Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 22, 1994.
Pamiętajmy, że jeśli jako najwyższy ponad wszystko cel postawimy istnienie narodu, to obok poświęcenia, zapału i wiary warunkami sine qua non osiągnięcia tego celu muszą w dzisiejszych czasach być: trzeźwość, realizm, powściągliwość, cierpliwość, wytrwałość w pracy a także i przede wszystkim elastyczność i dyscyplina intelektu, która pozwoli nam stosować nie wyłącznie uczuciową reakcję odruchów, lecz prowadzić prawdziwą, mądrą i świadomą POLITYKĘ POLSKĄ.
(Stefan Kisielewski)
Powstanie Warszawskie należy do tych wydarzeń w historii naszego narodu, które wciąż jeszcze, mimo upływu czasu – w tym przypadku pół wieku – budzą emocje i kontrowersje wymykające się jednoznacznemu osądowi. Pamiętamy, jak długo gorzały gorące dysputy wokół dwóch największych przegranych powstań narodowych XIX wieku, tych z 1830 i 1864 roku, i jak trudny był los tych, którzy na owe czyny orężne usiłowali spojrzeć – jak np. Maurycy Mochnacki czy krakowscy „Stańczycy” – tyleż racjonalnym, co krytycznym okiem. Bardzo przywiązani jesteśmy do pewnych stereotypowych ocen czy legend, ale każde pokolenie, zgodnie ze swoim naturalnym prawem, na nowo usiłuje ocenić, przewartościować niektóre węzłowe wydarzenia historii. Heroiczne i tragiczne zarazem Powstanie Warszawskie należy do tych wydarzeń minionej wojny, na temat których jest więcej pytań niż odpowiedzi. I choć nadal toczą się dyskusje nad jego celowością, na temat bilansu zysków i strat, to jednak nikt nie neguje wartości moralnych tamtych dni, heroizmu i determinacji, której nadużyto. Bardzo długo czekała stolica, by wreszcie móc chwycić za broń, a w walce dowiodła bezprzykładnego bohaterstwa. Powstańcy są w jednym szeregu z innymi bohaterami tej wojny. Ich pamięć jest święta. Powstanie było najtragiczniejszym wydarzeniem w dziejach miasta, mającym doniosłe znaczenie dla jego losów. Wydarzeniem bez precedensu w czasach drugiej wojny światowej ze względu na to, że wielka, ponad milionowa metropolia potrafiła się zdobyć na heroiczny zryw, walcząc i opierając się przeważającym siłom wroga. Nie była to jednak tylko bitwa o Warszawę, bo jak stwierdził płk Jan Rzepecki: „…kapitulacja powstania była czymś więcej niż prostym zaprzestaniem walki w Warszawie. Była załamaniem się pewnej koncepcji politycznej”.
Powstanie uznać więc można za fenomen historyczny pod każdym względem – wojskowym, politycznym, moralnym, społecznym czy psychologicznym, z którego przebiegiem były związane takie potęgi, jak ZSRR, USA, Wielka Brytania i Niemcy, a interesowali się nim tacy politycy, jak Józef Stalin, Franklin Delano Roosevelt, Winston Churchill czy Adolf Hitler, nie licząc oczywiście wojskowych i polityków polskich, zarówno w kraju, jak i na emigracji. Coraz bardziej utwierdza się przekonanie o dwóch obliczach powstania. Jedno, to bezprzykładne wprost bohaterstwo, patriotyzm i nieugięta wola walki żołnierzy warszawskich formacji podziemnych, całej ludności stolicy, która w krwawych zmaganiach na śmierć i życie o prawo narodu do niepodległego bytu zdobywała się na heroiczne czyny, i prawo to opłaciła hekatombą ofiar.
Drugie oblicze powstania to brak elementarnej odpowiedzialności oficerów z Komendy Głównej AK, którzy wbrew podstawowym wymogom sztuki wojennej, bez porozumienia z dowództwem Armii Czerwonej wezwali prawie bezbronne miasto do walki. Walki rozpaczliwej i beznadziejnej. Podjęto decyzję, jako że polskie społeczeństwo chciało się bić z Niemcami, a młodzież „paliła się” do strzelania. Oto niemiecki raport z jednego tylko dnia (19 VII 1944) w Warszawie: „…godzina 9.20 ostrzelano maszerujący oddział Wehrmachtu; godzina 9.30 ostrzelano samochód wojskowy zabijając podoficera; godzina 14 zabito w starciu żołnierza i zabrano mu pistolet; godzina 14.30 rozbrojono żołnierza; godzina 19.30 raniono członka SS; godzina 20 rozbrojono żołnierza; godzina 22 zaatakowano straż lotniczego składu paliw; godzina 22.15 napadnięto patrol Wehrmachtu i raniono podoficera”.
Kolejne dni przyniosły dalsze starcia. Młodzi rwali się do walki, a co gorsza parła do niej grupa oficerów z Komendy Głównej AK. Jeden z nich opuszczając naradę, na której miała miejsce dyskusja na temat położenia ogólnego i ewentualnego terminu powstania w ten sposób wyraził się o swych kolegach: „Te dziady będą się tak długo pieprzyć, aż czołgi sowieckie wjadą na Plac Piłsudskiego”. Bojowe nastroje, panujące wśród akowskiej młodzieży były zrozumiałe, ale w ówczesnej sytuacji politycznej i frontowej pozbawione były jakichkolwiek rozumnych racji. Trzeba było powstrzymać wybuch powstania, choćby najbardziej przez społeczeństwo Warszawy upragniony zwłaszcza, że jak napisał Jędrzej Giertych:
Zadaniem przywódców nie jest działanie pod wpływem uczuć i odruchów podkomendnych, obowiązkiem ich jest kalkulować na zimno i „dołom” swoją wolę opartą o przemyślany plan, narzucić. Przywódcy powinni byli rozumieć, że powstania być w Warszawie nie powinno, że jest ono połączone z ryzykiem zbyt wielkim i ceną zbyt wielką, by możliwe do osiągnięcia korzyści mogły się opłacić. Powinni byli dążenia powstańcze albo całkiem rozładować, albo skierować na prowincję. A jeśli się już powstanie w Warszawie chciało robić, to trzeba je było robić w chwili, gdy się pozycja wojskowa Niemców w tym rejonie chwiała; wywiad wojskowy AK nie dopisał całkiem albo też… raporty jego nie zostały należycie wzięte w rachubę. Niemcy byli osłabieni pod Warszawą przedtem – i w pół roku później, ale w chwili wybuchu powstania, pozycja ich była już od kilku dni w Warszawie i okolicy wzmocniona i skrzepnięta.
Decyzję o zbrojnym powstaniu w Warszawie podjęto w wyniku błędnego rozeznania sytuacji militarnej na froncie i bez odpowiedniego przygotowania. Sukces powstania, na który liczono, miał się stać demonstracją polityczną. Chodziło o uchwycenie władzy w stolicy przez Delegaturę Rządu, aby w wolnej od Niemców Warszawie, w Warszawie zwycięskiego zrywu powstańczego, Dowódca AK i przedstawiciele suwerennego rządu polskiego mogli powitać wkraczającą Armię Czerwoną. Cel ten przesłonił Komendzie Głównej AK wszelkie polityczno-wojskowe realia, jak choćby to, że przeciwko kilkunastotysięcznej hitlerowskiej załodze Warszawy można było początkowo rzucić do walki zaledwie 3,5 tys. powstańców, dla których starczyło broni. Amunicji mogło wystarczyć jedynie na 2-3 dni walki, a ponadto przeciwnik dysponował przygniatającą przewagą pod względem uzbrojenia i siły ognia.
Przeprowadzenie politycznej demonstracji wymagało uprzedniego opanowania dużych miast, które początkowo były wyłączone z planu „Burza”. Decyzję tę zmieniono pod koniec czerwca 1944 r., rozkazując okręgom „…zajmowanie większych miejscowości po opuszczeniu ich przez Niemców, a przed wkroczeniem Rosjan. Doświadczenie wykazało, że bez opanowania miast i głównych ośrodków życia nie można spełniać roli gospodarza kraju”. W toku wykonywania „Burzy” na Wołyniu, Wileńszczyźnie, w okręgach Rzeszów i Lublin oraz Lwów oddziały AK zadały Niemcom znaczne straty i w mniejszym lub większym stopniu przyczyniły się do sukcesu wojsk sowieckich. Przewidywane rezultaty polityczne nie zostały jednak osiągnięte. Dotychczasowe niepowodzenie polityczne „Burzy” nie spowodowało wszakże odwołania jej, ale doprowadziło kierownictwo podziemia do wniosku, że konieczne jest uderzenie decydujące, które musiałoby już zwrócić uwagę świata na kwestię polską.
