«
»

Archiwum Stańczyka

WILHELM STAPEL „NIEMCY I FRANCUZI”

07.19.12 | brak komentarzy

Wspólnota ludzka ze swej natury nie jest nastawiona na równouprawnienie. Już w najwcześniejszych wspólnotach, w rodzinie i hordzie, jakaś jednostka musiała być ich głową. W inny sposób uspołecznienie nie mogłoby się dokonać.  Dopiero myślowy przymus matematyzującego rozumu produkuje idee równouprawnienia, i w żaden sposób – po przebudzeniu się racjonalizmu – nie można wykorzenić iluzji, że jakaś „demokracja” może powstać tylko za sprawą swobodnego łączenia się i wzajemnej tolerancji „równych” jednostek. Przyjrzymy się jednak rzeczywistym procesom powstawania demokracji, tam, gdzie mamy do czynienia z prawdziwymi świadectwami (a nie tylko z idealizującymi baśniami). To wprawdzie wolni, ale w żadnym wypadku „równi” mężowie spotykają się w roku 930 na Thingvöll w Islandii, aby założyć wolne państwo islandzkie. Są to przywódczy godowie (naczelnicy okręgów) i bondowie  (ludzie wolni) z ich klientelą, mieszkającą w namiotach ustawionych wedle zasad szczepowych i sąsiedzkich.

Jako że przy wszelkim uwspólnotowieniu musi istnieć stosunek podrzędności i nadrzędności, dlatego także jakaś wspólnota narodów, ponadnarodowy związek nie jest  możliwy bez naturalnej hierarchii rang, a zatem bez prawdziwej hierarchii panowania. W przeciwnym razie pozostanie fikcja i dyskusja. Musi istnieć koniecznie  akceptowalny autorytet, zdolny do podporządkowania sobie dysydentów i do neutralizacji oponentów. Dawne Imperium Niemieckie nie mogło istnieć bez rzeczywistej  dominacji cesarza, imperium Bismarcka – bez dominacji Prus. Tę dominację należało wywalczyć. Ponadnarodowe całości nie mogły powstać inaczej niż jako całości  ponadplemienne: jeden naród zdobywa w trakcie walki dominację, a od charakteru tej dominacji zależny jest duch, który wypełnia powstającą ponadnarodową całość.

Naturalna rozmaitość narodów harmonizuje z tymi naturalnymi warunkami tworzenia wspólnot. To naturalne tworzenie wspólnot sprzeciwia się jak najostrzej racjonalistycznie-idealistycznemu postulatowi „równości” wszystkich uczestników. „Naturalny” rozwój, uwarunkowany biologicznie i którego istotę jesteśmy w stanie doświadczać w sensie biologicznym, jest jedynym, jaki może prowadzić do stworzenia ponadnarodowej wspólnoty. Kto za sprawą idealistycznej,racjonalnie ugruntowanej fikcji, „postuluje” jakąś ponadnarodową wspólnotę, kto ów postulat pragnie zrealizować za sprawą „umowy”, ten powoduje erozję sił naprawdę twórczych. Po stronie władczej wyhamowuje na skutek swego racjonalistycznego i w pełni autentycznego moralizmu, naiwny i ugruntowany na wierze rozwój mocy. Po stronie poddanej władzy rodzi skłonności do odszczepieństwa, zawiść, nienawiść, resentyment. Idea równości mąci i niszczy strukturę wspólnoty, jest wyrazem wiecznie destruktywnych sił, podczas gdy moc twórcza ujawnia w sposób konieczny hierarchię rang.

