«
»

Przegląd niemiecki

PRZEGLĄD NIEMIECKI – XIX

08.01.12 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

Niemiecki pisarz Martin Mosebach jest  autorem 9 powieści, jak również zbiorów opowiadań, esejów, opisów podróży, librett operowych, dramatów, słuchowisk oraz dwóch tomików wierszy (pisze wyłącznie ręcznie!). Tego podziwianego w Niemczech za  „stylistyczny przepych i pierwotną radość opowiadania”, subtelnego znawcę literatury,  unikającego medialnego szumu, nazwano kiedyś  we  „Frankfurter Allgemeine Zeitung” „konserwatywnym anarchą”. Aż chciałoby się wykrzyknąć: „mniej Schlinka  i Jelinka więcej Mosebacha!”

W zeszłym roku Mosebach wygłosił w Akademii Szwedzkiej mowę o niemieckiej powieści. Mówił w niej min. , że krytycy literaccy zdumiewająco łatwo budują  panoramę aktualnego stanu literatury w ogóle,  a powieści w  szczególności,  jednak bardzo  trudno osądzić rangę dzieła i możliwość jego przetrwania w chwili powstania, ponieważ współczesna mentalność otacza i unosi nowy utwór niczym chmura, czasami zakrywając go przed spojrzeniem publiczności. Dopiero wówczas, gdy to, co odpowiadało powszechnemu doświadczeniu, co było kiedyś oczywiste, znika z pamięci publicznej, dzieła nabierają konturów i literacka produkcja epoki układa się w wyraźniejszy wzór.

Ewolucja niemieckiej literatury powieściowej po II wojnie światowej jest dobrą ilustracją tego procesu, nie potrzeba w tym miejscu rekapitulować historii sławnej Grupy 47, która przynajmniej do lat 80. XX wieku określała estetyczną atmosferę powojennych dziesięcioleci. Jest bowiem rzeczą bezsporną, że do dzisiaj postrzeganie niemieckiej  literatury współczesnej za granicą  określają protagoniści tego zrzeszenia.

Ponieważ  literaturę pisarze zawsze tworzą w samotności, przeto grupy artystyczne skupione wokół jakiegoś programu, dość szybko się rozpadają, bardzo często wśród  swarów. Prawdziwie artystyczna siła nie daje się bowiem przykuć do jakiegoś programu nawet wówczas, kiedy autor sporządził go wyłącznie na własny użytek.  Przypadek Grupy 47 był  inny, być może także z tej przyczyny, że polityczny i społeczny wpływ był dla niej ważniejszy niż sformułowanie jakiejś poetyki. Usadowienie się w wydawnictwach, rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych, redakcjach zapewniło jej stabilne zainteresowanie jeszcze długo po końcu jej  literackiej produktywności.

W połowie lat 50. zeszłego stulecia  Karlheinz Deschner zaatakował  bardzo skutecznie pisarzy okresu przedwojennego jak  Bergengruen, Carossa, Binding  [ późniejszy naczelny antyklerykał RFN zebrał swoje pamflety w wydanej w 1957 roku książce Kicz, konwencja i sztuka – inni jej bohaterowie to Hermann Hesse i Ernst Jünger – TG] i zapoczątkował proces znikania tych pisarzy z powszechnej percepcji. Nic podobnego, co wysoce znamienne, w przypadku  Grupy 47 się nie wydarzyło , jedyny  godny uwagi spór z dziełami jej członków  podjęła pisarka Petra Morsbach w wydanej w 2006 roku książce Dlaczego panna Laura była miła. O prawdzie opowiadania, w której  starała się dociec, jaka prawda kryje się za narracjami Marcela Reicha-Ranickiego  (autobiografia  Moje życie),  Güntera Grassa (Blaszany bębenek) i  Alfreda  Anderscha (Ojciec mordercy). Książka Petry Morsbach została  z żelazną konsekwencją przemilczana, choć przecież krytyczne zajęcie się Grupą 47 i jej czołowymi przedstawicielami nie musiałoby wypaść koniecznie na niekorzyść tamtego czasu; drwiące określenie „realizm socjaldemokratyczny” trafia w pewną cechę tego ruchu, który  miał wiele dobrych stron: umiarkowane, by tak rzec, „rozsądne”,  korzystanie ze środków artystycznych wypracowanych przez literackie awangardy, ideał rzemieślniczej sprawności, której jednocześnie nie popada w rutyniarstwo podłego gatunku , polityczne poczucie odpowiedzialności, aby naród głęboko wstrząśnięty w poczuciu własnej wartości napominać i pocieszać, ani go nie zastraszając ani usypiając.  Oczywiście nie należy sobie wyobrażać epoki Grupy 47 jako epoki poetyckiego niedostatku: komu nie smakowały serwowane przez nią dania ten znalazł inne na prawo lub na  lewo od niej – u prawicowego anarchy Ernsta Jüngera lub u lewicowego anarchy Arno Schmidta  czekał na niego bogato zastawiony stół.

