«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – XXVII

03.12.12 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

„EUROGEDDON” I CO DALEJ

Austriacki publicysta ekonomiczny Andreas Tögel zastanawia się, kiedy nadejdzie „Eurogeddon”. Cóż to za dziwaczny pieniądz to euro, które stale trzeba „ratować”? Trzeba go „ratować”, ponieważ wspólna waluta europejska jest biurokratycznym projektem elit, które z jego powodzeniem związały swój polityczny los. Europejska nomenklatura stoi przed coraz większym problemem podtrzymania w ludach iluzji, że euro jest korzystne dla wszystkich gospodarek strefy. Okazało się bowiem, że wiele zalet euro zachwalanych przed jego wprowadzeniem, to jedynie propagandowa fikcja.

Kreślony przez niepoprawnych optymistów scenariusz „win-win” przerodził się w koszmar dla wszystkich uczestników strefy euro. Obiecywane niegdyś korzyści ze wspólnej waluty stały się przekleństwem: słabsze gospodarki duszą się pod jarzmem wspólnej waluty tracąc konkurencyjność, zaś przed silniejszymi partnerami staje widmo finansowego wykrwawiania się poprzez zinstytucjonalizowane transfery zasobów do zadłużonych i biedniejszych krajów. Powstają mechanizmy takie jak w narodowych państwach socjalnych stale pożerających bogactwo i dobrobyt, tyle że przeniesione na szczebel ponadnarodowy. Narodowe państwo socjalne wysyła fałszywe bodźce ekonomiczne, bezlitośnie karze za oszczędność, pracowitość i produktywność, promując konsumpcję na kredyt, lenistwo, zawiść; dokładnie to samo odnosi się do ogólnoeuropejskiego państwa socjalnego.

Coraz częściej mówi się o euroobligacjach, które będą oznaczać kolejny krok na drodze do imperium długów, transferów i inflacji. Celem jest uspołecznienie odpowiedzialności za długi państw narodowych, dalsze wzmocnienie centralnej biurokracji europejskiej ze szkodą dla wszystkich obywateli, definitywny koniec finansowej autonomii państw członkowskich Unii Europejskiej. Dąży się również do powołania tzw. unii fiskalnej równoznacznej z pozbawieniem narodowych parlamentów ich prerogatyw i z jeszcze większą centralizację ekonomiczno-finansową. Likwiduje się ostatecznie, leżące u podstaw jedności europejskiej, zasady pomocniczości i odpowiedzialności za własne postępowanie. Tögel oskarża upojonych swoimi fantazjami o centralizacji eurokratów, że wypowiadają tym samym wojnę mieszkańcom Europy.

Unia fiskalna ma umożliwić coraz ściślejszą kontrolę i regulowanie spraw gospodarczych, a uniemożliwić „głosowanie nogami” i tym samym wydać bezbronnych obywateli na łup grabieżczej biurokracji. Pragnie się zlikwidować oazy podatkowe, a przecież to dzięki oazom możliwe jest życie na pustyni. Na końcu tej drogi majaczą już bezpośrednie, ujednolicone podatki europejskie, stanowiące ostatni krok na drodze transformacji Unii Europejskiej w centralnie kierowane imperium, w którym nie będzie się opłacać oszczędzać i w którym naprzeciwko rosnącej masy żyjących z podatków, stać będzie kurcząca się grupa produktywnych obywateli. Na naszych oczach – konkluduje Tögel – dokonuje się metamorfoza Wspólnoty Europejskiej mającej służyć pokojowi, wolnemu handlowi i dobrobytowi w totalitarnego molocha Unii Europejskiej.

Waltera K. Eichelburga, publicystę, doradcę finansowego i inwestycyjnego z Wiednia, który prowadzi jeden z najbardziej popularnych serwisów w krajach niemieckojęzycznych www.hartgeld.com, nie interesuje już specjalnie proces reformowania Unii Europejskiej, ale stan rzeczy, jaki nastąpi po nieuchronnym jego zdaniem upadku wspólnej waluty europejskiej i „totalitarnego molocha Unii Europejskiej”.