Istnieje ścisły związek pomiędzy klęską „Burzy” na wschód od Bugu i decyzją Bora-Komorowskiego rzucenia Warszawy do walki. Po Wilnie i Lwowie, Warszawa była idealnym i ostatnim zarazem miejscem do odegrania wielkiej polityczno-wojskowej demonstracji. W drugiej połowie lipca 1944 roku krajowi przywódcy ostatecznie pojęli polityczne i psychologiczne znaczenie Warszawy w ich planie odgrywania gospodarzy wobec zwycięskich Rosjan.
W marcu 1944 r. gen. Komorowski postanowił wyłączyć stolicę z planu „Burza”, „żeby uniknąć zniszczeń i zaoszczędzić cierpień ludności cywilnej”. Jeszcze 14 lipca 1944 r. (meldunek do Londynu) nie miał on „zamiaru opanowania Warszawy ani w ramach powstania powszechnego, ani też w ramach Burzy, która przeradzała się właśnie w pasmo powstań lokalnych”. W ciągu tygodnia dowódca AK zmienił zdanie i już 21 lipca stwierdził, że Warszawa powinna być oswobodzona od Niemców polskimi siłami na krótko przed spodziewanym wejściem Armii Czerwonej do stolicy. Postanowienie wywołania powstania było więc, formalnie biorąc, improwizacją. J. M. Ciechanowski uważa, że „wypadki, które doprowadziły do tej nowej, ważnej decyzji są trudne do rozszyfrowania i pełne różnych niedomówień”. Niemniej jednak jest faktem bezspornym, że główną, inspirującą rolę odegrali trzej generałowie: Tadeusz Pełczyński ps. „Grzegorz” – zastępca „Bora” i szef sztabu KG AK, Leopold Okulicki ps. „Kobra” – zastępca szefa sztabu do spraw operacyjnych i Tadeusz Komorowski ps. „Bór” – Komendant Główny AK.
Według licznych relacji bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń, inicjatorem podjęcia decyzji o wybuchu powstania był Okulicki, który przybył do kraju wiosną 1944 r. (tzw. cichociemny), przekonany o konieczności zademonstrowania sprzeciwu wobec polityki ZSRR w stosunku do Rządu R. P. w Londynie i jego przedstawicieli na terenie kraju. Uważał on, że najstosowniejszą formą protestu będzie powstanie w stolicy Polski. Zapewniał: „Nawet gdybyśmy się mieli zagrzebać w gruzach, będziemy się bili”.
Na zastrzeżenia niektórych trzeźwo oceniających sytuację oficerów, wyrażające się w pytaniu: „Czy warto poświęcać naszą młodzież w sytuacji kiedy brak uzbrojenia? Skąd weźmiemy broń?” – odpowiedział on: „Na wrogu”. Okulicki sam niewiele by jednak osiągnął, gdyby nie znalazł oparcia i poparcia u gen. Pełczyńskiego. Decyzja trzech generałów zapadła pod wpływem wydarzeń na froncie wschodnim i zamachu na Hitlera, dokonanego 20 lipca 1944 r. Podejmując wstępną decyzję o powstaniu liczono się tylko z powodzeniem. Wspominając po latach płk Jan Bokszczanin oświadczył: Niepowodzenie nie było brane pod rachubę i nie było żadnych przewidywań na wypadek przegranej lub przeciągania się walk… Wiara i pewność zwycięstwa były niezachwiane, a najmniejsze wątpliwości czy zastrzeżenia były kwalifikowane jako małoduszność i defetyzm.
Następne dni utwierdziły przywódców konspiracji o słuszności zajętego stanowiska. Oznaki rozsypki Niemców w Warszawie i okolicy dopingowały wszystkich Polaków do ostatecznego zrywu; przywódcy krajowi zelektryzowani widokiem ucieczki Niemców zdecydowali się zagrać va banque i przedstawili swym najwyższym władzom w Londynie gotową już decyzję, powziętą bez wiedzy Rządu i Naczelnego Wodza. Przywódcy krajowi w żadnym stadium ich oficjalnych deliberacji na temat Warszawy, które trwały pięć dni – od 21 do 25 lipca – nie uważali za stosowne zapytać się swych najwyższych przełożonych co sądzą o ich planach. Stąd główną odpowiedzialność za tę brzemienną w skutkach decyzję ponoszą władze krajowe.
AK formalnie podlegała VI (specjalnemu) oddziałowi sztabu Naczelnego Wodza i winna była wykonywać otrzymane od niego instrukcje. Była to jednak podległość czysto formalna. W praktyce nie rząd „krajowi”, ale „kraj” rządowi narzucał swoją wolę. 25 lipca 1944 r. gen Bór-Komorowski depeszował do Londynu: „Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę. Przybycie do tej walki Brygady Spadochronowej będzie miało olbrzymie znaczenie polityczne i taktyczne. Przygotujcie możliwość bombardowania na nasze żądanie lotnisk pod Warszawą. Moment rozpoczęcia walki zamelduję”. Odpowiedzią na ten meldunek była depesza Stanisława Mikołajczyka: „Na posiedzeniu Rządu R. P. zgodnie zapadła decyzja upoważniająca was do ogłoszenia powstania w momencie przez was wybranym”. Sprawą tą zajęła się także Komisja Główna podziemnej Rady Jedności Narodowej, która również zaakceptowała decyzję powstańczą, jednocześnie zaznaczając, że Warszawa powinna być opanowana co najmniej 12 godzin przed wkroczeniem oddziałów sowieckich, by można było witać je dysponując już ujawnioną i zainstalowaną administracją centralną (w owym czasie delegat rządu na kraj został mianowany wicepremierem, a trzej inni działacze – krajowymi ministrami).
Alianci – Anglicy i Amerykanie byli powstaniu przeciwni i z góry ostrzegali, że pomocy nie będą w stanie zapewnić. 28 lipca Foreign Office w odpowiedzi na depeszę „Bora” z 25 lipca poinformowało ambasadora polskiego w Londynie hr. Edwarda Raczyńskiego, że „Rząd Jego Królewskiej Mości nie jest w stanie nic zrobić w tej sprawie”. Świadczy to wyraźnie, że Anglicy umywali ręce od sprawy powstania jeszcze przed jego wybuchem. Zresztą przybyły z Londynu 30 lipca kpt. Jan Nowak-Jeziorański poinformował KG AK, że Warszawa nie może liczyć na wielkie zrzuty broni i przysłanie brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego, oraz że „efekt powstania i wpływ na rządy i opinię publiczną w obozie sojuszniczym będzie dosłownie: burzą w szklance wody”.
Krótko mówiąc Anglicy uważali, że jeśli powstanie powiedzie się, to dobrze, jeśli zaś nie, to będą mogli utrzymywać, że nie mieli z tym nic wspólnego, a nawet Polaków ostrzegali. Jednocześnie w Londynie doskonale zdawano sobie sprawę z tego, że inicjatorzy powstania nie byli bynajmniej zainteresowani nawiązaniem wcześniejszego kontaktu z Armią Czerwoną. Polityczny aspekt sprawy wymagał przecież, aby „sojusznik sojuszników” spotkał się z niespodzianką, aby współdziałanie zostało nawiązane dopiero w trakcie rozwiniętej walki, by ZSRR stanął wobec faktów dokonanych, które trudno by mu było zignorować. Bór-Komorowski uważał, że z chwilą wybuchu powstania rozpocznie się kampania polityczna „…którą musimy stoczyć z Rosją i wygrać. W tej kampanii na pomoc Anglosasów możemy liczyć tylko wtedy, jeśli wykażemy zdecydowaną wolę wygrania jej i umiejętnie rzucimy na szalę wszystkie środki”.
Godzina „W” została ustalona na 31 lipca 1944 r. około 18-nastej przez „Bora” na wniosek gen. „Montera” (Antoniego Chruściela) – dowódcy warszawskiego okręgu AK, po naradzie z gen. Pełczyńskim i gen. Okulickim. Mimo niekorzystnego położenia strategicznego na froncie, braku broni i amunicji, mimo nieuzgodnionego współdziałania z Rosjanami, uznano, że „nadszedł czas”. Jeszcze tego samego dnia około godziny 12 zakończyła się odprawa przedstawicieli KG AK, na której ustalono, iż w wyniku nie w pełni wyjaśnionej sytuacji wojskowej w rejonie Warszawy, ani 1 sierpnia, ani najprawdopodobniej także 2 sierpnia walki w Warszawie nie będą podjęte. Natomiast po południu na skutek mylnego (być może celowo mylnego) oświadczenia „Montera”, że na Pragę wkraczają jednostki radzieckie, Dowódca AK wydał rozkaz, który brzmiał: „Wyznaczam godzinę «W» na godzinę 17.00 1 sierpnia”. „AK” – pisze J. M. Ciechanowski – „przez opanowanie Warszawy miała przygotować grunt do walnej, ostatecznej rozgrywki ze Stalinem, która miała zdecydować, kto będzie rządził powojenną Polską – obóz londyński, czy PPR i zwolennicy… Warszawa była ich ostatnim atutem, który zdecydowani byli rzucić do gry”.
