«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – XVI

01.16.12 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Śmierć Caspara von Schrenck-Notzinga, Armina Mohlera czy ostatnio Gerda-Klausa Kaltenbrunnera oznacza zejście ze sceny starej gwardii niemieckiej prawicy, które zresztą dokonało się już w chwili, kiedy przestały wychodzić jej okręty flagowe jak „Criticon” czy „Staatsbriefe”. Jednak w ostatnich latach (także na fali „internetowej reformacji”) pojawiła się cała plejada prawicowych eseistów, publicystów i blogerów skupionych wokół pism „Junge Freiheit”, „Sezession”, „Blaue Narzisse”, „eigentümlich frei”, Instytutu Polityki Państwowej oraz innych czasopism, wydawnictw, portali i stron internetowych. Reprezentanci niemieckiej „młodej prawicy” w pełni zasługują na miano krytycznych intelektualistów, a ich działalność świadczy o tym, że w Niemczech zarówno teoria krytyczna, jak i krytyka polityczna przesunęły się dziś na prawicę. Przytoczmy – tytułem przykładu – kilka charakterystycznych głosów.

I tak Gérard Bökenkamp z „eigentümlich frei” w artykule Od marksizmu do idealizmu stwierdza, że teza „świadomość określa byt” stanowi główne założenie dyskursu panującego w RFN. Postawione na głowie sławne marksowskie dictum jest podstawą wszelkich debat publicznych. Z tego założenia wyprowadza się wniosek, że „wyrażenie poglądu równa się społeczny efekt”. Ten naiwny idealizm w dziedzinie teorii społecznej ma fatalne skutki dla kultury politycznej i wolności słowa. Na cudze poglądy reaguje się bowiem tym bardziej nietolerancyjnie, im silniej ktoś jest przekonany o realnych skutkach tychże poglądów. Jeśli ktoś wierzy, że publiczne wypowiadanie opinii jest odpowiedzialne za problemy społeczne, wówczas tylko mały krok dzieli go od przekonania, że pewne opinie trzeba zwalczać wszelkimi sposobami. Kto wierzy, że konflikty pomiędzy ludzkimi grupami naprawdę powstają dlatego, że ludzie mówią o sprzecznościach pomiędzy nimi, ten w wypowiedziach upatrywał będzie realnego niebezpieczeństwa dla spokoju społecznego. Z perspektywy naiwnego idealizmu pełna wolność słowa jest tylko przeszkodą na drodze do zbudowania dobrego społeczeństwa, a kto upiera się przy zdaniu przeciwnym, ten jest wichrzycielem.

Kiedyś to lewica przypisywała materialnym przymusom i ekonomicznym prawidłowościom większy wpływ na bieg rzeczy niż ideom, dyskursom oraz świadomości grup i jednostek; to lewica jako wyznawczyni materialistycznej teorii społecznej miała skłonność do podkreślania roli czynników ekonomicznych czy też, szerzej, materialnych; poglądy miały rodzić się z bazy ekonomicznej i odzwierciedlać konflikty materialnych interesów w społeczeństwie. To podejście należy już do przeszłości, ponieważ lewica wykonała zwrot w kierunku radykalnego idealizmu. Okazuje się dziś, że interpretacje zmieniają świat. Kiedyś lewica głosiła, że to socjoekonomiczna baza rozstrzyga o społecznej ewolucji, i że najistotniejsze są historyczne zmiany procesów produkcyjnych, a nie idee i subiektywne przekonania. Tyle tylko, że z materializmu trudno wywieść koncepcję o najwyższej wadze społecznych dyskursów, a tę właśnie koncepcję wyznaje przeważająca większość intelektualnej lewicy – wyznaje dlatego, że pozwala jej to uprawiać politykę świadomości i politykę językową oparte na założeniu, że rzeczywistość jest konstruktem.

Naturalnie, pierwotna marksistowska koncepcja w swojej topornej formie jest fałszywa, ale koncepcja wszechmocy stosunków materialnych została po prostu zastąpiona równie fałszywą koncepcją wszechmocy dyskursów. Ta zmiana paradygmatu nastąpiła najpóźniej w latach 80. XX wieku, patronowali jej Freud, Gramsci, Foucault, Habermas, Judith Butler – żeby wymienić tylko kilkoro sprawców tego zwrotu w kierunku naiwnego idealizmu, który jest tak samo intelektualną ślepą uliczką jak redukcjonistyczny materializm.

Naiwnemu idealizmowi lewicy towarzyszy stałe moralizowanie – bowiem człowiekowi , według którego świata nie określają społeczne i ekonomiczne prawidłowości oraz materialne przymusy, lecz kształtowanie świadomości,  mniej będzie zależeć na wyjaśnieniu związków przyczynowo-skutkowych, a bardziej na moralnej ocenie konsekwencji, jakie rzekomo niosą ze sobą słowa. Dlatego będzie reagował histerycznie na takie czy inne wypowiedzi. Jeśli dobre poglądy prowadzą do dobrego zachowania, a złe poglądy do złego, to należy dobre poglądy powtarzać jak mantrę, zaś złe – bezustannie piętnować i potępiać, a w końcu wygnać ze świata raz na zawsze. Niewypowiedziany cel jest taki, aby istniały tylko dobre poglądy i dobrzy ludzie – „dobry jest ten, kto mówi dobre rzeczy”. Dlatego tzw. opiniotwórcze autorytety, dziennikarze, telewizyjni moderatorzy i politycy działają we własnym mniemaniu odpowiedzialnie, dbając to, żeby o pewnych faktach się nie mówiło, tłumiąc opinie kontrowersyjne. Albowiem gdyby tego nie czynili – szczerze w to wierzą – ład społeczny wypadłby z kolein i zatryumfowałoby zło.

