Tomasz Gabiś
Niemiecki pisarz Martin Mosebach jest autorem 9 powieści, jak również zbiorów opowiadań, esejów, opisów podróży, librett operowych, dramatów, słuchowisk oraz dwóch tomików wierszy (pisze wyłącznie ręcznie!). Tego podziwianego w Niemczech za „stylistyczny przepych i pierwotną radość opowiadania”, subtelnego znawcę literatury, unikającego medialnego szumu, nazwano kiedyś we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” „konserwatywnym anarchą”. Aż chciałoby się wykrzyknąć: „mniej Schlinka i Jelinka więcej Mosebacha!”
W zeszłym roku Mosebach wygłosił w Akademii Szwedzkiej mowę o niemieckiej powieści. Mówił w niej min. , że krytycy literaccy zdumiewająco łatwo budują panoramę aktualnego stanu literatury w ogóle, a powieści w szczególności, jednak bardzo trudno osądzić rangę dzieła i możliwość jego przetrwania w chwili powstania, ponieważ współczesna mentalność otacza i unosi nowy utwór niczym chmura, czasami zakrywając go przed spojrzeniem publiczności. Dopiero wówczas, gdy to, co odpowiadało powszechnemu doświadczeniu, co było kiedyś oczywiste, znika z pamięci publicznej, dzieła nabierają konturów i literacka produkcja epoki układa się w wyraźniejszy wzór.
Ewolucja niemieckiej literatury powieściowej po II wojnie światowej jest dobrą ilustracją tego procesu, nie potrzeba w tym miejscu rekapitulować historii sławnej Grupy 47, która przynajmniej do lat 80. XX wieku określała estetyczną atmosferę powojennych dziesięcioleci. Jest bowiem rzeczą bezsporną, że do dzisiaj postrzeganie niemieckiej literatury współczesnej za granicą określają protagoniści tego zrzeszenia.
Ponieważ literaturę pisarze zawsze tworzą w samotności, przeto grupy artystyczne skupione wokół jakiegoś programu, dość szybko się rozpadają, bardzo często wśród swarów. Prawdziwie artystyczna siła nie daje się bowiem przykuć do jakiegoś programu nawet wówczas, kiedy autor sporządził go wyłącznie na własny użytek. Przypadek Grupy 47 był inny, być może także z tej przyczyny, że polityczny i społeczny wpływ był dla niej ważniejszy niż sformułowanie jakiejś poetyki. Usadowienie się w wydawnictwach, rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych, redakcjach zapewniło jej stabilne zainteresowanie jeszcze długo po końcu jej literackiej produktywności.
W połowie lat 50. zeszłego stulecia Karlheinz Deschner zaatakował bardzo skutecznie pisarzy okresu przedwojennego jak Bergengruen, Carossa, Binding [ późniejszy naczelny antyklerykał RFN zebrał swoje pamflety w wydanej w 1957 roku książce Kicz, konwencja i sztuka – inni jej bohaterowie to Hermann Hesse i Ernst Jünger – TG] i zapoczątkował proces znikania tych pisarzy z powszechnej percepcji. Nic podobnego, co wysoce znamienne, w przypadku Grupy 47 się nie wydarzyło , jedyny godny uwagi spór z dziełami jej członków podjęła pisarka Petra Morsbach w wydanej w 2006 roku książce Dlaczego panna Laura była miła. O prawdzie opowiadania, w której starała się dociec, jaka prawda kryje się za narracjami Marcela Reicha-Ranickiego (autobiografia Moje życie), Güntera Grassa (Blaszany bębenek) i Alfreda Anderscha (Ojciec mordercy). Książka Petry Morsbach została z żelazną konsekwencją przemilczana, choć przecież krytyczne zajęcie się Grupą 47 i jej czołowymi przedstawicielami nie musiałoby wypaść koniecznie na niekorzyść tamtego czasu; drwiące określenie „realizm socjaldemokratyczny” trafia w pewną cechę tego ruchu, który miał wiele dobrych stron: umiarkowane, by tak rzec, „rozsądne”, korzystanie ze środków artystycznych wypracowanych przez literackie awangardy, ideał rzemieślniczej sprawności, której jednocześnie nie popada w rutyniarstwo podłego gatunku , polityczne poczucie odpowiedzialności, aby naród głęboko wstrząśnięty w poczuciu własnej wartości napominać i pocieszać, ani go nie zastraszając ani usypiając. Oczywiście nie należy sobie wyobrażać epoki Grupy 47 jako epoki poetyckiego niedostatku: komu nie smakowały serwowane przez nią dania ten znalazł inne na prawo lub na lewo od niej – u prawicowego anarchy Ernsta Jüngera lub u lewicowego anarchy Arno Schmidta czekał na niego bogato zastawiony stół.
Tym co najbardziej pożałowania godne w spektakularnym, wyrażonym też przez dwie literackie nagrody Nobla, sukcesie Grupy 47, pozostaje do dzisiaj fakt, że niczym parawan przesłoniła ona osiągnięcia pisarzy spoza jej kręgu. Za tym parawanem stali się, w najlepszym razie, „poufnie” przekazywanymi nazwiskami; posiadali wprawdzie wierne wspólnoty czytelników, nie docierali jednak do szerszej czytającej publiczności. Los ten spotkał nie tylko Wolfa von Niebelschütza, Vigoleisa Thelena, Ernsta Kreudera czy Fritza von Herzmanovsky`ego-Orlando, ale również wielkiego, najwyższej rangi powieściopisarza, z którym nie może się równać żadna z gwiazd Grupy 47, zmarłego w 1966 roku, Heimito von Doderera . Jest niepowetowaną stratą dla niemieckiej powieści współczesnej, że w niewystarczającej mierze recypowała osiągnięcia literackie Doderera, i że jedynym punktem odniesienia – w sprzeciwie lub w akceptacji – był Tomasz Mann. O Dodererze, jednym z największych powieściopisarzy niemieckojęzycznych XX wieku, który otworzył powieści okna, istnienia których dotąd nie podejrzewano, stopniowo się w Niemczech zapomina [kto do licha wreszcie wyda ponownie polskie przekłady Demonów i Schodów Strudlhofu? – TG].
