Tomasz Gabiś
NIEMIECKIE NIEBEZPIECZEŃSTWO
Jako wielkie państwo w środku Europy Niemcy wywierają – co oczywiste – wpływ na inne kraje europejskie, również wpływ ideologiczno-polityczny. Czasami może to być wpływ korzystny, innym razem zaś – a tak właśnie dzieje się obecnie – szkodliwy. Za Odrą obserwuje się bowiem wiele niepokojących, ba, niebezpiecznych trendów, które niestety, mogą znaleźć naśladowców w innych krajach.
Ulf Poschardt na łamach dziennika „Die Welt” pisze, że coraz więcej obywateli niemieckich uważa, że w RFN rządzi – może jeszcze nie SED – ale GED, czyli Zielona Partia Jedności Niemiec. Rządząca chadecja sprawia wrażenie partii martwej, z której całkowicie wyparowała wewnętrzna substancja ideowa, partii traktującej wszystkie polityczne poglądy i ideały jedynie jako masę do negocjacji. Dominujący powszechnie socjaldemokratyzm wyklucza, pisze Poschardt, jakiekolwiek poważne debaty; lansowana przez władzę polityka konsensusu jest kresem pluralistycznej demokracji, równa się likwidacji różnorodności poglądów i zniszczeniu dynamicznego, otwartego społeczeństwa. Obywatelom wpaja się wiarę w dobroczynne skutki działania państwa, wszechobecny jest socjalny sentymentalizm; efekt tego jest taki, że żadna z niemieckich partii nie reprezentuje dążenia do wolności.
Publicysta tygodnika „Junge Freiheit” Michael Paulwitz dowodzi, że Niemcy staczają się ku „łagodnej ekodyktaturze”. Przypomina tekst „Łagodna dyktatura” pisarza i eseisty Petera Schneidera (wybitnego przedstawiciela rewolty 1968 roku) opublikowany dwa lata temu na łamach magazynu „Cicero”, w którym piętnował on zalew ustaw, zakazów i nakazów, zarządzeń i rozporządzeń, wskazując na zatruwanie życia społecznego przez manię kontrolowania i denuncjatorstwo; władza rozpala coraz to nowe paniki, aby znajdować coraz to nowe preteksty do „działań prewencyjnych”. Prewencja nie jest już czymś nadzwyczajnym, lecz staje się sposobem rządzenia mającym chronić obywateli przed coraz to nowymi plagami i zagrożeniami. Kto za tą logiką idzie, musi sobie postawić pytanie, czy w ogóle człowiek ma jakiś usprawiedliwiony powód, żeby umrzeć. Ten, kto umiera, musiał widocznie zrobić w swoim życiu coś fałszywego, na przykład za dużo świeczek palił na Boże Narodzenie; a więc trzeba się będzie zająć ochroną obywateli przed szkodliwymi skutkami palenia świeczek. Schneider pisał, że w końcu dojdziemy do sytuacji, w której życie jako takie będzie przedmiotem prewencji. Żyjemy w epoce żarliwych biurokratów i środowiskowych policjantów, poddani łagodnej dyktaturze ustanowionej dla dobra obywateli, pod władzą zbawców ludzkości, kołtunów i denuncjatorów, podsumowywał swoje obserwacje Schneider.
Paulwitz, odnosząc oceny Schneidera do współczesnych Niemiec, cytuje też opinię wyrażoną na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” przez Reinharda Sprengera, jednego z najbardziej znanych w Niemczech doradców biznesowych, psychologa zarządzania, autora licznych książek. Polityka, powiedział Sprenger, staje się totalitarna, ale kobieca, w tym sensie, że steruje i interweniuje, ale z uśmiechem. Czyżby Sprenger miał na myśli uśmiech Mony Angeli, zastanawia się Paulwitz? Rzecz jasna, współczesnym Niemcom daleko do państwa totalitarnego, ale myślenie totalitarne jest bardzo szeroko rozpowszechnione. Roi się tu od ludzi, którzy chcą uszczęśliwiać innych za wszelką cenę, także siłą, mających ogromne poczucie misji, powiązane z pędem do urawniłowki, obsesyjnie lubiących wtrącać się we wszystkie możliwe dziedziny życia. Posługujący się „merkel speak” ci „dobrotliwi dyktatorzy” wierzą, że dla ich propozycji „nie ma alternatywy”, nie cierpią najmniejszych oznak sprzeciwu i nie znoszą wątpliwości. Zatem totalitarny potencjał jak najbardziej istnieje; kiedy się zrealizuje, „negacjonistów” wszelkich odmian czeka reedukacja i trening tolerancji. Czego nam jeszcze brakuje, pyta Paulwitz. Słusznie, komisarzy politycznych. Ale tych mamy przecież w Brukseli.
