«
»

Archiwum Stańczyka

ERNST JÜNGER „PRZEMOWA POD VERDUN“ ( 24 czerwca 1979)

06.28.12 | brak komentarzy

Chylę czoła przed poległymi.

*

Drodzy przyjaciele wszystkich nacji, drodzy towarzysze i vieux combattants:
Zaproszenie wiekowego i sławnego miasta Verdun, by wspólnie z drogim Henri Amblardem przewodniczyć uroczystościom, upamiętniającym stoczoną tutaj Wielką Bitwę, głęboko mnie wzruszyło. Dziękuję Państwu za honor, który w ten sposób okazaliście mnie i moim rodakom. To zaproszenie uznaję za pomyślną prognozę, jako że mer zawarł w nim następujące słowa:
„By stać się apelem pokoju między narodami, rocznica bitwy pod Verdun nie może dłużej pozostawać jedynie demonstracją o czysto narodowym charakterze”  [*]

*

Takiemu wezwaniu chętnie daje się posłuch. Ponadto jestem przekonany, że oczywiście chodzi tu nie o wzajemny gest dobrej woli, ale o zwiastun historycznego zwrotu – o atmosferyczne przejaśnienie.
Mer wyraził życzenie, by Verdun stało się stolicą pokoju, capitale de la paix. Miejsce to wydaje mi się powołane do tego również z tej przyczyny, że to tutaj za sprawą traktatu, w którym dokonano podziału Królestwa Franków, rozpoczął się rozłam między naszymi dwoma narodami.

*

Dzisiaj patrzymy na bitwę pod Verdun inaczej niż dane nam było ją widzieć w roku 1916, i zapewne za sto lat będzie ona oceniana jeszcze inaczej. Wraz z kolejnymi pokoleniami zmieniają się idee; w spojrzeniu wstecz fakty nabierają nowego i często zaskakującego wymiaru.

*

W widoczny sposób epoka wojen narodowych chyliła się już wtedy ku końcowi. To tłumaczy uporczywość walk, ich prawie niekończące się trwanie oraz ich wygaśnięcie bez strategicznego sukcesu. Douamont jest raczej symbolem cierpienia, bardziej Kalwarią niż miejscem, w którym nastąpiło rozstrzygnięcie, jak na przykład pod Austerlitz czy pod Sedanem.

*

W spojrzeniu wstecz fronty stapiają się ze sobą – przeciwnicy zdają się być osaczani przez wspólne niebezpieczeństwa, silniejsze niż wola dowódcy i odwaga jednostki: materiał jest zbyt potężny, nawet ziemia staje się wulkaniczna, a ogień zagraża już zniszczeniem nie tej czy innej jednostki, lecz zarówno przyjaciela, jak i wroga. Wówczas, kiedy wciskaliśmy się w leje, wydawało nam się, że człowiek jest silniejszy niż materiał. Okazało się to pomyłką.

*

Codzienny postęp odbywa się powoli, niczym na skutek erozji. Jednak wciąż zdarzają się tąpnięcia, jakby sklepienie miało się zawalić. Czeka nas zguba – albo musimy zmienić system.
Przypominam sobie zwłaszcza dwa z owych ataków na wewnętrzną równowagę. Ten pierwszy strach dzieliłem z wieloma – ogarnął mnie, kiedy latem 1945 roku usłyszałem wiadomość o Hiroszimie; objawiła mi się ona zrazu tylko niczym złowieszcza pogłoska.
Ten tytaniczny, ognisty znak stanowił koniec starej i początek nowej epoki. Wydawało się, jakby historia utraciła sens – zniszczenie tego miasta odzwierciedlało między innymi kres klasycznych wojen z ich chwałą, od Achillesa do Aleksandra, od Cezara po Fryderyka Wielkiego i Napoleona.

*

Dalej wydało mi się niesamowite, kiedy niedawno dowiedziałem się, że umysłom technicznym udało się skonstruować automaty do gry w szachy, którym wkrótce nie będzie w stanie sprostać nawet najlepszy szachista.
Niemal codziennie słyszymy o postępie w numeryzacji świata – dowiadujemy się o jakimś nowym ruchu w ramach ataku, grożącego nam wszystkim niechybnym matem. Idzie tu o królestwo gier i duchową wolność, przede wszystkim artysty – i o jego twórczą moc.