Tym co  najbardziej pożałowania godne w spektakularnym, wyrażonym też przez  dwie literackie nagrody Nobla, sukcesie  Grupy 47,  pozostaje do dzisiaj fakt, że niczym parawan przesłoniła ona osiągnięcia pisarzy spoza jej kręgu. Za tym parawanem stali się, w najlepszym razie,  „poufnie”  przekazywanymi nazwiskami; posiadali wprawdzie wierne wspólnoty czytelników,  nie docierali jednak do szerszej czytającej publiczności.  Los ten spotkał nie tylko Wolfa von Niebelschütza, Vigoleisa Thelena, Ernsta Kreudera czy Fritza von Herzmanovsky`ego-Orlando, ale również wielkiego, najwyższej rangi powieściopisarza, z  którym nie może się równać żadna z gwiazd Grupy 47, zmarłego w 1966 roku,  Heimito von Doderera . Jest niepowetowaną stratą  dla niemieckiej powieści współczesnej, że w niewystarczającej mierze recypowała osiągnięcia literackie Doderera, i że  jedynym punktem odniesienia – w sprzeciwie lub w akceptacji –  był Tomasz Mann. O  Dodererze,  jednym  z największych powieściopisarzy niemieckojęzycznych XX wieku, który otworzył powieści okna, istnienia których  dotąd nie podejrzewano,  stopniowo się  w Niemczech zapomina [kto do licha wreszcie wyda ponownie polskie przekłady  Demonów i Schodów Strudlhofu? – TG].

Powieść  Pachnidło Patricka Süskinda  nie należała wprawdzie do wielkiej literatury, ale to jej ukazanie się wybiło koniec panowania Grupy 47, jej sukces świadczył o tym, że czytająca publiczność odczuwa głód żywszych, bardziej kolorowych, fantastycznych, bogatszych światów narracyjnych.  Od tamtej pory krajobraz niemieckojęzycznej powieści o wiele trudniej opisać w kategoriach wyrazistych przeciwieństw, mamy bowiem do czynienia z wielością  zjawisk, ich wielokształtnością, z wieloma wybitnymi osobowościami pisarskimi, kontynuującymi  zdumiewająco trwałe i stabilne nurty  tradycji literackiej.

Pojawiło się  nowe wcielenie starego niemieckiego fenomenu – ekspresjonizmu, reprezentowanego przez Reinharda Jirgla, Josefa Winklera,  Rainalda Goetza. Na jego   antypodach znajdują się kontynuatorzy  tradycji Jeana Paula, poniekąd też  Hamanna, Brigitte Kronauer, Sibylle Lewitscharoff  czy  Eckhard Henscheid  piszący wyrafinowaną artystycznie prozę,  opalizującą na romantyczną modłę, mieniącą się detalami i miniaturkami, z ironicznie filozofującą refleksję wplecioną w  narrację. Tak płodne w pierwszej połowie XX wieku, nawiązujące do  Johanna Petera Hebla,  pozornie naiwne opowieści  w biblijnej lub kalendarzowej tonacji znalazły swojego najbardziej wybitnego przedstawiciela w  W. G. Sebaldzie.
Czcigodny, niemal już klasyczny gatunek powieściowy jakim są  wspomnienia z młodości, upodobało sobie akurat młodsze pokolenie; szczególne egzotyczne podniety oferuje  epoka NRD, która nie tak dawno przeminęła.  Wymienić tu można takich autorów jak Uwe Tellkamp i Ingo Schultze, a z poprzedniej generacji  Ullę Hahn i  Waltera Kempowskiego.  Kontynuatorami ważnej niemieckiej tradycji  filozoficznej paraboli i symbolicznej opowieści o głębszym myślowym znaczeniu w stylu  Goethego  i Novalisa , są dziś  Peter Handke i Botho Strauss. Pisana w Austrii proza niemieckojęzyczna pozostaje wierna kolokwialnej , aż po  wiejsko-archaizującą,  tradycji, która rozciąga się pomiędzy barokowymi maniery zmami  a tonacją teatru ludowego – ekstrema wyznaczają  tu Elfriede Jelinek i Thomas Bernhard. Również, często deprecjonowany w teoretycznych dyskusjach, gatunek powieści historycznej ma od dawna znakomitych przedstawicieli, niezapomnianego Gerta Hoffmanna możemy zaliczyć do  realistycznej, a Christopha  Ransmayra do ekspresjonistyczną odmiany tego gatunku.

Do szczególnych cech twórczości starszych pisarzy pochodzących z NRD należy stylistyczne wycyzelowanie, wykształcenie na wielkich wzorach weimarskiej klasyki i  romantyzmu.  Proza Petera Hacksa i  Günthera de Bruyna odwołuje się różnych linii tradycji literackiej;   zjawisko to można by nawet potraktować jako potwierdzenie cynicznej mądrości, że  „cenzura wysubtelnia styl“. Na koniec jeszcze jedna zaskakująca obserwacja: pisarstwo  licznych  autorów  młodszego pokolenia wyrasta  z religijnej postaw życiowej – czy to chrześcijańskiej, czy to muzułmańskiej, wymieńmy tu takie nazwiska jak: Andreas Maier, Felicitas Hoppe, Thomas Hettche, Thomas Meinecke, Ralf Rothmann, Burkhard  Spinnen, Navid Kermani, Feridun Zaimoglu, a poniekąd już wymienieni  w innym kontekście Sibylle Lewitscharoff, Botho Strauss, Peter Handke. Jednakże, inaczej niż u wielu chrześcijańskich pisarzy okresu powojennego, nie ma tu ostentacji, nic z „katolickiej powieści“, religijność stanowi naturalne tło życiowe tych autorów, nie jest specjalnie wybieranym tematem, ale  nie  jest też skrywana.

W zakończeniu swojej mowy Mosebach raz jeszcze podkreślił, że właściwością współczesnej  niemieckiej  prozy powieściowej jest – oprócz kilku linii orientacyjnych – jej wielokształtność i   nieprzejrzystość. Ale być może odpowiada to lepiej kulturalnej sytuacji i tradycji Niemiec.

