Jan Emil Skiwski nawiązał kontakt korespondencyjny z Jędrzejem Giertychem (1903- 1992) wiosną 1955 roku. Pretekstem był obszerny memoriał Skiwskiego zatytułowany „Problematyka polityczna Polski dzisiejszej”, który był swoistą summą poglądów politycznych i geopolitycznych tego publicysty. Skiwski rozsyłał kopie szkicu do czołowych postaci polskiej emigracji, w tym do Giertycha, który od 1946 roku przebywał w Londynie i był czołową postacią ruchu narodowego na obczyźnie. Czy Skiwski znał Giertycha jeszcze sprzed wojny? Czy poznali się kiedykolwiek osobiście w II RP? Raczej nie, o czym świadczyłby przypomniane w pierwszym liście wspólne rozmowy z powojennego Rzymu, gdy pisarz – ścigany w PRL i poza jego granicami listami gończymi oskarżony o kolaborację z Niemcami w czasie II wojny – używał już nazwiska Rogalski[1]. Tak też zresztą podpisywał się w listach do Giertycha. W korespondencji z autorem „Nacjonalizmu chrześcijańskiego” Skiwski tłumaczył swe poglądy na sytuację polityczną po zakończeniu wojny. Częste akcenty polemiczne wobec endecji są pewną kontynuacją przedwojennych jeszcze potyczek pisarza z tą formacją polityczną, z którą zresztą Skiwski był początkowo związany (publikacje w „Myśli Narodowej”), by przejść na pozycje zaciętego krytyka tego ruchu. Tutaj spór toczy się i wobec polityki polskiej w czasie wojny, polityki zdaniem Skiwskiego będącej konsekwencją „dmowszczyzny”, a także stosunku wobec Niemiec. Raz jeszcze Skiwski okazuje się – dość zresztą specyficznym – „germanofilem”. Ale też spór z Giertychem prowadzony jest z zachowaniem zasad polemicznego savoir-vivre. Trzeba zresztą zauważyć, że obok Wańkowicza Giertych był w tym czasie jedynym poważnym publicystą emigracyjnym, który odpowiedział Skiwskiemu na jego listy i który prowadził z nim wymianę myśli. Był to gest nie bez znaczenia dla urodzonego polemisty, jakim był Skiwski, zwłaszcza zaś w sytuacji, gdy był niemal całkowicie odcięty od życia intelektualnego w kraju i na emigracji, zwłaszcza po zerwaniu współpracy z „Kulturą” w roku 1950.
Z korespondencji między obu panami zachowały się jedynie cztery listy Skiwskiego, których odpisy znalazły się w papierach pisarza. Nie było wśród nich listów Giertycha. Odpisy drukowanych tu listów znajdują się obecnie w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. W niniejszej publikacji została uwspółcześniona polszczyzna, dodano też przypisy.
Maciej Urbanowski
1.
Caracas, 5. IV. 1955 [2]
Jan Rogalski
Caracas-Venezuela
Catia. Alta Vista,
Calle Halvecia, 7.
Wielce Szanowny Panie,
pozwalam sobie przesłać Panu mój szkic na tematy polityczne [3] i bardzo był bym rad otrzymać w odpowiedzi Pana ocenę. Nie wiem, czy Pan sobie mnie przypomina. Spędziliśmy jakieś dwie doby w Rzymie na San Stefano Rotondo, chrapaliśmy na sąsiednich pryczach [4]. Rozmowy na temat odbudowanej Warszawy. Szkic mój nie wymaga komentarzy. Czy kto się zgadza z moimi poglądami czy nie, przyzna, że są wyrażone w sposób jasny [i] bez osłonek. Tu dodaję kilka uwag, które nie tyle są komentarzem, ile zbliżają dawne sprawy w szkicu samym nieraz oddalone.