*

Ten problem, nawet gdy nie uświadamialiśmy go sobie, stanął przed nami już wtedy, pod Verdun i nad Sommą, w sposób czysto materialny. Tymczasem staliśmy się świadomi siebie i chodzi o to, czy jesteśmy w stanie uporać się z tym substancjalnie, sprawiając, że na powrót odzyska szacunek ta prawda, iż człowiek jest miarą rzeczy.
Rosnąca potęga automatów i automatycznego myślenia, numeryzacja życia, zagrażająca każdemu, czyniąca go podatnym na manipulację, już wówczas dała odczuć, że znaleźliśmy się na drodze, na której akcja bojowa, jaka by nie była potężna, pożera samą siebie.
To szeroki temat. Nie chcąc się w nim pogubić, wolę raczej zatrzymać się krótko przy wspomnieniach, łączących mnie osobiście z miastem Verdun; jest ich trzy.

*

Po raz pierwszy wstąpiłem w mury cytadeli w Verdun w roku 1913, kiedy – po ucieczce ze szkoły – zaciągnąłem się do Legii Cudzoziemskiej. Mimo że mój ojciec sprowadził mnie wkrótce z Sidi-Bel-Abbès, mogę powiedzieć, że nosiłem także francuski mundur, choć jedynie przez krótki czas.
Oprócz tego nie chciałbym zapomnieć o zacnym sierżancie de Ville, u którego dowiadywałem się o biuro rekrutacyjne; zachowuję go we wdzięcznej pamięci. Ten poczciwy człowiek spojrzał na mnie przerażony i rzekł: „Mój biedny młody przyjacielu – róbże wszystko, tylko nie to”.
Moja wdzięczność wobec niego nie ustała nawet po tak długim czasie. Podczas wojny i w czasie pokoju często spotykałem nieznajomych przyjaciół, chcących mi dopomóc, ja jednak nie zawsze ich słuchałem.
Po raz drugi zbliżyłem się do miasta, nie docierając jednak do niego – miało to miejsce wiosną 1915 roku pod Les Ésparges. Nazywało się to wówczas „chrztem ogniowym”; maszerowaliśmy pełni zapału – entuzjazm był wielki. Tkwiło w tym jeszcze to wszystko, co słyszeliśmy od dziadków i czego uczyliśmy się w szkole.
Zaraz na początku otrzymałem postrzał i musiałem iść do lazaretu. Wprawdzie wkrótce – przeciwnie niż mój szacowny współprzewodniczący, który został w tym samym czasie ranny pod Verdun – powróciłem do zdrowia, jednak mój pułk Hanowerskiej Piechoty „Gibraltar” nie został już użyty w tej wielkiej bitwie, lecz wziął udział w walkach nad Sommą.
Zatem dziś jest to trzeci raz, kiedy stykam się z tym miastem – i najradośniejszy: twierdza otwiera się przed przyjacielem.

*

Pozwólcie mi Państwo, że przejdę do końcowego wniosku: czas wrogości między obu naszymi narodami – wrogości, do której od młodości byliśmy wychowywani – mamy za sobą. Nigdy jej nie akceptowałem. Jednostka naturalnie nie może uniknąć wielkich konfliktów i oczywiście uczestniczy w nich razem ze swoimi i po stronie swoich. Zachowywanie sympatii, jak między Fryderykiem i Wolterem, zawsze jest możliwe, nawet jeśli dziś jest o to trudniej niż w czasach baroku. Adversaire, jeżeli wymagają tego okoliczności, lecz nie ennemi. Agon, lecz nie polemos.

*

Człowiek niewiele uczy się od historii – w przeciwnym razie los oszczędziłby nam drugiej wojny światowej, podobnie jak niektórych innych zdarzeń. Bądź co bądź wydaje się teraz, że – jeśli chodzi o nas – poszczęściło nam się w tym przypadku.
Kiedy rozmyślamy o konfliktach, które nas trapią, nasuwa się pytanie: czyż nie powinniśmy, odtąd w skali globalnej, zaczynać od tego samego miejsca, do którego zmierzaliśmy okrężnymi drogami i do którego wiodło nas tyle ofiar?

Przełożył Krzysztof Polechoński

[*]W oryginale: „Il faut que l’anniversaire de la bataille de Verdun cesse d’être une manifestation à caractère seulement nationaliste pour devenir un appel de la paix entre les nations”  (przyp. tłum.).

Tekst opublikowany po raz pierwszy w edycji dzieł zebranych Ernsta Jüngera: Sämtliche Werke [Zweite Abteilung: Essays], t. 7 [Essays I: Betrachtungen zur Zeit], Klett-Cotta Verlag, Stuttgart 1980, s. 527-533.

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 38/39, 2003.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»