Powieść Pachnidło Patricka Süskinda nie należała wprawdzie do wielkiej literatury, ale to jej ukazanie się wybiło koniec panowania Grupy 47, jej sukces świadczył o tym, że czytająca publiczność odczuwa głód żywszych, bardziej kolorowych, fantastycznych, bogatszych światów narracyjnych. Od tamtej pory krajobraz niemieckojęzycznej powieści o wiele trudniej opisać w kategoriach wyrazistych przeciwieństw, mamy bowiem do czynienia z wielością zjawisk, ich wielokształtnością, z wieloma wybitnymi osobowościami pisarskimi, kontynuującymi zdumiewająco trwałe i stabilne nurty tradycji literackiej.
Pojawiło się nowe wcielenie starego niemieckiego fenomenu – ekspresjonizmu, reprezentowanego przez Reinharda Jirgla, Josefa Winklera, Rainalda Goetza. Na jego antypodach znajdują się kontynuatorzy tradycji Jeana Paula, poniekąd też Hamanna, Brigitte Kronauer, Sibylle Lewitscharoff czy Eckhard Henscheid piszący wyrafinowaną artystycznie prozę, opalizującą na romantyczną modłę, mieniącą się detalami i miniaturkami, z ironicznie filozofującą refleksję wplecioną w narrację. Tak płodne w pierwszej połowie XX wieku, nawiązujące do Johanna Petera Hebla, pozornie naiwne opowieści w biblijnej lub kalendarzowej tonacji znalazły swojego najbardziej wybitnego przedstawiciela w W. G. Sebaldzie.
Czcigodny, niemal już klasyczny gatunek powieściowy jakim są wspomnienia z młodości, upodobało sobie akurat młodsze pokolenie; szczególne egzotyczne podniety oferuje epoka NRD, która nie tak dawno przeminęła. Wymienić tu można takich autorów jak Uwe Tellkamp i Ingo Schultze, a z poprzedniej generacji Ullę Hahn i Waltera Kempowskiego. Kontynuatorami ważnej niemieckiej tradycji filozoficznej paraboli i symbolicznej opowieści o głębszym myślowym znaczeniu w stylu Goethego i Novalisa , są dziś Peter Handke i Botho Strauss. Pisana w Austrii proza niemieckojęzyczna pozostaje wierna kolokwialnej , aż po wiejsko-archaizującą, tradycji, która rozciąga się pomiędzy barokowymi maniery zmami a tonacją teatru ludowego – ekstrema wyznaczają tu Elfriede Jelinek i Thomas Bernhard. Również, często deprecjonowany w teoretycznych dyskusjach, gatunek powieści historycznej ma od dawna znakomitych przedstawicieli, niezapomnianego Gerta Hoffmanna możemy zaliczyć do realistycznej, a Christopha Ransmayra do ekspresjonistyczną odmiany tego gatunku.
Do szczególnych cech twórczości starszych pisarzy pochodzących z NRD należy stylistyczne wycyzelowanie, wykształcenie na wielkich wzorach weimarskiej klasyki i romantyzmu. Proza Petera Hacksa i Günthera de Bruyna odwołuje się różnych linii tradycji literackiej; zjawisko to można by nawet potraktować jako potwierdzenie cynicznej mądrości, że „cenzura wysubtelnia styl“. Na koniec jeszcze jedna zaskakująca obserwacja: pisarstwo licznych autorów młodszego pokolenia wyrasta z religijnej postaw życiowej – czy to chrześcijańskiej, czy to muzułmańskiej, wymieńmy tu takie nazwiska jak: Andreas Maier, Felicitas Hoppe, Thomas Hettche, Thomas Meinecke, Ralf Rothmann, Burkhard Spinnen, Navid Kermani, Feridun Zaimoglu, a poniekąd już wymienieni w innym kontekście Sibylle Lewitscharoff, Botho Strauss, Peter Handke. Jednakże, inaczej niż u wielu chrześcijańskich pisarzy okresu powojennego, nie ma tu ostentacji, nic z „katolickiej powieści“, religijność stanowi naturalne tło życiowe tych autorów, nie jest specjalnie wybieranym tematem, ale nie jest też skrywana.
W zakończeniu swojej mowy Mosebach raz jeszcze podkreślił, że właściwością współczesnej niemieckiej prozy powieściowej jest – oprócz kilku linii orientacyjnych – jej wielokształtność i nieprzejrzystość. Ale być może odpowiada to lepiej kulturalnej sytuacji i tradycji Niemiec.
W kwietniu tego roku medialną burzę w Niemczech wywołał jeden z najbardziej prominentnych członków Grupy 47, tej – jak ją określił kiedyś Martin Walser – „kliki żądnej władzy ”, Günter Grass, który kilka lat temu dokonał coming-outu przyznając się do służby w Waffen-SS. Autor Psich lat, przypominając sobie swoje pacyfistyczne zaangażowanie z lat 80. napisał wiersz Co musi zostać powiedziane i opublikował go w liberalno-lewicowej „Süddeutsche Zeitung” (oraz innych gazet za granicą) w środę Wielkiego Tygodnia (w kontekście pokojowych Marszy Wielkanocnych), w którym uznał Izrael za zagrożenie dla pokoju światowego.