A jednak tworzenie ponadnarodowej wspólnoty jest konieczne. Domaga się tego od nas nie tylko „idea”, ale rzeczywistość. Gospodarka narodowa rozwinęła się w gospodarkę planetarną. Gdyby ta „gospodarka powszechna” wróciła do agrarnej samowystarczalności poszczególnych państw, wówczas zarzucono by tym samym uciążliwie wywalczoną  pełnię i jakość życia. Skoro zatem życie nie ma się cofnąć do form sfellachizowanych, należy tworzyć większe obszary gospodarcze. Mogą one powstać jedynie przy ignorowaniu wszelkich narodowych roszczeń tych wielu małych państw. Ale także technika tworzy świat ponadnarodowy. Za sprawą coraz szybszej komunikacji, za sprawą skracania jej czasu, kula ziemska też jakby się skurczyła. Tak jak w niegdysiejszym miłej pamięci Świętym Imperium Niemieckim można było w ciągu jednego dnia przejechać pocztą hrabiów Thurn und Taxis z pół tuzina bezpośrednio zależnych od Cesarza terytoriów, tak wkrótce można było w ciągu jednego dnia przejechać szybką koleją  lub przelecieć samolotem przez pół tuzina państw narodowych. Gospodarka i technika, które zdobywają nową przestrzeń  życiową dla ludzi, stworzyły nowy świat ponadnarodowy. Jest to stan, który w sposób konieczny prze do jednoczenia krajów i państw, przede wszystkim do zjednoczenia Europy.
Nie jest to jednak kwestia – jak wielu mniema – rozumu, ale problem siły.

Łączymy to europejskie zadanie z tym, co powiedzieliśmy o naturalnym rozwoju wszelkich wspólnot i z obydwu przesłanek wyciągamy wniosek: Jeden naród musi swą wielkością i świetnością wznieść się ponad wszystkie inne, jeden naród musi umocnić swój autorytet względem innych, jeden naród musi ustanowić prawo imperialne i  ugruntować europejski Nomos. Nacjonalizm, który jest skutkiem rewolucji francuskiej, musi zostać przezwyciężony przez nowy imperializm. Nośnikiem tego nowego imperializmu może być tylko naród niemiecki.

******

Jeśli ma powstać wielkie historyczne dzieło, to musi zaistnieć zbieżność zadania i umiejętności. Dopiero z tego powstaje „powołanie”. Gdy pytamy o powołanie Niemców  do rozwiązania dziejowego kryzysu Europy, wówczas chodzi tu zarówno o zewnętrzne powołanie do realizacji tego zadania, jak i o wewnętrzne powołanie wynikające z obdarowania talentami.

Jeden naród nigdy nie zdoła przewodzić innym narodom, gdy będzie zamknięty w sobie, zarówno w sensie geograficznym, jak ideowym. Francja jest ze względu na geografie bardzo wyrazistym narodem. Idea francuska – ukształtowana w Prawach Człowieka z roku 1789 – nadała niegdyś temu narodowi moc zdolną, by jak burza szturmem przejść ponad innymi narodami. Francuzi pojawiali się jako „oswobodziciele ludzkości”. Dziś jednak ta idea pozbawiona jest istotności, stymulowani nią starsi literaci piszą artykuły przeciwko paragrafowi zabraniającemu przerywania ciąży albo przeciwko karaniu czynów homoseksualnych. Tak oto gniją wielkie idee. Ponadto Francja, zwiedziona przypadkowością pewnych zdarzeń, przesunęła swój punkt ciężkości z Europy do Azji i Afryki. Wzięła sobie na własność kolonialne imperium pełne brunatnych i czarnych  ludów i dziś już brak jej sił, żeby nad nim zapanować. Francja ulega negroidyzacji od dołu, ze strony swoich mas. Jej imperium jest wyłomem dla napływu Murzynów do Europy. Tym samym Francja staje się bezużyteczna jako przywódczyni innych narodów. Także Włochy mają wyrazisty geograficzny profil. Jednak ich imperialną drogę – o  ile na nią wkroczą – określa nie wielki ład europejski, ale Morze Śródziemne.