Rzecz jasna, założenie o społecznym oddziaływaniu dyskursów jest równoznaczne z przecenianiem swojej roli przez intelektualistów i opiniotwórców; walczy się o „kulturalną hegemonię”, która na dłuższą metę wcale nie jest rozstrzygającym czynnikiem kształtującym rzeczywistość, atakuje się osoby o kontrowersyjnych („złych”) poglądach, ponieważ przypisuje się im wpływ na bieg świata, którego wcale nie posiadają. Z rzeczywistością mają coś wspólnego nie wypowiedzi jako takie, jak chce (zabobonna) wiara we władzę dyskursów, lecz rezonans z jakim się spotykają. Powodzenie określonych stanowisk polityczno-intelektualnych jest następstwem realnych stosunków społecznych. Intelektualiści mają wpływ, ale tylko wówczas gdy ich idee znajdują rezonans, który determinowany jest przez materialną rzeczywistość, natomiast naiwni idealiści sądzą, że jak się nada milion „talk-shows”  promujących słuszne poglądy, to świat się zmieni.

Naiwny idealizm, przekonuje Bökenkamp, zawodzi jako model poznania i wyjaśniania rzeczywistości, ponieważ z pola jego widzenia znikają rzeczywiście istotne kwestie: realne konflikty zbiorowych i indywidualnych interesów, ekonomiczne prawidłowości, rozwój technologiczny, funkcjonowanie mechanizmów rynkowych i redystrybucji zasobów, tendencje demograficzne, wewnętrzna systemowa logika organizacji, polityczne konieczności, ewoluujące wewnętrzne i międzynarodowe konstelacje władzy, zmieniające się warunki pracy, czyli socjoekonomiczne warunki brzegowe. Zawodzi także jako zasada organizująca publiczne spory, wytwarza bowiem ogromną presję na postawy ideowe, duchowe i myślowe, pobudza medialne histerie, zatruwa stosunki pomiędzy ludźmi uczestniczącymi w życiu publicznym, zamiast sprzyjać debatom, ogranicza je. Jednak rzeczywistość istnieje niezależnie od tego, co się wyświetla w telewizji i pisze w gazetach, jak i od tego, co kto uważa za moralnie pożądane. Wcześniej czy później dogoni i przegoni dyskursy o rzeczywistości.

Związany z kwartalnikiem „Sezession” Martin Lichtmesz w tekście „Norwegian Psycho” napisanym po zamachach w Norwegii przytacza cytat z książki Narodowy imperatyw (1980) autorstwa Hans-Dietricha Sandera: „Tożsamość jest kwestią życia i śmierci”. Ktoś może zarzucić temu przesadę, a jednak wszystkie decydujące polityczne kwestie dają się dziś sprowadzić do kwestii tożsamości, np. po stronie konserwatywnej opór wobec zohydzania narodowej przeszłości, masowej imigracji z obcych cywilizacji i ras, genderyzmu, zaś po stronie lewicy – zwalczanie faszyzmu, rasizmu, seksizmu. Wszystkie sporne kwestie – państwo socjalne, wychowanie dzieci, polityka rodzinna, wolność wypowiedzi, nawet kwestia demograficzna to tylko podpunkty podstawowego wyboru. Anders Breivik otworzył swój ekstremalny, prywatny front w tej wojnie tożsamości, wojny w pełni akceptowanej przez lewicowe media w Niemczech, które bardzo mocno podkreślają tożsamość mordercy: mężczyzna, płowowłosy, niebieskooki, innymi słowy „typowy nordyk”. Lichtmesz zauważa tu jawny rasistowski podtekst – lewicowi multikulturaliści są opętani na punkcie rasy, ich nienawiść do rasy kaukaskiej jest przeogromna. Zatem „nordyk” kochający muzykę klasyczną, określający się jako (kulturowy) chrześcijanin, konserwatysta, (euro)nacjonalista, który chce ocalić Europę przed kulturowym marksizmem, islamizacją, multikulturalizmem i infiltracją obcych – tak zidentyfikowany europejski mężczyzna jest wrogiem.

W Europie, uważa Lichtmesz, trwa polityczno-symboliczna, instytucjonalna (uniwersytety i inne ośrodki naukowe), propagandowa walka przeciwko europejskiej i narodowej tożsamości, przeciwko temu co „swojskie” i „nasze”; chce się rozbić tożsamość autochtonów i zneutralizować ich mechanizmy obronne. Globalistyczny mutikulturalizm wyznawany i realizowany przez lewicę oznacza społeczną fragmentację, segmentację, dehomogenizację i zrelatywizowanie tego, co jest tożsamością większości. Jest to kolejna próba rewolucjonizacji europejskich społeczeństw, z nie-białymi obcokrajowcami jako rewolucyjnym taranem.