Przytoczmy kilka głosów z niemieckiej prawicy. Reprezentujący oficjalną „neokonserwatywną” centroprawicę Thomas Schmid (”Die Welt”) napisał m.in., że Grass nie zna umiaru w polemicznej agresywności, że stylizuje się na odważnego, a jest egocentrykiem, ilustrującym proces jak antyfaszyzm na końcu łączy się z tym, przeciwko czemu kiedyś wyruszał do walki. Grass spoczął na laurach, swój obraz świata uczynił szczelnym i zamurował doń okna, on zawsze miał rację, z krytyką poczynał sobie autorytarnie; roztrwonił swój moralny i intelektualny kapitał przez swój upór i powtarzanie wiecznie tego samego.
Manfred Kleine-Hartlage, („Die Sezession”, portal „Korrektheiten”) pisze, że przypadek Grassa jest wzorcowym przykładem erefenowskiego „show–dyskursu”, którego wszyscy uczestnicy przewrzaskują się nawzajem i przebijają w obłudzie, każdy obłudnie oburza się obłudą przeciwnika, która jego własną obłudę zagrzewa do boju i legitymizuje. Zaczęło się od wiersza tak słabego, że jego autorowi należałoby odebrać nagrodę Nobla, który już swoim tytułem „Co musi być powiedziane” zapowiada jedno z owych „złamań tabu”, polegających na tym, że z heroiczną miną wyważa się otwarte drzwi. Potem meduzy wystawiają na pokaz swoją twardość , dziwki pławią się w swojej cnotliwości, ci zawsze płynący na fali prezentują się jako skały w kipieli, medialni suflerzy nie chcą słyszeć tekstu, który sami suflują. W redakcjach włosy stają dęba, nosy się krzywią, czoła marszczą, zęby szczerzą, brwi unoszą, kąciki ust opadają; od czasu do czasu mruganie okiem, chce się „pokazać twarz”, a ponieważ się takowej nie posiada, posiłkuje się grymasami. Te same media, które swoją natrętną wulgarno-pacyfistyczną gadaniną godzącą w Izrael, niszczą zdolność politycznego sądu we własnym narodzie, nagle irytują się brakiem tej zdolności. Na dodatek nie potrafią nawet zrobić dziecinnie prostej rzeczy – za pomocą argumentów dowieść, że Grass nie ma racji. Zamiast tego dyskutuje się co mu wolno, a czego nie wolno powiedzieć; taka to jest erefenowska tolerancja, zamiast na błędne czy głupie poglądy odpowiedzieć argumentami, denuncjuje się inaczej myślących.
Jedno przynajmniej trzeba zapisać Grassowi na plus: swoją polemiką odsłonił wewnętrzną sprzeczność politycznie poprawnego, tj. zakłamanego oficjalnego dyskursu w RFN. Cierniem w oku zachodnich „dobroludzi” musi być z konieczności państwo które: utrzymuje zdolną do walki armię i jej rzeczywiście używa przeciwko zagrożeniom („militaryzm!”), przyjmuje tylko imigrantów należących do własnego narodu („rasizm”!), członków innego narodu regularnie wyłaniającego ze swoich szeregów terrorystów wyklucza za pomocą wysokiego płotu ze swojego terytorium państwowego („apartheid!”), odmawia milionom muzułmanów osiedlenia się na swoim terytorium („islamofobia!”) i generalnie nie wykazuje najmniejszej skłonności do popełnienia narodowego samobójstwa. Równocześnie ci sami „dobroludzie”, i nie tylko oni, „religię Holocaustu” podnieśli do rangi religii państwowej, do której rytuałów należy wyznawanie prawa Izraela do istnienia. Postawa będąca nieuchronnym efektem tego samostworzonego dylematu polega na tym, by prawo Izraela do istnienia potwierdzać stereotypowymi frazesami, ale potępiać praktyczne kroki przezeń podejmowane, aby to prawo sobie zagwarantować.
Niemiecka neuroza winy, pisze dalej Kleine-Hartlage, nad której umocnieniem Grass przez całe życie ze wszystkich sił pracował, rodzi coraz bardziej pokraczne emocjonalne twory: ponieważ nie można żyć pod ciśnieniem permanentnego zbiorowego oskarżania własnego narodu, próbuje się uczynić brzemię lżejszym za pomocą kontroskarżenia. Zbiorowa podświadomość jako źródło tego permanentnego oskarżenia identyfikuje Żydów. Ponieważ jednak polemika przeciwko „Żydom” jest obłożona tabu, wyszukuje się ersatz Żydów w postaci państwa Izrael, które z patosem się oskarża, kiedy tylko polityczna poprawność na to pozwoli, przy stałych zapewnieniach, że nie ma to oczywiście nic wspólnego z niechęcią do Żydów.
Profesjonalni bojownicy przeciwko antysemityzmowi zapewne dostrzegają obłudę tych zapewnień, ale – zgodnie ze swoją mentalnością i ideologią, jak również z realizowaną przez siebie polityczną misją – nie próbują racjonalnie wyjaśnić korzeni tego zjawiska, lecz odpowiadają na nie kontr-obłudą, identyfikując je jako „antysemityzm” tzn. irracjonalny i nieuzasadniony resentyment, który faktycznie ma zrozumiałe powody – za które ponadto oni sami są współodpowiedzialni.
