«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – XIV

08.01.11 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Wśród niemieckich ekonomistów i publicystów ekonomicznych od ponad roku trwa gorąca dyskusja na temat euro i jego przyszłości. Przytoczmy kilka głosów.

Wykładający historię gospodarczą na frankfurckim Uniwersytecie im. Goethego, prof. Werner Plumpe zastanawiał się we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, czy euro to waluta „wspólnego europejskiego losu”, czy też (tym)czasowa ekonomiczna klamra. Dla Niemców najważniejsza jest, zdaniem Plumpego, stabilność waluty. Euro ma dla nich sens tylko wówczas, jeśli nie różni się niczym od marki i zapewnia gospodarce stabilne ramy monetarne. Niebezpieczeństwo dla niemieckiej gospodarki, polityki płacowej i niemieckich systemów socjalnych czai się w słabym, chwiejnym euro. Gdyby to, co się dzieje w strefie euro od 2010 roku, miało podważyć jego stabilność, to Niemcom – uważa Plumpe – nie pozostałoby nic innego, jak powrót do silnej waluty. Euro samo w sobie nie daje bowiem żadnych specjalnych korzyści. Plumpe wskazuje na fakt, że Niemcy, obok Finlandii, mają najmniejszą gęstość powiązań gospodarczych z krajami strefy euro. Niemieckie produkty są eksportowane głównie do Ameryki, Chin i innych krajów świata. Nie istnieje zatem żaden związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy eksportowymi sukcesami gospodarki niemieckiej a wspólną walutą.

Plumpe jest zdania, że gdyby nastąpił rozpad strefy euro, nie byłby to żaden dramat, historia zna wiele unii walutowych, które rozpadały się, gdy różnice pomiędzy kontrahentami okazywały się zbyt głębokie lub gdy któryś z uczestników unii nie przestrzegał ustalonych reguł. Nigdy i nigdzie nie prowadziło to do gospodarczej katastrofy. Warto pamiętać, że w Bretton Woods utworzono swego rodzaju unię monetarną z dolarem (częściowo) wymienialnym na złoto. Zapewniła ona stabilne ramy walutowe na 25 lat powojennej odbudowy, a rozpadła się, ponieważ USA nie przestrzegały reguł, które powinny obowiązywać wszystkich: pokusa wykorzystania uprzywilejowanej pozycji producenta dolarów była zbyt silna.

Unia walutowa jest techniczną, a nie mającą trwać wiecznie, instytucją; los Europy od niej w żadnej mierze nie zależy. Euro funkcjonowało tak długo, jak długo korzystne były warunki brzegowe unii walutowej i jak długo stabilna waluta była w interesie wszystkich. Od wybuchu kryzysu finansowego i gospodarczego warunki brzegowe się zmieniły, stabilne euro nie jest już dla wszystkich dobrym interesem, ponieważ uniemożliwia dopasowanie się do lokalnych warunków gospodarczych, a także przestało być gwarantem taniego zadłużania się. W rezultacie, aby móc się „solidaryzować” ze słabszymi państwami strefy euro, zmieniono kryteria stabilności. Jest to równoznaczne z wypowiedzeniem ustalonych na początku reguł gry i przerzucenie kosztów bankietu na barki tych, którzy w nim nie brali udziału. Wspólna waluta europejska jest więc zagrożona, ale – uspokaja Plumpe – jest jeszcze czas, aby pragmatycznie i na chłodno zastanowić się nad jej przyszłością.

