«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – XIII

05.23.11 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

W drugiej połowie 2010 roku tematem numer jeden w Niemczech była polityka imigracyjna. Stało się tak za sprawą wydanej latem książki Thilo Sarrazina Deutschland schafft sich ab. Wie wir unser Land aufs Spiel setzen (Niemcy wykańczają się same. Jak wystawiamy na ryzyko nasz kraj). Sarrazin nie napisał niczego oryginalnego; już w 1988 roku wspomniany kiedyś w tym przeglądzie prof. Robert Hepp, dokładnie przewidział, do czego doprowadzi polityka, która dramatyczny spadek liczby narodzin, szczególnie w elitach, pragnie uzupełnić imigracją – do faktycznie niekontrolowanej imigracji biednych, niewykształconych mas z pozaeuropejskiego kręgu kulturowego. Już dzisiaj 27% ludności poniżej 25 roku życia pochodzi z rodzin imigrantów, w niektórych miastach wśród dzieci poniżej 6 lat imigranci stanowią większość. Rozbudowane państwo socjalne prowadzi do rozrostu zarówno niemieckiej, jak i imigranckiej podklasy, czy wręcz lumpenproletariatu. Koszty imigracji przewyższają korzyści, jakie miała przynieść. Sarrazin, skupiający się w swoich analizach na muzułmanach z Turcji i krajów arabskich, wszystkie te wątki pozbierał w całość, opatrzył tabelami, statystykami, procentami i wyszło mu, że Niemców jest coraz mniej, są coraz starsi, coraz mniej wykształceni (głupsi), coraz więcej z nich zależnych jest od państwa socjalnego. Polityka integracji poniosła całkowite fiasko – brzmi diagnoza Sarrazina, który nie zostawił suchej nitki na polityce socjalnej, edukacyjnej i imigracyjnej kolejnych rządów, oskarżając klasę polityczną o bagatelizowanie problemów, samooszukiwanie się, wypieranie ze świadomości kryzysowej sytuacji.

Pierwsze reakcje były łatwe do przewidzenia: demokratyczno-liberalna inteligencja wygodnie umoszczona w redakcjach, mediach, fundacjach, uniwersytetach, otulona w cieplutki kokon swoich ideologicznych fantazmatów, wyrwana z autystycznego zamknięcia na problemy realnego świata, zawyła z bólu i wściekłości, obrzucając autora rutynowymi inwektywami typu „rasista”, „islamofo”, „nacjonalista”, „prawicowy radykał”, w końcu „antysemita”, (choć Sarrazin chwalił akurat Żydów jako dynamiczną i inteligentną mniejszość), oskarżając go, że „głosi pogardę dla człowieka” i „budzi brunatne demony”. Neokomunistyczne „SS” (Schmutzstaffeln) zaczęły, jak to one mają w zwyczaju, obrzucać błotem człowieka, opisującego pewien obszar społecznej i politycznej rzeczywistości. Partia socjaldemokratyczna, której Sarrazin jest długoletnim członkiem, postanowiła wykluczyć go ze swoich szeregów. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy przyznawali mu rację: aby się przekonać, że Niemcy głupieją, wystarczy posłuchać tych, co dyskutują w telewizyjnych talk-show. Inni znowu się z nim nie zgadzali argumentując, że kiedy chłopi z Anatolii zapiszą się do SPD albo Zielonych to podniosą poziom intelektualny tych partii, a więc w sumie wyjdzie to Niemcom na dobre. Jeszcze inni dziwili się, jak Sarrazin, bardzo zapracowany jako członek zarządu Bundesbanku, znalazł czas na napisanie takiej grubej książki. Inni wyjaśniali, że po wprowadzeniu euro, Bundesbank to jedynie podrzędna, prowincjonalna filia Europejskiego Banku Centralnego, w związku z czym członkowie zarządu, chociaż nadal „koszą” niewiele już mają do roboty, mogą więc w godzinach pracy oddawać się swoim prywatnym zainteresowaniom.

