Tomasz Gabiś
FRIEDRICH GEORG JÜNGER – „FASZYSTOWSKI REWOLUCJONISTA”, KTÓRY ZOSTAŁ POETĄ. [1]
Friedrich Georg Jünger, młodszy brat Ernsta Jüngera urodził się 1 września 1898 roku w Hanowerze, zmarł 20 lipca 1977 roku w Überlingen nad Jeziorem Bodeńskim. Jako uczeń uczestniczył w młodzieżowym ruchu „Wędrowny Ptak” (Wandervogel). Po maturze w gimnazjum humanistycznym w Detmold przeszedł jako ochotnik szkolenie oficerskie. W trakcie ataku na Langemarck został ciężko ranny. Opuścił Reichswehrę w 1920 roku w randze porucznika i zaczął studiować prawo w Lipsku i Heidelbergu. W 1924 roku został doktorem nauk prawnych, a cztery lata później złożył egzamin asesorski w Dreźnie. Po krótkim pobycie w Monachium przeniósł się do Berlina, poświęcając się pracy literackiej i publicystycznej.
Swoje teksty zamieszczał w antologiach redagowanych przez brata Niezapomniani (1928), Wojna i wojownicy (1930). W 1926 roku ogłosił narodowo-rewolucyjny manifest Koncentracja nacjonalizmu. W 1931 roku wydał wraz z fotografem Edmundem Schultze album Oblicze demokracji. [2] Pisał płomienne polityczne eseje i artykuły na łamach prawicowych pism i pisemek, najdłużej, bo od 1929 do 1934 roku, współpracował z miesięcznikiem „Widerstand” (Opór) wydawanym przez Ernsta Niekischa – ideologa tzw. narodowych bolszewików, którzy tworzyli lewe skrzydło narodowych rewolucjonistów. Jünger jako publicysta i polityczny aktywista reprezentował w sposób egzemplaryczny „nowy typ rewolucyjny” zrodzony w okresie wojny i następującej po niej wojnie domowej.
Młodzi kombatanci wielkiej wojny, członkowie freikorpsów walczący na granicach Rzeszy- na Górnym Śląsku, na Łotwie i w Estonii, członkowie paramilitarnych bojówek ścierający się z separatystami i komunistami, uczestnicy akcji sabotażowych przeciwko siłom okupacyjnym, członkowie tzw. związków bojowych, nielegalnych organizacji i konspiracyjnych kółek, ekstremiści, „chaoci” i awanturnicy marzący o odbudowaniu Wielkiej Rzeszy, outsiderzy nie mogący sobie znaleźć miejsca w normalnym życiu, romantyczni rebelianci z „Jugendbewegung” odrzucający normy mieszczańskiego świata, prawicowi desperados zbuntowani przeciw wszystkiemu i wszystkim: z takich ludzi rekrutowali się narodowi rewolucjoniści okresu Republiki Weimarskiej.
To do nich można odnieść słowa Hugo von Hofmannstahla o młodych ludziach „poszukujących ostatecznej więzi stojącej ponad wszelkimi regułami i będącej równocześnie geometrycznym miejscem wszystkich możliwych reguł”, miejscem, z którego można wyważyć świat z zawiasów. Jeden z nich , Harro Schulze-Boysen, stracony potem w 1942 roku jako komunistyczny agent z „Czerwonej Orkiestry”, stwierdził: „Europa była zegarem świata. Ten zegar stoi”. Narodowi rewolucjoniści pragnęli naciągnąć sprężynę europejskiego zegara, nie bacząc na ryzyko, że może ona pęknąć ostatecznie. Byli rewolucjonistami, którzy mówili: „chcemy chaosu, ponieważ chcemy go okiełznać”. Szukali spełnienia w tym, co egzotyczne, rewolucyjne, chaotyczne, ale równocześnie szukali formy, kształtu i klasyczności.
O narodowo-rewolucyjnym typie bojownika tak pisał badacz ideowo-politycznych prądów tamtych lat Armin Mohler:
„Z jednej strony jest on anarchiczny, ponieważ stary, spetryfikowany porządek rozpada się, i dlatego afirmuje on zniszczenie jako jedyną drogę do nowego wzrostu (…) ale drugą stroną medalu jest «pruski» porządek, szukający więzi i domagający się formy, gdyż zniszczenie nie może być celem samym w sobie”.
Byli więc narodowi rewolucjoniści – wśród nich zarówno polityczni mistycy, aktywiści-marzyciele, wizjonerscy romantycy jak i kondotierzy i polityczni gracze – bojownikami rewolty w imię ładu, niszczycielami „starego” w imię nowych więzi, anarchistami w imię służby, posłuszeństwa i ofiarności, rebeliantami w imię autorytetu i nowych hierarchii. Przepełniała ich gorąca nienawiść do wszelkich wartości i zasad mieszczańskiego świata zachodniego – Ernst Niekisch pisał o nocy św. Bartłomieja, którą należy sprawić wszystkiemu, co zachodnie i mieszczańskie w Niemczech. Zapewne chętnie powtórzyliby za Saint-Exuperym: „Nienawidzę swojej epoki z całej duszy. Człowiek umiera w niej z pragnienia”. Oni nie chcieli umierać z pragnienia.