Bruno Bandulet jest publicystą ekonomicznym, doradcą finansowym i analitykiem specjalizującym się w międzynarodowych rynkach walutowych i rynkach metali szlachetnych (w Niemczech nazywany bywa „Goldpapst”). W latach 1973-75 był członkiem redakcji „Die Welt” i „Quick”, przez pewien czas pracował jako ekspert dla CSU i Franza Josefa Straussa. Od 1979 roku wydaje co miesiąc niezależny biuletyn „Gold&Money Intelligence”. Jest autorem kilku książek, m.in. Dossier: Maastricht. Niemcy na drodze do trzeciej reformy walutowej (1993), Kiedy umiera marka niemiecka. Traktat z Maastricht i jego skutki (1995), Unia monetarna, czyli Europa na manowcach (1996), Co będzie z naszymi pieniędzmi (1998), Tajemna wiedza inwestujących w złoto (2007). W zeszłym roku Bandulet opublikował książkę Ostatnie lata euro. Raport o walucie, której nie chcieli Niemcy (ukaże się we wrocławskim wydawnictwie Wektory), w której opowiada, jak doszło do wprowadzenia euro, jakie zakulisowe działania i intrygi polityczne temu towarzyszyły. Pisze, że obserwowany dziś kryzys unii monetarnej był nieunikniony i mógł go przewidzieć każdy, kto posiadał choćby odrobiną ekonomicznego rozsądku. Opór wobec unii monetarnej stawiła śmietanka niemieckich profesorów ekonomii. Ponad stu z nich podpisało petycję przeciwko euro. Bandulet przytacza wypowiedzi z lat 1991 i 1992, czyli z okresu, kiedy podjęto już decyzję o ustanowieniu unii monetarnej, ale na jej realizację trzeba było jeszcze poczekać. Nigdy tak wielu specjalistów w dziedzinie ekonomii nie ostrzegało tak dobitnie przed przestawieniem zwrotnic w polityce europejskiej na fałszywy tor.

Hans D. Barbier, szef działu gospodarczego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”: „«Maastricht» oznacza koniec polityki gospodarczej Ludwiga Erharda i Karla Schillera”; Stefan Baron, redaktor naczelny „Wirtschaftswoche”: „Układ z Maastricht grozi Niemcom nałożeniem brzemienia cięższego niż spłaty reparacji nałożone nam przez układ wersalski po I wojnie światowej. Tylko że Wersal był dyktatem, zaś traktat z Maastricht rząd niemiecki podpisał dobrowolnie”; prof. Herbert Giersch, do 1989 roku prezes Instytutu Gospodarki Światowej: „W społeczeństwie otwartym, w którym inwestorzy mają alternatywy, wymiana dobrej waluty na wątpliwą jest niesłychanym ryzykiem”; Wilhelm Hankel, specjalista od polityki walutowej: „Jednolita polityka walutowa czy wręcz jedna waluta dla całej Europy Zachodniej – to byłby konflikt społeczny, by nie powiedzieć walutowa wojna domowa wpisana we Wspólnotę Europejską, najpewniejsza metoda, aby ją rozsadzić, zamiast zintegrować w unię polityczną”; Lothar Müller, prezes Bawarskiego Banku Krajowego: „Jednolita waluta stanowi pokusę rozwiązywania problemów gospodarczych siłami innych, aby wyrównać warunki życia. Oszczędzanie to świetna sprawa, kiedy biorą to na siebie inni ludzie”; prof. Wilhelm Nölling, ekonomista, do 1992 roku członek Rady Banku Centralnego w Bundesbanku: „Jeśli zważyć, że w walucie, zwłaszcza odnoszącej sukcesy jak niemiecka, nagromadziło się tak wiele naturalnej, narodowej substancji, czyli szczególnie cennego aktywum, doprawdy trudno zrozumieć to, co się stało w Maastricht, zwłaszcza jeśli przyłożymy do tego kryteria demokratyczne”; prof. Karl Schiller, minister gospodarki w latach 1966-1972: „Z pewnością pojawi się nacisk na Europejski Bank Centralny, aby prowadził miękką politykę pieniężną. (…) Wszystko to, nad czym pracowali Ludwig Erhard i jego następcy działający w jego duchu, przechodzi do historii gospodarczej”. Prof. Gerhard Radnitzky, teoretyk nauki i filozof: „Jeśli traktat z Maastricht stanie się rzeczywistością, Niemcy jako pierwszy płatnik Unii Europejskiej szybko stracą zarówno swój dobrobyt, jak i wiele drobnych obszarów wolności życia codziennego, które jeszcze pozostały obywatelom”.

Cytowany przez Banduleta Radnitzky (zm. 2006), który w Unii Europejskiej widział państwowy kartel utworzony w celu maksymalnego opodatkowania obywateli, ze swej natury wrogi wolności, pisał w 2001 roku w artykule „Requiem dla marki niemieckiej”, że jednolita waluta dla krajów o różnych warunkach strukturalnych, różnych koniunkturach, różnych stopach wzrostu musi prowadzić do „niesprawiedliwych” stóp procentowych albo dla jednych, albo dla drugich. Według Radnitzky`ego po stronie niemieckiej do unii walutowej prą wielkie banki, wielki biznes i koła rządzące – wszyscy mający „chore” bilanse i potrzebujący „pomocy w postaci inflacji”, aby je „uzdrowić” na koszt podatnika i drobnego ciułacza. Wielkim bankom zależy na euro przede wszystkim dlatego, że są głównymi wierzycielami państw, a niektórzy z ich dłużników jak Belgia, Włochy i Grecja to de facto bankruci. Widoki na to, że banki dostaną coś ze swoich kredytów, znacznie się poprawią, jeśli zadłużenie tych państw zostanie „uspołecznione” („zeuropeizowane”). Wielkim bankom z Niemiec i innych krajów europejskich mających sporo słabych pozycji w bilansach, solą w oku był niezależny Bundesbank, który opierał się inflacjonowaniu pieniądza. Dlatego dążyły do jego zniszczenia.