Bezustannie deklamuje się dziś – pisze Eichelburg – o solidarności europejskiej i idei Europy, podczas gdy gniew i  nienawiść w narodach narastają, a unijna biurokracja i rządy krajów członkowskich w panice de facto niszczą ideę europejską. „Wiara w Europę” to dziś religia całej klasy politycznej. Elity muszą stale deklarować, że „wierzą w Europę”, a tymczasem cały system dogmatów tej religii chwieje się, i już niedługo wyląduje na śmietniku historii.

Stworzenie Unii Europejskiej było kolejną próbą europejskiej integracji, której finalnym celem jest zbudowanie scentralizowanego superpaństwa. Ustanowiono je na mocy traktatu z Maastricht, a w swoją dojrzałą fazę weszło ok. 2004 roku. Według Eichelburga zarówno na szczeblu unijnym, jak i w krajach członkowskich mamy dziś do czynienia z rządami lewicowo-autorytarnymi; w 2010 roku wahadło polityczno-ideologiczne wychyliło się ekstremalnie w lewo, a potem zaczęło powoli powracać do położenia środkowego. Ponieważ elity – pisze Eichelburg – są niezdolne do wyobrażenia sobie czegoś innego niż trendy z przeszłości, czyli te, które wyniosły je do obecnego statusu „elity”, to na razie nie potrafią i nie chcą dostrzec tej zmiany. Ale już niedługo padnie na nie blady strach przed ludem, który odkryje, że jego oszczędności „poszły z dymem”.

Obecnie trwa ucieczka kapitału z południa strefy euro na północ, potem nastąpi ucieczka z samej strefy; śmierć euro jest nieuchronna, a wraz z nim umrze Unia Europejska. Biurokraci z Brukseli będą mogli pakować manatki, nikt nie będzie słuchał ich rozkazów ani finansował. Europejczyków czekają bankructwa państw, a co za tym idzie dewaluacja lokat bankowych, wkładów oszczędnościowych, ubezpieczeń, emerytur itp. Nawet w Niemczech są one już częściowo stracone, ponieważ mają pokrycie tylko w kredytach udzielonych Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy Włochom, a te nigdy nie zostaną spłacone.

Jeden z urzędników niemieckiego nadzoru bankowego wyraził się, że jak się nie da „uratować Europy”, to „przyjdą podatnicy i nas powieszą”. Kto wie, czy to żartem wypowiedziane ostrzeżenie nie stanie się rzeczywistością, gdyż wściekłość oszukanych mas będzie bezgraniczna. Kiedy upadnie euro i papierowe bogactwo rozpłynie się w nicość, wówczas – przewiduje Eichelburg – wolno wychylające się na prawo wahadło nabierze szybkości, i to, co trwa niekiedy dziesięciolecia, wydarzy się w ciągu miesięcy i lat. Budowniczowie Unii Europejskiej z Maastricht zostaną obciążeni odpowiedzialnością za utratę przez obywateli zasobów pieniężnych i oszczędności oraz odsunięci od władzy czy to przez rewolty i strajki, czy też wybory (rzecz jasna, żeby się ratować, część z nich błyskawicznie przestawi się na nowy kurs – np. dawni „kosmopolityczni Europejczycy” wysoko podniosą sztandar nacjonalizmu).

Ponieważ wahadło lewicowego autorytaryzmu wychyliło się aż do skrajnego położenia, to może wychylić się maksymalnie także i w drugą stronę, w związku z czym można przewidywać nadejście rządów prawicowo-autorytarnych, które będą musiały – z braku środków – zdemontować rozbudowane państwo socjalne i ograniczyć redystrybucję zasobów. Państwo nie będzie miało co dzielić i powróci do pełnienia ograniczonych funkcji. Członkowie wielu grup społecznych zależnych dziś od państwa przestaną być przez nie utrzymywani i będą musieli sobie szukać zajęcia na rynku pracy.

Unia Europejska i euro wraz z towarzyszącą im ideologią staną się synonimami utraty bogactwa i obniżenia poziomu życia; wszystkie „wartości” będące wartościami obecnych elit uznane zostaną za skompromitowane i zastąpione przez wartości przeciwne. W przeszłość odejdą: poprawność polityczna, masowa imigracja obcych kulturowo i religijnie ludów, islamizacja, wielokulturowość, „genderyzm”, akcja afirmatywna dla mniejszości itp. Odmienności homoseksualne i inne nie będą dłużej promowane. Do centrum społecznej uwagi powróci rodzimy normalny podatnik. Spodziewać się należy zwiększenia poziomu nietolerancji.