Richard Wagner, poeta i pisarz pochodzący z rumuńskiego Siedmiogrodu, były mąż Herty Müller, napisał, że na Sarrazina rzucił się z furią panujący kartel klasy politycznej i przyporządkowane mu rozmaite media. Musimy, pisał Wagner, zadać sobie pytanie, kim, my, Niemcy pragniemy być jako naród i państwo: czy chcemy być „Zachodem”, czy raczej „multikulturalną demokracją”, gdzie dominuje kulturowy relatywizm, co wolimy, państwo prawa czy „anatolijskie społeczeństwo bazarowe”, czy godzimy się na deeuropeizację naszego kraju, czy też nie. Musimy potwierdzić ponownie, że wolność jest centralną wartością naszego sposobu życia, wolność szeroko pojęta – od wolności słowa po wolność gospodarczą. „Czcigodni zawodowi politycy, dziennikarze z poważnej prasy i inni opłacani lub działający społecznie dobroludzie, może byście” – pisze Wagner – „przestali nas, innych, waszych wyborców, resztę narodu, wyzywać od rasistów i antysemitów, a zamiast tego porozmawiali z nami o tym, jak się rzeczy naprawdę mają, tak po prostu”. Wagner nawołuje do odbudowania wolności słowa i ograniczenia przywilejów klasy politycznej, a odebranie partiom pieniędzy podatników, uważa za najlepszy na to sposób.

Swoimi refleksjami po obejrzeniu konferencji prasowej Thilo Sarrazina podzielił się z czytelnikami pisarz i reporter Marko Martin. Dziennikarze wprost trzęśli się ze złości na dźwięk słowa „gen”, a powinni raczej poszukać u siebie „genu oportunizmu”. Dość było spojrzeć na ich twarze pełne gorliwego oburzenia, aby poczuć się jak w NRD; takie same typy, takie same fizjonomie widać było na zebraniach partyjnych SED: „nasi ludzie z mediów”, stare dziennikarskie wygi, zmęczeni funkcjonariusze, „zatroskani towarzysze”, którzy wprawdzie w pewnych punktach przyznawali rację delikwentowi, jednak „szkody, których narobił”, nie pozwalały jej przyjąć. Na konferencji wystąpił sekretarz generalny małej partii podającej się za liberalną i skrytykował SPD za to, że zbyt późno wykryła w swoich szeregach takiego osobnika jak Sarrazin; tak, tak, szydzi Martin, „brak czujności, towarzysze”. W sumie można by to wszystko uznać za udaną satyrę; jakże doskonale zmylili nas nasi elokwentni demokraci, wystawiający tę małą orwellowską sztukę.

Pytanie, czy owi elokwentni demokraci, u których Martin diagnozuje objawy totalitarnej postawy duchowej i chęć zbudowania DDR-light, wykończą Sarrazina tak jak wykończyli pierwszego wielkiego krytyka polityki imigracyjnej prowadzonej przez władze RFN, wspomnianego wyżej prof. Roberta Heppa. Tenże w wywiadzie dla „Junge Freiheit” ocenił, iż książka Sarrazina wykazuje liczne zbieżności z jego pracą Ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej wydaną przed 22 laty. Dziś socjaldemokrata, dygnitarz Republiki przyznaje, że krytykowana przed wielu laty przez Heppa polityka ludnościowa RFN poniosła żałosne fiasko. Przypominam sobie – mówił Hepp – jak jeden z czołowych funkcjonariuszy SPD występujący razem ze mną w programie telewizyjnym, zaczął na mnie ryczeć niczym zarzynany wół, tak że musiano przerwać program, aby zapobiec szkodom, jakie mógłby ponieść jego polityczny wizerunek. Dzisiejszy stronnik Sarrazina, towarzysz Ralph Giordano, przed milionową publicznością zwymyślał mnie od nazistów, ponieważ głosiłem poglądy, które w jeszcze ostrzejszej formie możemy przeczytać u jego protegowanego Sarrazina. Zdaniem Heppa słowo „Deutschland” w tytule książki jest eufemizmem; wszak nie chodzi ani o samolikwidację kraju, ani państwa, ale o coś, czego autor nie może lub nie chce nazwać po imieniu, czyli o „naród niemiecki”. Hepp komplementuje Sarrazina, że szczwany lis z niego, zręcznie omijający różne pułapki zastawione przez obowiązujący język polityczny. Ale przewiduje, że się nie wywinie i „dobroludzie” w końcu go dopadną. Wydaje się jednak, że Sarrazin nie powtórzy losu Heppa, który został „wycięty” ze wszystkich mass mediów i pozbawiony możliwości dotarcia do szerszych kręgów społecznych. Ma on bowiem prominentnych obrońców i sojuszników, o wiele bardziej prominentnych niż cytowani Richard Wagner i Mirko Martin. Na przykład, wzmiankowany przez Heppa intelektualista pochodzenia żydowskiego Ralph Giordano (w latach 1946-57 członek KPD), który powiedział, że Sarrazin jest niczym Kasandra mówiąca trudne prawdy, i że nie ma w Niemczech nikogo, kto by bardziej wnikliwie niż on analizował błędną politykę imigracyjną w Niemczech.