Bandulet uważa – podobnie jak Radnitzky – że euro służy wyłącznie wąskiej kaście polityczno-finansowej. Dzisiaj, kiedy widzimy – pisze Bandulet – jak Europejski Bank Centralny skupuje śmieciowe obligacje, ogarnia nas przerażenie, uświadamiamy sobie bowiem, z jaką bezmyślnością niemieccy politycy zignorowali przy wprowadzania euro wszystkie argumenty i ostrzeżenia wybitnych ekonomistów, z jaką lekkomyślnością naciąga się niemiecką konstytucję, z jakim brakiem skrupułów łamie się obietnice dane wyborcom. Marzenie o stabilnej walucie zamienia się dzisiaj w koszmar, ogromnymi sumami ustanawia się „gwarancje dla tego, co niegwarantowalne”. Grzechem pierworodnym euro było, według Banduleta, sztuczne zaniżenie stóp procentowych i wyrównanie stopy przychodu obligacji; podniesiono sztucznie Grecję, Hiszpanię, Portugalię do poziomu niemieckiego, wywołując kredytowy boom i „papierową” koniunkturę. Obecnie realne stopy procentowe i stopy przychodu z obligacji powracają do stanu sprzed wprowadzenia euro. Oznacza to, że euro w kształcie, w jakim je zaplanowano, upadło, przestało istnieć jako równoprawny ersatz marki niemieckiej.

Bandulet podkreśla, że podczas kryzysu 2010 roku, Unia Europejska obrała całkowicie błędny kierunek rozwoju, czego konsekwencje wykroczą daleko poza wąską problematykę euro. Za pomocą rozmaitych funduszy i programów Niemcy pomagają rozbudowywać w Europie system redystrybucji i osłabiają ochronę obywateli przed ingerencją centralnych organów Unii Europejskiej, gorączkowo poszukujących własnych źródeł finansowania. Po gigantycznym, ciągle trwającym jeszcze, transferze bogactwa z Niemiec Zachodnich do Wschodnich, niemiecka polityka inicjuje nowy, podobny eksperyment na wyższej, europejskiej płaszczyźnie. W porównaniu z tym to, czy i w jakiej postaci przetrwa euro, jest właściwie rzeczą drugorzędną. W najgorszym przypadku grożą Niemcom obciążenia finansowe, porównywalne z tymi, jakie spowodowały upadek Republiki Weimarskiej.

