«
»

Archiwum Stańczyka

LISTY JANA EMILA SKIWSKIEGO DO STANISŁAWA CATA-MACKIEWICZA

05.15.12 | brak komentarzy

1.

Caracas, 3. I. 1955
Jan Rogalski
Caracas-Venezuela.
Catia. Alta Vista.
Calle Helvecia, 7.

Panie Premierze [1],
Przesyłam Panu Premierowi mój szkic na temat problematyki politycznej Polski dzisiejszej [2]. Zdaję sobie sprawę, że zasadnicze tezy tej pracy są tezami obecnego  Premiera naszego Rządu. Czyż mam wyrażać radość, którą odczuwam? – Toteż nie chodzi o przekonywanie. Być może, ta drobna praca da się wyzyskać jako materiał prasowy? – Do uznania Pana Premiera.
Przez cały czas od wybuchu drugiej wojny światowej aż po dzień dzisiejszy nie odstąpiłem od poglądów, które w moim szkicu wypowiadam. Miałem niemało cichych  przyjaciół i otwartych wrogów. Szarpali mnie nawet ci, po których mogłem się spodziewać zrozumienia. Mniejsza o to. Zamilkłem, bo nie było gdzie drukować. Szantaż  „demokratyczny” ma skuteczność niezawodną wobec wszystkich, którzy spostrzegą działanie jego mechanizmów. Szantaże są silną bronią. Jednak logika dziejów jest silniejsza. Czas najwyższy, by sformułować myśli i stanowiska, które nurtują od dawna w naszym społeczeństwie.
Proszę przyjąć, Panie Premierze, wyrazy wysokiego szacunku:
[Jan Rogalski]

[P.S.] Proszę Osoby, które zechciały by się podzielić ze mną swymi uwagami na temat załączonej pracy o nadsyłanie odpowiedzi listem poleconym.

2.
Caracas, czerwiec 1955.

Panie Premierze,

Niedawno temu wysłałem  Panu Premierowi za pośrednictwem redakcji „Wiadomości” [3] mój szkic polityczny. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się odpowiedzi, rozumiejąc  wszystkie dessous des cartes [4], które korespondenta zwłaszcza zajmującego tak odpowiedzialne stanowisko skłaniają do powściągliwości, to zn.[aczy] mówiąc po prostu  do milczenia. Podążając już z własnej inicjatywy tą samą drogą ostrożności zmieniam na kopercie nadawcę, aby nie dać choćby pozoru jakiegokolwiek między nami  kontaktu.

Sytuacja, w której znalazła się Polska i bezdeń głupoty naszej polityki „szczerze demokratycznej” skłaniają mnie do przeanalizowania sytuacji i naszkicowania planu  działania. List ten jest dopełnieniem mojego szkicu, zawierającym plan akcji prasowej. Naturalnie co innego pisać po prostu to, co się myśli, co innego projektować  kampanię prasową, która musi omijać niezliczone zasadzki, koordynować swoje posunięcia z chwilą, koniunkturą, nastrojami itd. To sprawa taktyki, realizacji.

Teza neutralności Polski w drugiej wojnie światowej broniona przez Pana nie wytrzymuje krytyki. Przedarcie się Niemców do Rosji, które było dogmatem polityki  hitlerowskiej (Lebensraum [5]) mogło się zrealizować albo z Polską albo przeciw Polsce. Przyjęcie żądań korytarzowych Hitlera byłoby już formą neutralności przychylnej. Ale nie sposób przypuszczać, by Hitler miał wciąż chodzić na palcach przez korytarz, omijając Polskę. Polska była mu potrzebna i strategicznie i jako  najbliższa baza zaopatrzenia. Godząc się na pierwsze żądania niemieckie, Polska stała by się sprzymierzeńcem Niemiec.

Do tezy neutralności powracał Pan jeszcze później. Pamiętam artykuł z r. 1946-47 (nie wiem już w jakim piśmie [6]), w którym doradzał Pan Polsce neutralność w razie wybuchu trzeciej wojny światowej. Istny kompleks! Jak gdyby Polska, którą władają Sowiety miała wolność wyboru, jakby nie było jasne, że naród polski zostanie uzbrojony i siłą pchnięty do wojny.
-Czytając te wywody ani na chwilę nie brałem ich dosłownie. Nie mogłem bowiem uwierzyć, by tak inteligentny publicysta i wytrawny  polityk mógł bronić tak absurdalnej tezy. „Neutralność” mogła być tylko pokrywką innej myśli politycznej – porozumienia z Niemcami. Jednak i na tym taktycznym terenie  trudno mi za Panem Premierem podążać. Obrał Pan taktykę ojca rodziny, którego czeka poważna operacja; zdecydował się już na nią, ale nie chcąc martwić swoich  najbliższych, zataja sprawę. Z drugiej jednak strony, żeby uwolnić się od wyrzutu ukrywania tak ważnej decyzji, postanawia „przyznać się” do lekkiej grypy. Ponieważ  nie można mówić „porozumienie z Niemcami”, będę mówił „neutralność”. Nie, ta droga nie prowadzi do nikąd. Neutralność jest pokrywką tekturową, niczego nie  zabezpieczającą. Albo się ją bierze dosłownie, – i wzrusza ramionami. Albo interpretuje się ją jako tezę porozumienia z Niemcami. Wtedy wrażenie streszcza się w zdaniu: autor rozumie, że teza porozumienia jest nie do przyjęcia i musi ją maskować neutralnością. Efekt przeciwny zamierzeniu.