Redaktor działu ekonomicznego „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Winand von Petersdorff w artykule „Serdeczna ekodyktatura” ostrzega, że Niemcom grozi ekotyrania, która ma za sobą dużą większość, a na jej czele stoi rząd federalny. Cytuje emerytowanego profesora ekonomii Carla-Christiana von Weizsäckera (syna fizyka i filozofa Carla Friedricha von Weizsäckera), który mówi, że Niemcy podążają w kierunku ekodyktatury, systemu rządzenia, który zupełnie nie przejmuje się suwerennością konsumenta i wolnością decyzji jednostek i przedsiębiorstw. Zdaniem von Petersdorffa władze chcą narzucić narodowi ekologiczny styl życia, zmusić do kupowania tego, czego nie chce kupować, do mieszkania tak, jak nie chce mieszkać itd. Mamy do czynienia ze społecznym programem reedukacji: chce się poddać produkcję i konsumpcję kontroli w imię przyszłości. Redaktor „FAZ” przytacza fragmenty memoriału przygotowanego dla rządu przez Radę Naukową na rzecz Globalnej Zmiany Środowiska, zatytułowany „Pakt Społeczny na rzecz Wielkiej Transformacji”. Pełno w nim wielkich słów o moralności i rewolucji, obecny model gospodarczy uznaje się za moralnie nie do przyjęcia, „Wielka Transformacja” jest takim samym moralnym nakazem jak zniesienie niewolnictwa i pracy dzieci, potrzebne jest silne państwo, które „nakłoni” obywateli do zmiany stylu życia. Minister środowiska Norbert Röttgen (CDU) już poparł propozycje Rady w imieniu rządu. Niewykluczone, pisze Winand von Petersdorff, że i w Niemczech ktoś zechce realizować pomysły badacza klimatu Jamesa Hansena, zalecającego autokratyczny reżim w Chinach jako model ustrojowy dający ludzkości nadzieję na przetrwanie.
Radą Naukową, pragnącą transformować i przebudowywać świat, kieruje założyciel i dyrektor poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem, Hans Joachim Schnellhuber. Już wcześniej wysunął on propozycję uzupełnienia parlamentu o niewybieraną demokratycznie Radę ds. Przyszłości, która współdecydowałaby o ustawach i działała jako adwokat przyszłych pokoleń – taki współczesny Komitet Ocalenia Publicznego. Schnellhuberem i jego koncepcjami zajęła się pisarka i publicystka Cora Stephan w swojej książce Angela Merkel – pomyłka (Monachium 2011). Bez ogródek nazywa ona Schnellhubera i jego kolegów „ekodyktatorami”, mianującymi się „elitą etyczną”; oto kolejni zbawcy ludzkości, którzy malują apokaliptyczne scenariusze, aby móc zbudować „autorytarny reżim ekspertów” i wprowadzić ponadprawny stan wyjątkowy. Te koncepcje, twierdzi Stephan, podobają się Angeli Merkel, która – jak o tym mówi jej życiorys – łączy w sobie odziedziczony po ojcu moralny zapał lewicowego, protestanckiego pastora do reformowania świata z koncepcją partii komunistycznej, która ma zawsze rację.
Josef Schlarmann (CDU), przewodniczący zrzeszenia reprezentującego średnich przedsiębiorców oświadczył w wywiadzie dla „Wirtschaftswoche”, że wiele działań obecnego rządu (polityka energetyczna, płace minimalne, polityka zdrowotna) to interwencjonizm państwowy w czystej postaci; rząd steruje coraz większą ilością gospodarczych procesów, od produkcji przez handel do konsumpcji, zamieniając gospodarkę rynkową w gospodarkę sterowaną przez państwo.