Anders Breivik to, zdaniem Lichtmesza, uboczny produkt permanentnej i nieubłaganej wojny psychologicznej przeciwko europejskiemu człowiekowi, wojny, w której „tożsamości” są masowo likwidowane, prowadzonej w imię niespełnialnej utopii. Fanatyczne próby jej realizacji niszczą naszą europejską i narodową egzystencję, najpierw duchową a potem biologiczną. Rezultatem w pełni zmultikulturalizowanego społeczeństwa będzie ekstremalne wykorzenienie i dezorientacja; multikulturalizacja odniesie sukces, kiedy zarówno tubylców, jak i imigrantów uczyni istotami wykorzenionymi, niestabilnymi i zdezorientowanymi. Wbrew propagandzie jej zwolenników utopia multikulturalizmu nie rodzi „otwartych na świat”, radośnie fluktuujących istot o wielu tożsamościach, ale powoduje polityczną, społeczną i psychiczną atomizację i dezintegrację, przygotowując glebę pod jeszcze więcej radykalizmu, fanatyzmu i ekstremizmu; ziarno posiane przez lewicowo-liberalnych utopistów wzejdzie i wyda obfite żniwo, kiedy tylko przyjdzie kryzys (Ernstfall), o którym dzisiaj się nie myśli.

Według mediów Breivik chciał zadać cios socjaldemokracji, ale de facto zadał cios środowiskom krytycznym wobec islamu i imigracji oraz przeciwnikom wielokulturowości, dostarczył lewicy broń moralną masowego rażenia, której może użyć, przeciwko Norweskiej Partii Postępu, jak i przeciwko całej europejskiej prawicy. Co nim kierowało? Czyżby – pyta Lichtmesz – nie był w stanie przewidzieć skutków swoich czynów? To pytanie, dodajmy, dręczy także innych niemieckich publicystów. Znany badacz politycznych spisków i machinacji tajnych służb Gerhard Wisnewski stwierdził, że Breivik swoją zbrodnią doprowadził do absurdu walkę przeciwko politycznej poprawności, przeciwko masowej imigracji, destrukcji rodziny i kultury itd. Sprawił, że czołowym reprezentantem tych treści politycznych stał się zbrodniarz; on, który deklarował, że zwalcza multikultaralizm, w rzeczywistości swoim czynem „leje wodę na młyn zwolenników multikulturalizmu”. Czyżby Breivik był po prostu zbyt tępy, żeby dostrzec skutki swoich działań? Raczej nie, wszystko wskazuje na to, że jest człowiekiem inteligentnym, dysponującym normalnymi logicznymi i analitycznymi umiejętnościami. Musiał zatem wiedzieć, że jego zbrodnia wywoła skutki odwrotne do celów politycznych, które sam deklarował, przyczyni się do wzmocnienia politycznej poprawności, czyniąc krytykę PC krytyką w ustach wielokrotnego mordercy; teraz ten kto użyje politycznej lub ideowej argumentacji zawartej w manifeście napisanym rzekomo przez Breivika, dostanie cios maczugą: „tymi argumentami się strzela”. I koniec dyskusji. Jest niemożliwe, żeby Breivik takich oczywistych zależności nie dostrzegł. Któż chce mieć wspólne poglądy z wielokrotnym mordercą – oczywiście tylko ten, kto popiera jego morderstwo lub sam jest kandydatem na wielokrotnego mordercę. W języku tajnych służb, pisze Wisnewski, nazywa się to „rozmagnesowaniem”: poglądy, idee, postulaty pozbawia się siły przyciągania za pomocą określonych operacji, które czynią je „obciachowymi”, aby wyeliminować je z publicznej debaty a w ostateczności zakazać.

Zbrodniczy zamach przedstawiany jest jako akt „konserwatywnej” lub „prawicowej” rewolucji, ale w rzeczywistości – uważa Wisniewski – chodzi o kontrrewolucyjną prowokację, atak na pozycje konserwatywne i stłumienie krytyki politycznej poprawności, multikulturalizmu oraz innych zjawisk społecznych i politycznych. Mówienie, że swoją zbrodnią Breivik chciał przerazić Norwegię i świat, że miała ona być sygnałem do „konserwatywnej rewolucji” etc. to robienie z niego politycznego durnia, który niczego nie rozumie z otaczającego go świata. Jeśli jednak nie jest idiotą, to – takie jest wnioskowanie Wisnewskiego – musi być prowokatorem, pionkiem manipulowanym przez siły broniące politycznego status quo. Tertium not datur.