Dlatego twierdzę, że należało się porozumieć z Niemcami w r. 1939, nie bacząc na wszystkie nawet uzasadnione antypatie i do Niemców i do hitleryzmu? – Z przyczyny łatwo zrozumiałej. Był to ostatni moment, kiedy można jeszcze było zapobiec organizowaniu Azji przez Sowiety. Sprawa zasadniczej wagi dla cywilizacji europejskiej.  Zwycięstwo Niemiec wydarłoby Azję Moskwie. Idąc z aliantami, otworzyliśmy Rosji drogę do Azji i Azji do Europy. Rosja po klęsce Niemiec wylizała się nadzwyczaj szybko z ran i dziś niemal włada Azją.

Poruszenie tego tematu w prasie nastręcza duże trudności. Polacy nie mają zrozumienia dla tematów cywilizacyjnych. Wszystko, co wykracza poza krąg obserwacji sprzedawcy gazet, jest bujanie.

Jak Pan doskonale wie, polska hrabina i polska pomywaczka, polski profesor uniwersytetu i polski tramwajarz oceniają procesy historyczne pod kątem wydarzeń rynkowych. Historiozofia pomywaczki i tramwajarza obowiązują wszystkich. Jeżeli fryzjer z przeciwka dostał kopniaka od „esmana”, to jest [to] nie tylko nieludzkie i ohydne  (czemu nikt nie przeczy), ale to jest równocześnie wydarzenie regulujące orientację polityczną. Jeśli jednak kto powie, że niezmiernie szybko postępujący proces sowietyzacji Azji ma wiele analogii z okresem wędrówek ludów, że z chwilą wybuchu wojny ten okres powrócił by z tą różnicą, że przesuwanie się wielkich mas ludności ze wschodu na zachód miałoby nieznaną wczesnemu średniowieczu planowość i oparcie w technice i potwornym aparacie propagandy politycznej, że to będzie wędrówka ludów zmotoryzowana o niesłychanie skróconych etapach – wywoła to tylko reakcję lekceważenia.  – Jednak te rzeczy trzeba mówić. Równocześnie trzeba uświadomić ludzi, że stworzenie solidarnego frontu europejskiego jest ostatnią próbą ratunku mającą dziś jeszcze szansę powodzenia. I że stworzenie tego frontu implikuje porozumienie  polsko-niemieckie.

Porozumienie z Niemcami jest pod pewnym względem łatwiejsze niż porozumienie z jakimkolwiek innym narodem. Wystarczy porozumieć [się] z jednym człowiekiem. Niemcy  zawsze mają jakiegoś jawnego czy ukrytego führera i porozumienie sie z nim jest porozumieniem się z narodem niemieckim. Adenauer [7] jest w tym samym stopniu  reprezentatywny dla Niemiec dzisiejszych, co Wilhelm [8] dla Niemiec przełomu XIX i XX wieku, co Hitler dla Niemiec powersalskich. Projekty międzymorza są m.in. dlatego nierealne, że otwierają epokę niekończących się dyskusji, które w każdej chwili mogą przejść w kłótnię. Nie dają żadnych punktów oparcia z jakimi takimi  szansami trwałości.

Zastanawiam się nad tym, czy Polacy są czy nie są ostatecznie wyjałowieni i niedostępni argumentacji politycznej. Jakże łatwo znaleźć argumenty za tą ponurą tezą. Mimo wszystko nie wątpię, że gdyby jakaś grupa pisarzy i publicystów zdecydowała się mówić prawdę, miała by olbrzymi posłuch. Polacy są zaczadzeni idiotyczną frazeologią, którą rozpylają „demokraci” Mikołajczykowo-komorowscy [9] (z polską szlachtą polski lud), ale też po cichu womitujący z tego oczadzenia. Gdyby ktoś  zdecydował się otworzyć okno, jakże mile byłby widziany.

Czy nie sądzi Pan Premier, że przytoczone motywy przy odpowiednim dozowaniu mogłyby służyć za punkty wyjścia kampanii prasowej? Przypuśćmy, że odpowie Pan „nie”. Czyli zachowanie taktyki półsłówków i niedomówień, nie budzących niczego poza nieufnością.

