawa (specjalność: administracja samorządowa) w Fachhochschule für öffentliche Verwaltung (Duisburg) – problematyki prawnej. Wskazuje na to, że systemy prawne i koncepcje państwa są ściśle związane ze świadomością prawną szerokich warstw społecznych, oraz dowodząc , że monarchiczna świadomość prawna i republikańska świadomość prawna to rzeczy tak różne jak ogień i woda, a wyższość tej pierwszej nie może podlegać żadnej dyskusji (szkoda, że przewijające się przez całą książkę motywy prawno-konstytucyjne zatrącają niekiedy o paragrafiarstwo).

Obraz monarchii stworzony przez profesora Budde jaśnieje pełnym blaskiem na tle moralnej, politycznej i estetycznej nędzy masowej demokracji liberalnej. O ile w monarchii panuje właściwy ład zgodności pomiędzy nazwą i rzeczą, misja, urząd, obowiązek, zakres władzy i jej zewnętrzne oznaki tworzą harmonijną całość, o tyle demokracja liberalna żyje w fikcjach i z fikcji, oszustwo i kłamstwo są jej naturalnymi składnikami, ba, są wręcz podstawą, na której się opiera. Wynika to z oczywistego faktu, że współczesna masowa partyjna demokracja liberalna, podobnie jak to było w przypadku komunistycznych „demokracji ludowych”, jest utopią u władzy, co stwarza konieczność ukrycia przepaści ziejącej pomiędzy postulatami i ideologicznymi założeniami a rzeczywistością. Na płaszczyźnie teorii ( doktryny, oficjalnej ideologii) partyjna demokracja liberalna jest panowaniem ludu, którego wolę wyrażają partie polityczne. Ponieważ jednak w praktyce ten „ideał” nie może w żaden sposób zostać urzeczywistniony, jaskrawa sprzeczność pomiędzy oficjalną doktryną ideologiczną a rzeczywistością władzy musi zostać przesłonięta mgłą propagandy medialnej. Utopia może trwać u władzy tylko dzięki rozbudowanemu systemowi masek, kamuflaży, fikcji i kłamstw.

W myśl doktryny demokratycznej parlamenty winny być obszarem ścierania się racjonalnych argumentów, w rzeczywistości są wyłącznie polem bitwy partykularnych interesów. Debaty parlamentarne służą jedynie zamaskowaniu rzeczywistych przyczyn już wcześniej podjętych istotnych decyzji, zapadających w „szarej strefie”, ukrytej przed oczyma publiczności. „Mafijny system demokratycznego kłamstwa” maskuje brutalną grę interesów, jaka toczy się pomiędzy klikami rządzącej oligarchii; partie, według obowiązującej doktryny politycznej mające wyrażać wolę ludu, są naprawdę organizatorami kamuflażu dla realnej „wielkiej władzy”, która przy pomocy propagandowych trików pomniejsza się lub wręcz chce być niewidzialną, zyskując w ten sposób „premię” ukrytego, niekontrolowanego władania. Prof. Budde z pełną aprobatą przytacza opinię prof. Waltera Leisnera, że demokracja to system iluzji, utrudniających dostrzeżenie „płonących oczu władzy skrytych za demokratycznymi habitami ascetycznej prostoty”. Przypomina się tutaj esej Tomasza Molnara Ukryta władza, w którym czytamy: Władza jest nadal tym samym, czym była za czasów Dżyngis-chana lub Cezara, lecz ci, którzy ją dzierżą okrywają się pozorami fałszywej skromności: już nie pod baldachimem w sali tronowej, ale w biurze za baterią telefonów, już nie w błyszczących uniformach pełnych orderów, lecz w garniturze, krawacie lub samej koszuli. Współczesny władca (…) zamiast pokazywać srogą twarz i pancerz z lśniącego metalu uśmiecha się do kamery. [1]

Jedyna różnica pomiędzy demokratyczną oligarchią, a oligarchiami znanymi z przeszłości polega na tym, że współczesna demokratyczna oligarchia zmusza do posłuchu większość w imię większości, tak że lud, jak trafnie zauważył Michał Bakunin, bity jest swoim własnym kijem.