Zastanówmy się: w jaki sposób „państwa” niemieckie stworzyły niegdyś ponadpaństwową organizację – „Imperium”? Dlaczego ani Bawaria, ani Saksonia nie mogły prowadzić  do niemieckiej jedności? Dlaczego musiały to być Prusy (po wyłączeniu Austrii)? Gdyby Prusy stanowiły zamknięte w sobie terytorium Północnych Niemiec, wówczas najprawdopodobniej rozszerzyłyby ten blok państw, ale nie stworzyłyby Imperium. Szybko zamknęłyby sie w granicach własnej satysfakcji, jak Bawaria. Ale ich terytoria trwały w rozproszeniu po całych Niemczech, nie pozbawione jednak twardego rdzenia. Od Tylży aż po granicę holenderską i dalej po Turyngię, Frankonię, Szwabię  rozciągały się terytoria pruskie. Dlatego Prusy miały swój interes polityczny na wschodzie, na zachodzie i na południowym zachodzie. Otwartość granic pruskich musiała  unaoczniać właśnie Prusom niedoskonałość stanu bez Imperium.

Dokładnie tak samo dziś otwartość naszych granic państwowych uczula nas na niedostatki aktualnego ładu w Europie. Niemieckie osady ciągną się aż do Polski, a nawet do Rosji, do Estonii, do Jugosławii i Rumunii, częściowo zwartymi blokami, częściowo jako niezliczone wyspy. Dlatego bezpośrednio interesują nas procesy zachodzące w państwach Wschodu i Południowego Wschodu Europy. Nie z powodu handlu i gospodarki, nie powodu kultury, ale naszej substancji narodowej. Nasz naród jest żywotnie zainteresowany procesami w państwach Europy wschodniej i południowo-wschodniej: Byt całego narodu wiąże się bezpośrednio z bytem „Niemców za granicami”. Gdy zniszczeniu ulegną nasze mniejszości na wschodzie i południowym wschodzie, wówczas cały naród niemiecki zepchnięty zostanie z historycznych wyżyn w byt pozbawiony  historycznego znaczenia. (*) Jesteśmy zatem zmuszeni do troski o to, co dzieje się w Polsce, w Serbii, na Litwie i gdzie indziej. Tak jak ojciec zmuszony jest do  troski o los swych dzieci, o ile nie jest zdecydowany dopuścić do wygaśnięcia własnego rodu. Dlatego my Niemcy – jak żaden inny naród – jesteśmy zainteresowani  ponadnarodowym ładem narodów europejskich.

Rozwiązanie naszych problemów na Wschodzie z pomocą ideologii narodowej jest po prostu niemożliwe. Nacjonalizm daje nam jedynie prawo do zadań „ochrony mniejszości”  w  celu „politycznego równouprawnienia”, „autonomii kulturalnej” i jak jeszcze tam się zwą te wszystkie nieistotne odnogi „Praw Człowieka”. Nie chodzi nam o to, aby nasze „mniejszości”, nieżyczliwie tolerowane, mogły jeszcze powegetować sobie przez chwilkę. Jaka to różnica, czy jesteśmy niemiecką „mniejszością”, czy „większością”?  Jakie znaczenie ma ta nieudolna statystyka? Jesteśmy Niemcami, czy to jako mniejszość, czy jako większość i jako Niemcy jesteśmy pierwszymi. (…)  Ranga nie jest ustalana przez liczbę i ilość, ale przez jakość bytu, inaczej mówiąc: przez historię. Problem Wschodu nie jest kwestia statystyki i organizacji, ale dziejów powszechnych. Nie chodzi tu o liczbę, ale o rangę Niemców. Nie chodzi tu o gospodarkę, ale o dominację Niemców.

Jedynie Europa pod przewodem niemieckim może być pokojową Europą. Chorobą Europy jest niemiecka słabość. Tylko wówczas, gdy zyskamy dominację, granice staną się nam tak obojętne, że będziemy mogli nawet pozostawić je w niezmienionym kształcie. Gdy będziemy dominować i gdy Niemiec uznany będzie we wszystkich krajach Europy za pierwszego, wtedy wreszcie zapanuje ład na tym rozdartym kontynencie. Nie tylko pozostawimy inne narody w ich narodowym kształcie, ale będziemy nawet pielęgnować ich narodowość, gdyż lubimy barwną pełnię samorodności. Nie będziemy naruszać granic innych narodów, dlaczego bowiem naród panujący miałby odczuwać zazdrość? Będziemy rozwijać gospodarkę innych narodów, gdyż ich dobrobyt jest naszą siłą. Domagamy się tylko jednego: Imperium. Tam, gdzie nam będą go odmawiać, trzeba je będzie  wywalczyć. Gdyż nie jesteśmy tymi innymi i „równymi”, my jesteśmy „Niemcami”.