W kwietniu tego roku medialną burzę w Niemczech wywołał jeden z najbardziej prominentnych członków Grupy 47,  tej – jak ją określił  kiedyś Martin Walser – „kliki żądnej  władzy ”,  Günter Grass, który kilka lat temu dokonał coming-outu  przyznając się do służby w Waffen-SS. Autor Psich lat, przypominając sobie swoje  pacyfistyczne zaangażowanie z lat 80. napisał wiersz Co musi zostać powiedziane i opublikował go w liberalno-lewicowej „Süddeutsche Zeitung” (oraz innych gazet za granicą) w środę Wielkiego Tygodnia (w kontekście pokojowych Marszy Wielkanocnych), w którym  uznał Izrael za zagrożenie dla pokoju światowego.
Przytoczmy kilka głosów z niemieckiej prawicy. Reprezentujący oficjalną  „neokonserwatywną” centroprawicę  Thomas Schmid (”Die Welt”) napisał m.in., że Grass nie zna umiaru w polemicznej agresywności, że stylizuje się na odważnego, a jest egocentrykiem, ilustrującym proces jak  antyfaszyzm na końcu łączy się z tym, przeciwko czemu kiedyś wyruszał do walki. Grass spoczął  na laurach, swój obraz świata uczynił szczelnym i zamurował doń okna,  on zawsze miał rację, z krytyką  poczynał sobie autorytarnie;  roztrwonił swój moralny i intelektualny kapitał przez swój upór i powtarzanie wiecznie tego samego.

Manfred Kleine-Hartlage, („Die Sezession”, portal „Korrektheiten”) pisze, że przypadek Grassa jest wzorcowym przykładem erefenowskiego „show–dyskursu”,  którego wszyscy uczestnicy przewrzaskują  się nawzajem i  przebijają  w obłudzie, każdy  obłudnie  oburza się  obłudą przeciwnika, która jego własną obłudę zagrzewa do boju i legitymizuje.   Zaczęło się od wiersza   tak słabego, że jego autorowi należałoby odebrać nagrodę Nobla,  który już swoim tytułem  „Co musi być powiedziane” zapowiada jedno z owych „złamań tabu”, polegających  na tym, że z heroiczną miną wyważa się otwarte drzwi. Potem meduzy wystawiają na pokaz swoją twardość , dziwki pławią się w swojej cnotliwości, ci zawsze płynący na fali prezentują się jako skały w kipieli, medialni suflerzy nie chcą słyszeć tekstu, który sami suflują. W redakcjach włosy stają dęba, nosy się krzywią, czoła marszczą, zęby szczerzą, brwi unoszą, kąciki ust opadają; od czasu do czasu mruganie okiem, chce się „pokazać twarz”, a ponieważ się takowej nie posiada, posiłkuje się grymasami. Te same media,  które swoją natrętną wulgarno-pacyfistyczną  gadaniną godzącą w Izrael, niszczą zdolność politycznego sądu we własnym narodzie, nagle irytują się brakiem tej zdolności. Na dodatek  nie potrafią nawet zrobić dziecinnie prostej rzeczy – za pomocą argumentów  dowieść,  że Grass nie ma racji. Zamiast tego dyskutuje się co mu wolno, a czego nie wolno powiedzieć; taka to jest erefenowska tolerancja, zamiast na błędne czy głupie poglądy  odpowiedzieć argumentami, denuncjuje się inaczej myślących.

Jedno przynajmniej trzeba zapisać Grassowi na plus: swoją polemiką odsłonił wewnętrzną sprzeczność politycznie poprawnego, tj. zakłamanego oficjalnego dyskursu w  RFN. Cierniem w oku zachodnich „dobroludzi” musi być z konieczności państwo które: utrzymuje zdolną do walki armię i jej rzeczywiście używa przeciwko zagrożeniom („militaryzm!”), przyjmuje tylko imigrantów należących do własnego narodu („rasizm”!), członków innego narodu  regularnie wyłaniającego  ze swoich szeregów  terrorystów wyklucza za pomocą wysokiego płotu ze swojego terytorium państwowego („apartheid!”), odmawia milionom muzułmanów osiedlenia się na swoim terytorium („islamofobia!”) i  generalnie nie wykazuje najmniejszej skłonności do popełnienia narodowego samobójstwa. Równocześnie ci sami „dobroludzie”, i nie tylko oni, „religię Holocaustu” podnieśli do rangi religii państwowej, do której rytuałów należy wyznawanie prawa Izraela do istnienia. Postawa będąca nieuchronnym efektem tego samostworzonego dylematu polega na tym, by prawo Izraela do istnienia potwierdzać stereotypowymi frazesami, ale potępiać praktyczne kroki przezeń  podejmowane,  aby to prawo sobie zagwarantować.

Niemiecka neuroza winy, pisze dalej Kleine-Hartlage,  nad której umocnieniem Grass przez całe życie ze wszystkich  sił pracował, rodzi coraz bardziej pokraczne  emocjonalne twory: ponieważ nie można żyć pod ciśnieniem permanentnego zbiorowego oskarżania własnego narodu, próbuje się uczynić brzemię lżejszym za pomocą kontroskarżenia. Zbiorowa podświadomość jako źródło tego permanentnego oskarżenia  identyfikuje Żydów. Ponieważ jednak polemika przeciwko „Żydom” jest obłożona tabu, wyszukuje się ersatz Żydów w postaci państwa Izrael, które z patosem  się oskarża, kiedy tylko polityczna poprawność  na to pozwoli, przy stałych zapewnieniach, że nie ma to oczywiście nic  wspólnego z niechęcią do Żydów.

Profesjonalni bojownicy przeciwko antysemityzmowi zapewne dostrzegają obłudę tych zapewnień,  ale – zgodnie ze swoją mentalnością i ideologią, jak również z realizowaną  przez siebie polityczną misją – nie próbują racjonalnie  wyjaśnić korzeni tego zjawiska, lecz odpowiadają na nie kontr-obłudą, identyfikując je jako „antysemityzm” tzn. irracjonalny i nieuzasadniony resentyment, który faktycznie ma zrozumiałe powody – za które ponadto oni sami są współodpowiedzialni.