Ponieważ integracja europejska zostanie kompletnie zdyskredytowana na co najmniej jedno pokolenie, będziemy świadkami zwrotu ku własnemu narodowi i „plemieniu”, ku własnej kulturze i narodowej tożsamości, łącznie ze wzrostem ksenofobii. Bankructwo państw spowoduje obumieranie i rozpad niektórych struktur państwowych i administracyjnych, dlatego nowy ład zostanie zbudowany wokół własnego „plemienia”, własnej grupy etnicznej i językowej – po prostu jest to najłatwiejsze i najtańsze. Nowe elity nie będą ustawać w piętnowaniu winnych  –  Unii Europejskiej, euro, muzułmanów, imigrantów etc. Przestanie się tolerować paralelne struktury islamskie i ograniczy drastycznie napływ biedoty z innych kontynentów, własnych bezrobotnych będzie dosyć, ponadto konieczne stanie się odciążenie systemów socjalnych, na które zabraknie pieniędzy. Paryskie banlieus i berlińska Neukölln opustoszeją, żyjący tam – głównie z opieki socjalnej – islamscy imigranci odejdą sami albo zostaną wyekspediowani do swoich ojczyzn, ponieważ chroniący ich dziś „przemysł socjalny” przestanie istnieć.

Pokojowy projekt „Unia Europejska i strefa euro” obróci się w swoje przeciwieństwo: nowy nacjonalizm, nowy izolacjonizm, odrzucenie tego co „obce” we wszystkich dziedzinach. W Europie wielkie międzynarodowe wojny są raczej mało prawdopodobne, ale wojny pomiędzy grupami etnicznymi – tak. Trudno przewidzieć jak daleko zajdą procesy rozpadu, ale nie można wykluczyć, że obejmą  – w zależności od tego jak silny będzie bunt podatników netto – także niektóre państwa, w których istnieją różne grupy językowe, zwłaszcza tam, gdzie jedne regiony są subwencjonowane przez inne jak w Belgii czy we Włoszech. W Niemczech z pewnością przykręcony zostanie kurek z subwencjami dla deficytowych landów na północy i wschodzie, jak również dla największego federalnego slumsu – Berlina.

Gdyby eurokraci nie zapędzili się tak daleko z eksperymentem z UE i euro, to być może strefa wolnego handlu byłaby się ostała, a tak możliwe jest niestety, że z Unii Europejskiej nie pozostanie nawet strefa wolnego handlu i dojdzie do ograniczeń w przepływie kapitału, towarów i ludzi. Nastąpi powrót do walut narodowych i regionalnych oraz walut złotych. Być może marka niemiecka stanie się europejską walutą rezerwową, co będzie z korzyścią dla Niemiec, o ile zdołają utrzymać jej stabilność.

Narody – szczególnie te żyjące do tej pory na kredyt i mające ułatwiony dostęp do taniego kapitału – będą musiały skupić się na odbudowie własnego przemysłu, żeby mieć coś realnego na wymianę: importu nie da się już sfinansować zadrukowanym papierem, trzeba będzie zapłacić albo złotem, albo własnymi towarami. Generalnie odbudowa musi objąć najpierw przemysły służące zaopatrzeniu ludności, a w drugiej kolejności branże eksportowe, aby móc importować; mało kto np. w Grecji będzie mógł sobie pozwolić – jak wcześniej – na niemieckie luksusowe auto. Uderzy to także w Niemcy, ale w mniejszym stopniu, ponieważ zachowały produktywny przemysł, popyt na ich towary oczywiście znacznie spadnie, ale eksport wystarczy, żeby sfinansować ważne importy. Kraje, które nie zdołają się odbudować, pogrążą się na trwałe w gospodarczej stagnacji i biedzie.

Przypomnijmy sobie – radzi Walter Eichelburg – koniec lat 80. XX wieku.  Jedynie zawodowi obserwatorzy na Zachodzie i komunistyczni władcy nie chcieli dostrzec, że cały system przemija, tymczasem wszystko się zawaliło w ciągu miesięcy, to samo zdarzy się w Europie Zachodniej, prorokuje austriacki publicysta.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na prawo”, 2012, nr 2.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»