Argumenty mówiące o zależności pomiędzy euro i niemieckim eksportem są słuszne w tej mierze, że każdy eksporter odnosi korzyść ze stałych kursów wymiany i z większego obszaru walutowego, ponieważ ułatwia mu to rachunek ekonomiczny (zastrzec jednak należy, że do tej pory nie udowodniono naukowo, iżby zmniejszenie kosztów transakcyjnych miało – uchwytne statystycznie – znaczenie jako czynnik sprzyjający eksportowi). Ale oparta na eksporcie gospodarka niemiecka rozkwitała już w czasie „cudu gospodarczego”, a zatem na długo przed wprowadzeniem euro, ba, już przed 1914 rokiem, kiedy to, jak wiadomo, żadna Unia Europejska nie istniała, i przetrwała bez większych problemów liczne dewaluacje i deprecjacje walut w Europie i USA (oraz aprecjację marki niemieckiej). Ponadto każda firma, która tego chciała, mogła się – za pośrednictwem banku – ubezpieczyć na rynku dewizowym. Jeśli euro miałoby być warunkiem eksportowych sukcesów, to dlaczego, pyta Bandulet, tak dobrze rozwija się handel pomiędzy Niemcami i Chinami oraz innymi wschodzącymi gospodarkami w Azji i Ameryce Łacińskiej? Powtarzana bardzo często opinia, że euro wspomaga niemiecki eksport, jest błędna – między rokiem 1995 a 2009 udział niemieckiego eksportu do krajów strefy euro spadł, w porównaniu z eksportem do tych krajów w okresie marki niemieckiej, z 43 do 41%. Wprawdzie niemiecki eksport rósł, ale głównie do krajów spoza strefy euro. Innymi słowy, euro nie miało absolutnie żadnego wpływu na niemiecki handel zagraniczny, a jeśli już, to negatywny, gdyż jest mniej stabilne niż marka niemiecka. Eksportowe sukcesy Niemiec są najzwyczajniej w świecie rezultatem uczciwej konkurencji niemieckich przedsiębiorstw oraz wydajności i innowacyjności niemieckiego przemysłu – nikt nikomu nie zabrania tego naśladować. Ponadto – uważa Bandulet – niemieckie nadwyżki eksportowe wychodzą na dobre całej strefie euro, ponieważ bez nich jej bilans płatniczy wyglądałby bardzo słabo – z łatwymi do przewidzenia skutkami dla wartości euro. Problem w tym, że dodatni bilans handlowy Niemiec nie przekłada się na wzrost rezerw dewizowych Bundesbanku, któremu wskutek tego brakuje większej części zysków, wcześniej wpłacanych do budżetu federalnego. Według Banduleta, euro czeka powolna agonia. Jak długo potrwa, trudno przewidzieć, ponieważ ilość niewiadomych określających sytuację gospodarczą i finansową jest zbyt wielka, ale nie dłużej niż 3-5 lat.

Prof. Bernd-Thomas Ramb, od samego początku przeciwnik unii monetarnej, uważa, że polityka niemieckiego banku centralnego na długo przed 1989 rokiem była wzorowa. Bundesbank uzyskał rzeczywistą niezależność i stał się bankiem wiodącym dla obszaru obejmującego przede wszystkim Austrię, Holandię, Belgię, Luksemburg, Szwajcarię. Jego decyzje były bez żadnego nacisku naśladowane przez banki centralne tych krajów; tym samym w sposób organiczny tworzył się nieformalny, oparty na rzeczywistej wspólnocie gospodarczej europejski obszar walutowy, który w przyszłości mógł się stopniowo rozszerzać. Jak nietrudno się domyślić, ani Francja, ani Wielka Brytania nie zamierzały, ze względów politycznych i prestiżowych, uznać takiego stanu rzeczy. Z ich perspektywy powołanie do życia Europejskiego Banku Centralnego kontrolowanego przez inne ośrodki władzy w Europie miało pozbawić Bundesbank wpływów i zapobiec zdominowaniu przezeń europejskiej polityki pieniężnej.

W 1992 roku polityk FDP Manfred Brunner, pracujący w Brukseli jako szef gabinetu komisarza ds. rynku wewnętrznego Martina Bangemanna, stał się gorącym przeciwnikiem unii monetarnej. Założył Związek Wolnych Obywateli, który w pierwszej połowie lat 90. podjął, ostatecznie przegraną, walkę przeciwko wspólnej walucie. Pytany dzisiaj o ocenę sytuacji, Brunner powiedział: wszystko to przewidywaliśmy, nasze prognozy sprawdziły się co do joty. Według Brunnera, unia monetarna, w skład której wchodziłyby Niemcy, kraje Beneluksu, Austria, Słowenia i Finlandia, miałaby szanse przeżycia, ale dominowałyby w niej Niemcy, dlatego była, ze względów politycznych, nie do zaakceptowania przez inne państwa europejskie. Ironia historii polega więc na tym, że wymuszona politycznie unia monetarna nie jest zdolna do funkcjonowania, natomiast zdolna do funkcjonowania unia monetarna była niemożliwa ze względów politycznych. Zdaniem Brunnera rozpad unii monetarnej jest nieuchronny, wszystkie podejmowane dziś działania to jedynie odwleczenie w czasie tego, co i tak nieuniknione. Nie jest możliwa jednolita polityka pieniężna w strefie euro: albo dewaluacja euro w interesie słabszych, albo rewaluacja euro w interesie silniejszych jak Niemcy. Jednak rewaluacja dobije słabych, a dewaluacja uderzy inflacją w mocnych. Trzecie wyjście to transfer środków dla wsparcia słabszych, ale jest to rozwiązanie tymczasowe, ponieważ tak czy inaczej nikt nie jest w stanie spłacić zaciągniętych długów. W sumie to, co robią obecnie politycy europejscy, nikomu tak naprawdę nie pomoże, a zaszkodzi wszystkim, i przyniesie dalsze strukturalne osłabienie zarówno gospodarki niemieckiej, jak i gospodarek krajów południowej Europy.

