«
»

Archiwum Stańczyka

KARL LUBOMIRSKI „POEZJE”

12.10.11 | brak komentarzy

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 30 (1997).

Karl Lubomirski urodził się 8 sierpnia 1938 w tyrolskim Solbad Hall. Po kądzieli jest potomkiem znanej polskiej rodziny arystokratycznej – jego dziadek był od 1911 roku architektem miejskim w Innsbrucku. Poeta mieszka juz od lat w Lombardii (w okolicach Mediolanu). Pisze w języku niemieckim. Lubomirski wydał od roku 1973 kilka tomów wierszy i prozy (przy czym twórczość prozatorska datuje się raczej na lata 90). W języku polskim ukazał się w lubelskim wydawnictwie TEST tomik Wiersze/Gedichte (1992), dwa fragmenty prozatorskie ukazały się w tomie zbiorowym Labirynt fałszerstw (Wrocław 1994). Wiersze Lubomirskiego charakteryzuje przede wszystkim zwięzłość a zarazem przystępność, co jest istotne w dobie poezji hermetycznej. Są to aforyzmy ujęte w karby pięknego języka, stanowiące swoiste okna, które otwierają się na te sfery, jakich w naszej codzienności raczej nie dostrzegamy. Ta prostota (skrywająca takie skomplikowanie jak słynne dwuwiersze Anioła Ślązaka) przekonuje czytelnika o fakcie, iż nie wielkie systemy filozoficzne, ale proste zwykłe gesty decydować mogą o ostrości naszego wzroku i o zaistnieniu takich kategorii jak współczucie, wrażliwość na to, co większe od nas, hierarchiczne, piękniejsze. Liryka Lubomirskiego była przekładana na kilkanaście języków, w tym ukazały się osobne tomy w przekładzie na polski, francuski, włoski. Tłumacz Lubomirskiego, Wojciech Kunicki prezentuje kilkanaście takich okien na codzienność wybranych przez Tomasza Gabisia z opublikowanych w latach 90. tomów poetyckich Lubomirskiego.

TONĄĆ
Jak statek
ale z rufą
ku słońcu

SZCZĘŚCIE
To jasne oko
świeżość strumienia
bezsilność pocałunku
błękit nieba
i trzepot serca
w twej jasnej ręce

GDY JUŻ NIE WIESZ CO POCZĄĆ
myśl o ptakach w śniegu
o rybach w sieci
o szczudłach
myśl o oczach
Homera

ŻYCIE
Jemioła
w drzewie śmierci

PRZY KOPYCIE BOJOWEGO RUMAKA
rój motyli
(z chińskiego)

ZIMĄ
ścinają drzewa
zimą
gdy śpią

ŻYCZENIE NA TEN DZIEŃ
Kawałek chleba
dobre słowo
i szczypta zdumienia

OŚLEPŁEŚ
mój dniu
ale w twych oczodołach
śpi
jaśmin

WOJNA
Wszystko wyliczą komputery
Poza miłosierdziem

GÓRY TRYDENTU
Spoczywają
jak wielkie zwierzęta
co każdej godziny podnieść się mogą
odejść
by znaleźć dla siebie pasterza
wśród synów słońca

CEDR
Tysiąc lat
otulonych
w ptasi śpiew

DRZEWO NA TYLNYM PODWÓRZU
Kwitniesz
co zrobiłem
dla
ciebie

DRZEWA WIELKOMIEJSKIE
Skazane
na rozkwit

JAK DŁUGO SZUKAŁEM
Aż go wreszcie znalazłem
śpiącego
we fiołku

DALEKA DROGA
Do serca Boga
Kto tylko rusza
Już tam jest

RAZ DO ROKU
zstępują Aniołowie z nieba
a jako że drzewa
nie potrafią płakać
kwitną

NA KRAWĘDZI DROGI BŁĘKITNY KWIAT
zatem niebo nie jest już samotne

CO WIEDZĄ MOTYLE
o rozkwitaniu kamieni

NIEBO BŁĄKAŁO SIĘ BEZ OJCZYZNY
póki nie znalazło twych oczu

TY
Jaskółka
w mej katedrze

EURDYKA
Jasno unosi się pieśń
z nocy fletni

TRZEBA CZĘŚCIEJ ROZMAWIAĆ ZE STOKROTKAMI
z cedrami
z wielkimi jasnymi rzeczami
Trzeba głaskać stare bramy
jak głaszcze się czoła starców
nie pytając

RADOŚĆ ŻYCIA
Zamiast co dzień
co tydzień
myśleć o samobójstwie

PANIE
Naucz mnie modlitwy
co nagnie Twą wolę

VEDUTA AGRY
Ciche karawany światła
siadają u stóp wieczoru
Bezgłośnie wschodzi ostatni psalm
skalnej nocy

Kapitel słońca
się rozsypuje
(Dla Brunona Nardiniego)

ARKADIA
Góry szepczą sobie wzajem błękitne słowa
o wieczności
wiatru dłoń sokolnika
rzuca parę orłów za morza
pozłotą uderza dziki owies przez doliny
w cienie późnych klonów.
Na szmaragdowym piasku gdzieś
konają białe ryby

PRZEJAZD
Chmury
uskrzydlonego popiołem morza.