Rzeczą najważniejszą w polityce jest spostrzec we właściwym czasie tworzącą się nową problematykę. Kto jej nie spostrzega i opiera się w swych dedukcjach na problematyce dnia wczorajszego, ten oczywiście przegrywa. Dwie są przyczyny niedostrzegania nowej tworzącej się problematyki. Brak spostrzegawczości, lenistwo umysłowe. I egoizm. Często obie działają równocześnie. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że gdyby szlachta francuska w okresie już rozkręcającej się sprężyny Rewolucji nie była opanowana krótkowzrocznym egoizmem, mogłaby uratować sytuację finansową kraju i przez to samo zapobiec rewolucji. To samo powtórzyło się w Rosji przedrewolucyjnej i w czasie bezpośrednio po detronizacji Mikołaja II, kiedy zaczęły się tworzyć ruchy oporu pod wodzą generałów Denikina, Kołczaka, Wrangla i innych. Już reforma Stołypina spotkała się z niechęcią ziemiaństwa jako zbyt liberalna. Zaś generałowie kontrrewolucyjni mieli program społeczny wyraźnie reakcyjny. Toteż zapewnili zwycięstwo bolszewizmowi.
Tu trzeba powiedzieć, że naród polski ma ogromną przewagę moralną nad innymi narodami. Duch ofiarności jest u nas tak wielki, że w momentach decydujących egoizm idzie w kąt i na jego miejsce występuje ofiarność nie znająca granic poświęcenia. Wiemy dobrze, czy to będzie Zamoyski, Radziwiłł czy zagrodowy szlachetka czy zwykły cham nikt nie zawaha się oddać wszystko co ma na potrzeby Ojczyzny. Jeśli nawet odezwie się egoizm indywidualny, nacisk ofiarności społecznej zmiecie go i włączy w ogólny prąd poświęcenia. Jest w tym wielka siła i wielkie zdrowie.
My jednak walczymy z inną trudnością. Tragedią naszą jest pamięć zaborów, która wykoślawiła naszą wyobraźnię polityczną. Jest to „zupełnie zrozumiałe” i „psychologicznie wytłumaczalne”, a jednak to nie żadna pociecha. Polityka nie jest sztuką eksplikacji jak nauka. Jest polityka sztuką rządzenia i osiągania rezultatów korzystnych dla interesu narodowego. Gotowość poświęcenia jest skarbem bezcennym. Jednak trzeba tym skarbem dobrze gospodarować. Trzeba wiedzieć, w jakim momencie nacisnąć sprężynę tej ofiarności. Potworne partactwo polityczne, którego dowody złożyliśmy w ostatnich kilkunastu latach świadczy tym, że jesteśmy bardzo złymi gospodarzami naszych rezerw duchowych.
Polityka każdego współczesnego narodu europejskiego musi wziąć za punkt wyjścia swoich działań dwa podstawowe twierdzenia.
1.Że era państw niepodległych należy całkowicie do przeszłości. Że żyjemy w okresie tworzącego się integralizmu politycznego. Równocześnie jest niezbędne, [aby] dobrze wyczuć rytm tego procesu. Jeszcze niejedna rozgrywka nastąpi w ramach tego układu sił. Do integralizmu politycznego ludzkość zmierza, ale integralizmu jeszcze nie ma. Trzeba też sam ten tworzący się integralizm oceniać trzeźwo. Włączenie narodów do jakiejś organizacji integralnej nie przekreśla ani samych narodów ani nie anuluje konfliktów, które tworzyły się w ciągu dziejów. Zbyt pospieszne „stawianie” na Rząd Światowy, jak to np. spotkałem u Wańkowicza [5] jest wielkim błędem politycznym.
2.Że Rosja staje się coraz bardziej wielką potęgą azjatycką. Polityka sowiecka aktywizuje Azję. Za kilkadziesiąt lat na czele Unii Sow.[ieckiej] może stanąć jakiś Chan-Lin. W każdym razie taki jest kierunek rozwojowy. Z tego stanu rzeczy płynie dla nas szereg zupełnie oczywistych konsekwencji, od których się jednak odwracamy. Właśnie tą sprawą zajmuję się w moim szkicu. Jedną z tych konsekwencji jest wybicie z głowy tak zwanych idejek słowiańskich. Co to jest słowiańszczyzna? Przedpokój Azji. Na szczęście nie mieliśmy nigdy inklinacji „słowiańskich”, to jednak w rozpaczliwym szukaniu równowagi coraz to jakaś słowiańska idejka wynurza się na powierzchnię.