Weźmy na przykład Centralną Radę Żydów w Niemczech, której przewodniczący Dieter Graumann jakiś czas temu zażądał, aby podczas zbliżających się mistrzostw Europy w piłce nożnej  niemiecka drużyna piłkarska odwiedziła  obóz w Oświęcimiu, jego poprzedniczce Charlotte Knobloch w dwudziestą rocznicę upadku muru berlińskiego nie  wpadło do głowy  nic lepszego jak wyrażenie publicznie troski, aby uroczystości  nie zepchnęły w cień pamięci o „Nocy Kryształowej”.  Cóż to znaczy? To znaczy, że z  punktu widzenia Centralnej Rady Żydów, która – co ważne – jawnie rości sobie pretensje do  reprezentowania wszystkich tutejszych Żydów, nie można sobie wyobrazić żadnego powodu, który mógłby legitymizować odczuwanie przez Niemców jako naród zbiorowej radości, dumy lub szacunku wobec samych siebie.  Odczucia te trzeba natychmiast  stłumić przypomnieniem o konieczności przyklęknięcia przed bożkiem „Wiecznej Winy”. Nawet na stadion piłkarski Niemcowi nie wolno wejść bez niewidzialnej koszuli pokutnej (jeśli mimo  wszystko to czyni, to jest to owe „niebezpieczeństwo ”, które trzeba „zdusić w zarodku”).

Co chce nam powiedzieć ten, który tego od nas  wymaga?  Że naród niemiecki  nie ma prawa do  radości z własnego istnienia?  Że samo  istnienie tego narodu napawa  go lękiem? Że jest mu cierniem w oku? Że Niemcy powinni przestać istnieć jako naród? Tego typu wypowiedzi jak  Graumanna czy Knobloch, a  przytoczyć można by ich  bez  liku, należą do stałego repertuaru tej nieszczęsnej Rady, która nie jest w stanie rozpoznać katastrofalnych skutków swojej polityki, nawet gdy ma je przed samym nosem. Od „badacza antysemityzmu” Wolfganga Benza wiemy, że  do Rady od dawna  przychodzi mnóstwo  listów protestujących przeciwko tego rodzaju propagandzie; w swojej  książce Co to jest antysemityzm,  w rozdziale, wyjątkowo trafnie zatytułowanym,  „Gniew patriotów”  Benz ten,  w najoczywistszy sposób  reaktywny,  gniew,  diabolizuje jako  „antysemityzm” i tym samym zbywa jako nieuzasadniony , mimo iż jego powody leżą nie tylko jak na dłoni,  lecz on sam   w swojej  książce wymienia je i cytuje.

Wielu Niemców, także ci, którzy nawet sami przed sobą się do tego nie przyznają, odczuwają stałe wymachiwanie maczugą winy i bezustanne nawoływanie do rozliczania z przeszłością jako zbiorową agresję Żydów przeciwko ich własnemu narodowi. Pozbawiony umiaru „antysyjonizm”, zwłaszcza lewicy, jest, nie na ostatku, subtelną zemstą  wykorzenionych, którym wpojono nienawiść do własnego narodu. Oczywiście, dodać koniecznie  należy,  że Centralna Rada Żydów w Niemczech nie jest jedyną instytucją wymachującą maczugą winy, w RFN  cały przemysł – którego w żadnej mierze nie można nazwać „żydowskim” – żyje z celebrowania kultu winy, na „Wiecznym Płomieniu” da się upichcić niejedną polityczną zupkę.  Jest rzeczą zbyteczną dociekanie , czy w  przypadku Rady chodzi  o świadomą obłudę, czy też u podłoża prowadzonej  przez nią polityki, polegającej na wywoływaniu wyrazów wrogości, aby je później zdezinterpretować i potępić jako „antysemityzm”, leży nieświadomy przymus odgrywania przyjętej roli, czyli pragnienie, aby raz  na zawsze ustabilizować zinternalizowany obraz samego siebie jako wiecznie prześladowanej mniejszości, który bez „antysemityzmu” musiałby podlegać rewizji.

Tak czy inaczej licha i wygodna jest polemika,  odpowiadająca na jawną głupotę i nieuczciwość „krytyki Izraela” uprawianej przez Grassa insynuowaniem mu  „antysemityzmu” oraz  kojarząca ją  z epizodem walki w szeregach Waffen-SS a udająca jednocześnie, iż nie domyśla się, że  to właśnie ta (publicznie niewypowiedziana)   „wina”  służby w Waffen-SS pchała go przez dziesięciolecia  ku jej nadkompensacji  kosztem własnego narodu. Łatwizną jest nieinterpretowanie krytyki Izraela przez Grassa  jako wyrazu zbiorowej neurozy, zatem jako rezultatu trwającej od dziesięcioleci wojny psychologicznej, w której Centralna Rada brała udział  tak samo   jak sam Grass, jak masowe media, elity polityczne, generalnie każdy,  kto sobie wywalczył miejsce w medialnym cyrku i pragnie je zachować.

Nie zamierzam, pisze w zakończeniu swojego komentarza Kleine-Hartlage, stylizować się na „łamacza tabu”, zwłaszcza że w „oświeconym społeczeństwie” za  oczywistość  uważa się nieuznawanie żadnych tabu. Ale jeśli w obliczu zakłamanego i skrępowanego, naszpikowanego iluzjami, obłudą, psychologicznymi pułapkami  „dyskursu” rzeczywiście jest coś , co musi zostać powiedziane, to właśnie to.