Póki trwa pokój, wszystko jakoś zejdzie. Proces tonięcia w bagnie jest straszny tylko przy szybkim pogrążaniu się. Jednak wojna, jeśli nie konieczna, jest w każdym razie prawdopodobna. Polacy wstąpią w tę wojnę rozbici na dwie grupy. Polaków prosowieckich, których wcale nie jest tak mało. Inna rzecz, że hasło uwolnienia się spod łapy moskiewskiej podziała silnie i w decydującej chwili przewiduję konwersje. Druga grupa to Polacy proalianccy i „szczerze demokratyczni”. Ale jak będzie wyglądała ta proalianckość? Wstąpimy w wojnę jako sprzymierzeńcy Ameryki i wrogowie Niemiec podporządkowanych Ameryce. Ameryka gwiżdże na antynomie. Ale dla nas to będzie znaczyło równocześnie ściągnięcie na Polskę ciosu niemieckiego i rosyjskiego. Trzeba wszystko robić, żeby temu zapobiec.

Bardzo ważną rzeczą jest wybić rodakom z głowy manię sięgania do wczesnego średniowiecza i czerpania z tych wycieczek argumentów politycznych. To jest chyba zadanie  najtrudniejsze. Mobilizuje przeciw piszącemu wszystkie hrabiny, wszystkich profesorów i wszystkie kucharki (zresztą ściśle to samo po stronie niemieckiej). – Tu  występuje kompleks Roty. A jak Rota, to trzeba od razu się poddać. Pamiętają o tym i sowieciarze i Anglicy. Niedawno oglądałem naukowe czasopismo wydawane we Wrocławiu, gdzie walczy się o odwieczną polskość spornych dzielnic Śląska zupełnie w stylu Korfantego [10]. Teza odwrotna jest naturalnie reakcyjna. Prawdopodobnie teza polska jest reakcyjna w demokratycznej Republice Niemieckiej. Dopóki kurs nienawiści polsko-niemieckiej trzyma się mocno, Europa jest otwarta na uderzenie Azji.  – Anglicy też kochają Rotę. Anglikom się zdaje, że uda im się prowadzić dalej starą grę, która od trzech wieków tak ładnie się udaje. Że Sowietami i Azją będą mogli  manewrować z tą samą zręcznością, z jaką manewrowali Austrią, Belgią, Polską. A gdzież angielska trzeźwość, kto[ś] zapyta. Ale wiara we własne siły, gwiazdę, metody oraz argument wieków powodzenia – to są siły potężne o długim działaniu. Irracjonalna wiara w siebie jest podstawą sukcesów brytyjskich w równym stopniu, co  trzeźwość, realizm, kalkulacja. Ta wiara dziś wobec rosnącej zsowietyzowanej Azji jest bezsensowna, tak. Ale stąd wcale nie wynika, że Anglia będzie prowadziła  politykę czystej kalkulacji. Kanalia ma też swój romantyzm. I ten romantyzm brytyjski doprowadzi do ruiny Europę, cywilizację. Nauczmy się nareszcie rozumieć, że jest tylko jedna cywilizacja, cywilizacja tout court [11] zachodnia, europejska. Upadek tej cywilizacji jest upadkiem ludzkości. Bo co jest poza nią? Haszysz wschodni i  yankesowskie pomyje. I to też trzeba mówić wyraźnie en toutes lettres [12] łopatą w głowę.

Niech się nikomu nie zdaje, że runięcie Azji na Europę ma za warunek wojnę. Wtedy naturalnie lawina potoczy się z siłą żywiołową, niszcząc wszystko po drodze.  Długotrwały pokój nie zażegnywa niebezpieczeństwa, tylko je odwleka. Tak jak był okres preponderancji azjatyckiej. Czyli preponderancji antycywilizacji nad cywilizacją. Proces tym niebezpieczniejszy, że będzie się odbywał pod narkozą pokoju. Mało kto w to wierzy i na każdą uwagę na ten temat czyha już kretyńsko uśmiechnięta gęba, która jednym słowem „żółte niebezpieczeństwo” z tym wszystkim, co jest wytartego, mdło banalnego, wyświechtanego w tym wyrażeniu paraliżuje  „strachajłowskie” obawy. Rodacy celują w takich niby inteligentnych sceptycyzmach, które są najautentyczniejszą głupotą. Tu dołącza się jeszcze jeden czynnik,  jesteśmy wszyscy ululani tradycyjnie wolnym tempem przemian dziejowych. Proszę pomyśleć, że feudalizm w formie ścisłej utrzymał się 700 lat. A spadek po nim zlikwidowała dopiero rewolucja bolszewicka. Święta Inkwizycja działała od Albigensów aż po początek XIX wieku. Ostatniego heretyka spalono w Peru w roku 1813. Wcale  nieźle. Mamy czas panowie, mamy czas. Tere fere Azja Chińczyki. Tu fryzjer dostał po pysku -zrozumiano? O tym nam gadajcie. Taki kretyn jest nieczuły na najprostsze  lecące w oczy obserwacje. Pokolenie, które dziś dobiega sześćdziesiątki było świadkiem przemian tak wielkich, na które „za dawnych czasów” trzeba było wieków. Wiele  się na to składa przyczyn, m.in. technika, to znaczy szybki obieg idej, reform, prądów. Przesuwalność i fizyczna i duchowa. Co dawniej ciurkało wolną strużką, to dziś wali wodospadem. Najbliższe sto lat (kto wie, czy nie dodaję grubo) zadecydują o losie Europy, o tym, czy się ostanie, czy ją wchłonie azjatyzm zmieszany [z]  kretyńskim yankesizmem. Naturalnie każdy kto by te sprawy śmiało poruszył jest narażony na: 1. Atak kretyństwa międzynarodowego. 2. Atak kretyństwa narodowego. 3. Na  atak wygodnictwa, które okropnie się nie lubi martwić, zwłaszcza jak przyczyna zmartwienia jeszcze dzisiaj nie depce po odciskach. Czyli ma się przeciw sobie całą demokrację. Ale właśnie przeciw niej trzeba iść.