Jedyną twórczą politycznie potęgą rosyjską jest Rosja, która jest słowiańska tylko z nazwy ijęzyka. Pod względem krwi jest więcej ugrofińska. Zaś od czasu Rusi suzdalskiej [6] i Iwana Groźnego przejęła państwowe formy azjatyckie, tatarskie. Rosja Piotra była tylko pseudozachodnia, jeśli pominąć że w tym okresie górne warstwy społeczeństwa zasiliły się obficie krwią niemiecką i innych narodów zachodnich. Dziś proces azjatyzacji Rosji, po wyniszczeniu warstw historycznych i włączaniu w zasięg polityki i państwowości sowieckiej coraz to nowych narodów azjatyckich, kolosalnie się posunął. Dziś już nie ma miejsca na rusofilstwo. Jest tylko możliwy filoazjatyzm. Sowiety nie są żadnym falsyfikatem, żadnym pancerzem, pod którym drży znękana dusza jakiejś innej Rosji czekającej wyzwolenia. Sowiety są jedyną Rosją istniejącą. Sądzę, że nasza polityka zapomina o tych dwóch fundamentalnych stwierdzeniach, których oczywistość jest niezaprzeczalna.
Odbiegając nieco od tematu. – Pamięta Pan naturalnie czasy, kiedy wszyscyśmy patrzyli na bolszewizm jak na wynalazek żydowski. Hitler poszedł po tej drodze. Kto by dzisiaj to powtórzył? Nie chodzi mi już o to, że dziś Żydzi ze względów ostrożności wypętają się ze swego udziału w rozwoju bolszewizmu. To ich polityka, która może się zmienić. Chodzi o co innego. Żydzi nie byli nigdy zdolni stworzyć tak potężnej maszyny państwowej. Są ludźmi okazji. Ta problematyka polityczna, którą znamy jest problematyką właściwą. Żydzi są tymi, którzy na niej grają, ale jej nie stwarzają. Nie neguję ich wpływów, ale uważam za błędny pogląd, wedle którego oni są „właściwymi” sprężynami tego, co się dzieje w polityce. Tu się ich grubo przecenia. Można to nazwać optymizmem. No, ale trzeba postawić kropkę. Repertuar tematów jest, jak wiadomo, nieskończony. A niekończące się rozmowy są w stylu bardzo słowiańskim.
Załączam wyrazy wysokiego szacunku, a przy nadchodzącej Wielkiej Nocy serdeczne życzenia jak najlepszego spędzenia Świąt:
Jan Rogalski
2.
Caracas, 3 maja 1955
Jan Rogalski
Caracas-Venezuela
Catia. Alta Vista,
Calle Halvecia, 7.
Wielce Szanowny Panie,
List, który piszę jest dopełnieniem listu poprzedniego. Odzywam się po raz drugi dlatego, by sprecyzować moje stanowisko możliwie najściślej i w ten sposób dać ramę dla dyskusji, wykluczającą z góry wszelkie niedomówienia, błądzenia, mijania się, o które przecież tak łatwo, zwłaszcza wobec obfitości tematów jak tutaj. Wszystko to naturalnie w przypuszczeniu, że nie przerazi Pana perspektywa dyskusji z heretykiem…
Chorujemy na kompleks wierności wobec łotrów, którzy nas nikczemnie oszukali. Na to zgodzi się niejeden. Ja tu pragnę dodać jedno wyjaśnienie dopełniające. Właśnie za ten kompleks wierności nas lekceważą i pogardzają nami. Zastanawiające jest jak bardzo jesteśmy dla świata „niewidzialni”. Pamiętam z moich doświadczeń obozowych[7], kiedy zaraz po klęsce Niemiec skupiono dipisów w obozach i zaczęto do nich czule przemawiać. Przemawiały rozmaite osoby, świeccy i duchowni, generałowie, panie z różnych Komitetów itp. Jak rzadko padało w tych przemówieniach imię Polaków. Mówiono o Belgach, Holendrach, nawet o Czechach i Węgrach (którzy kolaborowali), nie mówiono tylko o Polakach. To nie była żadna conspiration du silence [8]. Tak to wypadło zupełnie samorzutnie. Nie zauważano nas. Trzeba sobie zdać sprawę, że tak zwany świat wolny nas nie widzi, ale też po prostu nie cierpi. Za co? Czy za jakieś szczególne wady? Ale każdy naród ma jakieś „szczególne wady”. Nie cierpią nas nie za wady charakteru, ale za nasze barbarzyńskie maniery polityczne. Bo też nasze zachowanie przypomina poczciwego, ale naiwnego męża, który na proszonym obiedzie, bijąc się dla dodania wiary własnym słowom wagi, ocierając pot z czoła, zaczyna użalać się na swą połowicę, która nie dochowała mu wierności.