Wszystko to w szczególny sposób odnosi się, zdaniem prof. Budde, do Republiki Federalnej Niemiec, ponieważ tutaj właśnie partyjna demokracja liberalna przyjęła najbardziej ekstremalne formy, co wynika z szeregu okoliczności historycznych. Prof. Budde przypomina, że pierwsza wojna światowa zakończyła się klęską wielkich chrześcijańskich monarchii: upadły cesarstwo Austro-Węgier będące dziedzicem Świętego Cesarstwa Rzymskiego i prostestancko-konserwatywne cesarstwo niemieckie, zaś chrześcijańskie cesarstwo rosyjskie zostało zniszczone ostatecznie przez rewolucję bolszewicką (autor poświęca odrębny rozdział rosyjskiej idei chrześcijańskiej monarchii i koncepcji Moskwy jako Trzeciego Rzymu). Upadek tych trzech cesarstw zniszczył ostatnie tamy, które powstrzymywały wcześniej falę sekularyzacji i demokratyzacji.

W drugiej wojnie światowej Rzesza Niemiecka Adolfa Hitlera, która jako kolektywistyczna, zsekularyzowana wspólnota oparta na przymusie, była perwersją Świętego Imperium i wynaturzeniem jego pierwotnej idei, została zwyciężona przez koalicję demokratów i komunistów będącą globalną wersją antyfaszystowskiego Frontu Ludowego lat 30. Demokratyczno-komunistyczna krucjata ideologiczna USA i Związku Sowieckiego przeciw Rzeszy Niemieckiej trwała nadal po zakończeniu wojny przybierając postać tzw. reedukacji Niemców. Jej efektem była m.in. moralna i polityczna delegitymizacja prawicy oraz zafałszowanie bogatej i złożonej niemieckiej historii poprzez zredukowanie jej do nieszczęsnych „12 lat”. Przyczyny, jakie doprowadziły do owych „12 lat” służących po 1945 roku jako legitymizacja partyjnej demokracji liberalnej, uległy totalnej ideologicznej manipulacji, a mianowicie przemilcza się fakt, że Hitler urodził się w Wersalu i w Weimarze, i że upadek Republiki Weimarskiej wpisany był w konstytucję, która w sytuacji kryzysu zaostrzyła tylko niszczący pluralizm sił społecznych. Hitler stanowił odpowiedź na Wersal i na niewydolność systemu liberalno-partyjno-parlamentarnego. Tymczasem w RFN odwraca się ciąg przyczynowo-skutkowy interpretując błędnie fenomen Hitlera jako wynik „deficytu demokracji”, „deficytu parlamentaryzmu”, „deficytu pluralizmu”,„deficytu konstytucjonalizmu”, „deficytu świadomości demokratycznej” etc. etc. Ponieważ zaś Republika Federalna Niemiec oparta jest na zasadzie „Nigdy więcej Hitlera!” czyli „Nigdy więcej tego, co było przyczyną Hitlera”, to realizowane być muszą tutaj skrajne formy demokracji liberalnej – im więcej demokracji, im więcej pluralizmu, im większa rola partii, im większy kult konstytucji, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że pojawi się „nowy Hitler”. W imię „zapobieżenia pojawieniu się nowego Hitlera” każdy odruch zdrowego patriotyzmu jest wyśmiewany i wyszydzany przez partie i media, a dostęp do realnej historii narodu blokowany jest przez „anioła z mieczem ognistym Holocaustu ” w ręku.

Negatywne procesy polityczno-moralne nasiliły się w Niemczech w wyniku tzw. rewolucji studenckiej lat 60. i 70. XX w, która nie była żadną antysystemową rewoltą, lecz jedynie intensyfikacją zachodzących wcześniej procesów destruktywnej „demokratyzacji” i „liberalizacji”, pseudo-buntem poddanym logice masowej konsumpcji, którego owocami były: hedonistyczny indywidualizm i legitymizacja wszystkiego, co wynaturzone.