Konserwatywny publicysta Thorsten Hinz w opublikowanym na łamach „Junge Freiheit” artykule „Atak z lewa” przytacza przykład pewnego berlińskiego restauratora, któremu lokalna (zielono-czerwona) rada okręgu nie przedłużyła dzierżawy lokalu. Na swoje nieszczęście wynajął on kiedyś swoją restaurację lewicowemu dysydentowi Jürgenowi Elsässerowi na debatę z redaktorem jednego z konserwatywnych czasopism; to wystarczyło, żeby zaklasyfikować imprezę jako „prawicową”, ukarać winowajcę i zastraszyć tych, którzy swoje lokale chcieliby udostępniać ludziom niemile widzianym przez władze.
Z całych Niemiec, pisze Hinz, znane są niezliczone przykłady odwołanych, udaremnionych, rozbitych spotkań, wykładów, prelekcji, politycznych kongresów i demonstracji. Powód jest zawsze taki sam: protesty, naciski tzw. grup antyfaszystowskich, blokady, presje, kampanie, groźby, szantaże, a w końcu użycie przemocy. Efektywnie uniemożliwia się debatę na temat zasadniczych kwestii politycznych, państwa i narodu. Ręka w rękę z lewicowymi bojówkarzami idą media, prasa, tzw. demokratyczne partie. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego akcje bojówkarzy, mające na celu pozbawienie niektórych obywateli możliwości korzystania z konstytucyjnych, fundamentalnych praw politycznych, nie wywołują zdecydowanych reakcji ze strony organów państwa? Otóż, podejrzewa Hinz, radykalna lewicowa scena w Niemczech od dawna jest manipulowanym, sterowanym, nieformalnym instrumentem władzy. Być może na najkrótszej, bo służbowej, drodze, informuje się ją o niepożądanych osobach, zgromadzeniach i organizacjach, aby występowała przeciwko nim, stwarzała klimat zastraszania i zniechęcenia. Jej siedziby, miejsca spotkań i działalności są życzliwie tolerowane, a częściowo finansowane przez różne lokalne władze i fundacje.
Lewicowi buntownicy tłoczą się przy państwowym korycie, ich potencjał agresji jest podtrzymywany a zarazem ograniczany i kanalizowany; na łamanie prawa, które tak umacnia samoświadomość lewicowców, pobłażliwie przymyka się oko. „Antyfaszystowscy” polityczni aktywiści rekrutują się po większej części z „lumpeninteligencji”, ludzi, którzy przeszli przez uniwersytety (choć nie zawsze udało im się ukończyć studia), ale nie mają żadnego stałego zatrudnienia. Szukają utrzymania w szczelinach państwa socjalnego i w establishmencie kulturalnym. Zapełniają też nisze organizowanej odgórnie „walki przeciwko prawicy”, ich frustracja socjalna jest absorbowana przez system polityczny, tak aby nie zagrażała jego stabilności. Ich zadaniem jest oddolne, rzekomo „spontaniczne”, ograniczanie wolności wypowiedzi. Mają rozbijać prelekcje i spotkania organizowane przez pozaparlamentarną opozycję, zakrzykiwać myślących inaczej niż władza, zastraszać środowiska niezależne, uważa Hinz.
W tej sytuacji nie dziwi, że redakcja miesięcznika dla licealistów i studentów „Błękitny Narcyz”, wezwała, aby odnowić dawne czerwcowe święto Republiki Federalnej – Dzień Niemieckiej Jedności i obchodzić go jako Dzień Niemieckiej Wolności, tyle że nie na ulicznych manifestacjach, ale jako wspólne grillowanie, wieczór w knajpie, spotkanie w gronie rodziny i przyjaciół. Redakcja przypomina, że 17 czerwca 1953 roku robotnicy w NRD podnieśli bunt przeciwko rządom komunistów i Moskwy; był to bunt przeciwko opresywnej władzy, przeciwko socjalizmowi, przeciwko państwowej kurateli nad obywatelami, przeciwko zniewoleniu, przeciwko ograniczaniu wolności słowa. To przesłanie uważa „Błękitny Narcyz” za nadal aktualne i ważne. Zdaniem redakcji, zwyczajni obywatele muszą dzisiaj znowu upomnieć się o swoje prawa i wolności.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Opcja na prawo”, 2011, nr 7-8.