Konsternacja, patrzą w talerze, zamieniają się półsłówkami. I wszyscy myślą: i jak można było takiego zaprosić! Ta religia wierności zakrapiana łzami i żółcią wywołuje tylko uczucie niesmaku i lekceważenia. Tak w klubie szulerów patrzono by na Pana patetycznie apelującego do uczciwości i skarżącego się, że grając najuczciwiej przegrał całą fortunę. Jedyna logiczna odpowiedź: po co przychodzisz Pan do naszego klubu? Jesteśmy wciąż Bartkiem Zwycięzcą [9], tyle że nie w niemieckiej, ale alianckiej wersji. Wiedzą doskonale, że jak co do czego, dość zagrać Jeszcze Polska, by rzucić Polaków o ogień jak stado baranów. Co jest jednak najbardziej niepokojące, to że ta religia wierności łotrom tkwi nie tylko w uczuciowości mas, ale że ją wyznają czynniki dyspozycyjne. Wierność szulerom politycznym jest jedyną rzeczą, którą mamy do zaoferowania. To jedno umiemy, na nic innego nas nie stać. A kiedy się tłumaczy, że podobna „polityka” nie jest warta funta kłaków, słyszy się w odpowiedzi: No widzi pan, tak… być może, hm. Ale już skoro weszliśmy na tę linię… To tak ładnie: my jedni nie wydaliśmy Quislinga. Już tyle ponieśliśmy ofiar na tej drodze, jakże się cofnąć? Głupstwo, które ocieka krwią ofiar staje się przez to świętością.
Jest jasne, że ktoś myślący tak jak ja i nie ukrywający swoich poglądów, musiał wycofać się ze wszelkiego życia organizacyjnego Polonii. Nie przez egoizm czy wygodnictwo. Po prostu dlatego, że nie mam w tym świecie nic do zrobienia. Niech przyjdzie choćby rocznica sierpniowa z nieodzownym projektem akademii dla uczczenia powstania warszawskiego. Winieniem natychmiast wstać, aby powiedzieć: powstanie warszawskie było zbrodniczym idiotyzmem i jedyne co nam pozostaje, to zamówić mszę za spokój dusz niewinnych a bohaterskich ofiar, itd.itd.
Ale oto druga strona medalu. Co innego rodacy w kupie, na posiedzeniu jakiegoś związku itp. Co innego Polacy myślący indywidualnie o tym, co się stało z Polską i co jeszcze ją czeka. Tam masówka wytrenowana długim działaniem sugestii – tu ludzie ośmieleni [w] samotności i spostrzegający jasno to, o czym na posiedzeniach mówić nie wolno. I na tym terenie doświadczenia są pocieszające. Byliśmy tradycyjnie doskonałymi pojedynko wieżami i mieliśmy mało odwagi cywilnej. Ale ta odwaga cywilna przeradzała się w wyzywające paradoksy, jak u różnych Łaszczów, Stadnickich itp. Od tej kontrastowości powoli odchodzimy. Zaczyna się krystalizować środek. To znaczy rośnie zdrowy krytycyzm, nieśmiały jeszcze, ale świadomy swych praw i sił. Próbowałem w moim szkicu stać się jego rzecznikiem.