Polakom trzeba tłumaczyć, że statut Europy przyszłości nie będzie brał za punkt wyjścia tego, kto w 4 wieku po Chr.[ystusie] stał nad jaką rzeką i czy w jakim  wybranym punkcie wypasały się germańskie czy słowiańskie krowy i barany. Kryteria będą znacznie bardziej praktyczne i racjonalne. Straszenie markgrafem Gero [13] jest  tylko potrzebne tym, którzy szykując się do najbliższej rozgrywki usiłują przez rozbicie paraliżować wrogów. Ich wrogiem prawdziwym jest spoistość europejska, która – pozorny paradoks – sprzeciwia się równocześnie planom sowieckim i brytyjskim. Trzeba mocno podkreślić, że porozumienie polsko-niemieckie jest nakazem rozumu  politycznego, a nie jakąś liryczną konsekwencją różnych „braterstw ludów”. Aby to ostatnie mogło się zrealizować, na to właśnie potrzebna jest dobra polityka.

Sytuacja Polski dzisiaj – w tej chwili dowiaduję się o projektowanej podróży Adenauera do Moskwy – jest powtórzeniem sytuacji z okresu po trzecim rozbiorze.  Konkurencje i sojusze wielkich potencyj ponad Polską, która przestała być podmiotem politycznym. My zaś wciąż łapiemy za rękaw przechodniów, zaklinając ich, by nam wrócili „niepodległość”. Ale odczuwa się zastraszający brak przechodniów. Wygląda na to, że jedyną osobą, która nas może wyratować jest Konrad Adenauer. Walka o  pozyskanie Niemiec weszła w okres decydujący. Karty wyłożono na stół. Niemcy Ad.[enauera] mają zupełną swobodę w wyborze sojusznika, to zn.[aczy] konstelacji  politycznej, do której będą chciały przystąpić. Jest to równoznaczne z podniesieniem do maximum szansy spełnienia postulatów niemieckich, również granicznych. Polska  zupełnie jak w okresie porozbiorowym stała się obiektem przetargów. Obiektem bez głosu. Jedyne na co możemy liczyć, to na rozum polityczny Adenauera, który powinien  go ostrzec przed polityką antypolską jako kryjącą duże niebezpieczeństwo dla Niemiec. Bo wątpliwości nie ulega, że i Sow.(ieci) i Zach.[ód] rezerwują sobie antagonizm polsko-niemiecki jako pretekst do wystąpienia przeciw Niemcom (rok. 1939), kiedy to będzie potrzebne. Okazja może przyjść prędko, bo Niemcy szybko rosną. Żeby to  wszystko zrozumieć, trzeba mieć pewną dozę zdrowego sceptycyzmu politycznego, na którym co prawda Niemcom zawsze zbywało. Ad.[enauer] podobny do Stresemanna [14], zdaje się należeć do tych nielicznych Niemców, którym ten zdrowy sceptycyzm  nie jest obcy. Durni rodacy będą się naturalnie trzymali jak pijany płotu tej szansy przyszłego skłócenia sow[iecko]-niem[ieckiego] i niemi[iecko]-alianckiego. Rola zapałki w ręku Chruszczowa czy Churchilla jest dla nich szczytem kariery politycznej.

Ale co możemy zrobić? Nie możemy ani zapobiec zbliżeniu sow[iecko]-niem[ieckiemu], ani sprawić, by Ameryka, która bez Niemców nie może się obyć, dbała więcej o spełnienie naszych niż niemieckich postulatów. Mamy jednak wolny wybór pomiędzy zachowaniem postawy, która nawet trzeźwemu Adenauerowi obrzydzi wszelką myśl o zbliżeniu z Polską, a postawą, która mu to porozumienie ukaże jako pożądane nie tylko dla Polski, ale przede wszystkim dla Niemiec. Rola prasy jest tu bardzo ważna.