Thorsten Hinz („Junge Freiheit“) uważa  że to, co rozgorzało  wokół dość niedorzecznego wiersza  Güntera Grassa w ogóle nie zasługuje na nazwę „debaty“, Grass sformułował bardzo prostą opinię polityczną, domieszał  garść autorefleksji, pokawałkował na wersy i rozpowszechnił wśród ludzi jako wiersz. Widzi nadciągające niebezpieczeństwo, że Izrael zaatakuje Iran bronią atomową, wywoła wojnę światową, a Niemcy, dostarczające Izraelowi łodzie podwodne,  które można wykorzystać do ataku nuklearnego, stają się współwinne i zostaną wciągnięte w konflikt. To prawda, ze Iran jest demonizowany, podczas gdy w kwestii zbrojeń atomowych stosuje się podwójną miarę, inną dla Iranu, inną dla Izraela,  trąbiącego do ataku prewencyjnego. Kto zagwarantuje, że kłamstwo na temat irackiej broni chemicznej się nie powtórzy? Z drugiej strony Grass w najmniejszej mierze nie oddaje sprawiedliwości Izraelowi,  nie chce dostrzec zagrożeń i ryzyka,  jakie na niego czyhają;  z jego wersów przebija erefenowski brak zrozumienia dla państwa, które potrafi bronić swojej skóry. Krótko mówiąc, chodzi o wysoce skomplikowaną i zagmatwaną sytuację polityczną,  geopolityczną, wojskową, religijną a także demograficzną, której żaden wiersz nie jest w stanie opisać. Nie znaczy to jednak, że nie zawiera on pewnej politycznej treści. To kanclerz Merkel swoją deklaracją w Knesecie, że bezpieczeństwo Izraela jest częścią niemieckiej racji stanu, przykuła Niemcy  – niczym wyznawczyni  „wierności Nibelungów” – do polityki Izraela.   Grass w niejasny i pokrętny sposób wyraził rozpowszechnione niezadowolenie z tego faktu, zaś obawa, że jego postawa może cieszyć się poparciem większości Niemców wywołuje u polityków i w mediach nerwowe, a niekiedy wręcz histeryczne, reakcje.

Ani Grass, ani jego krytycy nie argumentują politycznie tylko moralnie; ich  moralność i „racja stanu” Merkel wspierają się na metafizyce wzniesionej wokół mordów popełnionych  na Żydach przez narodowych socjalistów. Tego sedna problemu wprawdzie Grass nie sformułował, ale nieświadomie dotknął. W pierwszym rzędzie nie idzie o Izrael i Iran, lecz o schorzałe centrum nerwowe własnego kraju, o przymus „ciążącego kłamstwa”, którego zlekceważenie  pociąga za sobą jako karę „werdykt antysemityzmu”.

Cóż, Grass przez wiele lat własnoręcznie budował duchowe więzienie, przeciwko regulaminowi którego teraz się buntuje, pozostając jednak nadal jego więźniem, deklarującym, że chce nim być.  To jest jasne, kiedy pisze o „moim kraju” i „jego i tylko jego zbrodniach, których z niczym nie można porównać”; Grass ewokuje metafizyczną zbrodnię i z niej  wywodzi  swoją  nieustającą  wierność Izraelowi. Aby,  przebywając wewnątrz tego  diabelskiego kręgu,  którego nie może przekroczyć, móc jednak krytykować Izrael, musi mu insynuować  planowanie absolutnej zbrodni: zagłady narodu irańskiego. Co jest po prostu śmieszne. Czego możemy się z tego nauczyć? Niczego,  czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli. W istocie rzeczy debata wokół Grassa jest tylko kolejnym okrążeniem  w „Totentanzu” erefenowskiego dyskursu.

Robin Classen („Blaue Narzisse”) pisze, że moralista, historyk-amator w „brunatnej koszuli polakierowanej na czerwono” wywołał skandal i poruszenie swoją marną liryką złożoną z politycznych sloganów, napisaną w chwili politycznej wściekłości.  Do wysoce skomplikowanej sytuacji politycznej  Grass podchodzi z narzędziami pojęciowymi i myślowymi  z  dawnych czasów, kiedy był politycznym autorytetem.  Za zasługę poczytać mu należy publiczne wskazanie na skandaliczny fakt  subwencjonowania przez niemieckiego podatnika łodzi podwodnych dla Izraela. W 1999 roku   stocznia w Kilonii zbudowała dwa pierwsze statki dla Izraela – koszty w wysokości 450 milionów euro pokrył w stu procentach podatnik  niemiecki. Potem  dostarczono trzeci , dwa są w budowie i  w ciągu 2012 roku mają zostać dostarczone, umowę na dostawę  szóstego właśnie  podpisano – te cztery statki  są prawie dwa razy droższe niż dwa pierwsze a podatnik niemiecki pokrywa ich koszty w jednej trzeciej.

Kierowany pod adresem Grassa zarzut antysemityzmu jest naciągany, ani etniczność ani religia nie są tematem wiersza, nawet antysyjonizmu nie ma,  wszak Grass opowiada się prawem Izraela do  istnienia, jest to wyłącznie krytyka polityki Izraela. W establishmencie  niemieckim konsensus w kwestii państwa żydowskiego nie istnieje,  jako pierwsza złamała go lewica, posługująca się logiką walki klasowej: skoro Palestyńczycy są biedni a   Żydzi  bogaci,  to trzeba zawsze popierać Palestyńczyków. Nic dziwnego, że SPD dość powściągliwie zareagowała na wiersza Grassa a Partia Lewicy wzięła go w obronę. Swoją krytykę polityki Izraela musiał Grass osłonić tarczą antyniemieckości zbudowaną z historycznych dogmatów narzuconych przez zwycięzców 1945 roku – wyłączna wina za wywołanie wojny, nieporównywalność niemieckich zbrodni, pierworodna wina przechodząca z ojców na synów, czyli  niezmywalne piętno niemieckiego pochodzenia.