Weźmy na przykład Centralną Radę Żydów w Niemczech, której przewodniczący Dieter Graumann jakiś czas temu zażądał, aby podczas zbliżających się mistrzostw Europy w piłce nożnej niemiecka drużyna piłkarska odwiedziła obóz w Oświęcimiu, jego poprzedniczce Charlotte Knobloch w dwudziestą rocznicę upadku muru berlińskiego nie wpadło do głowy nic lepszego jak wyrażenie publicznie troski, aby uroczystości nie zepchnęły w cień pamięci o „Nocy Kryształowej”. Cóż to znaczy? To znaczy, że z punktu widzenia Centralnej Rady Żydów, która – co ważne – jawnie rości sobie pretensje do reprezentowania wszystkich tutejszych Żydów, nie można sobie wyobrazić żadnego powodu, który mógłby legitymizować odczuwanie przez Niemców jako naród zbiorowej radości, dumy lub szacunku wobec samych siebie. Odczucia te trzeba natychmiast stłumić przypomnieniem o konieczności przyklęknięcia przed bożkiem „Wiecznej Winy”. Nawet na stadion piłkarski Niemcowi nie wolno wejść bez niewidzialnej koszuli pokutnej (jeśli mimo wszystko to czyni, to jest to owe „niebezpieczeństwo ”, które trzeba „zdusić w zarodku”).
Co chce nam powiedzieć ten, który tego od nas wymaga? Że naród niemiecki nie ma prawa do radości z własnego istnienia? Że samo istnienie tego narodu napawa go lękiem? Że jest mu cierniem w oku? Że Niemcy powinni przestać istnieć jako naród? Tego typu wypowiedzi jak Graumanna czy Knobloch, a przytoczyć można by ich bez liku, należą do stałego repertuaru tej nieszczęsnej Rady, która nie jest w stanie rozpoznać katastrofalnych skutków swojej polityki, nawet gdy ma je przed samym nosem. Od „badacza antysemityzmu” Wolfganga Benza wiemy, że do Rady od dawna przychodzi mnóstwo listów protestujących przeciwko tego rodzaju propagandzie; w swojej książce Co to jest antysemityzm, w rozdziale, wyjątkowo trafnie zatytułowanym, „Gniew patriotów” Benz ten, w najoczywistszy sposób reaktywny, gniew, diabolizuje jako „antysemityzm” i tym samym zbywa jako nieuzasadniony , mimo iż jego powody leżą nie tylko jak na dłoni, lecz on sam w swojej książce wymienia je i cytuje.
Wielu Niemców, także ci, którzy nawet sami przed sobą się do tego nie przyznają, odczuwają stałe wymachiwanie maczugą winy i bezustanne nawoływanie do rozliczania z przeszłością jako zbiorową agresję Żydów przeciwko ich własnemu narodowi. Pozbawiony umiaru „antysyjonizm”, zwłaszcza lewicy, jest, nie na ostatku, subtelną zemstą wykorzenionych, którym wpojono nienawiść do własnego narodu. Oczywiście, dodać koniecznie należy, że Centralna Rada Żydów w Niemczech nie jest jedyną instytucją wymachującą maczugą winy, w RFN cały przemysł – którego w żadnej mierze nie można nazwać „żydowskim” – żyje z celebrowania kultu winy, na „Wiecznym Płomieniu” da się upichcić niejedną polityczną zupkę. Jest rzeczą zbyteczną dociekanie , czy w przypadku Rady chodzi o świadomą obłudę, czy też u podłoża prowadzonej przez nią polityki, polegającej na wywoływaniu wyrazów wrogości, aby je później zdezinterpretować i potępić jako „antysemityzm”, leży nieświadomy przymus odgrywania przyjętej roli, czyli pragnienie, aby raz na zawsze ustabilizować zinternalizowany obraz samego siebie jako wiecznie prześladowanej mniejszości, który bez „antysemityzmu” musiałby podlegać rewizji.
Tak czy inaczej licha i wygodna jest polemika, odpowiadająca na jawną głupotę i nieuczciwość „krytyki Izraela” uprawianej przez Grassa insynuowaniem mu „antysemityzmu” oraz kojarząca ją z epizodem walki w szeregach Waffen-SS a udająca jednocześnie, iż nie domyśla się, że to właśnie ta (publicznie niewypowiedziana) „wina” służby w Waffen-SS pchała go przez dziesięciolecia ku jej nadkompensacji kosztem własnego narodu. Łatwizną jest nieinterpretowanie krytyki Izraela przez Grassa jako wyrazu zbiorowej neurozy, zatem jako rezultatu trwającej od dziesięcioleci wojny psychologicznej, w której Centralna Rada brała udział tak samo jak sam Grass, jak masowe media, elity polityczne, generalnie każdy, kto sobie wywalczył miejsce w medialnym cyrku i pragnie je zachować.
Nie zamierzam, pisze w zakończeniu swojego komentarza Kleine-Hartlage, stylizować się na „łamacza tabu”, zwłaszcza że w „oświeconym społeczeństwie” za oczywistość uważa się nieuznawanie żadnych tabu. Ale jeśli w obliczu zakłamanego i skrępowanego, naszpikowanego iluzjami, obłudą, psychologicznymi pułapkami „dyskursu” rzeczywiście jest coś , co musi zostać powiedziane, to właśnie to.