Martin Lichtmesz nie idzie tropem wskazanym przez Wisnewskiego, i zastanawia się, czy mimo wszystko nie istnieje trzecia możliwość. Breivik nie jest, zdaniem Lichtmesza, szaleńcem ani politycznym durniem nie będącym w stanie przewidzieć, że jego zbrodnia nieuchronnie trafi rykoszetem w tych właśnie, którzy przeciwstawiają się multikulturalizmowi i kulturowemu marksizmowi, nie jest też prowokatorem sterowanym i manipulowanym  przez jakieś ukryte, zakulisowe ciemne siły establishmentu. Sądzę, pisze Lichtmesz, że Breivik jeszcze głębiej zanurzył się w jądro ciemności; to oczywiście tylko hipoteza, ale oparta na znajomości undergroundowej „apokaliptycznej” literatury z obu politycznych ekstremów. Breivik jako człowiek inteligentny musiał wiedzieć, jakie będą polityczne skutki jego zbrodniczego czynu; że naród norweski po brutalnym mordzie na nieletnich nie stanie za nim i jego „Sprawą”, ale przeciwko niemu i jego „Sprawie”. Nie jest zaślepiony, przewidział, że tak się stanie. Jaki z tego wniosek? Właśnie taką reakcję chciał wywołać.

Jego polityczna logika jest następująca: nic dobrego już się nie zdarzy, System jest kompletnie przegniły i niereformowalny, nie ma sensu podejmować politycznych wysiłków jego naprawy, trzeba przyjąć zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Pójście na kompromis z Systemem nic nie da, oznacza jeszcze jedne wybory, jeszcze kilka miejsc w parlamentach dla „postępowych Norwegów”, „demokratycznych Szwedów” i „zwyczajnych Finów”, będących listkiem figowym Systemu, trochę więcej wolności słowa, jakaś kosmetyczna reforma dla „uregulowania” imigracji, to niczego nie zmieni, jedynie odwlecze samobójstwo Zachodu, przedłuży jego agonię. Wszystko to są wentyle bezpieczeństwa zamontowane przez perfidny System. Brevik liczy na to, że jego zbrodnia spowoduje zamknięcie wentyli, zepchnie do podziemia przeciwników multikulturalizmu i islamizacji działających dzisiaj legalnie w ramach Systemu. Społeczeństwa na wzór lemingów popędzą w przepaść i spełnią się najbardziej czarne przepowiednie. Wtedy nastąpi niekontrolowany wybuch tłumionych przez System energii i zapanuje chaos; dopiero potem, po krwawym kataklizmie (tak nazywała się gra komputerowa, którą Breivik się „ładował”), po „apokalipsie”, po „boju ostatnim” pojawi się szansa na „europejskie odrodzenie”.

Lewica, media, wielokulturowcy, lewi liberałowie, wszyscy „otwarci na świat”, globaliści, „demokraci”, „tolerancyjni” – wszyscy oni tańczą jak im Breivik gra. Kiedy ktoś deklaruje, że „naszą reakcją na zbrodnię będzie więcej demokracji i więcej otwartości”, mówi dokładnie to, co chce usłyszeć Brevik. „Jeszcze więcej demokracji” oznacza jeszcze większą masową imigrację, jeszcze szerszą islamizację Europy. „Więcej otwartości” należy rozumieć w sensie marcuse’ańskim jako „represywną tolerancję”, czyli propagandową demonizację, cenzurę, represje wobec wszystkiego co nie jest lewicowe, przeciwko konserwatystom, krytykom islamu, wrogom nieograniczonej imigracji, wielokulturowości, patriotom, prawicowcom, a przypuszczalnie przeciwko wszystkim „płowowłosym”, „niebieskookim”, heteroseksualnym mężczyznom. Nasilenie przez System walki ze wszystkimi „wrogami otwartego społeczeństwa” przybliża godzinę apokalipsy, jedynej szansy na uratowanie Europy. Na to właśnie liczy „samotny prowokator” Anders Breivik, taki był jego przemyślany, na zimno wykalkulowany polityczny plan.

Publicysta Lion Edler („Junge Freiheit”, „eigentümlich frei”) uważa, że w Niemczech panuje wszechobecny lęk przed wszystkim co męskie. Jak skonstatował medioznawca i filozof Norbert Bolz: „Po denazyfikacji, przychodzi czas na demachoizację, zamianę mężczyzny w domowego pieska, o którego trzeba się troszczyć; w ostatecznym rozrachunku chodzi o wytępienie dumy i ambicji”. Ten stan świadomości najlepiej wyraża fakt, że według niemieckich pedagogów pistolety na wodę to „broń”!

W Europie, zdaniem Edlera, postępuje proces mentalnej ciotyzacji społeczeństwa, jej epicentrum są postenerdowskie Niemcy. Dominuje lewicowa odraza wobec wszystkiego co twarde, mocne, męskie, niemieckie i prawicowe.  Propaguje się wieczne samobiczowanie i masochistyczne skupianie się na czarnych kartach historii, obrzydza takie uczucia i cechy charakteru jak duma, pewność siebie, ambicja i wola walki. Męskość=faszyzm. Rezultat: społeczeństwo wymoczków, reagujących na zagrożenia jak bojaźliwe mimozy. Mięczakowatość i beksowatość niemieckich elit widać na każdym kroku. Podając się do dymisji minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg wyznał, że jest „u kresu sił”, i czuło się, że zaraz się rozpłacze. I taki mięczak miał dowodzić wojskiem! Drugi beksa, prezydent Horst Köhler, ten autentycznie miał łzy w oczach, kiedy oznajmiał o swojej rezygnacji, a ustąpił, ponieważ, jak oświadczył z całą powagą, nie szanuje się jego urzędu. Biedaczek, nic tylko współczuć i po główce pogłaskać.