Wielkim błędem planu powstania był „brak łączności operacyjnej z sowieckim dowództwem. Nie uczyniono żadnych oficjalnych kroków, by poinformować Rosjan o nadchodzącym wybuchu. Rokossowski miał chyba rację, gdy zauważył, że z czysto wojskowego punktu widzenia powstanie zbrojne w takim mieście jak Warszawa mogło tylko uzyskać powodzenie, gdyby było starannie skoordynowane z Armią Czerwoną”. Tymczasem autorzy powstania „nie uczynili najmniejszego nawet wysiłku, aby nawiązać przynajmniej operacyjną i taktyczną łączność z Rokossowskim, celem skoordynowania z nim planowanego przez nich wystąpienia w stolicy”. Anglicy również nie powiadomili Moskwy, że Bór-Komorowski zdecydowany był na przeprowadzenie powstania w Warszawie. Rosjanie po raz pierwszy dowiedzieli się o tym oficjalnie od Mikołajczyka 31 lipca około godziny 21, tzn. na niecałe 24 godziny przed wybuchem powstania. Choć decyzja o wywołaniu powstania była podjęta bez wiedzy Mikołajczyka i na kilka dni przed jego podróżą do Moskwy, w późniejszym czasie „starano się zsynchronizować wybuch i przebieg walk z wizytą premiera w Moskwie” żeby „udzielić premierowi poparcia w pertraktacjach ze Stalinem”. Również Mikołajczyk, choć nie zainicjował planu powstania, ale po prostu zaaprobował plan przysłany z Warszawy, widział w nim element korzystny dla swej misji w Moskwie: „Zamiar opanowania stolicy polskim wysiłkiem na krótko przed wejściem Rosjan, w momencie kiedy miał rozpocząć rokowania ze Stalinem, z pewnością musiał przypaść mu do serca, jako że mógł wytworzyć w umyśle Stalina przekonanie, że londyńscy Polacy rozmyślnie starali się zsynchronizować swoje wysiłki, aby w dramatyczny i namacalny sposób podkreślić siłę i poparcie jakie Mikołajczyk posiadał w kraju”.
Ale stało się inaczej: kiedy Mikołajczyk pierwszy raz zobaczył Stalina Warszawa już walczyła. Powstanie, które wybuchło przedwcześnie, miast być pomocą dla Mikołajczyka, stało się dodatkowym ciężarem; osłabiło ono pozycję premiera, który miast szczycić się sukcesami AK w walce z Niemcami, musiał błagać Rosjan o pomoc dla Warszawy. Polski Premier nie rozmawiał ze Stalinem jako wódz zwycięskiego potężnego ruchu oporu, ale jako zdesperowany petent, który dobrze rozumiał, że tylko Armia Czerwona mogła uchronić Warszawę i jej mieszkańców od całkowitej zagłady.
Mikołajczyk jako Premier Rządu R. P. przez to, że nie ostrzegł decydentów w kraju przed powstaniem bez nawiązania przynajmniej wojskowego kontaktu z Rosjanami, ponosi ciężką odpowiedzialność za późniejszy los i zniszczenie Warszawy. Odpowiedzialności tej nie można zdjąć tym bardziej z Naczelnego Wodza – gen. Kazimierza Sosnkowskiego, zwłaszcza po ujawnieniu jego dwuznacznej roli w okresie poprzedzającym powstanie i w czasie jego trwania. Stosunki między Sosnkowskim i Mikołajczykiem były napięte, ponieważ Naczelny Wódz obawiał się, iż Premier wkrótce skapituluje wobec nacisków Rosji. Występowała między nimi „zasadnicza i rażąca różnica zdań prawie we wszystkim, a dalsza współpraca stawała się niemożliwa”.
Odbijało się to oczywiście na sytuacji w podziemiu. „Krajowi przywódcy szybko zrozumieli, że ich najwyżsi zwierzchnicy za granicą byli ze sobą skłóceni i że nie mogli już liczyć na uzgodnione i jednolite dyrektywy z Londynu”. 11 lipca Sosnkowski wyleciał z Londynu do Włoch „pozornie w celu dokonania inspekcji II Korpusu, a w rzeczywistości dla przygotowania gruntu na terenie wojska pod szeroko zakrojoną akcję antyrządową”. W dniu swego wyjazdu wysłał on depeszę do „Bora”, w której wyraził swoje rosnące niezadowolenie w stosunku do Mikołajczyka i jego polityki. We Włoszech Sosnkowski przebywał do 6 sierpnia. „Na nieszczęście, niespełna trzy tygodnie przed wybuchem powstania warszawskiego, gen. Sosnkowski, miast lojalnie służyć Rządowi jako jego najwyższy doradca wojskowy, lub podać się do dymisji na znak protestu wobec jego polityki, zdecydował się zorganizować bunt w wojsku przeciwko Rządowi, w wypadku gdyby Mikołajczyk osiągnął porozumienie ze Stalinem na warunkach nie odpowiadających Naczelnemu Wodzowi”.
W rezultacie w tym rozstrzygającym dla Polski i Warszawy momencie wojny polskie kierownictwo w Londynie przestało skutecznie działać w sposób zwarty i jednolity. Dyspozycje wysyłane przez Sosnkowskiego z Włoch były oderwane od rzeczywistości i rozwijającej się sytuacji i „nie miały żadnego wpływu na fatalną decyzję Dowódcy AK”. Na ironię losu zakrawa fakt, że w momencie gdy Bór-Komorowski przygotowywał Warszawę do rozpoczęcia walki, Sosnkowski zalecał wycofanie zagrożonych elementów AK na zachód, pozostawienie „pod okupacją sowiecką nowej konspiracji, nielicznej i starannie dobranej”. Naczelny Wódz, który był przeciwny powstaniu, zamiast jasno, dobitnie i wyraźnie rozkazać: „nie, nie pozwalam!” roztaczał „horoskopy zbliżającej się, w jego opinii, trzeciej wojny światowej”. Z depesz wynika, że Sosnkowski zachęcał Komorowskiego do „zorganizowania czysto antyrosyjskiego ruchu oporu”. Sam obwiniał rząd w Londynie za wybuch powstania w Warszawie, ale jak podkreślał gen. Kukiel, nie mógł się zdobyć na decyzję zabronienia go, ponieważ „nie chciał być tym, który nie był za dalszą walką z Niemcami”.
Żaden z decydentów, tzn. ani premier St. Mikołajczyk, ani naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski, ani wreszcie komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wraz z prącą do powstania grupą oficerów nie chciał uznać swego błędu, a tym bardziej swej winy. Nie zmienia to faktu, że podjęcie nieuzasadnionej rozwojem sytuacji decyzji o wywołaniu powstania przyniosło ludności Warszawy i samemu miastu olbrzymie straty, nie doprowadzając do realizacji żadnego z postawionych celów. Po kapitulacji miasta szerzyć się zaczęła ogólna apatia i nastroje poklęskowe, a w szeregi AK wdarła się rezygnacja, brak dyscypliny i rozprzężenie. Powstanie zakończyło się klęską – i to potrójną: klęską w liczbie poległych i zamordowanych, klęską w stratach materialnych, jak również klęską polityczną Rządu R. P. w Londynie. Była to klęska polityczna, militarna i psychologiczna, z której Rząd R. P. nigdy się już nie podniósł.
Po stracie Wilna i Lwowa, Polska straciła też na własne życzenie Warszawę, ostatnie (oprócz Krakowa) wielkie centrum historii, kultury i sztuki. Cytowany już Jędrzej Giertych pisał:
W czasie wojny znaczenie Warszawy, jako rzeczywistej pod każdym względem stolicy Polski jeszcze wzrosło. W specyficznych warunkach pod okupacją… Warszawa stała się punktem zbornym najwybitniejszych wartości ludzkich i materialnych z całej Polski – punktem zbiegów… miejscem ukrycia archiwów i zbiorów zabytków, dokumentów, dzieł sztuki, pamiątek rodzinnych i pieniędzy z Wilna i z Katowic, z Tarnopola i z Gdyni, z Poznania i z Białegostoku, z Łodzi i ze Lwowa. Kwiat inteligencji polskiej, elita nąjpatriotyczniejsza ze wszystkich warstw społecznych i zakątków kraju skupiła się na czas wojny w Warszawie, warszawskie przekupki, warszawscy robotnicy fabryczni, warszawscy zamiatacze ulic to byli nieraz adwokaci z Poznania, profesorowie uniwersytetu ze Lwowa, hrabiowie i generałowie z Wołynia i Podola, wysiedleni patriotyczni chłopi z Kaszub, skazani na śmierć i ukrywający się w stołecznym mrowisku ludzkim przywódcy robotniczy z Łodzi, Sosnowca, Chorzowa, przebrani księża z Pomorza, pastorzy z Cieszyńskiego. Jeszcze tuż przed powstaniem, w obliczu idącej bolszewickiej nawały, ciągnęło do Warszawy ziemiaństwo, ciągnęła obawiająca się wysiedlenia na Sybir inteligencja z Ziem Wschodnich, ciągnęli z prowincji by się lepiej ukryć ludzie źle widziani przez komunistów, zwożone były biblioteki, obrazy, archiwa, zwożone były meble, maszyny, złoto, dolary. Uderzenie w Warszawę oznaczało uderzenie w najwrażliwszy punkt naszego kraju – oznaczało unicestwienie najwyższych polskich wartości ideowych, kulturalnych, politycznych i moralnych, a zarazem unicestwienie największych zasobów polskiego bogactwa Jeśli mieliśmy robić powstanie to powinniśmy je robić wszędzie, tylko nie w Warszawie.