********

Istnieją dwa narody, walczące o dominację w Europie: niemiecki i francuski. Francuzi walczą w imię idei rewolucji: tam gdzie rozprzestrzeniają się prawa człowieka  oraz idea państwa narodowego, tam rozprzestrzenia się imperium francuskie. A kto walczy za te idee, ten walczy dla Francji. Niemiec walczy pod znakiem idei Imperium. „Imperium” jest symbolem i ukoronowaniem wszelkich politycznych idei Niemców. Walka miedzy Niemcami i Francuzami nie jest już od dawna walką narodową, ale walką imperialną: o panowanie nad Europą.

Z Państwa Franków Karola Wielkiego, który centrum władzy w Europie przesadził  znad Tybru nad Ren a tym samym ustanowił  nowy początek historii, wyrosły dwa imperia,  które, choć siostrzane, nigdy nie były w stanie żyć w siostrzanej zgodzie, którym los narzucił walkę trwającą przez wieki, dziedziczoną z pokolenia na pokolenie.  Ta „dziedziczna wrogość” należy do tych procesów w dziejach powszechnych, których rozum ludzkich jednostek nie pojmie, a zatem ich nie „uzasadni”, to znaczy nie będzie w stanie uznać ich za pożyteczne. Ludzkie ratio, które sens życia postrzega w spokoju i dobrym samopoczuciu, zaś sens dziejów w postępie kultury, nie może spoglądać  inaczej na obłęd dziejów jak tylko z melancholią świętej Joanny Bernarda Shawa, formułując delikatnym głosikiem wielkie pytanie wszystkich dobrych serc do maszkaronów życia: „Kiedyż w końcu…?!” Może ona jedynie wzdychać: Jakże byłoby wspaniale, gdyby Niemcy i Francja żyły w zgodzie (gdyby prezydenci obydwu krajów ucałowali się w policzki na Place de la Concorde), jakież dzieła pokoju mogłyby stworzyć w szlachetnej rywalizacji (wystawy sztuki, koncerny przemysłowe, archeologiczne wykopaliska, kongresy filozoficzne, grupy bankowe, cywilizowanie dzikich narodów, rakiety na księżyc), jakże mogłyby służyć postępowi dla dobra ludzkości (Paneuropa jako antycypacja Respublica omnium gentium). Moraliści, filozofowie kultury i specjaliści polityczni w kwestiach ludzkości potrząsają mądrymi głowami. Dlaczego jakiś demon  każe znów tym narodom uderzać na siebie? Dlaczego nie można zawrzeć pokoju, który wypędziłby tego demona i odwrócił mroczną klątwę pokoleń? Gdzie jest ten demon?

Naród francuski mieszka w kraju wyraziście zarysowanym przez naturę (otwartym jedynie na północ), na swego rodzaju półwyspie, za którym rozpościera się rozległy, szeroki ląd. Naród niemiecki rozciąga się w rozległej przestrzeni wewnętrznej nad bezgranicznymi równinami i potężnymi górami, w zwartej masie ciąży nad całą Europą Środkową, a na krawędziach zanika bez jasnych linii w bezkresnych krajobrazach i obcych narodach. Wyraźnie zarysowane państwo francuskie leży niejako w obliczu mrocznego kolosa, który bezwładnie i ciężko, ale też pełen nieobliczalnych sił i niesamowitych zagrożeń rozciąga się w pełni na wschód. Podczas gdy naród francuski  gromadzi się wokół jednego punktu, Paryża, posłuszny jest jednemu mózgowi szybko i bez wahania, naród niemiecki spoczywa rozciągnięty bezkształtnie, to tu to tam  koncentrując się w silniejszych lub słabszych centrach swojej aktywności, rzadko jednak zdolny do zjednoczonego czynu, ale gdy już się na niego zdobędzie to z taką potęgą czynnego witalizmu, że – Francja lękać się musi takich chwil.