Propagowali cnoty wojskowe, ascetyczne i heroiczne, które przeciwstawiali „kramarskim” wartościowaniom mieszczaństwa. Naśladować pragnęli średniowiecznych mnichów lub krzyżowców, tak samo jak oni chcieli być pełni żarliwości, bojowego ducha i niezłomnej woli realizowania swoich ideałów w epoce nowego, technicznego średniowiecza. Rościli sobie pretensje do reprezentowania świata bohaterów przeciwko światu handlarzy, pragnęli utopić materializm, utylitaryzm, racjonalizm w „ciemnym nurcie krwi i losu”, rzucić „zapalającą pochodnię w świat zachodni”, bo dławiła ich, jak pisał Ernst von Salomon, „atmosfera duchowej i moralnej stęchlizny”. Narodowa rewolucja miała położyć kres panowaniu „sytych, którzy zawsze zrezygnują ze światopoglądu, ale nigdy z politycznego geszeftu” (Ernst von Salomon).
Pozbawieni bazy społecznej, nieuleczalnie rozbici na grupy i grupki zaadaptowali dla własnych celów koncepcję rewolucyjnego przewrotu dokonanego przez garstkę zdeterminowanych i gotowych na każde ryzyko zawodowych rewolucjonistów, którzy walczą nie tylko przeciw rządzącemu establishmentowi politycznemu, ale także „przeciw apatii bezbronnego, zwyciężonego narodu, jego niewolniczym instynktom i skłonności, by oddawać się przyjemnościom samoponiżania”. Gotowi byli nawet własny naród potępić za to, że nie dorasta do wielkich ideałów: „Ten naród handlarzy kapustą nie jest zdolny do zrobienia przyzwoitej rewolucji” (Ernst von Salomon). Mieli wyraźne nastawienie socjalrewolucyjne, co zbliżało ich do lewicy. Poszukiwali „Czwartej Drogi” pomiędzy zachodnim marksizmem, „azjatyckim” bolszewizmem i mieszczańskim kapitalizmem. Chcieli „unarodowienia” proletariatu, podziwianego przez nich za rewolucyjny heroizm, aby w ten sposób zdobyć bazę społeczną dla swojej polityki. Byli rewolucyjnymi wrogami idei rewolucji francuskiej, a zarazem odrzucali wszelkie „reakcyjne” koncepcje: zarówno restaurację monarchii i społeczeństwa stanowego, jak i mieszczański, demokratyczno-liberalny kapitalizm.
W tej sytuacji nie ma – jak pisał F. G. Jünger – innej drogi jak tylko „przebić się w przód” i „zniszczyć wszystkie polityczne formy liberalizmu”. Uważał on, że po 1918 roku i zwycięstwie demokratyczno-liberalnej republiki Niemcy znalazły się w historycznej próżni, rządząca krajem elita polityczna niezdolna jest do podjęcia jakichkolwiek istotnych decyzji i tonie we własnych frazesach:
Widzieliśmy ludzi Listopada strojących się w wytarte piórka, widzieliśmy wycieńczony do cna liberalizm pchający się przez otwarte drzwi, po raz setny słuchaliśmy proklamacji praw człowieka. Otwarto lamus pełen kurzu. Wyciągnięto z niego prawa, wolności, tolerancje, parlamenty, prawa wyborcze, reprezentantów ludu. Baczono starannie, aby o niczym nie zapomnieć i wszystko nanizać na odpowiedni sznurek. W końcu napisano liberalną powieść – konstytucję Rzeszy Niemieckiej. Ale było to ciało, w którego żyłach nie płynęła krew. Nic poza frazesami nie można było o tym powiedzieć. Nigdy jeszcze tylu frazesów w kraju nie wypowiadano. Nigdy nie było tu większych frazesowiczów. Nigdzie nie dało się uciec przed tymi linoskoczkami pojęć; ostatni niemiecki płot, ostatnią niemiecką ścianę obkleili swoją paplaniną.