Blisko 150 letni okres rozbiorów zaciążył na duszy narodu w sposób i w mierze tak wielkiej, że wciąż jej jeszcze nie doceniamy. Pierwsza stąd płynąca konsekwencja w polityce zagranicznej: NIE WIDZIEĆ SĄSIADÓW. Tylko ta polityka jest dobra, która ten postulat uznaje. Rusofilska polityka endecji była odstąpieniem od tego sztywnego dogmatyzmu, działały tu różne motywy i pobudki: więcej luzów i elastyczności pod zaborem rosyjskim niż pod Niemcem. Idejki słowiańskie. Widoki ekonomiczne. Korupcja okupanta, z którym łatwo dać sobie radę. Nie wdaję się w krytykę, bo mowa o tym w szkicu. Bolszewizm pokrzyżował te rachuby. Postulat „Nie widzieć sąsiadów” odżył znów w całej pełni. Ponieważ Polska odzyskała, przynajmniej formalnie, niepodległość polityczną, otwarły się możliwości sojuszów politycznych. Staliśmy się niby równoprawnym partnerem. Wynikiem tej polityki jest stan obecny Polski inkorporowanej do Związku Sowieckiego. – Postulat „Nie widzieć sąsiadów” utrzymuje się po klęsce w całej sile. Tu jednak napotykamy niepokojącą komplikację. W latach 1918-1939 „Nie widzieć sąsiadów” znaczyło: sprzymierzyć się z Zachodem. Dziś jednak sprzymierzając się z Zachodem, sprzymierzamy się z jednym z naszych sąsiadów, z Niemcami. Ponieważ tą ewentualność odrzucamy, nie pozostaje nam nic innego jak uwierzyć, że istnieje jakieś „inne wyjście” i że my właśnie to wyjście wybieramy. Jedni pocieszają się, że klucze polityki są w Azji, Europa teren drugorzędny. Tak, ale wojna, jeśli wybuchnie, będzie totalna i problematyka europejska włączy się w wielki konflikt światowy. – Inni stawiają na Rząd Światowy. Niewątpliwie idziemy ku takiemu rozwiązaniu. Jednak rząd światowy nie wystrzeli nagle jak piorun z jasnego nieba. Jeśli będzie, stanie się to w wyniku długich procesów, w wyniku walki pomiędzy Sowietami i Ameryką. Ten etap walki musimy przejść i my. I wtedy już musimy określić, jaki zajmujemy miejsce. Czy idziemy z Zachodem i z Niemcami czy z Sowietami. Tertium non datur [10]. Wszystko na to wskazuje, że z żadną decyzją się nie zatrzymamy i że będziemy pływać w morzu przeróżnych pocieszających hipotez. Wojna jeśli wybuchnie, zastanie naszą politykę w stanie płynnym. I tu tkwi wielkie niebezpieczeństwo, wstąpimy w wojnę jako sprzymierzeńcy Ameryki i wrogowie Niemiec. Ameryka na wszystko się zgodzi. Ale Polska stanie się przedmiotem ataków równocześnie rosyjskich i niemieckich, nie trzeba mieć wiele wyobraźni, by sobie zdać sprawę, co to znaczy. Do tego prowadzi postulat „niewidzenia sąsiadów”. Prawdopodobna odpowiedź jest ta: z Niemcami „i tak” się nie dogadamy. To jest argument seryjny. Kwitnął w okresie Powstania: „Niemcy i tak zniszczą Warszawę”. Ponieważ „i tak”, więc nie ma co robić wysiłków. Jakoś to będzie.