Filozof nr 2 w Niemczech (aspirujący do bycia numerem 1) Peter Sloterdijk, krytykując krytyków Sarrazina napisał: „niemieckie środowisko posiadaczy opinii zamieniło się w klatkę pełną tchórzy, ujadających i szczujących przeciwko najmniejszemu odchyleniu od standardów panujących w klatce”. W Niemczech mamy do czynienia z „epidemią oportunizmu”, „rywalizacją, kto lepiej zagra oburzonego”, kto prześcignie konkurentów w niegodziwości przy opluwaniu i bryzganiu żółcią. Pod płaszczykiem wolności słowa i nieskrępowanej swobody ekspresji funkcjonuje system służalczości, lub lepiej: zorganizowanego językowego i myślowego tchórzostwa, które paraliżuje niemal całe społeczne pole od góry do samego dołu. Sfera „opinii publicznej” w Niemczech jest wysterylizowana, zhomogenizowana, jakby przeszła dezynfekcyjną kąpiel. Wóz języka utknął w błocie, a w raz z nim cały system polityczno-psychologicznych odruchów, stwierdził Sloterdijk.

Sarrazina wzięli też w obronę były kanclerz Helmut Schmidt (wydawca demokratyczno-liberalnego tygodnika „Die Zeit”), Martin Walser, redaktorzy „FAZ” Frank Schirrmacher i Volker Zastrow, socjolożka Necla Kelek, znany neomarksistowski historyk Hans-Ulrich Wehler. Najpierw w artykule na łamach „Die Zeit”, a potem w wywiadach dla „FAZ” i „Berliner Tagesspiegel” Wehler zalecił, żeby wszystkie problemy, o których pisze Sarrazin, rozważać otwarcie i pragmatycznie. Za „odwagę” pochwalił Sarrazina Joachim Gauck, który zaapelował do klasy politycznej, żeby brała z niego przykład. Matka-Założycielka niemieckiego feminizmu, Alice Schwarzer, wyraziła uznanie za zainicjowanie poważnej debaty. Doszło do tego, że redakcja lewicowej „tageszeitung” zorganizowała dyskusję pomiędzy Sarrazinem a Henrykiem

w telewizyjnych talk-show, udzielał wywiadów wysokonakładowej prasie, jego książkę omawiano w mediach, kontrowersje sięgały zenitu, nakład rósł.

Wszystko to każe przypuszczać, że wydanie książki było starannie zaplanowaną i przygotowaną operacją podjętą przez pewne kręgi establishmentu i służącą jego interesom. Jej kontekstem jest kryzys niemieckiego państwa socjalnego. Dyskusja na ten temat trwała zarówno przed wydaniem książki Sarrazina, jak i potem. Między innymi ciekawy tekst Feindbild Muslim. Schauplätze verfehlter Einwanderungs- und Sozialpolitik opublikował André F. Lichtschlag. Jego zdaniem, dyskusje o tzw. „społecznościach równoległych” są pozorne, one zawsze istniały i będą istnieć, żeby wymienić Chinatown lub Little Italy w amerykańskich wielkich miastach, żydowskie dzielnice w dawnej Europie, społeczności Tatarów, Baszkirów, Czuwaszy w Rosji, grupy etniczne w cesarstwie habsburskim lub osmańskim. Co innego w Niemczech – tutaj Mały Kair czy Nowa Ankara powstają nie dlatego, że ich mieszkańcy nie integrują się, ale dlatego, że są utrzymywane sztucznie ze środków redystrybuowanych w ramach państwa socjalnego. Arabskie czy tureckie dzielnice miast byłyby do wytrzymania, gdyby na wzór historycznych mniejszości same się utrzymywały. Jeśli jednak 80% Arabów i 70% Turków w Berlinie żyje z transferów socjalnych, i to żyje – w porównaniu ze swoimi rodakami w ojczyźnie – „po królewsku”, to nie uniknie się dyskusji na ten temat. Masy imigrantów żyją na koszt tubylców, których na dodatek wyśmiewają. To musi budzić zawiść i złość, grozi wybuchem społecznym. Rosnąca liczba krytyków islamu świadczy o narastających napięciach. Określane jako „prawicowo-populistyczne”, antyislamskie ruchy protestu jak Geerta Wildersa w Holandii, tak naprawdę są lewicowe; w sprawach ekonomiczno-społecznych Wilders ma identyczne poglądy jak w Niemczech Partia Lewicy. Ale w tych protestach jest racjonalne jądro, wściekłość tubylców jest rzeczywista i uzasadniona, natomiast proponowane rozwiązania – fałszywe.