Prof. Budde , posiłkując się analizami Carla Schmitta, Güntera Maschke, Reinholda Oberlerchera, Friedricha Romiga, Caspara von Schrenck-Notzinga, Panajotisa Kondylisa, Roberta Heppa, Günthera Rohrmosera, Erwina Scheucha, Waltera Leisnera (ten ostatni jest autorem ważnej książki Demokratyczna anarchia. Utrata ładu jako zasada państwowa) przeprowadza radykalną krytykę współczesnej liberalnej demokracji partyjnej w Niemczech. Przypomina, że niemieckie partie polityczne powstały jako ugrupowania, którym koncesji na działalność polityczną udzieliły po 1945 roku władze okupacyjne. Reprezentowany i chroniony przez nie „demokratyczny konsensus” polega m.in. na wyeliminowaniu jakichkolwiek istotnych debat politycznych i duchowych, na zamianie „państwa prawa” w rządy nieodpowiedzialnych przed nikim sitw, dla których jedynym prawem jest „prawo pięści”, na rozwiązywaniu „kwestii socjalnej” przy pomocy zabijania dzieci nienarodzonych, na bezustannym organizowaniu najrozmaitszych „humanitarnych kampanii”, które są maską dla wszelkiego rodzaju ciemnych interesów politycznych i finansowych.

Prof. Budde nie pozostawia suchej nitki na partiach rządzących w Niemczech , które używają policji politycznej dla obrony monopolu władzy i wykorzystują instytucje państwowe do zwalczania przeciwników politycznych. Jego pełną aprobatą cieszy się opinia wyrażona przez lewicowego pisarza Hansa-Magnusa Enzensbergera, który, po prześledzeniu najrozmaitszych form samofinansowania się partii z budżetu państwa, stwierdził, że gdyby nie były one osobami prawnymi, ale fizycznymi, to już dawno musiałyby otrzymać zakaz wykonywania zawodu lub trafić do aresztu. Tylko dzięki odpowiednim zapisom prawnym, które same wprowadziły, udaje się partiom politycznym uniknąć uznania za „grupy przestępcze”. Prof. Budde uważa, że niemieckie partie demokratycznego liberalizmu, które kreują się na strażników i obrońców konstytucji, same stały się problemem konstytucyjnym, ba, mogłyby zostać wciągnięte do raportu Urzędu Ochrony Konstytucji zawierającego listę wrogów konstytucji, gdyby nie to, że także ów Urząd jest tworem tych partii i jego rola polega właśnie na ochronie ich interesów politycznych.

Prof. Budde rozważa w swojej książce wielce złożoną kwestię, a mianowicie, czy Trybunał Konstytucyjny mógłby zdelegalizować na przykład CDU i SPD , i dochodzi do wniosku, że jest to bardzo mało prawdopodobne, Trybunał bowiem sam wchodzi w skład systemu partyjnego, co kamuflowane jest przy pomocy fikcji podziału władz, fikcji stanowiącej ważny element demokratycznej propagandy. A nawet gdyby zechciał to zrobić, to mógłby to uczynić tylko na wniosek określonych politycznych gremiów, które na mocy konstytucji upoważnione są do złożenia wniosku o delegalizację partii. Jakże mogłyby one złożyć taki wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, skoro same opanowane są przez partie, które miałyby zostać zdelegalizowane? W Republice Federalnej Niemiec, uważa prof. Budde, mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją: partie typu SPD czy CDU, które z konstytucyjnego punktu widzenia są wrogami konstytucji, nie mogą zostać zdelegalizowane, gdyż na mocy konstytucji przywłaszczyły sobie role jej strażników!