Odrzucał demokratyczne reguły gry, jedynie nienawiść i najwyższą pogardę rezerwując dla parlamentaryzmu, dla partii i ich „kreciej roboty” dla parlamentów („masowe zbiorowiska przeciętności”), dla powszechnego prawa wyborczego, wynoszącego do władzy „ruchliwych agitatorów i żarliwych głupców”. Nawet dla niemieckich anarchistów nie miał dobrego słowa – w opublikowanym na łamach „Widerstand” artykule o Chaplinie tak pisał:
Chaplin jest jednym z niewielu anarchistów dużego formatu wśród masy tych, którzy dzisiaj wykonują swoją robotę. Poważny anarchista musi przede wszystkim być jednym: indywidualistą czystej wody. Nie wolno mu tworzyć żadnej wspólnoty, gdyż każda wspólnota go dyskredytuje. Musi być samotnikiem chadzającym własnymi drogami, odłączonym od struktury praw i obowiązków, w którą włączony został w chwili narodzin. Dopiero taki krok go wyzwala, nadaję mu siłę wybuchu. Prawdziwy anarchista najpierw sam siebie wysadza w powietrze; to działa na otoczenie jak dynamit, także innych rozrywa na kawałki. Anarchizm jest jedyną, ostateczną konsekwencją liberalizmu: anarchista to eksplodujący mieszczanin. W tym sensie Chaplin pozostaje mieszczaninem, niezależnie od wrogości wobec mieszczaństwa, która jest jego rewersem. Chaplin nie odkrywa przestrzeni, gdzie nie ma już mieszczan, niedostępne jest mu to co nie-mieszczańskie. Nic bardziej niemożliwego dlań niż takie odkrycie, gdyż jest ono odkryciem przestrzeni heroicznej. Ale jako anarchista ma swoją rangę. Wystarczy pomyśleć, w czyich rękach znajduje się dziś oficjalny anarchizm, jaka hołota zebrała się pod czarnymi sztandarami. Tworzy konwentykle, zakłada stowarzyszenia, byłaby zdolna do tego, aby reprezentować anarchizm w parlamencie; jeśli tylko dałoby się wyhandlować odpowiednią ilość głosów potrzebną do zdobycia mandatu. Dobry Boże! I tych ludzi uważa się za niebezpiecznych, tych protestowiczów wiszących na ogonie komunistycznych demonstracji – cóż za brak instynktu, gdyż to właśnie jest miejsce, gdzie nigdy nie wolno im się pojawić. Komunizm i anarchizm to ogień i woda. Anarchista prędzej może być konserwatywny niż komunistyczny.
Wyznającą abstrakcyjne, bytujące gdzieś poza konkretnym czasem i przestrzenią idee, złożoną z „płaskich gadułów” „oświeceniowo-liberalną” inteligencję, która samą siebie traktuje jako kwintesencję humanitaryzmu, oskarżał o to, że reprezentuje osłabienie woli życia, prowadzące aż do stanu, w którym człowiek odnajduje rozkosz w wyznawaniu win i przeżywaniu żalu i skruchy (Liberalny mieszczuch oklaskuje nawet swą własną zagładę). Tymczasem „każdy dzień jest dniem walki”, każdego dnia na nowo trzeba utrzymać pozycje, każda rezygnacja wobec życia oznacza, że życie z nas rezygnuje; kto nie chce kierować, ten będzie kierowany, kto nie chce rządzić, ten będzie rządzony.
Dyskusja o winie za wywołanie wojny była, jego zdaniem, dyskusją całkowicie jałową: „Jedyną winą było to, że przy całej naszej twardości, nie byliśmy dość twardzi. Nasza jedyna wina polega na tym, że przegraliśmy wojnę”. Nawoływał Niemców, aby z dumą nosili miano „Hunów”, jakim aliancka propaganda ochrzciła żołnierzy niemieckich, a dla pacyfistów, uznanych za „wrogów narodu”, przeznaczał tylko jedno miejsce: więzienie.
Był zwolennikiem „pruskiego socjalizmu”, przepojonego duchem arystokratycznym, heroicznym i żołnierskim. Ideologia, jaką wówczas wyznawał, była najbardziej ekstremalnym przejawem faustycznego witalizmu i imperialnego woluntaryzmu. Odwoływał się do sorelowskiego anarchosyndykalizmu, włoskiego futuryzmu i rewolucyjnego faszyzmu. Podziwiał rewolucyjny aktywizm włoskich faszystów, za wzór udanej akcji politycznej uważał „marsz na Rzym”, niezłomnie bronił niemieckiej „odrębnej drogi” (Sonderweg) która nie wiedzie ani na Wschód, ani Zachód, ale tam, gdzie spełnia się niemieckie przeznaczenie. Żądał nowego, bojowego nacjonalizmu, nowego poczucia wspólnoty i organicznych więzi, ruchu, który przeciwstawiłby się „rozkładowym ekscesom niszczącego wszystko sceptycyzmu”, będącego skutkiem „ducha spuszczonego z uwięzi”, co tak wielu uważa się za postęp. Pisał:
Nacjonalizm nie może być dzisiaj ani monarchistyczny, ani republikański, ani reakcyjny, ani liberalny. Musi być nacjonalistyczny w pełnym znaczeniu tego słowa, które oznacza w coraz większym stopniu wolę nowego, swoistego państwa. Ruch nacjonalistyczny ma inne zadania niż przywrócenie do władzy gromady zdetronizowanych książąt lub obrona ideologicznej konstytucji. Jego pierwszym zadaniem jest całkowicie zniszczyć panujący system liberalizmu i zastąpić państwo mechaniczne państwem organicznym.
I w innym miejscu:
Nacjonalizm nie wie co to współpraca z panującym systemem, nie wie co to prawica i co to lewica, nie wie, co to monarchistyczne sympatie i kompromisy. Jest on na wskroś rewolucyjnym aktywizmem, jest republikański i dyktatorski. Reprezentuje ideę absolutnego państwa i odrzuca plutokratyczne państwo listopadowe, w którego działaniach i hasłach nie ma żadnego udziału, ponieważ nie chce być współodpowiedzialny za to, co w nim się dzieje.