Dopuszczalna w oficjalnym dyskursie postenerdowskim krytyka islamu również jest krytyką w imię miękkości; islam wolno – do pewnego stopnia oczywiście – krytykować jako religię męską, stanowiącą religijny wariant faszyzmu, czyli „islamofaszyzm”. Ci krytycy islamu z taką samą zaciekłością zwalczają to, co narodowe i konserwatywne, czyli „męskie”; samą strukturę islamu uważają za „faszystowską”, podobnie jak zarodek „faszyzmu” widzą w każdym stanowisku tradycyjnie chrześcijańskim, konserwatywnym czy narodowym. Walka z męskością jest ważnym elementem polityczno-symbolicznej praktyki w realnie istniejącej socjalno-pedagogiczno-feministyczno-antyfaszystowskiej,postenerdowskiej republice. Rzecz jasna, nie robi ona żadnego wrażenia na motłochu, na młodocianych przestępcach terroryzujących szkoły, na chamach i brutalach rozpychających się na ulicach i w codziennym życiu.

W artykule napisanym po zamachach w Norwegii Edler podejmuje temat politycznej instrumentalizacji takich strasznych wydarzeń. Uważa, że choć jest ona nieuchronna, to jednak szacunek, pietyzm wobec zmarłych wymaga, żeby zaczekać przynajmniej do pogrzebu, ale nawet tego się przestrzega. Teraz w debacie jedna strona nieuchronnie zarzuci natychmiast drugiej, inaczej argumentującej, że ponosi współwinę za tego typu czyny. Strona, która w danym momencie zyskała moralną przewagę i jest moralno-politycznym beneficjentem straszliwego wydarzenia, może – wskazując na nie – zamknąć usta swoim oponentom. To właśnie jest instrumentalizacja. Np. konserwatywno-narodowa prawica natychmiast wykorzystuje każde pobicie niemieckiego emeryta przez młodych Turków, instrumentalizując ten incydent w swojej walce przeciwko bagatelizowaniu przestępczości imigrantów, łagodnej polityce imigracyjnej etc. Zabici i ranni są poręcznymi argumentami w walce obozów ideologicznych. Po zbrodni Breivika lewica ma moralnego asa w ręku i będzie potrafiła nim zagrać. Zresztą akurat w RFN jednym z najważniejszych ideologicznych filarów władzy jest stała instrumentalizacja ofiar narodowego socjalizmu przeciwko wszystkiemu co prawicowe, narodowe, konserwatywne, wolnościowe.

Żaden z kierunków politycznych i obozów ideologicznych nie ma monopolu na instrumentalizację śmierci i cierpienia, wszyscy muszą podporządkować się bezsilnie wszechpotędze zepsutych obyczajów. Kiedy media donoszą o jakimś strasznym wydarzeniu, politycy muszą być przy nim obecni, muszą natychmiast wydzielić z siebie komentarz, choćby był w najwyższym stopniu niekompetentny, niesmaczny czy głupi; wtedy medialna uwaga skupiona na wydarzeniu przenosi się także na nich.

Te złe obyczaje są typowo demokratyczne, stanowią logiczną konsekwencję realnej demokracji. Instrumentalizowanie jest jej systemowym elementem. Jeśli chce się wygrać, trzeba manipulować masami, często eksploatując histeryczne nastroje. Instrumentalizowanie to w demokracji codzienne zajęcie polityków, albowiem ludzie o nieskomplikowanych umysłach, żądający podjęcia natychmiastowej akcji, też są uprawnieni do głosowania. Kto jako polityk nie chciałby w tym uczestniczyć, ten daje politycznym przeciwnikom fory w rywalizacji, których potem już nie zdoła nadrobić. Musi uwzględniać histerię, w jaką wpadają „prości ludzie”. W demokracji nie ma miejsca na spokojny dystans, głębszą analizę, różnicowanie, rzeczowość, umiar. Niuanse i półtony nie odgrywają żadnej roli w atmosferze, w której podnieceni (podżegani) proleci żądają natychmiastowego wykrycia i ukarania winnych. Ponieważ ludzie inteligentni nie chcą brać w tym udziału, totalitarna i zafiksowana na zawiści ochlokracja, obejmująca wszelkie elitarne tendencje i poglądy podejrzeniem „faszyzmu”, coraz bardziej się prymitywizuje, co widać choćby po coraz niższym poziomie przemówień polityków. Ugrupowania prawicowe są tak samo populistyczno-wulgarne jak lewicowe, tak samo odwołują się do resentymentów i emocji. Codzienny ochlokratyczno-demokratyczny handel zwłokami, brak szacunku do zmarłych i ofiar przemocy każe się poważnie zastanowić się nad kondycją europejskich społeczeństw.