Dyrektor Instytutu Badań nad Gospodarką prof. Hans-Werner Sinn uważa, że wprowadzenie euro zaszkodziło Niemcom, powstał bowiem wspólny rynek kapitałowy, wskutek czego stopy procentowe w krajach południowej Europy spadły do poziomu niemieckiego, a to spowodowało, że kapitał zaczął przepływać w miejsca, które wcześniej omijał. Mówiąc prosto, niemieckie oszczędności wypływały z kraju i trafiały tam, gdzie normalnie by nie trafiły. Mimo iż Niemcy mają bardzo wysoką stopę oszczędności, to od 1995 roku stopę inwestycji netto mają najniższą ze wszystkich krajów strefy euro. Dzieje się tak właśnie dlatego, że nastąpił odpływ kapitału. Było to wykrwawianie się gospodarcze Niemiec, wzrost uległ zahamowaniu, a eksport mógł rosnąć tylko dzięki niskim płacom w Niemczech.

Kiedy ktoś ostrzega przed deprecjacją euro, natychmiast podnoszą się głosy mówiące, że dobrze, kiedy waluta jest słabsza, bo dzięki temu rośnie eksport. Trudno – zdaniem prof. Sinna – o większy absurd. Kiedy waluta słabnie, natychmiast drożeje import. W jaki sposób słabe euro miałoby pomóc niemieckiemu eksportowi, skoro przemysł niemiecki musiałby importować droższe półprodukty i surowce, potrzebne do wyprodukowania tego, co chciałby wyeksportować? Zawsze, kiedy sztucznie „promuje” się eksport, na przykład osłabiając walutę, przedsiębiorcy nadmiernie zużywają kapitał na produkcję skierowaną na eksport, rosną koszty funkcjonowania przedsiębiorstw, koszty surowców i półproduktów importowanych i w ostatecznym rozrachunku osłabianie waluty dla wsparcia eksportu prowadzi do tego, że eksportuje się poniżej realnej wartości, co w dłuższej perspektywie przynosi straty.

Prof. Thorsten Polleit, główny ekonomista banku Barclays Capital Deutschland, wykładający na Frankfurt School of Finance and Management, wypowiedział się na temat przyszłości euro, czyli na temat „europejskiego eksperymentu z papierowym pieniądzem”, stwierdzając, że ten eksperyment zakończy się tak jak cały światowy eksperyment z papierowym pieniądzem, czyli kompletnym fiaskiem. Polleit skonstatował, że ilość neokeynesistowskich nonsensów rozpowszechnianych przez media i wielu ekonomistów przekroczyła już wszelkie dopuszczalne granice. Cały czas rośnie masa pieniądza w obiegu; w strefie euro, od jego wprowadzenia – podwoiła się. Równolegle do tego procesu rośnie realny majątek banków w Niemczech, USA, Japonii, Wielkiej Brytanii. Polleit przewiduje, że polityka zerowych stóp procentowych i powiększania zadłużenia może potrwać jeszcze dwa, trzy lata, potem albo dokona się redukcji długów, albo znowu „dodrukuje” pieniędzy. Wobec ogromu już podjętych błędnych inwestycji, które umożliwia polityka taniego pieniądza, dalsza ekspansja kredytowa doprowadzi w przyszłości do jeszcze większego kryzysu gospodarczego: albo do fali bankructw państw i przedsiębiorstw utrzymywanych przy życiu za pomocą „fiat credit” lub do hiperinflacji, co w gruncie rzeczy jest jednym i tym samym. Jedynym rozwiązaniem będzie wówczas prywatyzacja pieniądza.