Inne niebezpieczeństwo. Może największe. Anglia tradycyjnie zarabiająca na skłóceniu Europy będzie się sprzeciwiała integralizmowi politycznemu, do którego dążą i Ameryka i Sowiety. I tego prawdopodobnie chwycimy się oburącz. Jednak Anglia nie decyduje o dojściu lub niedojściu do skutku integralizmu politycznego. Najprawdopodobniej zrealizuje się [on] ponad Anglią. Wtedy nowy ustrój zastanie nas bez głosu, zmiażdżonych w kleszczach sowiecko-niemieckich. Gdyby zaś cudem zwyciężył „pluralizm”, staniemy się znowu zapalniczką w ręku jakiegoś Churchilla nr 2 czy 3. Ujmuję to schematycznie umyślnie, bo jak sądzę to ułatwia porozumienie.
Na zakończenie pragnę dodać, że tutejsza poczta funkcjonuje bardzo niedokładnie i dlatego proszę, o ile się Pan decyduje na odpowiedź, o wysłanie jej listem poleconym. Być może ten list wyprzedzi mój memoriał. Niechcący zrobię panu niespodziankę.
Łączę wyrazy szacunku.
Jan Rogalski
3.
Caracas, 20.10. 1955
Jan Rogalski
Caracas-Venezuela
Catia. Alta Vista,
Calle Halvecia, 7.
Wielce Szanowny Panie,
Naprawdę ogromnie jestem Panu wdzięczny za pamięć o mojej sprawie wśród tak z jednej strony radosnych, ale też niosących nowe troski i kłopoty (w naszej wygnańczej sytuacji) okolicznościach rodzinnych. Korzystam z okazji, by złożyć serdeczne gratulacje. Nie śmiem prosić Pana o nadesłanie mi krytyki szczegółowej w czasie urlopu, bo zbyt dobrze wiem, co znaczy tych 14 wolnych dni po całorocznej wyczerpującej pracy. Odpowie Pan za miesiąc czy za pół roku, kiedy czas pozwoli, a ochota dopisze. Tymczasem gadam dalej. Jak Pan widzi jestem niewygodnym korespondentem, który niech tylko słówko otrzyma, a zaraz z pyskiem wyskakuje. A przecież chodzi o „sprawę”. To, mniemam, mnie rozgrzesza.
Takiej właśnie odpowiedzi – uznanie szeregu założeń teoretycznych i odrzucenie wniosków politycznych – się spodziewałem. Z czego naturalnie nie wynika, że nie jestem ciekaw szczegółowej motywacji. Przeciwnie, oczekuję jej z upragnieniem. Zawsze połowa wygranej też coś znaczy. Trzeba ciągnąć dalej.
Pokrewieństwo z Myślami nowoczesnego Polaka [11] cieszy mnie bardzo. Czytałem te myśli bardzo dawno we wczesnej młodości. Później do nich nie wracałem. Ale zawsze w dużym stopniu uważałem się za ucznia Dmowskiego. Choć polityczne konsekwencje jego działalności uważam za opłakane. Dmowski był – to dla mnie oczywiste – jednym z prekursorów faszyzmu. Co to jest faszyzm? Dwie myśli. Powiązanie historyczności z postępem społecznym i radykalizmem. Dawniej: jak tradycja to reakcja społeczna. Jak postęp społeczny to lewicą opluta przeszłość. Faszyzm odwrócił ten porządek i pokazał jego absurdalność. Historię trzeba pokazać wzrastającym pokoleniom; zbratać ją z ludem, wydrzeć ją tym, którzy uważali ją z racji swojej przynależności do sfer historycznych za swój monopol. Druga myśl: absurd demokracji, która jest systemem pseudoreprezentacyjnym i która tylko reprezentuje obskurne kołtuństwo. Dążenie do rządów elitarnych, do reprezentacji nie dołów, ale góry społecznej. Zwłaszcza pierwsza z tych myśli występowała z dużą wyrazistością we wczesnych pismach Dmowskiego. Druga w warunkach niewoli politycznej nie mogła się rozwinąć. Ale niewątpliwie wchodziła do świata duchowego, w którym żył Dmowski. – I pomyśleć, że to było na kilkadziesiąt lat przed wystąpieniem faszyzmu na arenę dziejów. Tragizm Dmowskiego i Endecji, której