A oto obraz okupacyjnej Warszawy widziany oczyma znanego powieściopisarza Ferdynanda Goetla:
…to, co działo się w roku 1940, było jeszcze freblówką, w stosunku do lat późniejszych, kiedy to przemyt objął i surowce niemieckie i ręką swoją sięgał do Rzeszy, Belgii i Francji, przetok złota i klejnotów przestawał również być wewnętrzną sprawą Warszawy. Waluciarze warszawscy obracali dewizami i złotem w całej zajętej przez Niemców Europie i twierdzili, może i słusznie, że ceny i kursy „dyktuje” Warszawa, a nie Paryż czy Bruksela (…) No i muzyka. Dużo dobrej, poważnej muzyki. Kwartety, występy solowe, orkiestry. U Lardellego, gdzie gra wielka orkiestra symfoniczna, nie pobiera się wstępów, gość musi jednak wypić kawę i zjeść ciastko. (…) Z nastaniem roku 1943 fantastyczność trybu życia Warszawy doszła do zenitu. Śladów pogromu wrześniowego można się było doszukać tylko w nie uprzątniętych ciągle rumowiskach… Kiedy bomby angielskie posiały w Niemczech większe zniszczenie, Goebbels, który odwiedził Warszawę, w jednym ze swych artykułów postawił ją w Reichu za wzór, jak się odrabia straty i podnosi z upadku… W niezliczonych kawiarniach i kawiarenkach zbiegał się tłum liczniejszy i gwarniejszy niż za dawnych lat. O wygodę, fotele i zacisze nie dbano. Od bufetu wymagano jednak wiele. Chciano pić tylko najlepszą kawę marago dżip, w modzie byty torty mokka i fedora, z piany, czekolady, migdałowej masy. (…) Wystawy antykwariatów olśniewały świetnymi obrazami i meblami. Zdławiony rynek księgarski zastąpiły antykwariaty książkowe i nigdy w Warszawie nie można było nabyć z łatwością tylu świetnych książek, jak właśnie wtedy… Dyskusje publiczne, choroba naszego wieku, szalały epidemicznie… Zaś w niemieckim kasynie gry przy alei Szucha hazardująca hołota rżnęła w ruletę i baka, nie bacząc na zakazy podziemia. Setki prywatnych salonów brydżowych przetaczało pieniądze z rąk do rąk. W restauracjach jadano lepiej i obficiej niż przed wojną (…) W roku 1944 nowy nurt uchodźstwa napływa do Warszawy… Magazyny bibliotek publicznych pęcznieją od pak, złożonych w nich jako depozyty. (…) Miasto, które przez cały czas wojny było skarbcem Polski, materialnym i duchowym, bogacieje znowu.
Całe to bogactwo zostało bezpowrotnie stracone w wyniku powstania. Wkrótce po wojnie sformułowano słynny osąd: Powstanie było militarnie skierowane przeciwko Niemcom, politycznie przeciw Sowietom, faktycznie – przeciw Polsce. Za taki akt politycznej głupoty uznali je gen. Wł. Anders i St. Cat-Mackiewicz, który stwierdził:
Jak strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek albo obrócony na dom i zalać go i zniszczyć, tak i to wspaniałe bohaterstwo polskiego żołnierza i młodzieży, polskiej kobiety i dziecka zamiast pomocy przyniosło nam tylko powiększenie narodowej klęski, …Zniszczono w Warszawie resztki siły narodu… spłonęła przeszłość i dusza Polski. Sowietom zależało na zniszczeniu Warszawy, a tak się pomyślnie dla nich składało, że dla tego zniszczenia nie trzeba było używać sowieckich armat ani sowieckich pocisków. Od czegóż patriotyzm polski, ale patriotyzm polski ma właściwość bezrozumnego dynamitu. Wystarczy do niego przyłożyć zapałkę prowokacji, aby wybuchł !
Natomiast Stefan Kisielewski pisał:
Niemiec brał w skórę, patriotyzm szedł w górę – otóż i Powstanie Warszawskie. Bohaterstwo bohaterstwem patriotyzm patriotyzmem – ale zrobili z nas na nowo dziadów co się zowie! gładko pozbyliśmy się stolicy, a z nią bogactw i zapasów, jak na nasze stosunki olbrzymich. Dziady zdziadziały jeszcze bardziej i poszły z torbami – witać niepodległość. Niepodległość jest rzeczą piękną – lecz wolałbym ją spotkać w niezniszczonej Warszawie i z pełną kieszenią a nie w dziurawych portkach na ulicach jakiejś mazowieckiej dziury.
Bilans powstania był dla Polski w sposób jednoznaczny negatywny i to na wszystkich możliwych płaszczyznach. Walka w mieście zamieszkałym przez setki tysięcy ludzi z natury rzeczy prowadzić musiała do olbrzymich zniszczeń i strat. Jeśli miasto staje się polem walki, to każdy dom staje się stanowiskiem bojowym, każda piwnica bunkrem, każdy kościół gniazdem oporu i muszą zostać zniszczone. Ludność cywilna chociaż bezbronna zostaje wciągnięta do walki i ginie od kul i bomb tak samo, jak żołnierze. Przywódcy powstania musieli o tym wiedzieć i bez skrupułów wkalkulowali to w swoje plany. Trzeba też pamiętać, że powstanie wybuchło w strefie przyfrontowej, dlatego było tłumione bezwzględnie i brutalnie, z użyciem wszelkich środków jakimi dysponował wróg, także i dlatego, aby stać się odstraszającym przykładem dla ruchu oporu na okupowanych jeszcze ziemiach Polski i poza nią. Dało w końcu asumpt do aktów zemsty i odwetu, do ataków m.in. na szpitale będące normalnie pod ochroną konwencji międzynarodowych, do gwałtów i masakr (choć trzeba też przyznać, że Niemcy przyznali powstańcom status kombatantów mimo, iż z punktu widzenia prawa wojennego Armia Krajowa poruszała się w szarej, partyzanckiej strefie, była tylko częściowo umundurowana, a część powstańców nosiła niemieckie uniformy). Po powstaniu cała ludność została przymusowo wysiedlona, a to co ocalało zostało zniszczone w ramach taktyki „spalonej ziemi”.
Zwolennicy wywołania walki w stolicy mówili, że powstanie to „w głębi ciemności zapalony płomień, który poprowadzi przyszłe pokolenia jak zbawcza gwiazda przewodnia” (autorem tej wątpliwej jakości „poezji” jest gen. Pełczyński), „czyn, który by wstrząsnął sumieniem świata”, „bitwa spektakularna, która zwróci oczy świata na Polskę”, „ostateczna bitwa” (tak, tak: „bój to jest nasz ostatni”). Po latach stwierdził Tadeusz Żenczykowski, że trzeba było poświęcić się dla obrony własnej i całego świata, stworzyć kapitał moralny dla przyszłych pokoleń i ofiarować się w całopaleniu, by dać lekcję światu. Dlatego „walka nasza musiała być ciężka i krwawa oraz trwać jak najdłużej, gdyż każda śmierć, każde cierpienie, każdy zniszczony dom powiększał jej wartość”. Miała to być płomienna ofiara, która napełni świat szacunkiem i przerażeniem. Według Okulickiego Warszawa swoją śmiercią miała dać dowód perfidii sowieckiej. Tenże Okulicki mówił: „Musimy stoczyć wielką bitwę w Warszawie i to niezależnie od ceny. Niech się walą mury, niech płynie krew, tylko nasza walka i nasza śmierć, nasza ofiara może zmienić stanowisko wielkich mocarstw”. No i krew płynęła, mury się waliły, spełniała się „płomienna ofiara, która napełnić miała świat szacunkiem i przerażeniem”: zniszczeniu uległo 92% zabudowy w dzielnicach lewobrzeżnej Warszawy, w gruzy obrócone zostały setki historycznych budowli, zabytków klasy światowej, pomników naszej narodowej kultury. Ów płomień zapalony w głębi ciemności przez gen. Pełczyńskiego i jego kolegów, płomień, który miał poprowadzić przyszłe pokolenia jak zbawcza gwiazda przewodnia palił się wysoko i jasno: spłonął olbrzymi dorobek piśmienniczy, zniszczona lub rozgrabiona została większość zbiorów muzealnych, zdewastowane zostało w sensie materialnym i zdziesiątkowane w sensie fizycznym warszawskie centrum naukowe. Ofiara była rzeczywiście całopalna: z 24 724 budynków Warszawy całkowicie zburzonych zostało 10 455, z 987 budowli zabytkowych miasta ocalały 64, zburzeniu uległo 25 kościołów, spalono Politechnikę i większość budynków Uniwersytetu, zniszczeniu uległy 64 budynki szkół średnich i 81 powszechnych, płomienie pochłonęły 14 bibliotek, w tym Bibliotekę Narodową, przepadły archiwalia, dzieła sztuki, majątek prywatny miliona mieszkańców.