Jasna, ostra, uderzająca jak błysk wola jest źródłem historycznych czynów narodu francuskiego; historyczne czyny Niemców nadchodzą jak podmorskie trzęsienie ziemi z mroczniejących, marzycielskich głębin duszy, poruszając się początkowo ospale, jakby niechętnie wypływając na powierzchnie, ale potem nagle prostując się z rykiem gniewu, wzlatując z niesamowitą mocą i uderzając z nieokiełznaną energią we wroga. Tam precyzyjnie wycelowane błyskawice, tutaj sto ryczących burz jednocześnie. Tam wszystko jest aktywną wolą, napiętą inteligencją, nerwowo wietrzącymi nozdrzami, tutaj dusza poruszona tak, że przejmuje grozą, z otchłani unosząca się kipielą aktywnego gniewu. Dlatego naród francuski jest narodem ataku, niemiecki narodem obrony. Tamten ma wciąż określony cel, ten żyje dobrodusznie i bez obaw, by podrażniony, z dzikim okrzykiem powstać przeciwko prześladowcy. Tam élan, tutaj gniew – dwa  demony. Trzeba choćby wypowiedzieć te dwa słowa: ostre, jasne, raptowne élan, i mroczny, dudniący jak grom, potężny Zorn (gniew), a wówczas w dźwięku obydwu słów odnajdziemy obydwa narody.

Ta właśnie sytuacja ustala dziejowy stosunek Francji do Niemiec. Francuz, od czasu do czasu, waży się w korzystnej sytuacji na atak. Gdy taki skok się powiedzie, wówczas próbuje, świadom słabości swej siły narodowej, z wyrachowaniem unieszkodliwić Niemców: pokonany nie może nawet zaczerpnąć oddechu bez zgody zwycięzcy.  Niemiec jednak, doprowadzony do skrajnej rozpaczy, podnosi się w dogodnej godzinie w pełni swej siły i strząsa jarzmo napastnika, po czym szybko uspokojony –  i  dobrodusznie pomrukując w poczuciu swego zwycięstwa, pozostawia Francuza swojemu losowi. Przez stulecia trwają naprzemiennie ten naskok i to otrząsanie się. Tylko pozornie podczas ostatniej wojny sytuacja była inna, jako że tym razem nie chodziło wyłącznie o Francję. Francuzi  jednak potrafili, oczekując w napięciu przez pół wieku, wykorzystać zwycięstwo swoich sprzymierzeńców i stać się dominującym mocarstwem kontynentu europejskiego.  Niemiecki olbrzym wije się na ziemi z okaleczonymi członkami i obolałą głową. Czy tak ma pozostać? Nigdy francuskie élan nie zachowało stanu trwałego napięcia, nigdy  naturalnej mocy Niemiec nie zmogły w pełni dyplomatyczne sztuczki. Dlaczego w przyszłości miałoby dziać się inaczej – chyba, że sami byśmy zechcieli, by tak się  działo?