był ojcem, na tym polegał, że tępiąc (słusznie!) nieodpowiedzialny romantyzm polityczny, Dmowski z konieczności oparł się, musiał się oprzeć na tzw. zdrowych (za zdrowych) elementach: ziemiaństwo, gruba burżuazja i mieszczaństwo. Stał się przez to likwidatorem heroizmu. Praktycznie ideologiem wygodnictwa politycznego. I to podyktowało mu jego politykę zagraniczną porozumienia z Rosją. Na domiar złego to porozumienia z Rosją potraktował nie tylko taktycznie jako pis-aller [12] czasów, kiedy z konieczności wybierało się pomiędzy gorszym i lepszym zaborcą, ale absolutnie. Rusofilstwo stało się dogmatem. Jak dalece, to pokazały czasy 2 wojny światowej. Ponieważ jednak Rosja stała się synonimem bolszewizmu, nienawistnego tym, którzy szli za Dmowskim i jemu samemu, trzeba było ratować sytuację jakąś substytucją. Tą substytucją stała się bezkrytyczna wiara w aliantów. Dmowski i Endecja porzucając drogę doświadczenia i faktów tracą kontakt z tworzącą się rzeczywistością, zasklepiając się w sztywnym aprioryzmie. Dmowski – na domiar złego w tym wypadku – miał talent pisarski. Lubił zwarte konstrukcje, miał, że tak powiem, temperament logiczny. Stworzył ten styl równocześnie suchy i porywający, który świadczy jak najlepiej o jego wysokiej klasie pisarskiej, ale który narobił strasznych spustoszeń. Ujmując schematycznie: miał wciąż rację na papierze i wciąż nie miał racji w rzeczywistości. Uformowana przez jego dogmatyczny aprioryzm masa polska szła jak w śnie somnambulicznym na pasku najnikczemniejszych wmówień alianckich rozbrojona duchowo, przez całe lata oduczana od krytycyzmu.
O co mi chodzi? O to, by skupić uwagę Polaków na emigracji dokoła pewnych stwierdzeń, które uważam za niewątpliwe i które muszą być uwzględnione w każdym planie politycznym dotyczącym Polski i jej przyszłości. Jeśli kto inny, przyjmując za mną te stwierdzenia, dojdzie do innych wniosków praktycznych – świetnie. Byle te wnioski były budowane z cegieł rzeczywistości, a nie z urojeń i życzeń, które przyjmuje się za rzeczywistość. Na to naciskam, bo skłonność do urojeń jest prawdziwą naszą chorobą. Oto te twierdzenia.
-Aktywizacja Azji. I stąd płynąca konieczność stworzenia zwartego Frontu europejskiego.
-Wielkie prawdopodobieństwo, że Ameryka nie wytrzyma uderzenia sowieckiego psychicznie. Wtedy cała Europa znajdzie się w zasięgu władzy sowieckiej. Stąd konieczność nie tylko stworzenia frontu militarnego, ale i szeroko pojętej solidarności europejskiej.
Poza Niemcami i Polską naturalnie brak w Europie narodów zdolnych do stawienia czoła naciskowi sowieckiemu.
-Plany federacyjne popierane przez rządy sanacyjne są dwojakiego gatunku. Federacja mniejsza Polska-Węgry-Czechy. I federacja szersza obejmująca Ukrainę. Każdy układ z Czechami jest a priori bezwartościowy. Tak samo jak każdy układ z Włochami. – Plan federacyjny szerszy (z Ukrainą) jest porzuceniem naszej tradycji historycznej i rzuceniem się w odmęt „Słowiańszczyzny”, czyli, w ostatecznym rachunku, stawianiem na Azję.
-Jest widoczne, że zarówno Sowiety jak Anglia dbają bardzo o to, by nie dać wygasnąć antagonizmowi polsko-niemieckiemu. Spór nasz z Niemcami jest rezerwą polityczną potrzebna tym obu mocarstwom w celu rozbijania solidarności europejskiej przeszkadzającej obu tym potencjom z przyczyn różnych. Ta zbieżność jest paradoksalna, ale polityka pełna jest paradoksów.