Płk Iranek-Osmecki, szef Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej AK stwierdził: „świat zatyka sobie uszy i zamyka oczy, zmusimy go zatem siłą, aby je otworzył”. Świat nie otworzył ani oczu ani uszu natomiast
tragedia Warszawy jest największą katastrofą, jaką naród polski poniósł po wrześniu 1939 roku. W gruzy i popiół obrócone zostały niezastąpione i nieodtwarzalne skarby naszej kultury. Na szeregu odcinków kultura polska poniosła rany, których zabliźnienie trwać będzie stulecia, niekiedy zaś zabliźnić się nie da się zupełnie. Rozbity został główny ośrodek polskiej woli, polskiej polityki i polskiej gospodarki. Przestał istnieć kierowniczy ośrodek całego polskiego życia. (…) Straciliśmy sam kwiat naszej młodzieży, niewątpliwej elity naszego narodu. Skutki tego nieszczęścia wydają się dziś wprost tragicznie katastrofalne. Całe morze cierpień zawiera w sobie los 800.000 rzeszy ludności wysiedlonej, rozbitej, rozproszonej, skazanej na niesłychaną poniewierkę i śmierć. Jeśli chodzi o zniszczenie materialne miasta, to wystarczy powiedzieć, że podobnej ruiny nie przeżyło w czasach nowożytnych żadne duże miasto polskie ani żadna stolica Europy.
Taka była cena „manifestacji woli istnienia”, „świadectwa dążenia do niepodległości”, „sprzeciwu wobec decyzji teherańskich” etc. etc. Tak grupa pozbawionych politycznego rozumu hazardzistów politycznych rzuciła na stos los stolicy i los setek tysięcy jej mieszkańców.
Klęska powstania stała się równocześnie ogromnym sukcesem Stalina i polskich komunistów. Powstanie zamiast uniemożliwić ułatwiło komunistom przejęcie władzy i zamiast uniezależnić nas od Związku Radzieckiego zwiększyło naszą od niego zależność. Właśnie po klęsce powstania, po ostatecznym końcu II Rzeczpospolitej, po zniszczeniu stolicy jako ośrodka politycznego, gospodarczego i kulturalnego, po tym jak tysiące młodych, najaktywniejszych i najdzielniejszych rzucono jak „kamienie na szaniec” czyli na daremną śmierć, otwierała się dla Stalina realna możliwość zrobienia z Polski siedemnastej republiki, tym bardziej, że klęska powstania przyniosła wzrost nastrojów prorosyjskich w różnych środowiskach (ale plany Stalina były inne, jak dowodzi tego przykład Bułgarii, Czechosłowacji czy Węgier, które także nie zostały włączone bezpośrednio do państwa sowieckiego).
Nastroje poklęskowe, nastroje apatii i zwątpienia, poczucie, że dawna Polska spłonęła na zawsze wraz z Warszawą, stworzyły najbardziej dogodne warunki dla zainstalowania się w Polsce nowej komunistycznej władzy. Klęska powstania rozbroiła Polaków pod względem wojskowym, politycznym, moralnym i psychologicznym ułatwiając w ten sposób zadanie komunistom. Historia PRL-u wyglądałaby całkiem inaczej, gdyby nowa władza musiała funkcjonować w otoczeniu i atmosferze jakie stwarzała Warszawa opisana przez Goetla: prawie milionowa metropolia tętniąca życiem, bogata, nasycona kulturą, pełna pamiątek historycznych, w których drzemie przeszłość i wielkość narodu (twierdzenie, że nawet gdyby powstanie nie wybuchło, to i tak Warszawa zostałaby zniszczona, po prostu poraża swoją absurdalnością – no bo jak można usprawiedliwiać spowodowane powstaniem zniszczenia możliwością zaistnienia takich samych zniszczeń także w przypadku, gdyby powstanie nie wybuchło!).
Tymczasem polscy komuniści przyszli do Warszawy, która była kupą gruzów, pustynią na której, tak jak głosiła zresztą ideologia komunistyczna, można było zacząć budowę nowego świata. Wykorzystali znakomicie pod względem politycznym i propagandowym hasło „Cały naród odbudowuje swoją stolicę” konsolidując wokół niego znaczną część społeczeństwa. A przecież jeszcze rok wcześniej przechwalano się buńczucznie: „My, którzy mimo szalonego terroru, potrafiliśmy stawiać skuteczny opór, którzy potrafiliśmy zastrzelić w biały dzień takiego Kutscherę! …zgładzać szefów Gestapo i SS mielibyśmy nie dać rady jakiejś Wasielewskiej, jakimś Putramentom, czy innym Osóbkom na usługach sowieckiej agentury?! Ależ to dla nas dziecinna zabawka”. A już we wrześniu 1944 roku Delegat Rządu i Dowódca AK w depeszy do Premiera i Naczelnego Wodza stwierdzali: „Jest oczywiste, że po upadku powstania w Warszawie władza przejdzie w ręce komunistów i to w całym kraju”. W grudniu 1944 roku dowódca Armii Krajowej gen. Okulicki w piśmie do prezydenta Raczkiewicza informował go, że musiał zdemobilizować szereg oddziałów AK, bo powstało niebezpieczeństwo przekształcenia się ich w zwykłe bandy rabunkowe lub przejścia do Armii Ludowej.
Jeśli chodzi o kapitał moralny dla przyszłych pokoleń, o którym wspomina Tadeusz Żenczykowski, to nasuwa się taka refleksja: dlaczego ci, którzy wywołali powstanie, kiedy wiedzieli już, że skutkiem ich decyzji, ich ewidentnych błędów wojskowych i politycznych jest śmierć tysięcy ludzi i zniszczenie Warszawy, nie wyciągnęli z tego żadnych osobistych konsekwencji? Dlaczego po tym, jak poległo tysiące żołnierzy pozostających pod ich komendą rzuconych przez nich do walki, która przyniosła całkowitą klęskę militarną i całkowite fiasko ich koncepcji politycznych, żaden z oficerów odpowiedzialnych za podjęcie decyzji o powstaniu nie przyłożył sobie pistoletu do głowy i nie pociągnął za spust? Lub choćby nie zdjął wojskowego munduru? Gdyby choć jeden z nich to uczynił, byłby to jakiś moralny kapitał na przyszłość. Ale oni tego nie zrobili, powodowani zapewne przekonaniem, że przecież, kto jak kto, ale oni mają jeszcze do odegrania jakąś ważną historyczną rolę.
Według pułkownika Iranka-Osmeckiego gen. Okulicki tak streszczał swoją strategię: należy zająć miasto i utrzymać je aż do nadejścia Armii Czerwonej, a jeśli ta nie nadejdzie – umrzeć. Ale w przeciwieństwie do tysięcy jego podkomendnych, jakoś nie umarł i nawet awansował obejmując po Borze-Komorowskim stanowisko dowódcy Armii Krajowej – tej samej, która zdziesiątkowana została także wskutek jego szaleńczych pomysłów. Zajął się też polityką udając się na rozmowy z Sowietami. Ten sam Okulicki, który uważał, że śmierć Warszawy zdemaskuje sowiecką perfidię! Generał Pełczyński na zadane mu pytanie, co się stanie, jeśli Rosjanie nie przyjdą, odpowiedział: „Zostaniemy wszyscy wymordowani”. Tak, wielu zostało wymordowanych na skutek jego błędnych koncepcji i posunięć, ale on zamordowany nie został, lecz objął stanowisko zastępcy Okulickiego, a później udał się na emigrację do Londynu, gdzie dożył sędziwego wieku.
Generał Bór-Komorowski – człowiek z racji swego stanowiska odpowiedzialny za klęskę powstania i jej straszliwe następstwa – został nawet premierem rządu emigracyjnego! Zdarzało się nie raz w historii, że zwycięscy wodzowie stawali na czele rządów, ale żeby wojskowy, który na własne życzenie stoczył bitwę przegrywając ją z kretesem i który ponosi winę za ponad 150 000 ofiar wśród ludności cywilnej, za śmierć około 20 000 swoich żołnierzy i za zniszczenie stolicy, obejmował odpowiedzialne stanowisko polityczne, to jest to wydarzenie, jakiego na próżno by szukać w annałach historii. A dziś prochy nieszczęsnego generała ze wszystkimi wojskowymi honorami wiezie się na lawecie na warszawski cmentarz! Nie ma chyba politycznej perwersji, której by nam oszczędzono.