Thorsten Hinz („Junge Freiheit“) uważa że to, co rozgorzało wokół dość niedorzecznego wiersza Güntera Grassa w ogóle nie zasługuje na nazwę „debaty“, Grass sformułował bardzo prostą opinię polityczną, domieszał garść autorefleksji, pokawałkował na wersy i rozpowszechnił wśród ludzi jako wiersz. Widzi nadciągające niebezpieczeństwo, że Izrael zaatakuje Iran bronią atomową, wywoła wojnę światową, a Niemcy, dostarczające Izraelowi łodzie podwodne, które można wykorzystać do ataku nuklearnego, stają się współwinne i zostaną wciągnięte w konflikt. To prawda, ze Iran jest demonizowany, podczas gdy w kwestii zbrojeń atomowych stosuje się podwójną miarę, inną dla Iranu, inną dla Izraela, trąbiącego do ataku prewencyjnego. Kto zagwarantuje, że kłamstwo na temat irackiej broni chemicznej się nie powtórzy? Z drugiej strony Grass w najmniejszej mierze nie oddaje sprawiedliwości Izraelowi, nie chce dostrzec zagrożeń i ryzyka, jakie na niego czyhają; z jego wersów przebija erefenowski brak zrozumienia dla państwa, które potrafi bronić swojej skóry. Krótko mówiąc, chodzi o wysoce skomplikowaną i zagmatwaną sytuację polityczną, geopolityczną, wojskową, religijną a także demograficzną, której żaden wiersz nie jest w stanie opisać. Nie znaczy to jednak, że nie zawiera on pewnej politycznej treści. To kanclerz Merkel swoją deklaracją w Knesecie, że bezpieczeństwo Izraela jest częścią niemieckiej racji stanu, przykuła Niemcy – niczym wyznawczyni „wierności Nibelungów” – do polityki Izraela. Grass w niejasny i pokrętny sposób wyraził rozpowszechnione niezadowolenie z tego faktu, zaś obawa, że jego postawa może cieszyć się poparciem większości Niemców wywołuje u polityków i w mediach nerwowe, a niekiedy wręcz histeryczne, reakcje.
Ani Grass, ani jego krytycy nie argumentują politycznie tylko moralnie; ich moralność i „racja stanu” Merkel wspierają się na metafizyce wzniesionej wokół mordów popełnionych na Żydach przez narodowych socjalistów. Tego sedna problemu wprawdzie Grass nie sformułował, ale nieświadomie dotknął. W pierwszym rzędzie nie idzie o Izrael i Iran, lecz o schorzałe centrum nerwowe własnego kraju, o przymus „ciążącego kłamstwa”, którego zlekceważenie pociąga za sobą jako karę „werdykt antysemityzmu”.
Cóż, Grass przez wiele lat własnoręcznie budował duchowe więzienie, przeciwko regulaminowi którego teraz się buntuje, pozostając jednak nadal jego więźniem, deklarującym, że chce nim być. To jest jasne, kiedy pisze o „moim kraju” i „jego i tylko jego zbrodniach, których z niczym nie można porównać”; Grass ewokuje metafizyczną zbrodnię i z niej wywodzi swoją nieustającą wierność Izraelowi. Aby, przebywając wewnątrz tego diabelskiego kręgu, którego nie może przekroczyć, móc jednak krytykować Izrael, musi mu insynuować planowanie absolutnej zbrodni: zagłady narodu irańskiego. Co jest po prostu śmieszne. Czego możemy się z tego nauczyć? Niczego, czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli. W istocie rzeczy debata wokół Grassa jest tylko kolejnym okrążeniem w „Totentanzu” erefenowskiego dyskursu.
Robin Classen („Blaue Narzisse”) pisze, że moralista, historyk-amator w „brunatnej koszuli polakierowanej na czerwono” wywołał skandal i poruszenie swoją marną liryką złożoną z politycznych sloganów, napisaną w chwili politycznej wściekłości. Do wysoce skomplikowanej sytuacji politycznej Grass podchodzi z narzędziami pojęciowymi i myślowymi z dawnych czasów, kiedy był politycznym autorytetem. Za zasługę poczytać mu należy publiczne wskazanie na skandaliczny fakt subwencjonowania przez niemieckiego podatnika łodzi podwodnych dla Izraela. W 1999 roku stocznia w Kilonii zbudowała dwa pierwsze statki dla Izraela – koszty w wysokości 450 milionów euro pokrył w stu procentach podatnik niemiecki. Potem dostarczono trzeci , dwa są w budowie i w ciągu 2012 roku mają zostać dostarczone, umowę na dostawę szóstego właśnie podpisano – te cztery statki są prawie dwa razy droższe niż dwa pierwsze a podatnik niemiecki pokrywa ich koszty w jednej trzeciej.
Kierowany pod adresem Grassa zarzut antysemityzmu jest naciągany, ani etniczność ani religia nie są tematem wiersza, nawet antysyjonizmu nie ma, wszak Grass opowiada się prawem Izraela do istnienia, jest to wyłącznie krytyka polityki Izraela. W establishmencie niemieckim konsensus w kwestii państwa żydowskiego nie istnieje, jako pierwsza złamała go lewica, posługująca się logiką walki klasowej: skoro Palestyńczycy są biedni a Żydzi bogaci, to trzeba zawsze popierać Palestyńczyków. Nic dziwnego, że SPD dość powściągliwie zareagowała na wiersza Grassa a Partia Lewicy wzięła go w obronę. Swoją krytykę polityki Izraela musiał Grass osłonić tarczą antyniemieckości zbudowaną z historycznych dogmatów narzuconych przez zwycięzców 1945 roku – wyłączna wina za wywołanie wojny, nieporównywalność niemieckich zbrodni, pierworodna wina przechodząca z ojców na synów, czyli niezmywalne piętno niemieckiego pochodzenia.