Nowy nacjonalizm, oznajmiał Jünger, jest wolą, aby „czcić i kochać ojczyznę jako najpotężniejszą wspólnotę losu, ofiarować jej dobra materialne i życie, i zapewnić jej takie instrumenty władzy, jakich potrzebuje”. Wszystkie przeszkody stojące na drodze do osiągnięcia tego celu muszą zostać usunięte w zdecydowanej walce politycznej prowadzonej przez narodowych rewolucjonistów. Jünger propagował „czysty” „absolutny” nacjonalizm, wzywał do „nacjonalistycznej rewolucji czynu”, której celem winno być obalenie systemu liberalnej demokracji i ustanowienie dyktatury, bo tylko dyktatura mogła, jego zdaniem, zakończyć permanentną wojnę domową i przywrócić Niemcom pełną suwerenność.
F.G. Jünger, ów – jak złośliwie napisał o nim jeden z krytycznych badaczy jego twórczości – „esteta przemocy pozbawiony woli czynu”, „rewolucjonista zza biurka”, potrafiący nawet brata Ernsta przelicytować w radykalizmie sformułowań, w artykułach, których retoryczna agresywność skierowana przeciwko rządzącym dochodziła do temperatury rozżarzonego żelaza, bezlitośnie piętnował „skorumpowanych łajdaków plutokratycznego państwa” :
Rozpad idei demokratycznej obejmuje całość demokratycznych organizacji i jest dziś zauważalny wszędzie. Wyraża się on w postępującym rozkładzie, w rozprzestrzeniającej się anarchii będącej córą liberalizmu. Epoka demokratyczna zbliża się do końca. Nic silniej nie potwierdza tego faktu niż duchowa postawa tych, którzy umiarkowanie lub z radykalnym patosem epokę tę reprezentują. Niesłychana katastrofa przygotowuje się w śmietance republiki. Zgnilizna rozszerza się gwałtownie; wydobywa się z samej świątyni i wypełnia życie publiczne ciągle na nowo wyziewami korupcji, które zawsze można wyczuć tam, gdzie następuje rozkład. Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć na pewno, że trwanie przy obecnych formach politycznych przyniesie nowe, niesłychane skandale korupcyjne, które zniszczą ową resztkę zaufania zachowaną dotychczas przez tych, którzy niczego nie potrafią się nauczyć. Jest to nieuniknione, gdyż rozpad idei demokratycznej wyraża się nie na sposób abstrakcyjny, ale poprzez ludzi ją reprezentujących. Idee proklamowane z ogniem i rewolucyjnym patosem w 1789 roku, i które, choć w sposób sloganowy, głoszono z żarliwością i obywatelskim patosem w 1848 roku w Niemczech, są dziś niczym innym jak płaszczykiem dla korupcji, pięknego kłamstwa i szybko narastającego brudu.
W polityce zagranicznej za podstawowy cel uznawał wyzwolenie spod „dyktatu wersalskiego”, pozbawiającego Niemcy suwerenności, narzucającego im „duchową francuzczyznę” i „wysadzenie w powietrze europejskiego związku dla pokojowej eksploatacji Niemiec”. Żądał rewizji granic na wschodzie i zachodzie, przyłączenia Austrii, likwidacji Ligi Narodów, taktycznego sojuszu ze Związkiem Sowieckim, aby stworzyć narzędzie dla rozsadzenia systemu powersalskiego. Związek Sowiecki miał być taranem dla rozbicia „zachodniego imperializmu”, w którego kleszczach znalazły się również Niemcy. Nowy, zdecydowany nacjonalizm powinien podkreślać wartość takiej konstelacji siły, która potrafiłaby zapobiec skutkom polityki Ligi Narodów i osłabić znaczenie układu wersalskiego. Możliwość takiej polityki, twierdził, jak najbardziej istnieje, ale jest nie do pomyślenia bez Rosji. Między Rosją i Niemcami nie ma żadnej zasadniczej sprzeczności interesów i nic nie stoi na drodze ich ścisłej współpracy, przeciwnie, jest ona „pożądana ze względu na wspólnotę ich egzystencjalnych interesów, ze względu na rzadko spotykaną jedność celów politycznych”. Niemcy, Związek Sowiecki wraz z ludami Azji i Afryki winny stworzyć wspólny front przeciw „zachodniemu kolonializmowi” i „imperializmowi”, ponieważ są ich ofiarami i ich zniszczenie leży w ich wspólnym interesie.
Przyjazny stosunek do Związku Sowieckiego wypływał przede wszystkim z taktycznych kalkulacji politycznych, choć, po części, był także przejawem typowego dla narodowych rewolucjonistów zafascynowania Wschodem i zainteresowania światem słowiańskim. Przewidywali, że kiedy sojusz z Sowietami zostanie „skonsumowany”, dojdzie do konfliktów i napięć takich jak pomiędzy Niemcami i Francją. Ernst Niekisch pisał profetycznie: „Wisła będzie Renem Wschodu, Warszawa Strasburgiem, Polska nasiąkniętą krwią Burgundią, sporną Alzacją”.