Cytowany już wyżej kapitan Tadeusz Żenczykowski, wówczas kierownik Podwydziału „R” w Biurze Informacji KG AK, a później historyk w Londynie, który przemawiał do rodaków w kraju na falach Radia „Wolna Europa” stwierdził: „Skoro nie mogliśmy zwyciężyć, wybraliśmy śmierć”. Wybraliśmy? My? Jacy „my”? To już jest tupet zapierający dech w piersiach. Jak ktoś wybrał śmierć, to powinien sobie w łeb strzelić dołączając w ten sposób do tych, którzy polegli, zginęli lub zostali zamordowani. A jak się tego nie uczyniło, to trzeba mieć tyle honoru lub choćby zwykłej przyzwoitości, aby milczeć.
Jeden z przeciwników walki w stolicy, gen. St. Tatar, pisał w wiele lat po wojnie: „…nie miało ono żadnych szans powodzenia, nie mogło przetrwać, podobnie jak przedwojenna Polska, której było bolesnym i krwawym zmierzchem”. Dodajmy: było ostatnim samobójczym aktem politycznym II Rzeczpospolitej i, cóż za paradoks historii, początkiem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Najbardziej bolesne jest to, że śmierć tysięcy ludzi i zniszczenie politycznych celów jakie stawiali sobie inicjatorzy powstania nie zostały osiągnięte. Co więcej, wpływ powstania na dalsze dzieje Polski był bez wątpienia negatywny.
W historii naszego narodu pozostanie Powstanie Warszawskie jeszcze jednym przykładem patriotyzmu, poświęcenia i wielkiego męstwa tysięcy Polaków nadużytego i zmarnowanego dzięki nieodpowiedzialności i głupocie politycznej znacznej części naszych elit rządowych i wojskowych.
Piotr Zagała
W 50. rocznicę klęski Powstania Warszawskiego
Zauważmy: wszystkie agentury pchają nas dziś do przelewu polskiej krwi. Najgorliwszymi zwolennikami powstania w Polsce (t.j. akcji zbrojnej zanim potęga militarna Niemiec zostanie ostatecznie złamana) są dziś komuniści oraz najciemniejsi doradcy po pokątnych zakamarkach naszej londyńskiej machiny państwowej. Rozważając jednak sprawę z punktu widzenia polskiej racji stanu, powstanie, czy przeciw niezłamanym jeszcze militarnie Niemcom czy przeciw wkraczającej zbrojnie na ziemie polskie Rosji, byłoby dziś posunięciem samobójczym.
Adam Doboszyński, „Walka”, listopad 1943
Ale obok problemu intencji powstania istnieje niemniej ważkie zagadnienie – potrzeby powstania i celowości jego w ówczesnych warunkach. Powstanie zbrojne w Warszawie potrzebne było Mikołajczykowi, bo – w jego przekonaniu – miało wzmocnić go w rozmowach ze Stalinem; u sztabowców krajowych działał jeszcze, niechybnie przez Mikołajczyka podsycany „argument”, że skoro Moskwa tak hałaśliwie oskarża krajowe i londyńskie władze polskie, skoro pomawia je, iż pozbawione są w kraju „sił”, „wpływów” i „znaczenia”, skoro zarzuca im „działanie dwulicowe” – w stosunku do Niemiec „ciche sprzyjanie”, „bezczynność”, w najlepszym razie „powściągliwość”; w stosunku do Rosji zaś – nie tylko „nastawienie”, ale i „akcje wrogie”, to powstanie zbrojne w Warszawie, w stolicy kraju, i w skali tak wielkiej, ma „wytrącić” z rąk Moskwy jej oszczercze argumenty.
…Wszystko, co jest w człowieku rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności podnosić się musi gniewnie przeciwko temu absurdalnemu szaleństwu sztabowców, odpowiadających na słowną propagandę wroga czynem, który już w zarodku swoim grozić musiał nieobliczalną katastrofą narodową.
Władysław Pobóg-Malinowski
(…) Odpowiedzialność za samobójczą decyzję powstańczą spada w nierównej mierze – w mniejszej raczej na kierownictwo podziemia – w większej na rząd i ludzi związanych z nim w tym krótkowzrocznym szaleństwie, w tym poświęceniu z lekkim sercem największych wartości narodowych, z bezpodstawną rachubą na chimeryczny zysk, w przekroczeniu tej granicy, poza którą błąd staje się zbrodnią.
tenże
Brak polsko-rosyjskiej współpracy wojskowej oraz całkowite nieliczenie się Dowództwa AK, w czasie podejmowania decyzji, z możliwością poniesienia klęski uczyniły z Powstania bezprzykładną tragedię narodową, której nic nie jest w stanie usprawiedliwić. (…) Bez względu na postawę Stalina wobec Powstania Warszawskiego, które oceniał jako akt wrogi Rosji, tragedia stolicy w dużej mierze spowodowana była polityczną i wojskową nieudolnością i nieusprawiedliwionym optymizmem władz obozu londyńskiego zarówno w kraju, jak i za granicą.
Jan M. Ciechanowski
W roku 1944 Polska znalazła się w sytuacji schizofrenicznej; była rozdarta między sklerotycznym, niezdolnym do przeciwstawienia się rządem w Londynie, a żywą rzeczywistością, którą symbolizowało posuwanie się Armii Czerwonej. W miarę jak ta zbliżała się do Warszawy, owa sprzeczność zaostrzała się, a wybór stawał się coraz bardziej naglący. Alternatywa jaka stanęła przed dowództwem była jasna: poddać się Armii Czerwonej albo z nią walczyć. Niezdolne do podjęcia decyzji przecinającej dylemat, kierownictwo wybrało śmierć. Dlatego właśnie z tego punktu widzenia można uznać, że Powstanie było samobójstwem. Lecz samobójstwem pozornym, gdyż w rzeczywistości spodziewano się, w mistycznym pomieszaniu pojęć, że Zachód, wzruszony ofiarą, przyjdzie wreszcie z pomocą. Było to tragiczne zakończenie całej akrobatyki politycznej…
Aleksander Skarżyński
…nie można znaleźć usprawiedliwienia dla bezcelowej hekatomby miasta, pięknego i wesołego przed wojną, nazywanego przez cudzoziemców Paryżem Wschodniej Europy. Zbiorowy paraliż umysłów, poczucie bezbronności wobec powracającej fali rosyjskich barbarzyńców, uniemożliwiły chłodną, choć tragiczną ocenę. Do 6 lat nieszczęść i prześladowań dwóch okupantów, dodano szaleństwo zniszczenia stolicy narodu. Stało się przy tem zadość zawodowej dumie kilku generałów w piwnicach – oni dokonali wyboru, ich miejsce w historii zostało zapewnione, ale dźwięk ich kroków będzie przywodzić na pamięć bezcelowe gruzy i zwały trupów.
generał Stanisław Żochowski, szef Sztabu Dowództwa Narodowych Sił Zbrojnych
Uważając w ocenie wojskowej Powstanie w Warszawie, w warunkach, w jakich wybuchło, za beznadziejne, przy olbrzymich stratach, które za sobą pociągnie, dałem temu wyraz 3 sierpnia w depeszy do szefa sztabu Naczelnego Wodza, gen. Kopańskiego, w następujących słowach: „Osobiście uważam decyzję dowódcy Armii Krajowej za nieszczęście” (…)
generał Władysław Anders
Zaczynając od carskiej oficerskiej szkoły kawalerii i kończąc na francuskiej École Supérieure de Guerre, uczono mnie nie nacierać bez żadnych szans zwycięstwa. Nie należy podejmować takich akcji, które nie mają szans powodzenia. Stosuje się to szczególnie w wypadkach, kiedy duża ilość osób cywilnych może być wciągnięta w taką akcję. Gdyby nawet udało się wyrzucić Niemców z Warszawy, to co dalej? Walczyć z Sowietami bez żadnych szans zwycięstwa? Cele były niemożliwe do osiągnięcia, a klęska na długość ramienia.
tenże
Wygląda na to, że Londyn dał rozkaz do powstania, aby mieć tak zwany atut w ręce. Ładny atut… Boję się wymówić słowo „bezsens” ale samo podsuwa mi się na każdym kroku, gdy o tym myślę… Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy mi w głowie to „prowokacja”… Jak Niemcy wyrżną Polaków, to Rosjanie zajmą Warszawę. Będzie to zawsze o kilkadziesiąt tysięcy najlepszych obywateli mniej, czyli o kilkadziesiąt tysięcy przeciwników komunizmu i sowieckiej Polski mniej… Dlaczego los skazuje nas zawsze na tyle bohaterstwa? We wszystkich komunikatach radiowych o Warszawie wyczuwa się skrępowanie. Za wiele bohaterstwa. Jesteśmy znowu sami razem z czymś, co tylko my potrafimy pojąć i zrozumieć. Byle kto lub byle co żąda od nas ofiary życia i otrzymuje ją, założyć nam rurociąg na krew i dostarczamy jej strumieniami byle gdzie i byle dla kogo…
Andrzej Bobkowski
Obrońcy powstań 1830 i 1863 roku twierdzili nieraz, że chociaż zakończone klęską, powstania te nie osłabiały nas, ale umacniały, gdyż podnosiły ducha narodu, a więc pozwalały nam lepiej przetrwać czas niewoli. Powstanie Warszawskie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak dalece pogląd ten jest niesłuszny. Nieudane powstanie nie podnosi ducha narodu, ale istniejące w narodzie napięcie duchowe rozładowuje. A więc naród moralnie osłabia.