Okoliczność, że wiersz został wydrukowany przez „Süddeutsche Zeitung” a wszystkie inne gazety natychmiast wskoczyły do tego pociągu, świadczy, zdaniem Classena, o tym, że była to świadoma prowokacja zaplanowana na wywołanie medialnej wrzawy. Jedyna pocieszająca rzecz w tej debacie to fakt, że w XXI wieku forma wiersza, nawet marnego, może wzbudzić taki oddźwięk w opinii publicznej.
Dieter Stein („Junge Freiheit“) pisze, że burzliwa, momentami histeryczna, debata tocząca sie wokół wiersza Güntera Grassa nie rozpętała się z powodu niskiej jakości artystycznej utworu; zgorszenie wzbudziła treść. Wiersz, a raczej wstępniak albo list od czytelnika ubrany w wierszowaną formę – zajmuje się groźbą wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie; Grass ostrzega przed „pierwszym uderzeniem“ Izraela i krytykuje dostawę kolejnego niemieckiego okrętu podwodnego do Izraela, który jest w stanie przetransportować rakiety z głowicami nuklearnymi w pobliże Iranu. Ale jak zawsze chodzi o „kwestię niemiecką“. Oświęcim, Izrael, antysemityzm – wokół tego rozgrywają się w Niemczech wewnętrzne walki polityczne, Günter Grass na własnej skórze odczuwa ciosy „oświęcimską maczugą“ – broni, której sam często i chętnie używał.
Debata wokół wiersza ujawnia nowe fronty zarysowujące się w niemieckim życiu politycznym i ideologicznym. Dla jednych przedstawicieli klasy politycznej anachronizmem jest państwo, które na swoich sztandarach wypisało odwołanie się do religii, prawo pochodzenia dla swoich obywateli i niezłomna wolę narodowego samozachowania. Inni z kolei chowają się za Izraelem, kiedy chcą argumentować przeciwko islamizacji Europy lub szukają argumentów uzasadniających imperialne geopolityczne cele USA. Być może Grass, pomagając swoim nieudanym wierszem ujawnić się tym nowym frontom, wniósł pewien wkład w wyjście Niemców z samozawinionej niedojrzałości
Hans Heckel („Preußische Allgemeine Zeitung”) podaje, że według sondażu „Financial Times Deutschland“ 56% ankietowanych uznało krytykę Izraela przez Grassa za słuszną, dalsze 28% za wartą dyskusji, jedynie 16% było przeciwko pisarzowi. Skąd biorą się takie nastroje? Czy tylko upieranie się przy prawie do wolności krytykowania Izraela? Czy rzeczywisty lęk o pokój? A może to – jak utrzymują niektórzy krytycy Grassa – pozostałość nigdy nieprzezwyciężonego antysemityzmu, który od 1945 roku zwalczono jedynie powierzchownie? Przypuszczalnie nic z tych rzeczy, rację mają raczej ci, którzy podejrzewają, iż w skrytości ducha Niemcy cieszą się, że ktoś „Izraelczykom” albo nawet „Żydom” „wygarnął prawdę prosto w oczy”. I te niejasne, ciemne uczucia nie mają nic wspólnego z Bliskim Wschodem, natomiast wiele z klimatem politycznym i moralnym panującym w Niemczech. Ich istnienie świadczy o jednym: niemiecka debata o rozrachunku z przeszłością, mająca skłaniać do skruchy i wyciągnięcia „nauki z historii”, ugrzęzła w bagnie obłudy i hipertroficznej moralności. No i teraz błoto bryzga na wszystkie strony.
Tę debatę ludzie tacy jak Grass przez dziesięciolecia kształtowali i nią sterowali, powodowani hipertrofią moralną redukowali niemiecką przeszłość do 12 lat reżimu narodowosocjalistycznego. Z żałoby i wstydu za śmierć żydowskich ofiar reżimu narodowosocjalistycznego przekierowywali ją coraz bardziej w stronę ryczałtowego potępienia wszystkich Niemców. Najbardziej ciemne owoce widać od lat w Dreźnie, gdzie przeciwko paru nacjonalistycznym radykałom miejscy notable maszerują ramię w ramię z grupami demonstrującymi nienawiść wobec wszystkiego co niemieckie pod plakatem „Do it again, Harris!“. Jakieś oburzenie? Jakieś głosy potępienia? Nic z tych rzeczy. Z taką samą zimną obojętnością , z taką samą nienawiścią traktują niemieckie ofiary bombardowań i wypędzeń, albo kobiety które jako dziewczęta wywieziono do gułagu, ponieważ były Niemkami, i które dzisiaj jako stare kobiety ciągle czekają na odszkodowania. W tej mroźnej atmosferze samopotępienia nie wyrośnie żadne autentyczne współczucie, nawet zdolność do wczucia się w niedole innych. Komu nie wolno własnych umarłych , także publicznie jako naród, opłakiwać, albo kto już tego – jak młode pokolenie Niemców – nie potrafi, temu pozostają puste, lizusowskie rytuały, albo hipermoralne pouczanie innych, nazywane „napominaniem”. Nienawiść i pogarda rodzą się z samonienawiści i samopogardy, także ludzkie zimno przychodzi z wewnątrz; ten kto lamentuje na przykładzie Grassa, jak niewiele empatii mają Niemcy dla Izraela czy generalnie Żydów, ten szukając przyczyn powinien najpierw zbadać jak sami Niemcy obchodzą się z samymi sobą. Tam znajdzie odpowiedź.