Dobra polityka polska musi bronić Polski przeciw: jej wrogom zewnętrznym i przeciw polskiej głupocie, bodaj groźniejszej od tamtych. – Pewne sprawy tłumaczy się w memoriałach, w artykułach wstępnych, w broszurach i książkach. Inne – w felietonach. Odcinek felietonowy jest w Polsce szczególnie ważny. Nasza mentalność jest felietonowa. Felieton prowadził u nas politykę przez cały okres niepodległości. Jedyny człowiek, który myślał serio, Piłsudski, był albo nienawidzony albo przynajmniej nierozumiany. A teraz przyszedł czas, aby użyć felietonu jako narzędzia dobrej polityki. Tematy nasuwa chwila i nie można mówić o ich „wyczerpaniu”. Są tematy ogólne, inne związane z wydarzeniami. Dwa wydają mi się szczególnie ważne. Wytłumaczyć Polakom cierpiącym dyzenterię snobizmu anglofilskiego, że stąd, iż w Anglii są ładne parki, stąd, że można w Londynie zgubić książkę w autobusie później ją odnaleźć w biurze rzeczy zgubionych, stąd, że lordowie angielscy są jedynymi w ogóle lordami na świecie itd. itd., wcale nie wynika, że powinniśmy politycznie sprzymierzyć się z Anglią. Rozłączyć politykę i snobizm. Bardzo trudne, ale bardzo ważne zadanie. Ośmieszać ten kompleks bez litości. – Drugi temat wiąże się z rocznicą powstania. Regularnie w sierpniu ukazuje się powódź kretyńskich artykulików, w  których dowodzi się, że powstanie, które pochłonęło pół miliona żyć i ograbiło Polskę cywilizacyjnie niemal ze wszystkiego, co posiadała w sensie zabytków przeszłości, że powstanie się nie udało z winy Sowietów!!! Ten suwerennie głupi argument należy pokazać pod światło. Bo widać z tego, że elita kretynów odpowiedzialna za ten zbrodniczy idiotyzm naprawdę liczyła na sowieckie poparcie akcji podjętej z myślą o osadzeniu w Warszawie antysowieckiego rządu. I po tym wszystkim pan Komorowski spaceruje w obłoczku świętości.  Dopóty tą drogą idzie nasza „myśl polityczna”,  nie może być naturalnie mowy o żadnej w ogóle polityce.

A teraz, Panie Premierze, sprawa osobista. – Najpierw jednak muszą wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałem się pisać o niej do Pana Premiera.

Jest prawem każdego człowieka bronić się przed niesłusznymi zarzutami i oświetlać fakty i okoliczności, które posłużyły za punkt wyjścia do podobnych zarzutów. Pan  Premier, który sam był nieraz przedmiotem ataków prasowych, a w swej publicystyce tak duże wykazuje zrozumienie osób atakowanych za swe przekonania polityczne, na  pewno doskonale mnie zrozumie. Nawet dowiadując się, że osobą, która mnie zaatakowała jest brat Pana Premiera, Pan Józef Mackiewicz [15].

W zwykłych warunkach odpowiedziałbym na atak w prasie. Chyba nie potrzebuję tłumaczyć, dlaczego tego zrobić nie mogę. Ponieważ z drugiej strony nie chcę zwracać się  do autora, który dopuścił się ataku pozbawionego uzasadnienia, a dla mnie ogromnie krzywdzącego – nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć poniższe oświadczenie na ręce Osoby tak godnej zaufania jak Pan Premier. Jako dowód tego zaufania niech posłuży okoliczność, iż bliski związek rodzinny pomiędzy Osobą Pańską a autorem artykułu nie tylko nie uważam za przeszkodę, ale raczej za gwarancję najbardziej bezstronnej oceny.

W roku 1946/7 (daty nie pamiętam) ukazał się w „Wiadomościach” artykuł [16] Pana Józefa Mackiewicza zawierający dziwną relację z mojej rozmowy z Aleksandrem  Bocheńskim, która odbyła się w Krakowie w kawiarni i której przysłuchiwał się Pan Mackiewicz [17]. Tę relację dlatego nazywam „dziwną”, że Pan Mackiewicz prosił nas to zn.[aczy] Bocheńskiego i mnie o zgodę na asystowanie przy rozmowie. Czyli uważał ją sam za  dyskrecjonalną.  Rzecz prosta, ani Bocheńskiemu, ani mnie nie przychodziło na myśl odpowiedzieć odmownie na prośbę brata Cata-Mackiewicza. Jeśli o mnie chodzi, dałem zgodę niechętnie, nie z braku zaufania, ale po prostu dlatego, że taki niemy świadek, który siedzi po to, żeby słuchać stwarza atmosferę niesympatyczną i krępującą. Toteż rozmowa nie kleiła się. – Jest rzeczą zrozumiałą, przynajmniej dla ludzi pewnego środowiska, że rozmów podsłuchanych (choćby jawnie i za zgodą rozmawiających)  nie podaje się w druku. Nie posądzałem Pana Józefa Mackiewicza o tak słabą orientację w dziedzinie, która nie powinna mu być obca.