W drugim tekście poświęconym reakcjom na zbrodniczy czyn Brevika, Edler pisze, że lewicowi komentatorzy w Niemczech natychmiast nasilili krytykę „werbalnej agresji” występującej na portalach internetowych takich jak popularne „Politically Incorrect News”, na których rzeczywiście pojawiają się czasami bardzo ostre wypowiedzi i zadaje się polemiczne ciosy poniżej pasa. Widać tam rzeczywiście werbalną radykalizację. Troska o wyższą kulturę debaty publicznej w Niemczech jest więc jak najbardziej miejscu, apele o rezygnację z ryczałtowych oskarżeń, podejrzeń, generalizacji, z brutalnego języka oszczerstw – godne poparcia. Jednakże nie należy skupiać uwagi wyłącznie na kilku portalach internetowych, tracąc tym samym z oczu dominujące media prasowe i elektroniczne, w których pracują dziennikarze tak pryncypialnie krytykujący rosnącą „werbalną agresją”. Czy owa „werbalna agresja” nie jest czasami echem odpowiadającym z lasu, do którego wołają ci tak zatroskani o stan „debaty politycznej”? Czy kiedy ci nawołujący do obniżenia poziomu „werbalnej agresji”, patrzą na tych, których nawołują, nie mają wrażenia, że spoglądają w lustro?

Najpierw latami zniesławia się inaczej myślących, obrzuca ich oszczerstwami, organizuje na nich brutalne nagonki w mediach a potem  – czy to nie komiczne? – dziwi się, że ci są wściekli i popadają w coraz bardziej agresywny ton.  Praźródło upadku kultury politycznej leży, jak zawsze, po stronie dominujących lewicowych mediów. Ci którzy paplają dzisiaj o potrzebie „werbalnego rozbrojenia”, w rzeczywistości żądają, żeby inni odłożyli proce, oni natomiast  swoich własnych czołgów do hangarów odsyłać nie mają najmniejszego zamiaru, wręcz przeciwnie, nasilają własną propagandową agresję, z pianą na ustach atakując przez siebie wyprodukowany symptom. Rezultatem narzuconej przez nich miłości do islamu jest wrogość wobec islamu; ksenofilne cmokanie nad islamem i obrzucanie go obelgami to dwie strony tej samej histerycznej „neurozy”. Ci, którzy słusznie apelują, żeby nie stosować generalizujących podejrzeń wobec muzułmanów, sami nie powinni stosować generalizujących podejrzeń np. wobec krytyków islamu, tymczasem wcale tego czynić nie zamierzają. Oni bezustannie generalizują, „werbalna agresja” wobec konserwatywnej prawicy to ich rutynowe zajęcie, oponenci to, według nich,  wyłącznie  „rasiści”, „islamofobowie”, „prawicowi ekstremiści”, „antysemici”, „wrogowie kobiet”, „pogardzający człowiekiem”, „wrogowie Europy”, „nacjonaliści”, „prawicowi populiści” etc. etc. Fachowcy od zniesławiania skarżą się potem, że inni biorą z nich przykład.

Dlaczego „wściekli obywatele” wchodzą na takie portale jak PI, dlaczego kupowali masowo książkę Thilo Sarrazina? Dlatego – pisze Ender – ponieważ już nie mogą znieść nachalnej, politycznie poprawnej indoktrynacji, dość mają prania mózgów i zniesławiania inaczej myślących przez skartelizowane media; po prostu wymiotują już tą politpoprawną breją, jaką im wlewają do gardła lewicowi, wielokulturowi dziennikarze, socjolodzy, politolodzy, historycy pałający świętym oburzeniem na radykalizację, którą sami zawinili. Dlatego apele o obniżenie poziomu werbalnej agresji powinni kierować przede wszystkim do siebie samych.

Manfred Kleine-Hartlage, autor książki Dschihadsystem. Wie der Islam funktioniert, w tekście „Rok po Sarrazinie: inspekcja pola bitwy”, opublikowanym na łamach „Sezession” pisze, że z pozoru, po wstrząsie wywołanym książką Sarrazina, maszyneria erefenowskiego dyskursu znowu chodzi gładko jak naoliwiona. Jednak rządzący, dezinformujący i indoktrynujący kartel polityki, mediów i „nauki”, martwi się, ponieważ powoli, lecz  niepowstrzymanie, słabnie wiara w jego dogmaty o narodzie, płci, religii, państwie, prawdzie, wychowaniu, rodzinie, tożsamości. Ideologia głoszona przez kartel zaprzecza codziennemu doświadczeniu milionów zwykłych ludzi; „nie wierzcie własnym oczom” – to zasada na której się opiera. W ramach panującej ideologii, ten kto uważa, że jego własny naród zasługuje na istnienie, jest „nacjonalistą” albo „rasistą”, kto przedkłada to, co własne i swoje nad to, co obce, oskarżony zostaje o jedną z niezliczonych „fobii” lub „izmów”; kto wyznaje zdroworozsądkowe poglądy, obwiniany jest o nienawiść. W systemie erefenowskim zdrowy rozsadek obwołany zostaje myślozbrodnią. Mówiąc po freudowsku: panująca ideologia okupuje superego erefenowców, piętnując jako złe te uczucia i spostrzeżenia, których ludzie nie potrafią uniknąć, ponieważ są naturalne, i wywołując u nich permanentne wyrzuty sumienia, nakazujące im czynienie pokuty, choćby miała ona polegać tylko na aplauzie dla zniesławiania inaczej myślących.