Nasilający się spór pomiędzy „islamofobami” i „islomofilami” odwraca – zdaniem Lichtschlaga – uwagę od istoty problemu, którym jest słabość zachodnich demokracji, żyjących, w sensie demograficznym, ekonomicznym, kulturalnym i moralnym, z zasobów przeszłości i na koszt przyszłości. Do niczego nie prowadzi oskarżanie islamu o to, że jest totalitarną ideologią, tego typu argumentację stosowaną kiedyś, np. przez wrogów wobec katolicyzmu, teraz przenosi się na inną tradycyjną religię – islam. Tymczasem najważniejszą rzeczą jest dotarcie do źródeł problemów dręczących Niemcy, a są nimi socjalizm, upadające państwo socjalne, błędna polityka imigracyjna. Należy przykręcić kurek z pieniędzmi i zlikwidować system finansowania negatywnych zachowań społecznych. W dyskusjach toczących się na temat imigracji Lichtschlag dostrzega zapowiedź zmiany klimatu politycznego; to, co kiedyś było blokowane, wyśmiewane, a nawet ścigane karnie, staje się prawowitym przedmiotem debaty publicznej. Inny autor, Udo Ulfklotte opublikował książkę Kein Schwarz. Kein Rot. Kein Gold, w której podsumował gigantyczne, realne koszty imigracji niewykształconych mas spoza Europy (ponad 10% ogólnych wpływów budżetowych) i stwierdził, że rola Niemiec jako globalnego ośrodka pomocy społecznej (GOPS) dobiega końca. W ciągu najbliższych czterech lat niemieckie państwo socjalne upadnie, gdyż finansowane jest z podatków jeszcze nie narodzonych dzieci. Dodajmy tutaj, że niektórzy krytycy Sarrazina uważają, iż jako „socjalista narodowy” pragnie uratować niemieckie państwo socjalne poprzez ograniczenie liczby jego beneficjentów.

Oprócz Lichschlaga i Ulfklottego, reprezentujących wąskie środowiska intelektualno-polityczne, w mediach głównego nurtu głos zabierali ludzie o wiele bardziej od nich znani, jak np. Peter Sloterdijk, który zaatakował gwałtownie państwową kleptokrację, podatkowy ucisk i wyzysk ludzi produktywnych przez grupy społeczne żyjące z podatków. W swoim „mieszczańskim manifeście” Sloterdijk zagrzewał do walki z „niemiecką letargokracją”, „realnym półsocjalizmem” i „obiektywnym socjaldemokratyzmem” (jak zwykle celował w swojego starego wroga – socjaldemokratę Habermasa). Pewnie już czuje, jak przez dziury w murach „Kryształowego Pałacu” postpolitycznej Europy, wpada zimny wiatr. Z kolei filozof Norbert Bolz zaapelował, aby nie bać się wolności i wezwał do likwidacji „państwa paternalistycznego” oraz do zniesienia „tyranii socjalnych beneficjów”. Zaatakował kolektywizm i egalitaryzm państwa socjalnego oraz socjalistyczną politykę uzależniania ludzi od rządu. Wskazał również na zagrożenia dla wolności słowa, na nowe formy lewicowej inkwizycji, dążącej do przeprowadzenia politycznej czystki w języku. Najostrzej i najbardziej konkretnie – Sloterdijk i Bolz uciekali się do języka filozoficznego i ogólnoideologicznego – wypowiedział się socjolog, historyk i ekonomista prof. Gunnar Heinsohn, który m.in. na łamach „Die Welt” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wyjaśnił, dlaczego liczba „welfare mothers” rośnie czterokrotnie szybciej w Niemczech niż w innych wysoko uprzemysłowionych krajach, dlaczego w 1965 roku 130 tys. dzieci poniżej 15 lat żyło w systemie opieki socjalnej, w 1991 – 630 tys., a w 2010 – 2 mln.