Istnieją oczywiście ludzie, którzy z aktualną słabością Niemiec chcieliby pogodzić się po wsze czasy, a przeciwnikowi „zapewnić” jego niepewną przewagę za sprawą  paktów – ludzie parlamentu, którzy wierzą, że los można wymazać ze świata za pomocą paragrafów. Jednak mają oni w jednym rację: kiedyś świat powinien tworzyć polityczną jedność, jeśli chce się w ogóle formułować inne cele polityczne: im szybciej, tym lepiej. (Dlaczego nie domagano się tego po roku 1870, ale dopiero po  1918?) A zatem, twierdzą oni, zagwarantujmy francuskim ambicjom dominację, pojednajmy się z bratem Francuzem i „pracujmy” w pokoju i uległości pod jego przewodem, by znów osiągnąć „wyżyny” („wyżyny” znaczą tutaj: pieniądze, możliwości pracy, sztuka, dobre cygara, przyjemna popołudniowa kawka, letnie podróże, kwitnąca nauka itd.).  To jest mniemanie ludzi, którzy ze swej natury mają jedynie wolę prywatną, nie polityczną, ludzi, dla których państwo nie jest namiętnością, ale jedynie organizacją  do zabezpieczenia życia prywatnego. Kto jednak ze swej natury żywi odczucia polityczne, ten niechętnie, stojąc na „gruncie faktów” unikał będzie pytania: komu należy  się hegemonia w Europie.

Tego, jaki naród winien przewodzić w Europie, nie określa przypadkowa sytuacja historyczna, także nie sytuacja aktualna, ale zdolności. A zatem trzeba rozważyć  porównawczo francuski i niemiecki rodzaj przewodzenia innym narodom. Należy obserwować, jak Niemcy i jak Francuzi zachowują się rozwiązując określone zadania  wynikające ze spełniania roli przywódczej. Historia daje nam okazję do porównania po pierwsze, w jaki sposób niemieccy i francuscy mężowie stanu traktują pokonanego przeciwnika, po drugie, jak postępują obydwa narody, kiedy przewodzą wspólnemu państwu wielu narodów.

Po pierwsze: Napoleon wykorzystał swoje zwycięstwo, by (wedle swoich zamiarów) trwale unieszkodliwić przeciwnika. Clemenceau i Poincare czynili podobnie. Bismarck  jednak nie poszatkował pokonanej Francji: odebrał jej wprawdzie to, co wedle niemieckiego odczucia słusznie należało do Niemców, ale poza tym nie próbował pętać  narodu francuskiego, ale pragnął nadać jego politycznej aktywności kierunek nie zagrażający pokojowi europejskiemu: sprzyjał powstaniu wielkiego państwa kolonialnego. Francuzi chcą być zwycięzcami i pragną stosować ucisk (gdyż nie są z natury zbyt silni), Niemcy pragną – zostawać i zostawiać w spokoju (gdyż są pewni  swej naturalnej mocy).

Po drugie: w Szwajcarii dominuje duch niemiecki, w Belgii francuski. Niemiec szwajcarski szanuje współmieszkańca swojego państwa, nigdy nie przyjdzie mu do głowy, aby Francuzom wmuszać niemieckość. Z nadmierną gorliwością reklamuje francuskie firmy. Francuz jednak nie uznaje samoistności Flamandów, przyszywa mu etykietkę  barbarzyńcy i chce go nawrócić na francuską wiarę. W rzeczy samej tak jest: Niemiec uznaje cudzą samoistność, Francuz ją uciska. Jeden skłania się do krytycyzmu  wobec samego siebie i podziwu dla obcych. Jego postawa jest dewocyjna. Drugi pragnie satysfakcji i skłonny jest podziwiać samego siebie. Jego postawa jest arogancka.

Widzimy, Niemiec chce żyć i daje żyć. Ma naturalny szacunek dla innych i chętnie ich respektuje. Cieszy go nawet istota i rozwój obcych; dlatego też przez jego  zdolności władcze przebijają zdolności pedagogiczne. Nasi wielcy politycy są najczęściej rozumiejącymi wychowawcami z dużą dozą humoru (u miałkich umysłów przekształca się to jednak w  szkolarskie zadęcie). Niemiec serdecznie interesuje się osobliwościami obcych ludów i cieszy się, gdy może zdobyć dla nich uznanie. W swojej jeszcze młodej, nie  utrwalonej polityce kolonialnej zaczął już zastanawiać się nad sposobami utrzymania prymitywnych kultur. Zupełnie inaczej Francuz. Silniej niż Niemiec akcentuje  własny egoizm, chętnie błyszczy, chętnie grzeje się w promieniach uznania, pragnie koniecznie uchodzić za lepszego. Obcych ocenia wedle stopnia ich akceptacji kultury francuskiej, miarą ich zbliżenia się do niej. Niemiec ma odruchowy respekt wobec tego, co jawi się mu jako niezrozumiałe i osobliwe, Francuz szydzi z tego odruchowo określając jako barbarzyńskie. Niemca cieszy barwna i awanturnicza różnorodność życia, Francuz natomiast to urodzony centralista, radujący się ze ściśle ustrukturowanych form. Niemiec oddaje się, Francuz bierze. Niemiec może się zagubić, Francuz nigdy się nie gubi i nie przegrywa. Podsumowując możemy powiedzieć: Francuz trzyma w szachu, Niemiec zarządza.