Jünger, podobnie jak inni narodowi rewolucjoniści, podziwiał polityczny, ascetyczny fanatyzm bolszewików , ich wolę władzy, ich sukcesy w walce przeciw mocarstwom kapitalistycznym i ideologiczną spójność marksistowskiego światopoglądu. Charakterystyczną dla narodowych rewolucjonistów ocenę rewolucji bolszewickiej zawiera wypowiedź jednego z bohaterów powieści Ernsta von Salomona Potępieni: „Oni mówią rewolucja światowa i myślą Rosja. Naród dociera tak daleko jak daleko sięga jego siła, i tak daleko sięga również jego idea”.
Jünger sprzeciwiał się „zastępowaniu polityki przez system humanitarystycznej cywilizacji”, będący jedynie maską mocarstwowych interesów, obrzydzeniem napawała go polityka „frazesów i banałów” uprawiana przez demokratyczno-liberalnych polityków będąca wyrazem „duchowej postawy drobnomieszczan, łaknących pojednania i wzruszających gestów, choćby były obłudne”. W miejsce ckliwych i zakłamanych scen „przyjaźni i pojednania” proponował nieco inne formy aktywności politycznej:
Wysadzimy Europę w powietrze, Scytów nazwiemy przyjaciółmi i z Tatarami wypijemy bruderszaft. Będziemy tańczyć na bożku porządku, bezczelnie z niego szydząc a jego kapłanów Baala zaszlachtujemy nożem Daniela. Duch ojczyzny burczy nam w brzuchach; stworzy on sobie głos, który niczym puzony przejdzie wokół Jerycha europejskiego braterstwa zwalając jego mury.
W wydanej w 1926 roku Koncentracji nacjonalizmu przepowiadał , że drogę torują już sobie siły szykujące się do nowej walki, ostatecznej walki imperializmu o władzę nad całą planetą. Nie gdzie indziej, ale właśnie w przestrzeni Rzeszy Niemieckiej zbiegają się, według niego, linie światowej polityki, tutaj leży punkt ciężkości Europy i świata. Pozycja Niemiec to równocześnie pozycja światowej rewolucji: rozstrzygnięcia tutaj zapadające są politycznymi aktami rewolucjonizującymi świat. Rok 1945 przyznał rację jego prognozie z 1930 roku: „Być może będziemy walczyć sami, ale pewne jest, że nie upadniemy sami, i że nowa klęska wielu innych ciśnie w przepaść”.
Prorokował, że Republika Weimarska wzięta w kleszcze masowych ruchów: narodowo-socjalistycznego i komunistycznego nie będzie miała żadnych szans na przetrwanie. Demokracja niemiecka, ta żałosna, imitatorska demokracja, istnieje tylko dzięki naciskowi z zewnątrz; jeśli ten nacisk zostanie zneutralizowany, natychmiast się rozpadnie. Nie zdołają temu przeciwdziałać żadne ustawy o ochronie republiki, żadne reformy ordynacji wyborczej, żadne większości parlamentarne, żadne partyjne koalicje. Demokratyczna maszyneria jest już całkowicie zardzewiała. Wymyślona za biurkiem „listopadowa republika” sama doprowadza się do absurdu i popełnia harakiri.
Dostrzegał jasno, że tradycjonalistyczne, „konserwatywne” oblicze narodowego socjalizmu to tylko jedna z twarzy ruchu, druga to twarz nowoczesności, kultu techniki, umasowienia i uniformizacji. W jego opinii dynamikę nowemu reżimowi nadają wykorzenione masy „ślepe, słabe, wrogie łagodnemu światłu”.
W artykule O równości („Widerstand”, kwiecień 1934) chwalił ironicznie demokratyczny styl narodowych socjalistów, których uważał za element liberalno-demokratycznego system partyjnego i za kontynuatorów liberalnej dekadencji:
Popularność jest echem równości, miarą osiągnięć przywódców. Popularność nie jest tym, co napotyka na nieufność i podejrzenia, gdyż w głośnym okrzyku aklamacji, jaki wydaje lud, objawia się vox dei. (…) Nie wolno fałszywie interpretować entuzjazmu, którego wysokie fale z szybkością burzy przewalają się przez kraj. Ten entuzjazm to polityczna akcja demokracji.