Ponieważ pewnych uczuć, spostrzeżeń i emocji nie można ze świata usunąć, erefenowiec żyje w stanie stałego dysonansu poznawczego, widzi rzeczy, które – jak stale przekonuje go oficjalna propaganda – nie istnieją; żywi pewne uczucia, ale wmawia sobie, że ich nie ma, albo że mają je inni – „źli prawicowcy”. Nie można wyjaśnić inaczej histerii, z jaką prowadzi się „walkę z prawicą”, byłoby to psychologicznie niemożliwe, gdyby erefenowiec w „prawicowcu” nie zwalczał tego, czego obawia się we własnej duszy, boi się on mianowicie, że jego przesycone oficjalną ideologią superego ulegnie w końcu uczuciom i wnioskom z obserwowanej rzeczywistości. Dysonans poznawczy sprawia, że cały czas żyje w bolesnym napięciu, które próbuje zminimalizować. Erefenowiec usuwa zwykle dysonans zgodnie z panującą ideologią, jednak coraz więcej psychicznego wysiłku kosztuje go tłumienie własnych odczuć i obserwacji; a jest on tym większy, im bardziej rzeczywistość zaprzecza ideologii, im dłuższy jest katalog myślozbrodni. W tej sytuacji rośnie niebezpieczeństwo nagłego ideologicznego zdeprogramowania erefenowca, załamania się jego gotowości do ideologicznej autocenzury. Polityczno-duchowe wyczerpanie spowodować może bunt przeciw ideologicznemu superego i zainicjować dążenie do usunięcia dysonansu poznawczego poprzez akceptację tego, co widzi się na własne oczy. Odrzucenie choćby jednego z panujących ideologemów, może wywołać reakcję łańcuchową i doprowadzić do wyłamania się z fikcji dominującego ideologicznego konsensusu.

Desperackie wysiłki podejmowane przez panujący kartel dla utrzymania kontroli nad dyskursem, świadczą o tym, że zdaje on sobie sprawę z coraz większej niestabilności swojego ideologicznego panowania. Czuje, że jego władza interpretowania rzeczywistości, nie jest już tak powszechnie akceptowana jak niegdyś. Nadal jednak erefenowski reżim – podobnie jak reżim Honeckera – nie dostrzega podziemnych przesunięć i drgań. Przed każdą polityczną zmianą na niebie pojawia się błyskawica oświetlająca na chwilę scenę jaskrawym światłem objawiając niestabilność reżimu. Nagle widać, że pożądany i sugerowany konsensus legitymizujący władzę tak naprawdę nie istnieje. Potem znowu zapada ciemność, wszystko idzie swoim dawnym torem, ale nikt nie zapomina tego, co zauważył w tym jednym momencie. Z tego jeszcze żadna polityczna wola nie wypływa, ale dostrzegamy prawdziwy stan rzeczy. Coś nierzeczywistego i upiornego mają w sobie deklaracje naszej klasy opiniotwórczej, głoszącej w najlepsze swoje wyświechtane frazesy, wciskającej nam zamki wzniesione na piasku jako solidne nieruchomości odporne na kryzys, przekonującej nas, że można grać w piłkę mydlanymi bańkami. Luka dzieląca ideologię i rzeczywistość staje się coraz szersza, każdy dzień drąży ideologiczny konsensus, na którym opiera się polityka. Pytanie tylko, czy delegitymizacja reżimu będzie miała konkretne polityczne następstwa, czy też jej efektem będzie jedynie coraz większe odrzucenie polityki w ogóle.

Felix Menzel, redaktor naczelny miesięcznika „Blaue Narzisse” w artykule na temat erefenowskiej polityki historycznej pisze, że dzisiaj nawet sami kapłani erefenowskiej polityki pamięci zauważają, iż stała się ona sformalizowaną religią wspominania narodowego socjalizmu. Przytacza zaniepokojone głosy oficjalnych przedstawicieli „obozu pamięci”, dostrzegających symptomy zużywania się stale tych samych formuł i rytuałów, widzących zagrożenie dla „demokratycznej kultury wspominania” w postaci monotonii, nudy, oderwania od rzeczywistości. Zdaniem Menzela opowieści związane z dawnymi winami przekroczyły już swój zenit, nawet lewicowi samobiczownicy czują, że wiecznie powtarzana ta sama wielka narracja powoli wyczerpuje się. Ponieważ strażnicy kultu zamierzają na jego zmierzch reagować historią cywilną, historią społeczeństwa obywatelskiego etc., to zadaniem konserwatystów jest odpowiedzieć na to historią państwa i narodu, historią polityczną właśnie, pisaną poza moralistycznymi schematami, mającą odwagę czynienia rozróżnień, zastrzeżeń, konkretyzacji. Jeśli rzeczywiście mamy się czegoś nauczyć z historii, to potrzebujemy najpierw wysiłku, aby naprawdę zbliżyć się do złożonej przeszłości, to ona, a nie zredukowana do obrazków kalkomanii prezentacja historycznych ikon jest intelektualnym wyzwaniem dla myślenia konserwatywnego.