Jeśli chodzi imigrację, to Niemcy – dowodził prof. Heinsohn – przyciągają ludzi, którzy w większości, nawet w swoich ojczyznach, należą do najmniej produktywnych, najniżej wykształconych i najsłabiej wykwalifikowanych. Tu leży przyczyna rozwoju islamizmu, który jest – według Heinsohna – formą psychologicznej kompensacji, służącą do zakamuflowania i zracjonalizowania niższych wyników i osiągnięć według wzoru: „Nie jesteśmy przegranymi; to, że zajmujemy miejsce na dolnych szczeblach drabiny społecznej, wynika stąd, że prześladuje się naszą religię; ale poczekajcie, prześladowcy, drogo nam zapłacicie za dyskryminację”. Kwestia minaretów, meczetów i burek nie ma, zdaniem Heinsohna, absolutnie żadnego znaczenia w porównaniu choćby z problemem ucieczki młodych, zdolnych i wykształconych Niemców za granicę. Zamiast walczyć z symbolami religijnymi, należy zaprzestać finansowania rozrostu podklasy i lumpenproletariatu, skrócić okres wypłacania zasiłków i innych rodzajów opieki społecznej i zakończyć imigrację do niemieckiego systemu socjalnego. Dopiero wtedy uda się zatrzymać w kraju utalentowanych Niemców i będzie można konkurować o talenty zagraniczne. Te oczywiste tezy i postulaty tak poirytowały pewnego lewicowego policjanta myśli, że doniósł na profesora do prokuratury, żądając, aby państwo przykładnie ukarało przebrzydłego „faszystę” za podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym.

Na ogólniejszy, historyczny i ekonomiczno-polityczny poziom przeniósł dyskusję szef redakcji gospodarczej i finansowej „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” Rainer Hank artykułem W szatańskich młynach. Bilans państwa socjalnego opublikowanym na łamach „Merkur” (wrzesień/październik 2010). Hank cofa się do źródeł państwa socjalnego, czyli do praw ubogich w elżbietańskiej Anglii. Przypomina również tzw. raport Chadwicka z 1834 roku, będący pierwszą fundamentalną krytyką nowoczesnego państwa socjalnego, które, zdaniem wielu współczesnych historyków, w ogóle jeszcze wtedy nie istniało. Według Hanka lata 1945-75 to złote lata państwa socjalnego (welfare state) – konserwatyści, chadecy, socjaliści budowali je z równym zapałem. Problem w tym, że zgodnie z prawem Wagnera stale rosnące potrzeby finansowe państwa socjalnego nie mogą zostać pokryte inaczej jak poprzez zadłużanie się, ponieważ podatki i inne daniny na rzecz państwa nie wystarczają. Analiza ewolucji państwa socjalnego od roku 1970 w stu procentach potwierdza słuszność prawa Wagnera. Dawanie wiary oskarżeniom, że w ostatnim dziesięcioleciu klasy polityczne ograniczyły zakres państwa socjalnego, jest wyłącznie dowodem na to, jak skuteczna potrafi być propaganda rozmaitych lobbies i zorganizowanych grup interesów. Są tacy, co krytykują zbyt małe wydatki na służbę zdrowia, podczas gdy w RFN budżet ministerstwa zdrowia wzrósł pomiędzy 2005 a 2010 rokiem o 350%!