W artykule Rzeczywistość i prawda. Spojrzenie wstecz na rozpad mieszczańskiego świata („Widerstand”, maj 1934) demaskował (nie wprost) kłamstwa, fobie i fantazmaty narodowosocjalistycznej propagandy:
Widzimy, że każdy rodzaj panowania i autorytetu staje się podejrzany. To jest możliwe tylko tam, gdzie forma panowania nie jest już nienaruszona, tam, gdzie aktor staje się reprezentantem władzy. Gdzie on występuje i staje się przedmiotem kultu ze strony mas, które go potrzebują, tam dekompozycja rzeczywistości znajduje się w pełnym toku. Wszystkie poglądy utraciły swoją świeżość, cała budowlę przesyca woń lakieru, farby i szminki, charakterystyczna dla wielkich atrap. Znaczenia nabierają efekty sceniczne. Aktor odgrywa rzeczywistość, której sam jest pozbawiony. Jego repertuar jest niezmiernie szeroki, gdyż nie ma roli której nie potrafiłby zagrać. Jest postacią, na której można studiować symptomatykę rozkładu we wszystkich jej oznakach. Kiedy porusza się na koturnach, oszukany widz, rozwiera szeroko oczy i usta, wierząc, że widzi Boga lub giganta. Ale to tylko nędzny kuglarz gestykuluje przed nim, a jego sztuczki szybko się kończą. Oczywiście jest czymś dobrym, że koniec przychodzi tak szybko, bo lepiej, żeby człowiek zginął, niżby trwał w fałszywej egzystencji.
W opublikowanym w 1934 roku tomie Wiersze zamieścił elegijny poemat Mak, zawierający niedwuznaczną krytykę nowego reżimu ( wiersz z podziwem odnotował w swoich dziennikach Tomasz Mann). Pisał w nim o zgiełku, który boleśnie dźwięczy w uszach, o wstręcie, jakim napawa go nastrój upojenia, głośny wrzask, co sam siebie nazywa entuzjazmem. Trybun odgrywający koturnowa rolę, co „w chwale własnej się pławi”, obejmuje władzę; uciekają Muzy, ucieka Koriolan, zostaje „gromada pyskaczy wielbionych przez motłoch”.
Narodowosocjalistyczna „akcja demokracji” rozproszyła, porwała, pochłonęła również narodowych rewolucjonistów; wraz z upadkiem Republiki Weimarskiej i zwycięstwem „Wielkiego Aktora”, zakończyła się ich krótka historia, w dziejowym wirze przepadło na zawsze jedno z ciekawszych zjawisk europejskiej prawicy pierwszej połowy XX wieku. Narodowi rewolucjoniści, do których zaliczał się Jünger, nazywani niekiedy „lewicowymi ludźmi z prawicy”, byli politycznymi absolutystami (jak Winston Churchill miał określić T.E.Lawrence’a), zadziwiającą mieszanką ducha pruskiego i ducha rebelii, „wędrownymi ptakami” z mauzerem za pazuchą błądzącymi pośród wypalonych ruin starego świata w poszukiwaniu idealnej Rzeszy, buntownikami trawionymi głodem prawdziwej służby i prawdziwego posłuszeństwa, straconym legionem nacjonalistycznej rewolty, kochającym „zdobywanie łupów na polu bitewnym nieskończonych możliwości” (Ernst Jünger). Pragnęli, by posłużyć się słowami Eichendorffa, „szturmować bramy niebios”. Dla jednych ów szturm zakończył się służbą u nowych panów, dla innych emigracją lub „emigracją wewnętrzną”, dla jeszcze innych więzieniem, śmiercią na froncie lub w konspiracji przeciw reżimowi narodowosocjalistycznemu i, w konsekwencji, pod toporem katowskim. Narodowa rewolucja pozostała niespełnionym marzeniem. Lub też, jak powiedzą inni, urzeczywistniona została przez narodowych socjalistów, czyli niewłaściwych ludzi i nie tak, jak to sobie wymarzyli. Po raz nie wiadomo który rewolucja pożarła własnych ojców.
Friedrich Georg Jünger wybrał „wewnętrzną emigrację”, całkowicie wycofał się z życia publicznego, wyjechał z Berlina i po pewnym czasie przeniósł się na najdalszy południowy kraniec Niemiec do Überlingen – liczącego wówczas pięć tysięcy mieszkańców miasteczka nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie mieszkał do końca życia. Z politycznego publicysty i aktywisty zamienił się w poetę – Goethe, George, Klopstock, Hölderlin, Trakl byli dlań wzorami – autora opowiadań, aforyzmów, esejów filozoficznych, powieściopisarza, tłumacza. Już wcześniej, na przełomie lat 20. i 30. zaczął odwracać się stopniowo od bezpośredniego zaangażowania politycznego, co widać również w jego publicystyce, w której coraz mniej było odniesień do aktualnych kwestii ideologiczno-politycznych a coraz więcej refleksji nad kulturą.
Ogłosił znakomite tomy wierszy: Wiersze (1934), Wojna (1936), Taurus (1937), Missouri (1940), relacje z podróży: Listy z Mondello (1943), Wędrówki na Rodos (1943), książki eseistyczne: O komizmie (1936), Greccy bogowie (1943), Tytani (1944). Wiersze i eseje publikował na łamach niepolitycznych czasopism jak „Corona”, „Neue Rundschau”, „Die Literatur”. Nie należał do Izby Piśmiennictwa Rzeszy.