Bernhard Schaub z radykalno-prawicowej Akcji Europejskiej pisze, że nie jest zadaniem AE komentowanie każdego jaja, które składają gdaczące kury Systemu, a to że Grass do tych kur należy wie każde dziecko – przez dziesięciolecia angażował się jako propagandysta SPD i pomocnik w kampaniach wyborczych. To, że kilka lat temu przyznał się, iż jako młody chłopak na ochotnika zgłosił się do Waffen SS, nie tyle świadczy przeciwko niemu, ale raczej źle świadczy o oficerach odpowiedzialnych za rekrutację do Waffen-SS, ale cóż, widocznie wtedy brano już kogo popadnie, więc i Grass się prześliznął. Obecnie jako wypieszczone „sumienie narodu erefenowskiego” wywołał burzę w szklance wody, wyrażając swoje zatroskanie możliwością pierwszego uderzenie Izraela na Iran. Ten wiersz to w sumie żaden wiersz, może dlatego, że, jak zdecydował jeden z estetyków 68 roku, „po Auschwitz” nie wolno już pisać wierszy.
Troska o bezpieczeństwo świata i istnienie narodu irańskiego jakże jest chwalebna, ale trzeba było o tym myśleć wcześniej, gdyby wraz z kolegami z Waffen-SS wygrał Pan, Panie Grass, wojnę, to – uważa Schaub – pokój na świecie nie byłby zagrożony. Albo gdyby po przegranej wojnie, starał się Pan o obiektywizm i oddanie sprawiedliwości towarzyszom broni, to wówczas wiele spraw potoczyłoby się inaczej, ale Pan, przez dziesięciolecia był włazidupcem Systemu; razem ze swoimi kompanami z „niemieckiego” życia literackiego i medialnego postarał się Pan o to, że Pana własny naród kompletnie się zagubił i sam siebie klasyfikuje jako naród zbrodniarzy a Żydów jako wieczne, godne współczucia ofiary historii światowej. To jest po prostu i zwyczajnie obłuda, kiedy Pan teraz przychodzi i się moralnie oburza na izraelskie przygotowania do wojny. Jeśli Izrael i stojące za nim lobby uzna, że konieczne jest prewencyjne atomowe uderzenie na Iran, to nie odwiedzie ich od tego żaden biadolący erefenowski literat, który przy każdej okazji zaklina się, że jest przyjacielem Izraela i wrogiem samodzielnej i mocnej polityki niemieckiej. Jako żarliwy wyznawca „religii Holocaustu”, musi Pan przyznać Żydom prawo do podjęcia wszelkich kroków uznanych za niezbędne, aby „coś takiego” nigdy się już nie zdarzyło. Kto mówi A, ten musi także powiedzieć B, panie Grass, i o tyle pani Merkel, dostarczając Izraelczykom okręty podwodne, jest konsekwentniejsza od Pana.
Cytowany wyżej Robin Classen z pisma „Blaue Narzisse”) podejrzewa, że swój „wiersz” Grass napisał w chwili politycznej wściekłości. Być może, ale skąd wzięła się u Grassa ta wściekłość na rządzących Izraelem a życzliwość wobec rządzących Iranem? Może po prostu naoglądał się niemieckiej telewizji. Nie dalej bowiem jak dwa tygodnie przed opublikowaniem „wiersza” Grassa drugi program telewizji publicznej (ZDF) nadał pogawędkę swojego dziennikarza Clausa Kerbera z sympatycznie się uśmiechającym prezydentem Iranu Mahmudem Ahmadineżadem, który zapewniał o swoim umiłowaniu pokoju, objaśniał niemieckiej publiczności politykę Iranu, krytykował Izrael itd. Trwającą 40 minut rozmowę można w całości obejrzeć na stronie internetowej ZDF. Z kolei pierwszy program telewizji publicznej (ARD) nadał w tym samym mniej więcej czasie ( w Berlinie przebywał wówczas minister obrony Izraela Ehud Barak mający podpisać umowę o łodzi podwodnej) rozmowę ze znanym niemieckim ekspertem w sprawach Bliskiego Wschodu Michaelem Lüdersem (studiował literaturę arabską w Damaszku i politologię w Berlinie) . Według niego atak Izraela na Iran jest prawie pewny, Niemcy zostaną wciągnięte do konfliktu w formie symbolicznego poparcia i będą postrzegane jako strona wojująca, a ponieważ będzie to „wojna napastnicza”, to prowojenni propagandyści będą ją przedstawiać jako „wojnę prewencyjną”.
Atak Izraela określił Lüders jako „czyste szaleństwo” i wyjaśnił, że tylko pozornie chodzi o program atomowy Iranu, a tak naprawdę celem jest wyeliminowanie geostrategicznego rywala Izraela i przeciwnika USA w regionie. Lüders stwierdził, że atak Izraela sprowokuje odpowiedź Iranu, wskutek czego do USA przystąpią do wojny, która może zdeterminować kurs historii XXI wieku tak jak I wojna światowa – XX wieku. Zdaniem Lüdersa należy rozpocząć prawdziwe, a nie pozorowane negocjacje z Iranem, nie wolno przystawiać Teheranowi pistoletu do głowy, szantażując go, ogłaszając bojkot i sankcje, rujnując gospodarczo. Iran – wywodził Lüders – nie ma żadnego powodu, aby zaatakować Izrael, nie ma między nimi terytorialnego konfliktu, oba kraje dzieli 2000 kilometrów. Według niego prezydent Ahmadineżad wcale nie groził, że zniszczy Izrael, to jest błędne tłumaczenie jego wypowiedzi z 2005 roku.