Dieter Spethmann był w latach 1973-1992 prezesem zarządu koncernu Thyssena. W wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” powiedział, że jeśli wartość waluty nie wzrośnie, poziom zamożności Niemiec będzie się nadal obniżał. Kurs euro jest dla Niemiec za niski, nadwyżki wypracowane przez Niemcy w handlu zagranicznym trafiają do Europejskiego Banku Centralnego, który wykorzystuje je do opłacania deficytów Grecji, Włoch, Francji. Według Spethmanna każdego roku w obiegu rozrachunkowym banków centralnych Niemcy tracą od 5 do 6% produktu krajowego brutto (wymieniają realne towary na papier), a w obiegu banków prywatnych od 1 do 2%. Do tego dochodzi składka netto do Unii Europejskiej w wysokości 1% PKB. Kiedy wszystko się zliczy, okaże się, iż Niemcy każdego roku tracą 10% PKB, to jest 250 miliardów euro, a tego nie wytrzyma żadna gospodarka narodowa. W związku z tym – przekonuje Spethmann – Niemcy, stojące w obliczu pogłębiającej się dekapitalizacji i pogarszania się stanu infrastruktury, powinny jak najszybciej wystąpić z unii monetarnej. Euro jest już praktycznie martwe, pełni rolę politycznego kaftana bezpieczeństwa, nie jest już walutą służącą realnej gospodarce, lecz wyłącznie instrumentem władzy.

Erwin Grandinger, strateg finansowy, partner EPM Group w Berlinie, napisał w „Die Welt”, że z czcigodnych formuł traktatu z Maastricht pozostał dzisiaj jedynie dym. Jeśli Wilhelm Röpke, Walter Eucken i inni ojcowie „społecznej gospodarki rynkowej” widzą, co wyprawia rząd niemiecki i Komisja Europejska, to przewracają się w grobie. Ześlizgujemy się – wieszczy Grandinger – w „gospodarkę centralnie zarządzaną”. To nic innego jak „NRD – reaktywacja”. Rośnie bańka państwowej manii regulowania i zakazywania. Mści się dzisiaj na Niemcach 60 lat lotu na ślepo, bez przyrządów, bez mechanizmu doboru elity. Polityka niemiecka – bez planu, bez celu, bez strategii, uwięziona w populistycznym cyklu wyborczym – żywi się materialnymi i duchowymi zasobami wypracowanymi w przeszłości. Te zasoby są dziś na wyczerpaniu. Zdaniem Grandingera, euro nie przetrwa najbliższych lat, pęknie podobnie jak bańka niemieckiego państwa socjalnego, stanowiącego komórkę zarodkową, z której rozwinął się kryzys zadłużeniowy. Grandinger wzywa też Bundesbank, aby ujawnił, ile z 3 tys. 400 ton niemieckiego złota fizycznie znajduje się w Niemczech. Apeluje też o sprawdzenie ksiąg Bundesbanku przez niezależnych rewidentów.

O ile większość z cytowanych wyżej autorów żałowała marki niemieckiej, o tyle najmniejszej łzy nie uronił nad jej losem Reinhard Deutsch (1936-2007), dziennikarz gospodarczy i jeden z najlepszych w Niemczech znawców rynku srebra. W artykule z 2001 roku zatytułowanym „Nie ma co płakać po marce niemieckiej” Deutsch pisał, że waluty państwowo-narodowe (papierowy pieniądz bez pokrycia) zostały pierwotnie wprowadzone po to, aby rządy mogły ich użyć do finansowania swoich wojen. Po wielkich wojnach światowych system utrzymano, aby z kolei móc finansować państwo socjalne i sterować gospodarką za pomocą tzw. polityki pieniężnej – zapobiegać recesjom, zwalczać bezrobocie i wyrównywać bilans płatniczy. Rzecz oczywista, cele te nigdy nie zostały osiągnięte, recesje nie znikły, ale się nasiliły, bezrobocie nie malało, lecz rosło, inflacja rosła jeszcze szybciej niż wcześniej, a kryzysy w bilansie płatniczym osiągnęły niespotykane wcześniej rozmiary. Teraz euro ma przejąć te wszystkie zadania, już nie w skali pojedynczych państw, ale całej Europy. Nietrudno zatem przewidzieć, że wspólna europejska waluta, która jest przymusową walutą narodową jedynie przeniesioną na szczebel europejski, tego ciężaru nie udźwignie.