W dalszym ciągu przytoczonego artykułu Pan Józef Mackiewicz zajmuje się inną jeszcze rozmową, która odbyła się wcześniej pomiędzy z jednej strony Panem Józefem Mackiewiczem, z drugiej mną i inną jeszcze osobą, której nazwiska nie wymieniam ze zrozumiałych względów ostrożności [18]. W tej drugiej relacji Pan Józef Mackiewicz podał szereg szczegółów niezgodnych z prawdą. Rozpisał się mianowicie na temat jakichś operetkowych ostrożności, które miały poprzedzać wyznaczone spotkanie [19]. Nie posądzam autora, by miał te szczegóły wyssać z palca. Zapewne oparł się na czyichś informacjach. Mam jednak wrażenie,  że ów informator zełgał te wszystkie szczegóły od początku do końca, piszę „mam wrażenie” przez najdalej posuniętą skrupulatność, jest bowiem praktycznie  nieprawdopodobne, bym miał nic nie wiedzieć o owych nadzwyczajnych ostrożnościach, ja, którego one – gdyby istniały – dotyczyłyby bezpośrednio. Odpowiedzialny publicysta nie daje wiary pierwszemu spotkanemu tchórzowi.

To rozpisanie się na temat histerycznie tchórzowskich ostrożności było tym dziwniejsze, że Pan Józef Mackiewicz doskonale wiedział, że nie tylko nie ukrywałem się, ale że spotykałem się z różnymi osobami, znanymi również panu J. Mackiewiczowi, a już rozmowa z Bocheńskim odbyta w kawiarni na tematy polityczne w duchu jak  najbardziej sprzecznym z poglądami „obowiązującymi” świadczy, że byłem daleki od ukrywania się. W ciągu tych dwóch czy też trzech dni mojego pobytu w Krakowie, w którym to czasie spotkałem się kilka razy z Panem J. Mackiewiczem, rozmawiałem z szeregiem osób, wśród których byli ludzie z RGO [20], kilku literatów (bynajmniej nie przyjaciół politycznych), wreszcie paru zwykłych śmiertelników. Wszystko, z małymi wyjątkami, ludzie, którzy z dnia na dzień czekali „wyzwolenia”. Pan J. Mackiewicz wiedział o tych rozmowach, gdyż wśród spacerów i odwiedzin na terenie małego Krakowa spotykaliśmy się przelotnie i rozmawiali na tematy bieżące. M.in. opowiadał mi P. J. Mackiewicz o uczcie, w której uczestniczył w gronie bardzo dobranym i wcale nie proalianckim… [21]. Gdzież więc to jakieś ukrywanie się moje, tajemniczość  nadostrożności? Nazwisk wspomnianych tu ogólnikowo osób nie wymieniam, gdyż nie wiem, kto, gdzie i w jakich żyje warunkach. Nie wszyscy schronili się w Londynie.  Zawsze jest możliwe jakieś niespodziewane wylądowanie listu, które mogło by na te osoby ściągnąć bardzo przykre konsekwencje. Z tymi względami muszę się liczyć. Z  tymi względami nie liczył się jednak wcale Pan Józef Mackiewicz, umieszczając swój artykuł w czasie, kiedy władze warszawskie gorliwie wyłuskiwały z obozów ludzi,  których radzi byliby ściągnąć do Polski, gdzie bynajmniej nie czekała na nich kawusia z pianką i maślanymi rogalikami. To szperanie po obozach odbywało się przy biernym, a nieraz tolerancyjnym stosunku władz obozowych i trzeba było być bardzo ostrożnym. Wiem coś o tym. W tym czasie taki artykuł był – biorąc praktycznie – zwykłą denuncjacją. Nie wątpię, że taka nie była intencja Pana J. Mackiewicza, nie mogę się jednak nadziwić jego zdumiewającej lekkomyślności. Trzeba dodać, że atak był skierowany przeciw osobie całkowicie bezbronnej, gdyż jakakolwiek odpowiedź czy polemika były nie do pomyślenia.

Trudno mi pominąć kontrast, jaki łatwo spostrzec pomiędzy patetycznymi oskarżeniami Pana J. Mackiewicza, a jego postawą w czasie okupacji [22]. Rzecz prosta nie  czynię mu z tej postawy zarzutu. Pragnę jedynie podkreślić brak wszelkich danych subiektywnych, które tłumaczyły by niesmaczną mentorską pozę, którą przybrał ten  publicysta.