Wyjaśnijmy o co chodzi z tym tłumaczeniem. W 2008 roku na łamach „Süddeutsche Zeitung” (tej samej, która opublikowała „wiersz” Grassa) ukazał się artykuł napisany przez Katajun Amirpur, niemiecko-irańską (córka Irańczyka i Niemki) badaczkę islamu i publicystkę (pisze do „Süddeutsche Zeitung”, „taz” i „Die Zeit”). Katajun Amirpur Studiowała naukę o islamie i politologię na uniwersytecie w Bonn i teologię szyicką w Teheranie, doktoryzowała się z szyickiej egzegezy Koranu, wykładała na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, w Bonn i w Zurychu, od 2011 jest profesorem studiów nad islamem na uniwersytecie w Hamburgu. Jej zdaniem, stale przytaczana i przypominana, wypowiedź prezydenta Ahmadineżada z 2005 roku, o tym, że „Israel must be wiped off the map” (Izrael musi być wymazany z mapy), została zniekształcona. Oryginalna perska wersja wypowiedzi brzmi o wiele mniej wojowniczo;
Ahmadineżad powiedział dosłownie w języku farsi : „in rezhim-e eshghalgar bayad az safhe-ye ruzgar mahv shavad.” Co oznacza „okupacyjny reżim musi zniknąć z kart historii” (dosłownie: czasów), a mniej kwieciście: „okupacyjny reżim musi przejść do historii”, kiedyś w nieokreślonej przyszłości. Ahmadineżad posłużył się cytatem z Chomeiniego, który tymi słowami prorokował zniknięcie reżimu szacha. I Chomeini, i Ahmadineżad mówili o „regime change”, a nie o zagładzie narodu. Katajun Amirpur przypomina też, że w czerwcu 2006 roku właściwie przetłumaczył i zrozumiał słowa prezydenta Jonathan Steele, który w „Guardianie“ napisał: „Nie wygłaszał groźby wojennej. Żądał zakończenia okupacji Jerozolimy, kiedyś w przyszłości”. Autorka artykułu zwracała również uwagę, że po upowszechnieniu przez światowe agencje informacyjne błędnego tłumaczenia, prawdziwy przywódca Iranu Ali Chamenei oświadczył: „Iran nie zaatakuje żadnego narodu”.
I na koniec powróćmy raz jeszcze do Grassa. We wrześniu zeszłego roku konserwatywno-liberalny felietonista tygodnika „Der Spiegel” Jan Fleischhauer ocenił , że Grassowi brakuje zdolności politycznego sądu. Niezapomniana jest scena, kiedy w 1990 roku podczas dyskusji telewizyjnej z Rudolfem Augsteinem Grass orzekł, że muszą istnieć dwa państwa niemieckie ze względu na niemiecką przeszłość. Na to Augstein zimno zareplikował: „To nie jest polityczny punkt widzenia, to jest religia”. Grass, zdaniem Fleischhauera, głosił poglądy przeciętnie naiwne, niezamierzenie komiczne, a czasami tak bzdurne, że aż włosy stawały dęba na głowie, ale ani na moment nie tracił najwyższego mniemania o samym sobie; wątpliwości, dystans, autoironia – to rzeczy Grassowi nieznane.
Od 1965 roku kiedy zaintonował „Hymn na cześć Willy`ego“, stało się oczywistą rzeczą dla niemieckich reprezentantów kultury, że należy wyjść z mroku swoich pracowni i udowodnić „zaangażowanie“. Jest oczywiste, że to ich „zaangażowanie” nie było wcale tak bezinteresowne jak lubią to sami przedstawiać. W swoich wspomnieniach pisze Klaus Harpprecht [doradca kanclerza Brandta i autor jego przemówień –TG] , że po zwycięstwie wyborczym w 1972 roku zastanawiano się nad powołaniem narodowej fundacji; kierować miał nią Grass, oczekujący gratyfikacji za swoje zaangażowanie w wyborach. Brandt był sceptyczny i wskazywał na jego polityczne złudzeni. Notatka z 9 marca 1973 roku: „K (kanclerz) obawia się, czy aby G.G. nie wyskoczy z którymś ze swoich absurdalnych pomysłów, jak ten z czasu budowania muru, kiedy to zaproponował, żeby wszystkich Cyganów Europy zwołać do Berlina, bo jak wiadomo Cyganie rozszczelnią każdą granicę”.
Kiedy Harpprecht odwiedził potem pisarza, skonstatował u niego „pewne rozgoryczenie”, że już go w Bonn nie potrzebują tak pilnie, jak sobie wyobrażał: „Wydaje się, że oczekiwał (i nadal oczekuje) konkretnej oferty pracy”, napisał Harpprecht w notatce do Brandta: „Gryzie go, że tak rzadko widzi kanclerza, i nie chce zadowolić się godzinną wizytą od czasu do czasu”. Pisarze – konkluduje Fleischauer – to z reguły ludzie mający o sobie niezwykle pochlebne zdanie, i tak być musi, ponieważ w przeciwnym razie nie przetrwaliby początków pełnych wyrzeczeń, kiedy sukces bynajmniej nie wydaje się pewny. To jest dobre dla sztuki, ale zgubne dla osądzania świata, co łatwo można rozpoznać na przykładzie Grassa.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana”, nr 105, 2012.