W innym swoim artykule Menzel stawia diagnozę, że Niemcy żyją w zdepolityzowanej demokracji konsensualnej, która oddaliła się od korzeni parlamentaryzmu i nie zna kontrowersyjnych debat; ideologiczne różnice pomiędzy parlamentarną prawicą a lewicą rozpuszczają się w sosie konsensusu. Jedynie medialne skandale wywołują w nim pewne poruszenie. Reprezentanci konsensusu bagatelizują niebezpieczeństwa płynące z tego stanu rzeczy, głosząc pochwałę „demokracji rozproszonej”, w której rozstrzygnięcia nie zapadają już w parlamentach, lecz w sieci organizacji pozarządowych, wielorakich instytucjonalnych układów i inicjatyw społecznych. Pozostaje jednak pytanie, czy to coś rzeczywiście zmienia, wszak dyskurs jest tak samo ograniczony jak wcześniej i żadne ważne decyzje nie mogą zapaść, a przy tym, co trafnie rozpoznał Josef Schüßlburner w swojej książce Konsensdemokratie, mimo całej tej wielorakości wrogowie istnieją nadal i są wykluczeni, ponieważ „przyjacielem” może być tylko ten, kto „podziela konsensus”. Najbardziej zgubna konsekwencja demokracji konsensualnej polega na tym, że jej główne siły polityczne znajdują wroga we własnym narodzie. Jeśli bowiem zanikają rzeczywiste fronty pomiędzy partiami, to wówczas otwiera się front między „narodem” i całą oficjalną polityką; obywatele pozbawieni reprezentacji politycznej coraz mocniej odczuwają gniew przeciwko „tym wszystkim na górze”.

Coraz częściej pojawia się krytyka martwoty współczesnej demokracji formułowana przez lewicowych dziennikarzy i politologów (u nas Sławomir Sierakowski – TG). Menzel cytuje belgijską politolożkę Chantal Mouffe, której artykuł na początku bieżącego roku opublikowało czasopismo głównego nurtu  „Aus Politik und Zeitgeschichte”. Mouffe, nawiązując do – jak łatwo się domyślić – żelaznego prawa oligarchii Roberta Michelsa pisze w nim, że nowoczesne demokracje za fasadą formalnych demokratycznych procedur skrywają fakt, że w coraz większym stopniu są kontrolowane przez uprzywilejowane elity. Belgijska politolożka odpowiedzialnością za to obciąża socjaldemokrację, która otworzyła „postpolityczną perspektywę”, przesuwając się coraz bardziej ku centrum. Podobny brak profilu charakteryzuje zresztą wszystkie partie. Według Menzela, źródłem tych lewicowych krytyk partyjnego parlamentaryzmu jest strach przed „prawicowym populizmem”, albowiem depolityzacja i władza konsensusu sprzyjają umocnieniu się tej prawicy, która łamie konsensus, ponownie stawiając w centrum zainteresowania polityczne problemy i interesy rdzennej ludności krajów europejskich. Ideologowie lewicy boją się, że to „prawicowi populiści” wykorzystają pogłębiający się podział na „my” (naród) i „oni” (ci na górze).

Lewicowa krytyka parlamentarnej demokracji nie jest, rzecz jasna, niczym oryginalnym, konserwatywna prawica dawno już pokazała, że parlamentaryzm oddalił się od swoich pierwotnych założeń, zanikła w nim różnorodność politycznych przekonań, a jego kompetencje i suwerenność przepływają do ponadnarodowych organizacji, mediów, sądów itd. Zasadniczy problem rozpoznał już w 1923 roku Carl Schmitt (Mouffe i inni są tylko jego lewicowymi epigonami), który w tekście poświęconym położeniu ówczesnego parlamentaryzmu, pisał, że jeśli jawność i dyskusja w rzeczywistości parlamentu staje się pustą, nic nie znacząca formalnością, to parlament w kształcie, w jakim rozwinął się w XIX wieku, utracił swoją dotychczasową podwalinę i swój sens.  Krytyka przeprowadzona przez Schmitta aktualna 80 lat temu, jest aktualna i dziś. Niezdolny do podjęcia poważnych decyzji polityczny personel odsuwa je coraz dalej w przyszłość, w parlamentach partie toczą pozorne debaty, aby nie prowadzić debat o prawdziwych problemach. W takiej sytuacji impuls do zmian może przyjść jedynie z zewnątrz, to znaczy – patrząc realistycznie – „ze strony narodu”. Zdrowy rozsądek obywateli jest być może ostatnim, jeszcze nie zużytym, politycznym zasobem współczesnej demokracji. Podobnie jak lewicowa Mouffe, prawicowy Menzel postuluje jako lekarstwo więcej demokracji bezpośredniej, nawet bowiem jeśli masy nie potrafią rozpoznać złożoności położenia politycznego, to jednak są w stanie podjąć rozsądniejsze decyzje niż obecna klasa polityczna.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 101 (2011).



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»