Ta fundamentalna i ,przyznajemy, chyba nieco zbyt surowa, krytyka niemieckich partii politycznych, mogłaby nasuwać przypuszczenie, że prof. Budde ulega sile demokratycznych fikcji przypisując partyjnym bractwom znaczenie, jakiego nigdy nie posiadały, i traktując fasadowe twory systemu demokracji liberalnej jako rzeczywiste czynniki władzy. Ale tak na szczęście nie jest. Prof. Budde w pełni akceptuje wyniki badań socjologa prof. Erwina Scheucha, który w swojej książce Kliki, kumoterstwo i kariery. O upadku partii politycznych (razem z dr Ute Scheuch, Hamburg 1992) wykazał, że w Niemczech rządzi grupa około 600 ludzi skupiająca polityków, przedstawicieli ministerialnej biurokracji, funkcjonariuszy związków zawodowych i korporacji zawodowych, przedsiębiorców, którzy podejmują w swoim gronie najważniejsze polityczne i ekonomiczne decyzje. Ta wąska, rządząca oligarchia żyje we własnym kręgu i nie reaguje na „życzenia społeczeństwa”, a jedynie na przesunięcia wewnątrz własnej grupy.

Prof. Budde uważa, że system liberalnej demokracji masowej nie przetrwa ani w Niemczech, ani w innych krajach Europy. Parlamenty europejskie spsiały do tego stopnia, że nic nie może już ich uratować. Upadek komunistycznych „demokracji ludowych”, które, stanowiąc szpetny totalitarny kontrast dla liberalnej demokracji, pozwalały zepchnąć w cień jej własne zasadnicze wady i słabości, sprawił, że fikcje i kłamstwa, na których została wzniesiona, zaczynają być coraz lepiej rozpoznawane, a jej prawdziwe oblicze ukazuje się w coraz bardziej jaskrawym świetle. Oba systemy mają wspólne zatrute źródła i oba, zdaniem prof. Budde, czeka ten sam los. Liberalna demokracja jest tylko „niestabilną równowagą żądz”, której zagraża każdy głębszy kryzys gospodarczy.

Na pytanie, co przyjdzie po końcu liberalnej demokracji partyjnej, prof. Budde, odpowiada: albo dyktatura tej czy innej barwy, albo nowe narodziny jako wynik konserwatywno-religijnej przemiany, narodziny nie jako restauracja dawnego stanu w postaci „zwróconego w przeszłość biedermeieru”, ale jako nowe ukształtowanie wspólnoty politycznej rodzące się z twórczej woli ku nowym formom. Prof. Budde podkreśla bardzo mocno, że monarchia, choć zakotwiczona w sercu człowieka, zakłada uprzednie istnienie odpowiedniej religijno-duchowo-moralnej świadomości. Próba odwrócenia biegu zdarzeń, polegająca na dążeniu do ustanowieniu monarchii bez warunkującej ją świadomości, byłaby „rzucaniem pereł przed wieprze” i skompromitowałaby jej ideę.