Pan Józef Mackiewicz raczył pominąć, formułując swój sąd o mnie, okoliczność najważniejszą, że mianowicie moja działalność publicystyczna przypadła na czas, kiedy klęska niemiecka nie budziła już w nikim wątpliwości. T.[o] j.[est] na drugą połowę 1944 i początek 1945 roku. Ludzie „trzeźwo myślący” (o sobie) w tym okresie,  jeśli nawet przed tym opierali [się] działaniu bakcyla proalianckiego, zabiegali teraz gorliwie o „dobrą opinię”. Mnie chodziło co innego. Chodziło mi o to, aby w tym  krytycznym okresie postawić przed oczy ludziom konieczność szukania porozumienia z Niemcami mimo, a nawet właśnie wobec zbliżającej się ich klęski; wobec perspektywy  rozciągnięcia się władzy sowieckiej na nas i na nich. Jak wiadomo nasze społeczeństwo zajęło przeciwną i fatalną postawę. Zaczęła się zabawa w zwycięzców, furia  wysiedleń a la Hitler. Czyli gra, która szła na rękę naszym wrogom, Anglii i Sowietom. Taki obrót spraw był łatwy do przewidzenia. Nie miałem złudzeń. Uważam jednak, że myśl słuszną trzeba wypowiedzieć zawsze i że jej wypowiedzenie nie  pozostaje nigdy bez skutków, choć nieraz trudno je wyśledzić. Jest to naturalnie kwestia usposobienia, metody, wiary. Nikomu ich nie narzucam. Mam jednak prawo żądać  od krytyków, aby nie pomijali milczeniem okoliczności, która wskazuje wyraźnie na moje właściwe intencje.

Pan Józef Mackiewicz w tym krytycznym dla nas okresie wypowiadał najbardziej wytarte komunały proalianckie. Pamiętam jego wyrażenie: „Tak długo będziemy machać rękami, aż alianci (może powiedział Zachód) nie zdecydują się przyjść nam z pomocą”. Takie było jego ówczesne credo odpowiadające wszystkim wymaganiom obowiązującego impresjonizmu i iluzjonizmu politycznego. Tego iluzjonizmu, z którym walczyłem wówczas i z którym walczę dzisiaj.

Rzecz prosta, to moje oświadczenie ma charakter czysto osobisty. Moich słusznych roszczeń nie przenoszę na teren społeczny i gdyby cudem powstała możliwość współpracy  w ramach racjonalnego programu politycznego, na pewno szukał bym porozumienia z każdym, kto byłby gotów ją podjąć.

Proszę przyjąć Panie Premierze, wyrazy wysokiego szacunku:
[Jan Rogalski]

Przypisy

[1]Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – pisarz, polityk, autor m.in. Klucza do Piłsudskiego, Dostojewskiego, Polityki Becka. Od 7. 06. 1954 do 21. 06. 1955 pełnił  funkcję Premiera Rządu RP na Uchodźstwie. Por. J. Jaruzelski, Stanisław Cat-Mackiewicz 1896-1966. Wilno-Londyn-Warszawa, Instytut Kultury, Warszawa 1994.

[2]Obszerny szkic  Problemtyka polityczna Polski Skiwski rozesłał w 1955 r. do szeregu ważnych postaci życia politycznego na emigracji.

[3]”Wiadomości” – tygodnik literacki wydawany w Londynie przez M. Grydzewskiego od 7 kwietnia 1946 roku. W „Wiadomościach” nr 13 z 1955 roku ukazała się krótka notatka:  „J. R. w Caracas. Listy przesłaliśmy w dniu,  w którym je nam doręczono (15 lutego)”.

[4]Dessous des cartes [franc.] – tajniki sprawy.

[5]Lebensraum [niem.] – przestrzeń życiowa.

[6]Zapewne w piśmie „Lwów i Wilno” (1946-1950), którego Mackiewicz był wydawcą i głównym publicystą.

[7]Konrad Adenauer (1876-1967) – kanclerz Niemiec Zachodnich w latach 1949-1963. W 1955 roku doprowadził do nawiązania stosunków dyplomatycznych swego kraju z ZSRS.

[8]Wilhelm II (1859-1941) – król pruski i cesarz niemiecki w latach 1889-1918.

[9]Stanisław Mikołajczyk (1901-1966) – polityk, w latach 1943-45 premier, od 1947 na emigracji; Tadeusz Bór-Komorowski (1895-1966) – od czerwca 1943 roku Komendant Główny AK, dowodził Powstaniem Warszawskim. Po 1945 znalazł się na emigracji, w latach 1947-1949 był Premierem Rządu RP na Uchodźstwie.

[10]Wojciech Korfanty (1873-1939) – polityk, obrońca polskości Górnego Śląska.

[11]Tout court [franc.] – po prostu.

[12]En toutes letters [franc.] – bez ogródek.