Okoliczność, że wiersz został wydrukowany przez „Süddeutsche Zeitung” a wszystkie inne gazety natychmiast wskoczyły do tego pociągu, świadczy, zdaniem Classena,  o tym, że była to świadoma prowokacja zaplanowana na wywołanie medialnej wrzawy. Jedyna pocieszająca rzecz w tej debacie to fakt, że w XXI wieku forma wiersza, nawet marnego,  może wzbudzić taki  oddźwięk w opinii publicznej.

Dieter Stein („Junge Freiheit“) pisze, że burzliwa, momentami histeryczna, debata  tocząca sie wokół wiersza Güntera Grassa nie rozpętała się z powodu niskiej  jakości artystycznej utworu; zgorszenie wzbudziła treść. Wiersz, a raczej wstępniak albo list od czytelnika ubrany w wierszowaną formę – zajmuje się groźbą wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie; Grass ostrzega przed „pierwszym uderzeniem“ Izraela i krytykuje dostawę kolejnego niemieckiego okrętu podwodnego do Izraela, który jest w stanie przetransportować rakiety z głowicami nuklearnymi w pobliże Iranu.  Ale jak zawsze chodzi o „kwestię niemiecką“. Oświęcim, Izrael, antysemityzm – wokół tego rozgrywają się w Niemczech wewnętrzne walki polityczne, Günter Grass na własnej skórze  odczuwa ciosy  „oświęcimską maczugą“  – broni, której sam często i chętnie używał.

Debata wokół wiersza ujawnia nowe fronty zarysowujące się w niemieckim życiu politycznym i ideologicznym. Dla jednych przedstawicieli klasy politycznej anachronizmem jest państwo,  które na swoich sztandarach wypisało odwołanie  się do religii, prawo pochodzenia dla swoich obywateli i niezłomna wolę narodowego samozachowania.  Inni z kolei chowają się za Izraelem, kiedy chcą argumentować przeciwko islamizacji Europy lub szukają argumentów uzasadniających  imperialne  geopolityczne cele USA. Być może Grass, pomagając swoim nieudanym wierszem ujawnić się tym nowym frontom,  wniósł pewien wkład w wyjście Niemców z samozawinionej niedojrzałości

Hans Heckel („Preußische Allgemeine Zeitung”) podaje, że według sondażu   „Financial Times Deutschland“ 56% ankietowanych uznało krytykę  Izraela przez Grassa za słuszną, dalsze 28% za wartą dyskusji, jedynie 16% było przeciwko pisarzowi. Skąd biorą się takie nastroje? Czy tylko upieranie się przy prawie do wolności krytykowania Izraela? Czy rzeczywisty lęk o pokój? A może to – jak utrzymują niektórzy krytycy Grassa – pozostałość nigdy nieprzezwyciężonego antysemityzmu, który od 1945 roku zwalczono jedynie  powierzchownie? Przypuszczalnie nic z tych rzeczy, rację mają raczej ci, którzy podejrzewają,  iż w skrytości ducha Niemcy cieszą się,  że ktoś „Izraelczykom” albo nawet „Żydom”  „wygarnął prawdę prosto w oczy”. I te niejasne, ciemne uczucia nie mają  nic wspólnego z Bliskim Wschodem, natomiast wiele z klimatem politycznym i moralnym panującym w Niemczech. Ich istnienie świadczy o jednym: niemiecka debata o rozrachunku z przeszłością, mająca skłaniać do skruchy i wyciągnięcia „nauki z historii”, ugrzęzła w bagnie obłudy i hipertroficznej moralności.  No i teraz błoto bryzga na wszystkie strony.

Tę debatę ludzie tacy jak Grass przez dziesięciolecia kształtowali i nią sterowali,  powodowani hipertrofią moralną redukowali niemiecką przeszłość do 12 lat reżimu narodowosocjalistycznego. Z żałoby i wstydu za śmierć  żydowskich ofiar reżimu narodowosocjalistycznego przekierowywali ją coraz bardziej w stronę ryczałtowego potępienia wszystkich Niemców.  Najbardziej ciemne owoce widać od lat w Dreźnie, gdzie przeciwko paru nacjonalistycznym radykałom miejscy notable maszerują ramię w ramię z  grupami demonstrującymi nienawiść wobec  wszystkiego co niemieckie pod plakatem  „Do it again, Harris!“. Jakieś oburzenie? Jakieś głosy potępienia? Nic z tych rzeczy. Z taką samą zimną obojętnością , z taką  samą nienawiścią traktują niemieckie ofiary bombardowań i  wypędzeń,  albo kobiety które jako dziewczęta wywieziono do gułagu, ponieważ były Niemkami, i które dzisiaj jako stare kobiety ciągle czekają na odszkodowania. W tej mroźnej atmosferze samopotępienia nie wyrośnie żadne autentyczne współczucie, nawet zdolność do wczucia się w niedole innych. Komu nie wolno własnych umarłych , także publicznie jako naród, opłakiwać, albo kto już tego – jak młode pokolenie Niemców – nie potrafi, temu pozostają puste,  lizusowskie rytuały, albo hipermoralne pouczanie innych, nazywane „napominaniem”. Nienawiść i pogarda rodzą się z samonienawiści i samopogardy, także ludzkie zimno przychodzi z wewnątrz; ten kto lamentuje na przykładzie Grassa, jak niewiele empatii mają Niemcy dla Izraela czy generalnie Żydów, ten szukając przyczyn powinien najpierw zbadać jak sami Niemcy obchodzą się z  samymi sobą. Tam znajdzie odpowiedź.