Według Deutscha, ci, którzy widzą w marce niemieckiej stabilną, twardą walutę, ulegają złudzeniu, marka niemiecka jest taką samą narodowo-państwową walutą bez pokrycia jak każda inna i w ciągu jednego pokolenia straciła 90% swojej wartości. Złudzenie jej stabilności i twardości wynika stąd, że inne waluty traciły na wartości jeszcze szybciej. Deutsch zwraca uwagę na ważny fakt: do końca lat 90. XX wieku państwo niemieckie i inne państwa europejskie mogły produkować swoje własne fałszywe, papierowe pieniądze, natomiast po wprowadzeniu euro wszystkie państwa będą mogły produkować nowe, równie fałszywe euro, wypuszczając obligacje nominowane we wspólnej walucie, które następnie będą używane jako zabezpieczenie pod świeżą gotówkę otrzymywaną z banku centralnego. Nie ulega najmniejszej wątpliwości – przewidywał Deutsch – że państwa europejskie będą obficie korzystać z tego przywileju, co przypieczętuje los euro. Ale nie należy z tego powodu rozpaczać, trzeba mieć nadzieję, że pieniądz europejski zostanie zastąpiony przez pieniądz światowy, czyli przez dobrowolnie akceptowany, prywatny, stabilny pieniądz mający pokrycie w złocie i srebrze. Powrócimy do stanu, prorokuje Deutsch, kiedy istniało wiele państw, wśród nich maleńkie niemieckie księstewka, ale mieliśmy jeden pieniądz, którym można było płacić w każdym zakątku świata.

Kwestię europejskiej unii walutowej należy rozpatrywać w szerszym kontekście procesów zachodzących w całym tzw. świecie zachodnim. Coś na ten temat z pewnością wie Paul Achleitner, członek zarządu ds. finansowych w największej firmie ubezpieczeniowej świata Allianz SE, odpowiedzialny za inwestowanie kapitału w wysokości 440 mld euro. Przypomnijmy w tym miejscu, że, jak wynika z badań wybitnego socjologa, współtwórcy „kolońskiej szkoły socjologii”, prof. Erwina Scheucha (1928-2003), Niemcami rządzi grupa około 600 ludzi – polityków, przedstawicieli ministerialnej biurokracji, funkcjonariuszy związków zawodowych i korporacji zawodowych, przedsiębiorców, którzy podejmują w swoim gronie najważniejsze decyzje polityczne i ekonomiczne. Bez wątpienia Paul Achleitner, stały bywalec szczytów w Davos, do tej grupy należy, a zatem jest człowiekiem bardzo dobrze poinformowanym. Warto więc przytoczyć kilka jego diagnoz i prognoz zawartych w rozmowie z dziennikarzem tygodnika „Der Spiegel”: świat podlega oddziaływaniu potężnych czynników, których znaczenia nie jesteśmy jeszcze w stanie właściwie ocenić, najważniejszy z nich to koniec życia „na krechę”, musi nastąpić oddłużenie państw, przedsiębiorstw, jednostek; wzrost gospodarczy ostatnich 30 lat został sfinansowany na kredyt; w 1980 roku było na świecie tyle długów, co kapitału własnego, dzisiaj pieniędzy pożyczonych jest 3,5 razy więcej niż zaoszczędzonych, ten kierunek musi zostać odwrócony; kończy się czas beztroskiego zadłużania, kredyty będą droższe, pieniędzy będzie mniej. Słowa Achleitnera, jednego z najpotężniejszych niemieckich menedżerów, należy chyba rozumieć w ten sposób, że oto kresu dobiega światowa „epoka gierkowska”.

W marcu ukazała się w Niemczech książka Cory Stephan Angela Merkel – pomyłka. Politolożka, dziennikarka i publicystka, autorka kilku książek (pod pseudonimem publikuje cieszące się sporą popularnością powieści kryminalne), wyjaśnia w niej, dlaczego rozczarowała się panią kanclerz Angelą Merkel i nie będzie już na nią głosować. Stephan miała nadzieję, że przychodząca z zewnątrz, z b. NRD, Merkel, wniesie jakiś powiew świeżości do zaduchu, w jakim kłębią się zachodnioniemieckie sitwy, że będzie niezależna, bo nie skazana na stare układy, na różnoraką partyjną klientelę, na lobbystów, na grupy interesu. Oczekiwała od Merkel tego, czego tak bardzo jej brakuje w RFN: więcej zdrowego rozsądku, więcej rzeczowości, więcej chłodnej analizy zamiast emanowania ciepełkiem „społecznej wrażliwości”, więcej racjonalnych argumentów zamiast manifestowania uczuć. Nawet ścisłe wykształcenie Merkel dawało pewną nadzieję na bardziej obiektywne podejście do rzeczywistości. Stephan sądziła, że Merkel będzie wolna od całego tego ideologicznego śmiecia zalegającego w życiu politycznym RFN-u, bardziej swobodna, nieobciążona polityczną poprawnością, bo niewprawiona w sentymentalnym „emospeaku” używanym przez zachodnioniemiecką klasę polityczno-medialną. Wydawało się, że nie cierpi na te wszystkie alergie tak typowe dla ruchu kobiecego. Nawet ubiorem, wyglądem, sposobem zachowania odróżniała się kiedyś korzystnie od feministycznych i lewicowo-socjalistycznych kobiet. Niestety, wszystkie te oczekiwania i nadzieje okazały się płonne. Merkel przyszła jako outsiderka, ale podporządkowała się polityce uczuć, za którą kryje się gra interesów, upadła na kolana przed feminizacją polityki, poddała się językowi i rytuałom obowiązującym w Niemczech Zachodnich.