[13]Markgraf  Gero (?-965) – margrabia Marchii Wschodniej, znany jako pogromca plemion słowiańskich.

[14]Gustaw Stresemann (1878-1929) – kanclerz i minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej, dążył do rewizji niektórych postanowień traktatu wersalskiego i do odbudowy politycznego znaczenia Niemiec, m.in. doprowadził do zawarcia w 1926 roku  niemiecko-sowieckiego układu o współpracy i neutralności.

[15]Józef Mackiewicz (1902-1985) – pisarz, autor m.in. Drogi donikądKontry, Zwycięstwa prowokacji.

[16]Por. J. Mackiewicz, Ludzie z głębszego podziemia,  „Wiadomości” 1947 nr 26. Przedruk w: J. Mackiewicz, Fakty, przyroda, ludzie, Kontra, Londyn 1993, s. 114-120.

[17]Aleksander Bocheński (ur. 1904) – polityk, publicysta, autor m.in. Z dziejów głupoty w Polsce;   Rzeczy  o psychice narodu polskiego . W archiwum Skiwskiego znajduje się kartka pocztowa od A. Bocheńskiego następującej treści:

Nadzów p. Proszowice. 19/5. 44 Szanowny Panie,
Jako dawny Pański polemista, pozwalam sobie prosić Pana o umożliwienie mi wymiany ustnej uwag na temat artykułów Pańskich w „Przełomie”. Jadę pewnie jutro wieczór do Warszawy, i tam pozostanę tydzień. Nie wiem jeszcze na pewno, gdzie będę mieszkał, ale mój adres będzie wiedział Podoski Janusz, malarz, ul. Wilcza (Ma nr. w książce telefonicznej). W Krakowie mieszkam w „Hotelu Europejskim”, a stałym miejscem pobytu mego jest majątek Nadzów, poczta Proszowice k/Krakowa, gdzie proszę o listowną wiadomość, jak Pana szukać, – w razie gdyby mnie Pan nie mógł złapać telefonicznie.
Łączę wyrazy wys.[okiego] szacunku i poważania:
(Aleksander Bocheński]
Według Mackiewicza rozmowa Skiwskiego z Bocheńskim odbyła się w listopadzie 1944 roku w krakowskiej kawiarni „Pani” przy ulicy św. Jana, por.: J. Mackiewicz, Fakty, przyroda…, s. 119).

[18]Chodzi o Feliksa Burdeckiego, z którym Skiwski redagował „Przełom”.

[19]We wspomnianym artykule Mackiewicz pisał m.in.: „Oczywiście, spotkanie nie odbyło  się wyznaczonego popołudnia. Ci ludzie bali się terminów zawczasu wyznaczonych. Minęły dwa dni. Wreszcie czas nadszedł. Wkładając palto, zapytałem bezwiednie: – Dokąd pójdziemy? Tajemniczy pośrednik zaczął się jąkać i zmienił temat. Nie  nalegałem. Szliśmy Plantami. Kasztany były zielone i niebo niebieskie. Przed zejściem w Długą towarzysz mój przystanął na rogu, zapalił papierosa i obejrzał się  dokoła. W połowie Długiej skręcił raptownie w lewo, ja za nim i znaleźliśmy się w obszernym hallu stołówki dla… urzędników niemieckich”. (cyt. za: J. Mackiewicz,  Fakty, przyroda,.., s. 117-118)

[20]RGO – Rada Główna Opiekuńcza, polska organizacja charytatywna działająca legalnie w latach 1940-1945 na terenach okupowanych przez Niemców. Na jej czele stali hr. A. Ronikier i K. Tchórznicki. Zob. B. Kroll, Rada Główna Opiekuńcza 1939-1945, Warszawa 1985.

[21]Jedyne spotkanie Józefa Mackiewicza z Niemcami, o którym wiemy, odbyło się w Krakowie w czasie trwania powstania warszawskiego. Dowódca policji i służby  bezpieczeństwa GG SS-Brigadefiihrer Walther Bierkamp zaprosił wówczas na rozmowę o sytuacji w kraju hrabiego Adama Ronikiera, któremu towarzyszył m.in. Józef  Mackiewicz. Zob. B. Kroll, Rada Główna Opiekuńcza 1939-1945, s. 414.

[22]W czasie wojny i wiele lat po niej oskarżano Mackiewicza o kolaborację z Niemcami, czego głównym dowodem miało być kilka antysowieckich artykułów opublikowanych przez Mackiewicza w wydawanym przez okupanta „Gońcu Wileńskim”. Na ten temat por. J. Malewski (W. Bolecki), Ptasznik z Wilna. O Józefie Mackiewiczu, Wydawnictwo Arka, Kraków 1991;  J. Trznadel, Józef Mackiewicz, [w:] tegoż, Ocalenie tragizmu, Wydawnictwo Skokowski, Lublin 1993.

opracował: Maciej Urbanowski

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 36/37, 2002.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»