Jędrzej Giertych
Ja osobiście dalej utrzymywałem, że powinniśmy czekać, gdyż w głębi serca wolałem ryzykować opanowanie miasta przez komunistów, niż jego zniszczenie przez Niemców. Wolałem Warszawę żywą i komunistyczną, niż Warszawę umarłą i… także komunistyczną.
pułkownik Janusz Bokszczanin ps. „Sęk”, do czerwca 1944 roku I z-ca Szefa Sztabu KG AK
Bohaterstwo warszawskiej młodzieży stało się w tragicznym obrocie rzeczy przyczyną zniszczenia naszego jedynego milionowego miasta, zniszczenia bezcennego dorobku kulturalnego, który był najdobitniejszym przejawem naszej niezależności i odrębności, zniszczenia dorobku materialnego pokoleń, który był orężem naszego przetrwania, zniszczenia wreszcie i rozproszenia najbardziej świadomego, aktywnego i zwartego środowiska polskiej inteligencji, które promieniowało polskością na cały kraj.
Stefan Kisielewski
Z chwilą aresztowania Roweckiego Komenda Główna straciła szefa, wraz z wyjazdem Tatara rozsądek, a likwidując dowództwo operacyjne swoje możliwości przewidywania i działania. Na wiosnę 1944 Armia Krajowa, ten niezwykły mechanizm stworzony przez Roweckiego, była już tylko wielkim ciałem, ślepym i rozkładającym się. I wówczas przyjechał Okulicki. Byliśmy zmęczeni, podzieleni, na krawędzi rozpaczy. On kipiał energią, żywotnością i wiarą. W ciągu kilku tygodni stał się dowódcą AK. Niestety, nie miał autorytetu Roweckiego, ani inteligencji Tatara, ani dyscypliny intelektualnej prawdziwego oficera sztabowego. Był jak byk, który umiał tylko rzucać się na wszystkie czerwone chusty, którymi wymachiwano mu przed nosem.
pułkownik Janusz Bokszczanin ps. „Sęk”
(Pełczyński i Okulicki) opanowani patologiczną nienawiścią do Rosjan i komunistów, zapominają o olbrzymim niebezpieczeństwie zagrażającym miastu, jeśli powstanie wybuchnie za wcześnie. Zaślepieni chorobliwą namiętnością – nie ma na to innego określenia – doszli do takiego stanu, że raczej wolą, by Warszawa została zniszczona, niż by zawładnęli nią komuniści.
Jan Matłachowski, członek ZG Stronnictwa Narodowego
AK chciała się bić i bić się musiała. Realistycznie to ujmując istniało jedynie pytanie, czy walkę podejmować w uzgodnieniu z dowództwem radzieckim, jak postulował Tatar, czy też walczyć samodzielnie, ryzykując nawet konfrontację zbrojną z armią radziecką, do czego parł Pełczyński. Droga, którą obierał gen. Pełczyński, nawet zlokalizowana do terenu stolicy, doprowadziła w końcu do katastrofy narodowej. To, co postulował gen. Tatar, nie uratowałoby Drugiej Rzeczypospolitej, ale zapobiegłoby katastrofie i zagładzie stolicy. Gen. Pełczyński nie chcąc schodzić z pola bez walki, przyjął postawę straceńca. Gen. Pełczyński mógł pójść do walki partyzanckiej i nawet zginąć. Nie wolno mu było natomiast dla samej manifestacji poświęcać stolicy oraz życia i losów jej milionowej ludności. Każda manifestacja musi mieć swe sensowne granice. Musi istnieć proporcja strat i zysków. Każdy kto kieruje się narodowym interesem i odpowiedzialnością, stwierdzić musi, że poświęcanie losu stolicy i jej mieszkańców jedynie dla manifestacji było krokiem niedopuszczalnym i nieodpowiedzialnym. Legendą warszawskiego powstania i skutkami manifestacji nie zrównoważy się ogromu strat. Powstanie warszawskie było przecież katastrofą narodową. Kto tego wszystkiego nie rozumie i głosi pogląd odmienny, ten nie tylko błądzi, ale szerzy fałszywe pojmowanie patriotyzmu. Na zarysowanym tle różnic doszło do starcia między Tatarem i Pełczyńskim. W rezultacie gen. „Bór”, ulegając Pełczyńskiemu, wysłał Tatara pierwszym mostem lotniczym na Zachód, choć byłoby chyba lepiej i właściwiej, gdyby na zachód udali się „Bór” i Pełczyński. W maju 1944 r. Okulicki skacze jako zrzutek z samolotu i gdy wylądował na ziemi ojczystej nabrała mocy jego nominacja na generała. Wnet potem generał zaczął swe spiskowanie, które doprowadziło do katastrofy. Zadaniem głównym tego spiskowania miało być wywoływanie w samej stolicy walki zgodnie ze strategią straceńczych powstań… Nasz romantyczny bohater zakładał, że gruzy Warszawy i hekatomba polskiej młodzieży w stolicy tak dalece wzburzą opinię Zachodu, iż ta wymusi na swych rządach przekreślenie decyzji teherańskiej i że w konsekwencji linia demarkacyjna Zachód-Wschód biec będzie nie od Hamburga po Triest, ale wzdłuż granicy ryskiej i jej przedłużeń. Taki był romantyczno-patriotyczny w intencjach, a naiwny i nieodpowiedzialny w realiach plan i ocena Okulickiego. W gronie Okulicki, Pełczyński, Rzepecki musiała zapaść decyzja, że „Bora” i Jankowskiego pozostawi się na zajmowanych stanowiskach, bo będą oni nieszkodliwi czy dadzą się unieszkodliwić. Na podstawie tych materiałów, którymi dysponujemy, trudno ustalić, kiedy wymienieni trzej wyżsi oficerowie KG AK dogadali się całkowicie, tzn. kiedy przyjęli koncepcję Okulickiego walki w Warszawie. Pewne jest, że pod koniec lipca 1944 r. działali oni wedle założeń Okulickiego. Delegat Rządu wice-premier Jankowski w czasie swego przemówienia (pod koniec sierpnia 1944 r. – przypis P. Z.) stwierdził: „Stało się nieszczęście, to był błąd…, ale decyzję powziąłem ja… i biorę za nią odpowiedzialność”. Był on przybity. Po zamknięciu zebrania Władysław Jaworski, Wiceprezes Rady, odbył z Kazimierzem Pużakiem rozmowę, prosząc o wyjaśnienie. Odpowiedź Pużaka brzmiała: „To są sprawy bolesne, kiedyś to sobie wyjaśnimy… są sprawy podejrzane… Wszystkich nas zaskoczyli!!!”.
Jan Matłachowski,
Jednym słowem i nazywając rzeczy po imieniu, Sosnkowski przygotował pucz wojskowy dla obalenia rządu w przypadku, gdyby ten poszedł na najmniejsze ustępstwo. Nieświadomie Sosnkowski skazał Warszawę na śmierć… Ale to już inna historia. Dopiero gdy byłem w posiadaniu wszystkich tych elementów, zrozumiałem cel podróży Okulickiego. Sosnkowski wysłał go do Warszawy, aby w Armii Krajowej wykonał tę samą robotę, której sam zamierzał dokonać we Włoszech, w 2. Korpusie.
generał Stanisław Tatar ps. „Erazm”
W charakterze Okulickiego można było spostrzec aspekty mistyczne. Jakiś rodzaj rozchwiania. Stąd też pojawiały się trudności w uchwyceniu celu, do jakiego dążył. Ale jego plan był jasny: chciał, aby świat oszalał i rozpętał nową wojnę światową; uważał, że była to jedyna szansa ratunku dla Polski. Powstanie, tak jak je rozumiał, było prawdziwą maszyną piekielną przeznaczoną do wysadzenia w powietrze przymierza między ZSRR a aliantami zachodnimi.