Świat państw zachodnich, pisze Hank, dysponuje socjalnym bogactwem, które tylko w niewielkim ułamku wypracowywane jest poprzez realną działalność gospodarczą. Roszczenia socjalne finansowane w ogromnej mierze poprzez coraz większe zadłużanie, wytwarzają iluzję socjalnego dobrobytu, mamią pustymi obietnicami bezpieczeństwa. Ta iluzja zaczyna właśnie pękać, zadłużenie staje się „spiralą śmierci państwa socjalnego” (Robert Samuelson). To stały rozrost państwa socjalnego, a nie banki i kryzys finansowy, doprowadził – zdaniem Hanka – państwa na krawędź bankructwa. Dodatkowym czynnikiem była wspólna waluta, powodująca brak dyscypliny finansowej i dająca możliwość zaciągania tańszych kredytów. System socjalny jest systemem śnieżnej kuli (bierze się nowe kredyty dla spłacania starych kredytów), niczym nie różniącym się od systemu stworzonego przez oszusta Bernarda Madoffa. Rządy chcąc spłacać roszczenia obywateli, muszą zaciągać kolejne długi. Ale nieuchronnie nadchodzi moment, kiedy niskie stopy procentowe z ostatnich lat będą musiały wzrosnąć. Wówczas zimna prawda o rzeczywistości zastąpi iluzję państwa socjalnego, a rządy poddane zostaną ogromnej presji fiskalnej. Podwyżka stóp procentowych, podrożenie kredytów, coraz wyższe koszty obsługi długów, dławienie wzrostu gospodarczego, który jest niezbędny, aby w części zaspokoić bieżące roszczenia socjalne i nie podwyższać ponownie poziomu zadłużenia – tak kręcą się „szatańskie młyny” państwa socjalnego.

Rządy mają coraz bardziej ograniczone pole manewru, możliwości podatkowe uległy wyczerpaniu, wydatki budżetowe są praktycznie już z góry zaprogramowane przez przyszłe wydatki na zaspokojenie roszczeń socjalnych, demokratyczna władza kształtowania rzeczywistości społecznej i ekonomicznej zanika. Dotyczy to każdego rządu, niezależnie od barw ideologicznych. Stąd wyniki wyborów zaczynają być coraz mniej istotne, każdy rząd znajdzie się bowiem pod takim samym, coraz silniejszym, naciskiem swoich obywateli. To, że oszczędności budżetowe będą stanem stałym, nie oznacza wcale, że państwo socjalne zostanie uratowane, co najwyżej jego upadek przesunie się o jedno pokolenie. Tragizm obecnej sytuacji polega na tym, że mieszczące się w pojęciu oszczędzania ograniczanie wydatków – na usługi publiczne, na subwencje dla potrzebujących etc. – będzie konieczne, aby w ogóle móc zaspokoić roszczenia socjalne. Kiedy więc obywatele buntują się przeciwko reżimowi oszczędnościowemu, w rzeczywistości buntują się właśnie przeciwko temu państwu socjalnemu, w obronie którego – jak sądzą – protestują.

Przedstawiciele pozaparlamentarnej opozycji niemieckiej widzą w wydaniu i nagłośnieniu książki Sarrazina propagandowy manewr establishmentu. To prawda – przyznaje publicysta Michael Winkler – że Merkel, Westerwelle i cała reszta funkcjonariuszy Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (CDU/CSU, SPD, Zieloni, FDP, Linke) nie błyszczą inteligencją, ale ci mniej widoczni, z drugiego szeregu (vide: Sarrazin) to ludzie inteligentni, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Niemcy doszły do ściany. Coraz większym obciążeniem staje się euro i Unia Europejska, ten francuski Związek Sowiecki, stworzony przez Francuzów, którzy musieli gdzieś ulokować swoją administrację kolonialną, więc ją przenieśli do Brukseli i Strasburga; to wszystko, co przez 70 lat nie funkcjonowało w Związku Sowieckim, próbuje się małpować na płaszczyźnie ogólnoeuropejskiej. Obciążeniem są trybuty na rzecz USA, Izraela i innych krajów. Obciążeniem są wreszcie masy ludzi spoza Europy, którzy imigrują do niemieckiego systemu socjalnego.