Podczas gdy w okresie Republiki Weimarskiej widział w technice instrument, którego naród musi użyć dla odzyskania suwerenności i dla panowania, to teraz porzuca narodowo-rewolucyjna technofilię i w 1939 roku kończy pisać swój słynny traktat przeciwko dominacji techniki i technicznego myślenia Perfekcja techniki (wydane w 1946 roku), uzupełniony później przez Maszynę i własność (1949). Kontynuuje pracę literacką publikując kolejne tomy wierszy:
Zachodni wiatr (1946), Pustelnia srebrzystego ostu (1947), Winnica (1947), Sznur pereł (1947), Irys na wietrze (1952), Krąg lat (1954), Czarna rzeka i wietrzno-biały las (1955), Stuka do drzwi (1968). Wydaje zbiory esejów: Mity greckie (1947), Wschód i Zachód (1948), Nietzsche (1949), Rytm i język w wierszu niemieckim (1952), Język i kalkulacja (1953), Mity greckie (1957), Pamięć i wspomnienie (1957), Słowo i znak (1959), Ogrody na Zachodzie i na Wschodzie (1960), Język i myślenie (1962), Wschód i Zachód (1968). Wydał powieści Pierwszy krok (1954), Dwie siostry (1966) i zbiory opowiadań: Dalmatyńska noc (1950), Pawie i inne opowiadania (1952), Rozstaje (1961), Powrót (1965). Przełożył Odyseję. Swoją młodość oraz lata spędzone w Lipsku i Berlinie opisał w książkach autobiograficzno-wspomnieniowych Zielone gałęzie (1951) i Zwierciadło lat (1958). Publikował również w takich czasopismach jak „Merkur”, „Antaios”, „Akzente”, „Jahresring”.
Jego zainteresowanie nauką i techniką znalazło swój wyraz w książce Doskonałe stworzenie (1969), w której poddał krytyce dogmatyzm nauk przyrodniczych i propagowane przez nie widzenie natury, nie uwzględniające faktu, iż nie potrafimy do końca pojąć „planu i budowy świata”. W 1971 roku wraz z Maxem Himmelheberem zakłada pismo „Scheidewege” – reprezentujący najwyższy poziom intelektualny „kwartalnik na rzecz myślenia sceptycznego” stanowiący forum dyskusji o problemach filozofii przyrody, techniki, nauki i ekologii.
Dla duchowej postawy i dla twórczości Jüngera charakterystyczne jest odrzucenie wszelkich form subiektywności rozumianej jako permanentne rozgrzebywanie „prywatnych poruszeń duszy”. Nie znajdziemy u niego ani moralistyczno-humanitarystycznych kryteriów przykładanych do historii i losu człowieka , ani letniego śluzowatego sentymentalizmu, w którym rozpływa się każda forma i każdy kształt (Dobroć jest klejnotem zdobiącym najtwardszych. Przyjmij ode mnie to słowo: nie ufaj miękkim). Poszukuje trzeciej drogi, tak samo oddalonej od pustki tego, co ogólne i abstrakcyjne, jak i od błahości i banalności tego, co prywatne i „indywidualne”. Przedrzeć się chce przez zasłonę powszechnego gadulstwa, aby dotknąć rzeczywistości, która odsłania się wówczas, gdy pewien szczególny, odrębny jej fragment wskazuje jednocześnie poza siebie, ku temu, co „typowe”, powtarzalne niezmienne, nie rozmywając się jednak w blada alegorię, nie tracą żadnego wymiary, żadnej barwy swej samoistnej egzystencji i zachowując ostre wyraziste kontury.
Odwołując się do greckich mitów, do Apolla i Dionizosa, dąży do tego, aby wyjść poza utartą alternatywę „appoliński spokój” – „dionizyjska ekstaza”, poszukuje innej, „trzeciej pozycji”, połączenia „chłodu”, „małomówności”, opanowania, dyscypliny, wyrazistości tonu i rytmu z radosnym, uniesieniem w obliczu bujności bytu, namiętną fascynacją chaosem, który jest warunkiem życia i płodności (Płodność jest chaotyczna, chaos straszliwą płodnością. Sterylność to urok pustyni). Pisał, że najdoskonalszą zabawka jest kalejdoskop, ponieważ tworzy symetrię, aby w następnej chwili ją zniszczyć, a w następnej znowu odbudować. Gdyby nie było tworzenia, niszczenie natychmiast by ustało, a wraz z nim życie samo. To są dwie nierozłączne strony życia, stanowiące zarówno o jego pięknie jak i okrucieństwie – dziecięcy kalejdoskop jest tego najprostszym, najlepszym symbolem.
Jünger poszukuje ładu mieszczącego się poza systemem, abstrakcyjnym schematem i metodą, które „kanalizują rzekę życia”, i odnajduje go w rytmie:
Gdy rytm zamiera, zaczyna się nuda.
Dążę ku żywiołom, ku fali, ku ogniowi. Zawierzam ufnie najstarszym powtórzeniem, prawom powrotu. Nie docieram przy tym dalej niż zaprowadzi mnie rytm. Gdyby mnie opuścił, słoneczny rydwan zrzuciłby mnie w dół, rumaki i woźnicę opanowałoby szaleństwo.