A jako że tak jest, Francuzi nie mogą przewodzić Europie, ale tylko trzymać ją w szachu. Wciąż będą podążać za impulsami napoleońskimi, zmusza ich do tego ich nazbyt  prosta i władcza logika. Jak długo będzie trwać ich dominacja, tak długo podejmować będą próby przekształcenia Europy za pomocą wojska i adwokatów w imperium przeniknięte niespokojnymi intrygami. Europa pod niemieckim przywództwem byłaby możliwa jedynie jako związek oparty na wzajemnej tolerancji swobodnie rozwijających się narodów. Sądzimy, że europejska historia straciłaby swój sens, gdyby Europa zjednoczyła się w imperium na modłę francuską, by w takim kształcie stoczyć kiedyś walkę z rasami  kolorowymi. Raczej wydaje się nam, że narody europejskie powinny żyć wzajemnie ze sobą jak wolni obywatele pod życzliwym prawodawstwem dobrotliwego hegemona i tolerować w swojej sferze także ludy z obcych stref. Dlatego – skoro ma pojawić się w Europie hegemon – uznajemy za możliwe jedynie istnienie hegemonii niemieckiej.  Może to zabrzmieć w obecnej sytuacji awanturniczo, ale:

W epoce wilhelmińskiej nie dojrzeliśmy jeszcze do odegrania takiej roli przywódczej, musieliśmy jeszcze w aż nazbyt wielkim stopniu zajmować się sobą. Dlatego nie  dostrzegaliśmy tego zadania. Jednak właśnie za sprawą własnych cierpień, dojrzeliśmy do roli jego wykonawców. Tylko ktoś, kto poznał cierpienie, dojrzał do tego, aby  nie tylko komenderować innymi, ale ich prowadzić; cierpienie bowiem utwierdza zamysł i łagodzi sposoby jego realizacji. A jako że mamy takie zadanie dziejowe, nie możemy podporządkować się Francuzom.

przeł. Wojciech Kunicki

Powyższy tekst jest fragmentem książki Wilhelma Stapela Der christliche Staatsmann. Eine Theologie des Nationalismus, Hamburg 1932. Zob. też Wilhelm Stapel „Chrześcijański mąż stanu” oraz „Rasa”, przeł. Tomasz Gabiś [w:] Rewolucja Konserwatywna w Niemczech 1918-1933, wybór i opracowanie Wojciech Kunicki, seria: Poznańska Biblioteka Niemiecka pod redakcją Huberta Orłowskiego i Christopha Kleßmanna, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1999).

(*) Zmarłemu w 1954 roku autorowi przyszło zobaczyć nie tylko wysiedlenie niemieckich mniejszości z Europy Środkowo-Wschodniej, ale i milionów Niemców ze Śląska,  Pomorza i tzw. Prus Wschodnich. Jego diagnoza, że naród niemiecki zostanie zepchnięty z historycznych wyżyn w byt pozbawiony historycznego znaczenia, potwierdziła się w sposób, którego nie mógł  przewidzieć w 1932 roku. Tym samym jego teza, że nośnikiem nowego, przezwyciężającego nacjonalizm imperializmu i hegemonem Europy może być  tylko naród niemiecki, nie ma posiada już żadnych realnych podstaw – przyp. red. „Stańczyka”.

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 40/41, 2004.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»