Bernhard Schaub z radykalno-prawicowej Akcji Europejskiej pisze, że nie jest  zadaniem AE  komentowanie każdego jaja,  które składają gdaczące kury Systemu, a to że  Grass do tych kur należy wie każde dziecko – przez dziesięciolecia angażował się  jako propagandysta SPD i pomocnik w kampaniach wyborczych. To, że kilka lat temu przyznał się,  iż jako młody chłopak na ochotnika zgłosił się do Waffen SS,  nie tyle świadczy przeciwko niemu, ale raczej źle świadczy o oficerach  odpowiedzialnych za rekrutację do Waffen-SS,  ale cóż, widocznie wtedy brano już kogo popadnie, więc i Grass się prześliznął. Obecnie jako wypieszczone „sumienie narodu erefenowskiego” wywołał burzę w szklance wody, wyrażając swoje zatroskanie możliwością pierwszego uderzenie Izraela na Iran. Ten wiersz to w sumie żaden wiersz, może dlatego, że,  jak zdecydował jeden z estetyków 68 roku,  „po Auschwitz” nie wolno już  pisać wierszy.

Troska o bezpieczeństwo świata i istnienie narodu irańskiego jakże jest  chwalebna, ale trzeba było o tym myśleć wcześniej, gdyby wraz z kolegami z Waffen-SS wygrał Pan, Panie Grass,   wojnę, to – uważa Schaub – pokój na świecie nie byłby zagrożony. Albo gdyby po przegranej wojnie, starał się Pan o obiektywizm i oddanie sprawiedliwości towarzyszom broni, to wówczas wiele spraw potoczyłoby się  inaczej, ale Pan, przez dziesięciolecia był włazidupcem Systemu;  razem ze swoimi kompanami z „niemieckiego” życia literackiego  i medialnego postarał się  Pan  o to,  że Pana własny naród kompletnie się zagubił  i sam  siebie klasyfikuje jako naród zbrodniarzy a Żydów jako wieczne, godne  współczucia ofiary historii światowej.  To jest po prostu i  zwyczajnie obłuda, kiedy Pan teraz przychodzi i się moralnie oburza na izraelskie przygotowania do wojny. Jeśli Izrael i stojące za nim lobby uzna, że konieczne jest prewencyjne atomowe uderzenie na Iran, to nie odwiedzie ich od tego żaden biadolący erefenowski literat,  który przy każdej okazji zaklina się, że jest przyjacielem Izraela i wrogiem samodzielnej i mocnej polityki niemieckiej. Jako żarliwy wyznawca „religii Holocaustu”, musi Pan przyznać Żydom prawo do podjęcia wszelkich kroków uznanych za niezbędne, aby „coś takiego” nigdy się już nie zdarzyło. Kto mówi A, ten musi także  powiedzieć  B, panie Grass, i o tyle pani Merkel, dostarczając Izraelczykom okręty podwodne, jest konsekwentniejsza od Pana.

Cytowany wyżej  Robin Classen z pisma „Blaue Narzisse”) podejrzewa, że swój „wiersz” Grass napisał  w chwili politycznej wściekłości. Być może, ale skąd wzięła się u Grassa ta wściekłość na rządzących Izraelem a życzliwość wobec rządzących Iranem? Może  po prostu naoglądał się niemieckiej telewizji. Nie dalej bowiem jak dwa tygodnie przed opublikowaniem „wiersza” Grassa drugi program telewizji publicznej (ZDF) nadał pogawędkę swojego dziennikarza Clausa Kerbera z sympatycznie się uśmiechającym prezydentem Iranu Mahmudem Ahmadineżadem, który zapewniał o swoim umiłowaniu pokoju, objaśniał niemieckiej publiczności politykę Iranu, krytykował Izrael itd.  Trwającą   40 minut rozmowę  można w całości obejrzeć  na stronie internetowej ZDF. Z kolei pierwszy program telewizji publicznej (ARD) nadał w tym samym mniej więcej czasie ( w Berlinie przebywał wówczas minister obrony Izraela Ehud Barak mający podpisać umowę o łodzi podwodnej) rozmowę ze znanym niemieckim ekspertem w sprawach Bliskiego Wschodu Michaelem Lüdersem (studiował literaturę arabską w Damaszku i politologię w Berlinie) . Według niego atak Izraela na Iran jest prawie pewny, Niemcy zostaną  wciągnięte do konfliktu w formie symbolicznego poparcia i będą postrzegane jako strona wojująca, a  ponieważ będzie to „wojna napastnicza”, to prowojenni propagandyści będą ją przedstawiać jako „wojnę prewencyjną”.

Atak Izraela określił Lüders jako  „czyste szaleństwo” i wyjaśnił, że tylko pozornie chodzi o program atomowy Iranu, a tak naprawdę celem jest wyeliminowanie geostrategicznego rywala Izraela i przeciwnika USA w  regionie. Lüders stwierdził, że  atak Izraela sprowokuje  odpowiedź Iranu, wskutek czego do USA  przystąpią  do wojny, która  może  zdeterminować kurs historii XXI wieku tak jak I wojna światowa – XX wieku. Zdaniem Lüdersa należy  rozpocząć prawdziwe,  a nie pozorowane negocjacje z Iranem, nie wolno  przystawiać Teheranowi  pistoletu do głowy, szantażując go, ogłaszając bojkot i sankcje, rujnując gospodarczo. Iran – wywodził  Lüders –  nie ma żadnego powodu, aby  zaatakować Izrael, nie ma między nimi terytorialnego konfliktu, oba kraje dzieli 2000 kilometrów. Według niego  prezydent  Ahmadineżad wcale  nie groził, że  zniszczy Izrael, to jest błędne tłumaczenie jego wypowiedzi z 2005 roku.