Rytm pozwala opanować chaos bez utraty jego płodnej mocy, utrzymuje ruch życia, ale oddala niebezpieczeństwo, że pochłonie go bezładna, bezkierunkowa, destruktywna dynamika; rytm umożliwia osiągnięcie spokoju i ładu, które są przeciwieństwem martwego bezruchu i rozleniwionego trwania. Mityczne prasiły, żywioły wody i ognia, odwieczny rytm świata, czyli rytm „wiecznego powrotu” ( Przychodzę i odchodzę znowu, i przychodzę raz jeszcze, gdyż słodką jest rzeczą obracać się w tańcu ), ujęte w poetyckie słowo przekształcają się w „boską grę” – cały „świat staje się tańcem i śpiewem” – obserwowaną i przeżywaną w radosnym spokoju ducha, intensywnie, ale z dystansem płynącym z pragnienia, aby na zimno cyzelować formę .
Spokój, opanowanie i dystans (Gdzie brak dystansu, tam wszystko staje się demoniczne) dają szansą na „ostrzenie słuchu tak długo, aż od dołu da się rozpoznać wyraźne bicie pulsu”, są składnikami życia intensywnego, pełnego i skoncentrowanego, któremu duchową gęstość nadaje świadomość jego przemijalności i śmiertelności. Pojawia się w nim „delikatna, srebrna namiętność” i „złota wichura nadmiernych mocy”, człowiek potrafi „usłyszeć harmonię nieskończonego nawet w skrajnych dysonansach, usłyszeć jak wielki kryształowy krąg drga i zaczyna śpiewać”, poczuć w sobie „wibracją” bytu. „Odczarowany” świat na nowo staje się pełen cudownych niespodzianek.
F.G. Jünger był człowiekiem konserwatywnym, podobnie jak jego brat Ernst „heroicznym realistą” uprawiającym winorośl na stoku wulkanu, „pogodnym radykałem, co „tańczy z przeznaczeniem” i zachowuje spokój w obliczu katastrof. Oddalony od rozgwaru tzw. życia literackiego rozmyślał i tworzył, kultywując wzór poety i filozofa należącego do tak rzadkiego w naszych czasach gatunku „wolnych duchów”. Radość istnienia (Pogoda ducha jest zawsze oznaką wolności) i głęboka melancholia pozostają u niego w nierozerwalnym związku, a „arystokratycznej” wyniosłej pogardzie dla mas i ich politycznych organizacji towarzyszy pokora wobec zagadki i wielkości losu każdego choćby najmniej znaczącego, najmniejszego, pojedynczego człowieka (Pozwólcie nam kochać także tych, którzy niczego nie dokonują).
Był reprezentantem jedynej dziś możliwej prawdziwej elity – „elity postrzegania”, która przekazuje „szlachetnym wybrańcom” zapisy z kolejnych aktów „deszyfrowania kodu ludzkiej egzystencji”. Dla „elity postrzegania” zasadniczym celem jest zachowanie umiejętności czynienia dystynkcji, rozróżniania, różnicowania, dostrzegania wszystkich odcieni, półtonów i niuansów, ćwiczenie i pielęgnowanie zdolności do wydobywania spod abstrakcyjnych schematów, ideologicznych symplifikacji i massmedialnego szlamu tego, co jednostkowe, żywe, chaotyczne, konkretne i odrębne, a równocześnie odkrywanie wielkich rytmów, zasadniczych linii, zawsze takich samych powtarzalnych wzorów – w kosmosie, w naturze, w historii, w losach cywilizacji, państw i narodów, zgodnie z rozpoznaniem, że „prawda jest udziałem własnego w powszechnym, powszechnego we własnym”.
Kto wie, być może jedyną ambicją człowieka konserwatywnego winno być dziś wejście do „elity postrzegania”, którego nie gwarantuje ani pochodzenie, ani koneksje, ani bogactwo, ani popularność wśród wyborców. A jedynie kształcenie umysłu. Pisał Jünger: Istnieją umysły, które są ciemne, w których nie ma światła. Oraz takie, które są tak jasne od sztucznego światła, że już nic nie widzą. Do „elity postrzegania” należą ci, których umysły rozświetlone są łagodnym, naturalnym światłem.
Tomasz Gabiś
Przypisy
[1] „Faszystowskim rewolucjonistą” nazwał F.G. Jüngera Tomasz Mann, którego tenże z pasją atakował w latach 20., oskarżając go, że „każdy metal przemienia w konfekcję”
[2] Zob. F.G. Jünger Oblicze demokracji, przeł. T.Gabiś oraz Koncentracja nacjonalizmu, przeł. W.Kunicki [w:] Rewolucja Konserwatywna w Niemczech 1918-1933, wybór i opracowanie W.Kunicki, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1999.
Poprawiony i uzupełniony artykuł, który ukazał się pod tytułem „Friedrich Georg Jünger-piewca rytmu” w „Stańczyku” nr 32 (1998). Fragment o narodowych rewolucjonistach pochodzi z tekstu „Konserwatywna rewolucja” („Fronda” nr 8, 1997).