Miedzy jaśminem gwiazd
Sierp księżyca

MORZA
Kielichy
w gwiezdnych dłoniach

NOMADZI
Dokąd idą czarne kobiety
w czarnych sukniach
przez wypalone pola
dokąd

RÓŻA
Na twej jedynej kolumnie
spoczywa słońce
całe

STARZEC
Cicho tu
mimo bliskich samolotów,
bawiących się dzieci.
Cicho tu
tylko słychać spadające gwiazdy
nocą

LIPIEC WIELKIEGO MIASTA
W kurzu zmaga się ptak
dziób we krwi
o słońce.
Szum ciężkich wozów
zagłusza opadanie kwiecia lipy
co pokrywa umierającego

PIĘKNA
Piękna jesteś dziewczyno
w błękitnej sukience
tam
na krawędzi słońca
między wiciokrzewem a księżycem
piękna jesteś, dziewczyno
a motyl twoich warg
nie spoczywa daremnie

PTAKI
Ptakami jesteśmy
Wykarmieni czasem
Do naszego
odlotu

PRZYTUL
Przytul dziecko do serca
zanim zwiędnie

GDY
Gdy Bóg dotknie ziemię
rośnie serce matki.

JAK TO JEST
Jak to jest
że małe życie
skrywa miłość
by wypełnić świat

MAGNOLIE
Znów stoją
przyboczna straż nieba.
W kwietnej dłoni
cykady ostatnie rozmowy
z inną
zbierając zegary katedr
jakbyśmy wieczni byli

ŚWIATŁO KSIĘZYCA
Puste jezioro
śpiew skowronka waży się na gładź
i spada

NIE WIESZ
Nie wiesz
czym są kwiaty
to aniołów ślady
kochane dziecko
gdy opuszczają ziemie

BLUŹNIERSTWO
Cisza pszenicy
złamany kłos.
Ale ręce nieba
z szumem szybują do góry
między skowronkami
rzucają lustrzaną siekierę słońca
na wiatr w morzu
które pęka

MY II
Jesteśmy iskrami
Jakiegoś światła

WIERSZE
Klucze do mojej celi

POETA
Ptak
nad płonącym lasem

SŁOWA
Pod srebrnym pługiem słów
Rosną pola milczenia

GOŚCIE
Wróble radości
W pszenicy bólu
(dla Emilio Greco)

WIECZNOŚCI
Nałożyłaś kolię
mych błękitnych dni
na swą ciemną pierś.

GDYBYM BYŁ
Ach, gdybym był gałęzią
Na której śpiewa słowik

MARZEC I
Motyl trzepocze nad śniegiem
słońce przerwało milczenie

ZMĘCZYSZ SIĘ
Zmęczysz się
nie idąc wśród cudów

OLIWNE DRZEWO
Jest rąk podaniem
rankiem
znakiem
studnią
alabastrem pełnym
saraceńskich głosów
jeszcze nie światłem
i już nie cieniem
niedosięgłą modlitwą
wysłuchaną

JABŁOŃ
Jesteś mym bratem
drogie drzewo
trzymające jabłka we mgłę
bluszczem
oplecione

ZIEMIA OBIECANA
Gdzie maszyny
oddają pokłon
kwiatom

REQUIEM
Teraz twój oddech jest z powiewem
Motyli ptaków przyjacielem
łagodnie pełniejących żagli

Teraz twój oddech jest w powiewach
strzegących smoki ciche wierne
miłosne pieśni, niezabudki
koronek lekkie falowanie
przy zmarłych królach

Teraz twój oddech jest cząsteczką
obrotów sfer melodią wieczną

POŻEGNANIE
Już możesz iść
Modlitwy porosły
Twe drogi
Wśród gwiazd
(Dla G. R. H.)

HIOB
W moich ranach
jest jeszcze miejsce
Panie
na Twój dom

DELFY
Gdzie świątynia zostały mury zapachu
piekących korzeni
u bijącego źródła zsiada kobieta w czerni
z muła
olej i modlitwę w nisze wsuwa
i odchodzi
wieczór biegnie przez róg koziorożca
laur się kłoni
przed godziny okiem migdałowym

ITALSKI BRZEG
To procesja królów
w tych siwowłosych godzinach
które chcąc swą pochodnie zgasić
potrzebują mórz
i
nawiedzają spłukane słońcem ołtarze
na których niegdyś umierano
dla bóstw

MILCZ
Milcz ma Polsko
Milcz me serce
zbyt potężny krwi twej lot
w wyschłe żyły
w słuch i głos
i wzrok nieba

Milcz ma Polsko
Milcz me serce
wszyscy śnili
że się budzisz
weź care paket bezsilności
weź też smutek
weź nas wszystkich
i braterski
pocałunek weź przyszłości



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»