Aleksander Skarżyński
Kompleks pawia, podobnie jak kompleks Mesjasza, rozrósł się u nas ostatnio do rozmiarów zupełnie samobójczych; popełniamy gesty bohaterskie, kosztujące nas dużo w przekonaniu, że podnoszą nas one w oczach zagranicy; nie rozumiemy, że dzieje się wręcz odwrotnie. Najtragiczniejszym przykładem takiego nieporozumienia jest oddźwięk zagranicą powstania warszawskiego z r. 1944. We wszystkich dyskusjach na temat powstania w Londynie jako główną korzyść z niego wysuwa się nadal pozytywny rzekomo oddźwięk na Zachodzie. Otóż nie, po stokroć nie! Byłem w czasie powstania w Londynie i będę to powtarzał do końca życia, że powstanie i ogrom jego ofiary zaszkodziły nam w opinii świata, a nie pomogły.
Adam Doboszyński
Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro od dnia 26 lipca począwszy dowódcy powstańczy i żołnierze, a także ludność stolicy widzieli wzmacnianie się Niemców i rozpoznali ich zamiar obrony Warszawy. Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro około 25 lipca stwierdzono „deprymujący” stan uzbrojenia Okręgu Warszawskiego AK i w ogóle jego nieprzygotowanie do podjęcia walki zbrojnej. Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro nie zauważono najmniejszego nawet ruchu niemieckich straży tylnych przez Warszawę ze wschodu na zachód, lecz przeciwnie, od 27 lipca obserwowano ruch odwodów niemieckich w odwrotnym kierunku. Nigdzie nie udało mi się przeczytać, żeby autorzy powstania warszawskiego przyznali się choćby tylko do błędu operacyjnego; przyznają się niezmiennie do słusznej ze wszech miar decyzji.
generał Jerzy Kirchmayer
Straszne przygnębienie wśród oficerów w Sztabie. W Warszawie powstanie. Chodzimy jak struci. Nie ma pomocy dla stolicy. Rokossowski zatrzymał się przed Wisłą. Płk Demel polecił mi przygotować uzasadnienie dla odznaczenia gen. „Bora” krzyżem Virtuti Militari II klasy. Odszukałem statut Orderu. II klasa może być przyznana generałowi za samodzielne działanie, które było zwycięską bitwą lub walnie przyczyniło się do zwycięstwa..Złożyłem wniosek na oddanie gen. „Bora” pod sąd za zniszczenie stolicy, spowodowanie ogromnych strat i nie osiągnięcie żadnego celu…
Stanisław Żochowski
I u nas przyczyniłoby się wielce do uzdrowienia naszego życia narodowego postawienie przed Trybunał Stanu sprawców powstania warszawskiego (formalnych i rzeczywistych). Żądanie takiego procesu słyszy się coraz częściej, w miarę jak zaczynają wychodzić na jaw złowieszcze kulisy tej wielkiej narodowej tragedii. Proces taki pozwoliłby unaocznić, na żywym przykładzie, metody, jakimi obce agentury grają na naszych kompleksach.
Adam Doboszyński
Odpowiedzialni za powstanie to błazny, którzy jak klowni w cyrku wpadają zawsze w nieodpowiedniej chwili i wywracają koziołki na dywanie; lecz są to błazny, które spowodowały zniszczenie miasta i śmierć setek tysięcy ludzi.
Konstanty Rokossowski, marszałek, dowódca 2. Frontu Białoruskiego
„Naród naprawdę męski nigdy nie walczy do ostatniej kropli krwi” – napisał kiedyś Ludendorff – typowy przecież nacjonalista. I to jest prawda: powstanie warszawskie tak jak i inne nasze powstania nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest istnienie narodu ponad wszystko. W naszej sytuacji walka o honor kosztem 30 procent polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego (taki bowiem procent co najmniej stanowiła Warszawa) była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i nieprzemyślenia. Zważmy, że tak przysłowiowo już indywidualnym honorem się kierujący naród jak japoński nie zawahał się zrezygnować z nakazów owego honoru i skapitulować, gdy stanął przed alternatywą zniszczenia kraju. Bo na tym polega prawdziwy patriotyzm, patriotyzm obdarzony instynktem życia.
Stefan Kisielewski
Porwaliśmy się jak z motyką na słońce. To zbrodnia i szaleństwo. Słyszy pani to żałosne puk-puk? To nasi. A ta ulewa kul to Niemcy. Wszyscy zginiemy, a Niemcy z miasta kamienia na kamieniu nie zostawią. To zbrodnia. To szaleństwo.
Maria Dąbrowska
Powstanie było samobójstwem postanowionym z całą świadomością i wykonanym z rozmysłem.
pułkownik Józef Kazimierz Pluta-Czachowski ps. „Kuczaba”, z-ca Szefa Sztabu KG AK
…z historycznego punktu widzenia fakt wzniesienia przez Polaków powstania jest błogosławieństwem. Skończymy z tym w ciągu 5-6 tygodni. Wtedy Warszawa – stolica, jądro, kwiat inteligencji tego 15-17 milionowego narodu zostanie wymazana z mapy tego narodu, który od 700 lat blokuje nam wschód i który od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem stoi nam ciągle na przeszkodzie. Wtedy problem Polski historycznie nie będzie już więcej problemem dla naszych dzieci i dla tych wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet dla nas samych. Oprócz tego wydałem równocześnie rozkaz, że Warszawa ma być doszczętnie zburzona.
Heinrich Himmler
Cytaty wybrał i całość opracował Piotr Zagała
Wybrana literatura i źródła cytatów
Anders Władysław, Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946, Londyn 1959.
Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945, Tom I-VI, Wrocław 1990-1991.
Bartelski Lesław M., Powstanie Warszawskie, Warszawa 1988.
Bartoszewski Władysław, Rozważania o Powstaniu Warszawskim, „Zeszyty Historyczne”, z. 67, Paryż 1984.
Białoszewski Miron, Pamiętnik z Powstania Warszawskiego, Warszawa 1970.
Bobkowski Andrzej, Szkice piórkiem, Paryż 1957.
Bór-Komorowski Tadeusz, Armia podziemna, Londyn 1979.
Ciechanowski Jan Mieczysław, Powstanie Warszawskie: zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Londyn 1971.
Idem, Na tropach tragedii: Powstanie Warszawskie 1944: wybór dokumentów wraz z komentarzem, Warszawa 1992.
Dąbrowska Maria, Przygody człowieka myślącego, Warszawa 1987.
Doboszyński Adam, Studia polityczne, Monachium 1947.
Geneza Powstania Warszawskiego 1944. Polemiki i dyskusje, Warszawa 1984.
Giertych Jędrzej, Pół wieku polskiej polityki. Uwagi o polityce Dmowskiego i polityce polskiej lat 1919-1939 i 1939-1947, Londyn 1947.
Goetel Ferdynand, Czasy wojny, Gdańsk 1990.
Kąkol Kazimierz, Spór o Powstanie Warszawskie, Warszawa 1984.
Kisielewski Stefan, Polityka i sztuka (Wybór prac publicystycznych), Warszawa 1949.
Idem, Rzeczy małe, Warszawa 1956.
Idem, Opowiadania i podróże, Kraków 1959.
Kranhals Hans von, Der Warschauer Aufstand 1944, Frankfurt a. Main 1964.
Mackiewicz Józef, Nie trzeba głośno mówić, Paryż 1969.
Idem, Zwycięstwo prowokacji, Londyn 1983.
Matłachowski Jan, Kulisy genezy Powstania Warszawskiego, Londyn 1978.
Mitkiewicz Leon, W najwyższym sztabie zachodnich aliantów 1943-1945, Londyn 1971.
Pilaciński Jerzy, Narodowe Siły Zbrojne. Kulisy walki podziemnej 1939-1946, Londyn 1976.
Pobóg-Malinowski Władysław, Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945, tom III 1939-1945, Londyn 1960.
Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, tom III (Armia Krajowa), Londyn 1950.
Rzepecki Jan, Wspomnienia i przyczynki historyczne, Warszawa 1984.
Sawicki Tadeusz, Front wschodni a Powstanie Warszawskie, Warszawa 1989.
Idem, Wyrok na miasto. Berlin i Moskwa wobec Powstania Warszawskiego, Warszawa 1993.
Skarżyński Aleksander, Polityczne przyczyny Powstania Warszawskiego, Warszawa 1964.
Steiner Jean-Francois, Warszawa 1944, Warszawa 1991.
Strzembosz Tomasz, Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944, Warszawa 1983.
Zagórski Wacław, Wicher wolności. Dziennik powstańca, Londyn 1957.
Załuski Zbigniew, Czterdziesty czwarty. Wydarzenia, obserwacje, refleksje, Warszawa 1979.
Żenczykowski Tadeusz, Samotny bój Warszawy, Paryż 1985.
Żochowski Stanisław, Brytyjska polityka wobec Polski 1916-1948, Brisbane 1979.

[…] Giertych, Wojciech Wasiutyński, Jan Matłachowski, Stanisław Żochowski (zob. Piotr Zagała Powstanie Warszawskie – chwała i hańba, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 22, 1994); za tym artykułem przytaczam […]