Wyjaśnijmy o co chodzi z tym tłumaczeniem. W 2008 roku  na łamach „Süddeutsche Zeitung” (tej samej, która opublikowała „wiersz” Grassa) ukazał się artykuł napisany przez Katajun Amirpur, niemiecko-irańską (córka Irańczyka i Niemki) badaczkę islamu i  publicystkę (pisze do „Süddeutsche Zeitung”, „taz” i „Die Zeit”). Katajun Amirpur Studiowała naukę o islamie i politologię na uniwersytecie w Bonn i teologię szyicką w Teheranie, doktoryzowała się z szyickiej egzegezy Koranu, wykładała na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie,  w Bonn i w Zurychu, od 2011 jest profesorem  studiów nad  islamem na uniwersytecie w Hamburgu. Jej zdaniem, stale przytaczana i przypominana,  wypowiedź prezydenta Ahmadineżada  z 2005 roku, o tym, że „Israel must be wiped  off the map” (Izrael musi być wymazany z mapy), została zniekształcona. Oryginalna perska wersja wypowiedzi brzmi o wiele mniej wojowniczo;

Ahmadineżad powiedział  dosłownie w języku  farsi : „in rezhim-e eshghalgar bayad az safhe-ye ruzgar mahv shavad.” Co oznacza „okupacyjny reżim musi zniknąć z kart historii” (dosłownie: czasów), a mniej kwieciście: „okupacyjny reżim musi przejść do historii”, kiedyś w nieokreślonej przyszłości. Ahmadineżad  posłużył się cytatem z Chomeiniego, który  tymi słowami  prorokował zniknięcie reżimu szacha. I Chomeini, i Ahmadineżad mówili o „regime change”, a nie o zagładzie narodu. Katajun Amirpur przypomina też, że w czerwcu 2006 roku właściwie przetłumaczył i zrozumiał słowa prezydenta Jonathan Steele, który w „Guardianie“ napisał: „Nie wygłaszał groźby wojennej. Żądał zakończenia okupacji Jerozolimy, kiedyś w przyszłości”. Autorka artykułu zwracała  również uwagę, że po upowszechnieniu przez światowe agencje informacyjne błędnego tłumaczenia, prawdziwy przywódca Iranu  Ali Chamenei oświadczył: „Iran nie zaatakuje żadnego narodu”.

I na koniec powróćmy raz jeszcze do Grassa. We wrześniu zeszłego roku   konserwatywno-liberalny felietonista tygodnika „Der Spiegel” Jan Fleischhauer ocenił , że Grassowi brakuje zdolności politycznego sądu. Niezapomniana jest scena, kiedy w 1990 roku podczas  dyskusji telewizyjnej z Rudolfem Augsteinem Grass orzekł, że muszą  istnieć dwa państwa niemieckie ze względu na niemiecką przeszłość. Na to Augstein zimno zareplikował: „To nie jest polityczny punkt widzenia, to jest religia”. Grass, zdaniem Fleischhauera, głosił poglądy przeciętnie naiwne, niezamierzenie komiczne,  a czasami tak bzdurne, że aż  włosy stawały dęba na głowie, ale  ani na  moment  nie tracił najwyższego  mniemania o samym sobie;  wątpliwości, dystans, autoironia – to rzeczy Grassowi nieznane.

Od 1965 roku kiedy  zaintonował „Hymn na cześć Willy`ego“, stało się oczywistą rzeczą dla niemieckich reprezentantów kultury, że należy wyjść z mroku swoich pracowni i  udowodnić „zaangażowanie“. Jest oczywiste, że to ich „zaangażowanie” nie było wcale tak bezinteresowne jak lubią to sami przedstawiać. W swoich wspomnieniach pisze Klaus Harpprecht [doradca kanclerza Brandta i autor jego przemówień  –TG] , że po zwycięstwie wyborczym w 1972 roku zastanawiano się nad powołaniem narodowej  fundacji;  kierować miał nią Grass,  oczekujący gratyfikacji za swoje zaangażowanie w wyborach. Brandt był sceptyczny i wskazywał na jego polityczne złudzeni. Notatka z 9 marca 1973 roku: „K (kanclerz) obawia się, czy aby  G.G. nie wyskoczy z którymś ze swoich absurdalnych pomysłów, jak ten z czasu budowania  muru, kiedy to zaproponował,  żeby wszystkich Cyganów Europy zwołać do Berlina, bo jak wiadomo Cyganie rozszczelnią każdą granicę”.

Kiedy Harpprecht odwiedził potem pisarza, skonstatował u niego „pewne rozgoryczenie”, że już go  w Bonn nie potrzebują tak pilnie, jak sobie wyobrażał: „Wydaje się, że oczekiwał  (i nadal oczekuje) konkretnej oferty  pracy”, napisał Harpprecht w notatce do Brandta: „Gryzie go, że tak rzadko widzi kanclerza, i nie chce zadowolić się godzinną wizytą od czasu do czasu”. Pisarze – konkluduje Fleischauer – to z reguły ludzie  mający  o sobie niezwykle pochlebne zdanie, i tak być musi, ponieważ w przeciwnym razie nie przetrwaliby początków pełnych wyrzeczeń, kiedy sukces bynajmniej  nie wydaje się pewny. To jest dobre dla sztuki, ale zgubne dla osądzania świata, co łatwo można rozpoznać na przykładzie Grassa.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana”, nr 105, 2012.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»