Nikt nie może zatem zarzucać prof. Budde, że jest w kwestii nowej monarchii hurraoptymistą, któremu chciejstwo każe rozsiewać iluzje o rychłym zwycięstwie idei królewskiej, aczkolwiek nie wyklucza on, że powoli i podskórnie zachodzą już procesy, które nagle się ujawnią zmiatając z powierzchni ziemi gnijące ideologie liberalnej demokracji, kładąc kres republikańskiej utopii, raz na zawsze eliminując możliwość traktowania ludzi jako przedmiotu i materiału „zbawczych” demokratycznych projektów. Rządzący dziś są jak ślepe krety, które nie dostrzegają, że być może odliczanie końca ich panowania już się rozpoczęło, że zmiana dojrzewa pod powierzchnią agnostycznej cywilizacji liberalnej, i wybuchnie w pewnym momencie z przepotężną siłą, siłą nie do powstrzymania przez system oparty na mechanice liczby i czysto racjonalnym pojęciu człowieka, bezsilny wobec elementarnych sił historii. Realizm nakazuje cierpliwie czekać. Jednak, jak z naciskiem stwierdza prof. Budde, czekać nie w pasywnej cierpliwości, lecz w cierpliwości pełnej wewnętrznego ruchu, a nadzieję pokładać w Opatrzności i jej niezbadanych wyrokach. Monarchia ( Cesarstwo, Sacrum Imperium) jest odblaskiem Niebiańskiego Jeruzalem, i pozostanie na zawsze przedmiotem niezniszczalnej polityczno-religijnej tęsknoty, żyjąc nie tylko w świętych księgach, ale także w legendach i bajkach, podaniach i przekazach. Fundamentem nadziei musi być chrześcijańska profecja, albowiem, jak stwierdził Leon Bloy, jedyne co pewne na tym świecie to proroctwa. Z Pisma Świętego i tradycyjnej nauki Kościoła katolickiego można, wedle przekonania autora, wywieść metahistoryczny sens i przeznaczenie monarchii. Nic zatem dziwnego, że wielkim bólem przepełnia niemieckiego monarchistę dominacja progresywistycznych nurtów w Kościele, posunięta na przykład w Niemczech tak daleko, że w niektórych diecezjach biskupi chcą wydawnictwa i organizacje katolickie wierne tej tradycyjnej nauce pozbawiać prawa do używania określenia „katolicki” !

Prof. Budde przypomina profetyczne zapowiedzi przyjścia „Wielkiego Monarchy” i nastania ery chrześcijańskiego pokoju, które zebrał i skomentował Alfons Konzionator (pseudonim prof. Franza Spirago) w swojej książce Der kommende Große Monarch und die unter ihm bevorstehende Friedenszeit. Weissagungen katholischer Seher und Seherinnen (I. wyd. 1920 – potem wielokrotnie wznawiana). Nadzieję czerpie również z wizji cesarskiej korony, przekazanej przez „Panią i Matkę Wszystkich Narodów” w posłaniach amsterdamskich z lat 1945-59 (zob. Hans Baum Die apokalyptische Frau aller Völker. Kommentare zu den Amsterdamer Erscheinungen und Prophezeiungen, Stein am Rhein 1983, 6.wyd. ).

Czekając cierpliwie na dzień, kiedy spełnią się proroctwa i przepowiednie, kiedy to, co „opieczętowane” zostanie „rozpieczętowane” i demony opuszczą ołtarze, Niemcy, apeluje do swoich rodaków prof. Budde, powinni pójść drogą wskazaną im przez reżysera filmowego (m.in. Hitler – ein Film aus Deutschland) i eseistę Hansa-Jürgena Syberberga – z miłością, bólem i smutkiem udać się na poszukiwanie tego, co stanowiło niegdyś niemiecką ojczyznę, naturę, sztukę, duszę, religię. Muszą przeciwstawić się „reedukacji” polegającej na wpajaniu kolejnym pokoleniom Niemców poczucia zbiorowej winy za „12 lat”, muszą odzyskać całą swoją przebytą i przecierpianą wielką historię przygniecioną dziś ciężarem owych „12 lat”, zmanipulowaną przy pomocy moralistycznej retoryki przez, jak ich nazywa prof. Budde, demokratyczno-liberalnych „nadhitlerowców”. A wówczas z głębi historycznej pamięci Niemców przedrze się ku ich świadomości idea Świętego Cesarstwa – nie narodowego, ani międzynarodowego, lecz ponadnarodowego, uniwersalnego cesarstwa jednoczącego narody. I naród niemiecki, który stoi dziś na skraju upadku, nie upadnie, bo przypomni sobie o swojej misji, o swoim zadaniu i obowiązku – działaniu na rzecz stworzenia chrześcijańskiej konfederacji wolnych narodów europejskich będącej wcieleniem Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Najlepiej w formie monarchii.

Tomasz Gabiś

[1] Tomasz Molnar, Ukryta władza, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 9 (1988).

Pierwodruk pod (nadanym przez redakcję) tytułem Kiedy demony opuszczą ołtarze: „Pro Fide Rege et Lege”, 2005 nr 1.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»