Stephan sądziła niegdyś, że Merkel to kobieta o mocnych przekonaniach, zdolna do podejmowania odważnych decyzji na rzecz wolności (wszak tyle mówiła o wolności i odwadze), potrafiąca wyzwolić potencjał ciągle jeszcze tkwiący w narodzie niemieckim, ale nic z tego, wszystko okazało się jedną wielką pomyłką. Nie przeprowadziła żadnej z obiecanych reform, nawet minimalnej obniżki podatków, a chce wmówić ludziom, że potrafi uratować globalny klimat i dychawiczną Unię Europejską. Dopasowała się idealnie do RFN, nauczyła się karmić państwo socjalne, rozdawać wyborcze prezenty, aby dysponować masą manewrową dla swojej polityki; jej ideologiczna klientela to emeryci, urzędnicy, bezrobotni, ludzie na zasiłku etc. Natomiast ci obywatele, którzy wypracowują dochód narodowy brutto, inteligentna i produktywna większość, bez której nic by nie funkcjonowało, a którą traktuje się jak dojną krowę, w publicznym dyskursie Merkel występuje marginalnie. Mogła być kanclerzem jednych, zjednoczonych Niemiec, została tylko mierną kanclerką, miała być „niemiecką Maggie” („żelazną Angie”), a skończyła jako niezdecydowana „mamuśka”, która rządzi bezbarwnie z dnia na dzień. Co się z nią stało, pyta Cora Stephan, czyżby ją ktoś podmienił?

Niemiecka publicystka zwraca też uwagę na częste używanie przez Merkel przymiotnika „bezalternatywny”. Można to interpretować jako przyznanie się do bezsilności: „nie mam wyboru”, „nic nie mogę zrobić”, „opór jest bezcelowy”, „są rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu”. Ale ponieważ ów „brak alternatywy” odnosi się do konkretnych, politycznych kwestii, decydujących o przyszłości narodu i państwa, to znaczy to, że „najpotężniejsza kobieta świata” dawno zrezygnowała z prawdziwego rządzenia. Być może jednak powtarzanie słowa „bezalternatywny” jest propagandowym zabiegiem, aby temu, co się robi lub czego się nie robi, nadać status praw natury, bo przecież tylko one są bezalternatywne. Ktoś mógłby zobaczyć w tym przejaw myślenia totalitarnego, ponieważ tego rodzaju retoryka zamyka usta wyborcy-obywatelowi-podatnikowi („wasz opór jest bezcelowy”, „nie macie wyboru”) i wyraża tęsknotę za rządzeniem przy pomocy jakiegoś ponadprawnego stanu wyjątkowego. Czyżby Merkel – zastanawia się Cora Stephan – była zemstą Honeckera?

I na zakończenie informacja z życia parlamentu: niedawno wyszło na jaw, że od poł. lat 90. zeszłego wieku istnieje nieformalna umowa pomiędzy klubami poselskimi dotycząca ryczałtowego przyznawania parlamentarzystom federalnych krzyży zasługi. Przydział orderów na każdą kadencję to 30 sztuk, rozdzielanych proporcjonalnie do liczebności klubów. Najwybitniejszy krytyk niemieckiego państwa partyjnego prof. Hans Herbert von Arnim nazwał tę praktykę „absolutną uzurpacją” i „nową formą samoobsługi”. Ale czy naprawdę jest się na co oburzać? Wszak demokratyczno-liberalne ordery to nie to samo co Pour le Mérite – sprawdzona we wszystkich innych dziedzinach życia społecznego zasada partyjnej proporcjonalności wydaje się tu jak najbardziej na miejscu.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana”, nr 98-99 (2011).



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»