Thilo Sarrazin jest człowiekiem z samego centrum systemu; to system wykreował go na outsidera, aby wyrażał nastroje narodu niezadowolonego z polityki imigracyjnej. Wystąpił ze swoją książką w momencie, kiedy do świadomości establishmentu dociera powoli, że party się skończyło i ktoś będzie musiał zapłacić rachunki. To wcale nie znaczy – pisze Winkler – że Sarrazin nie ma racji; mówi on rzeczy słuszne i oczywiste, ale jego krytyka imigracji wpisuje się raczej w strategię wyszukiwania przez establishment kozła ofiarnego i tworzenia wentyla bezpieczeństwa, aby zapobiec powstaniu siły politycznej, która mogłaby wykorzystać kryzys dla zakwestionowania prawowitości obecnego systemu. Ekonomiczne i finansowe problemy nie znikną, w końcu gniew ludu wybuchnie; idzie o to, aby już dziś odpowiednio nim sterować i go kanalizować. Rządzący Niemcami sporo się nauczyli na przykładzie zdmuchniętych przez wiatr historii komunistów z NRD.

Opinie Winklera podzielają inni publicyści pozaparlamentarnej opozycji: książka Sarrazina tak naprawdę nie jest przeznaczona dla ludu, choć lud ją masowo kupuje. Przeciętny Niemiec i tak nie przebrnie przez ponad 400 stron pełnych tabel, statystyk, procentów. Zwraca się uwagę na to, że motto książki zaczerpnięte zostało z wypowiedzi socjalisty Ferdynanda Lassalle`a; jest to czytelny znak dla elity, że oto przykre prawdy mówi „swój”, a nie ktoś, kto zdradził establishment i jego egzystencjalne interesy. Adresowana do elity książka Sarrazina ostrzega ją przed zagrożeniami i ma jej uświadomić, że trzeba powoli porzucać politycznie poprawne myślenie, ponieważ złota epoka „pseudopaństwa” RFN, rozpoczęta w 1950 roku, zbliża się do końca. Państwo socjalne dogorywa i generacja 68 zaczyna się bać o swoje emerytury. Trzeba ostrożnie poluzowywać rygory politycznej poprawności, która zaciemnia myślenie o rzeczywistości, utrudnia zrozumienie prawdziwych zależności przyczynowo-skutkowych. Sarrazin przemyca pewne treści pomiędzy wierszami, pozwalając sobie nawet na wprowadzenie do „dyskursu” krytycznych uwag na temat powojennej reedukacji Niemców. Książkę i jej nagłośnienie należy interpretować również jako sygnał wysłany do zagranicznych partnerów, że w następnych latach i dziesięcioleciach Niemcy nie będą już miały pieniędzy na opłacanie różnych danin, kontrybucji, odszkodowań etc.

Na koniec przytoczmy opinię znawcy mechanizmów giełdowych i bankowych Michaela Mrossa. W medialnym rejwachu – pisze Mross – słychać, jak Sarrazin wydziera się na imigrantów i na underclass. Jednak pytanie nie brzmi, czy ma rację, ale czy członek zarządu banku centralnego dysponuje wystarczającymi kompetencjami, aby wypowiadać się na temat tych problemów. Nie tego oczekiwałbym dziś od członka zarządu Bundesbanku. Zamiast zająć się palącymi kwestiami obecnego kryzysu finansowego i odsłaniać jego głębsze przyczyny, Sarrazin wyrzeka na biednych. Dzisiaj nie chodzi o obcokrajowców naciągających system opieki społecznej; chodzi o kwestie wielokroć istotniejsze, wręcz fundamentalne dla egzystencji narodu: o to, mianowicie, że nasz system pieniężny wszedł w finalne stadium. Nie grożą nam rządy muzułmanów, ale rozpad systemu pieniężnego. Chętnie – pisze Mross – przeczytałbym, jak te sprawy widzi finansista i bankier Sarrazin, co ma on do powiedzenia na temat kryzysu gospodarczego, który jest de facto przejawem kryzysu systemu pieniężnego. Chętnie bym się dowiedział – pisze Mross – gdzie był pan Sarrazin, kiedy uchwalano idące w setki miliardów euro „pakiety ratunkowe” oraz jak chce ratować system pieniężny, który jest tak skonstruowany, że długi muszą stale rosnąć, i o którym każdy insider wie, że kiedyś musi nadejść jego kres. Zamiast stawiać Sarrazinowi właściwe pytania, tępa żurnalia jak opętana ujeżdża temat „obcokrajowcy”, zadając niewłaściwe pytania niewłaściwemu człowiekowi! Cała ta wrzawa wokół Sarrazina to – wedle Mrossa – nic innego jak ogromna świeca dymna, mająca odwrócić uwagę od prawdziwych problemów.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana”, nr 97 (2011).



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»