Naturalnie tu wciąż chodzi o ludzi, o narody. Ścisłość wniosków i obserwacji nie może być matematyczna. Tak, ale ta nieścisłość jest obustronna: obciążą konto i moje i przeciwnika. Mimo wszystko sądzę, że zebrane tu i wyrażone schematycznie obserwacje mają znaczny procent prawdopodobieństwa, tak znaczny, że to już powinno zaważyć na rachubach politycznych.
Inna sprawa to wodospad argumentów „pocieszających”, nigdy nie milknący. Ten wodospad, trzeba to przyznać, działa wspaniale. Przykład: aktywizacja Azji. Argumenty osłabiające to stwierdzenie: Chiny narodowe. Rozbicie wewnętrzne. Obawa Sowietów przed zbyt szybkim postępem politycznym Chin czerwonych. Bardzo ładny materiał dialektyczny, który można doskonale wygrywać. Wszystko, żeby zapomnieć o tym, co się nasuwa jako konieczność: solidarność europejska z niemałym kawałkiem niemieckim do przełknięcia. – Osobiście widzę raczej prawdopodobieństwo stworzenia organizmu chino-sowieckiego. Preponderancja rasy żółtej nie jest kwestią jutra, ale pojutrza. Asymilacja azjatyzmu leży w tradycjach polityki rosyjskiej: Iwan Groźny. Naturalnie że tu jest węzeł dramatu. Pamiętajmy jednak o wielkim aktywizmie rosyjskim, który tak imponował Dmowskiemu, czemu trudno się dziwić.
A propos Ameryki. Drobna, ale bardzo wymowna obserwacja. Znam tu jednego Żydka amerykańskiego, który przyjechał na studia do Wenezueli. Nieraz gadamy. Rozeszła się wieść o ciężkim stanie zdrowia Eisenhowera. Trzeba było widzieć przerażenie mojego znajomego. Drżał. Żydzi nie mają sympatii do Eis.(enhowera), ale go popierają widząc, że to jedyny człowiek w Ameryce mający dość autorytetu, by postawić dyskusję z Sowietami na właściwym poziomie. Czyli wielką szansą pokoju. Żydzi dobrze wiedzą, że nowa wojna mogła by im przynieść wielkie rozczarowanie. Zapytałem go co myśli o Nixonie, o jego ewentualnej prezydenturze. „Ależ panie, powstała by w naszym kraju taka panika…” Oto miara psychicznej wytrzymałości amerykańskiej. Cóż dziwnego: to byłaby ich PIERWSZA wojna. W znaczeniu naszym europejskim, pełnego zagrożenia.
Proszę wybaczyć takie skakanie z tematu na temat. – Wyczytałem w jednej z Pana książek, bodaj w powieści [13], takie zdanie (cytuję z pamięci): „Ponieważ jestem katolikiem, nie mogę być rasistą”. To temat bardzo ciekawy. Nie przekonywa mnie takie sformułowanie. Gdyby rasizm to znaczy teza o nierówności ras była antykatolicka, w takim razie paralelizm psychofizyczny musiałby być antykatolicki. Dość pomieszkać w kraju kolorowym czy podkolorowym, aby przekonać się o słuszności rasizmu. Wszystko, co jest pracą, inicjatywą jest białe. Białe oddziela się od kolorowego jak oliwa od wody. W stopniu, który zdumiewa. Antykatolicki nie jest rasizm, tylko wnioski praktyczne, które niemiecki hitlerowski nar. [odowy] soc.[jalizm] wysnuł z rasizmu. Stąd, że są rasy wyższe i niższe nie wynika, że ludzie rasy wyższej mogą zabijać i prześladować ludzi rasy niższej. Nie wolno ich też wyłączać z życia nadprzyrodzonego Kościoła. Nie można przenosić rasizmu do eschatologii. Ale oczywiście dobra jest tylko taka polityka, która różnice rasowe uwzględnia, a nie taka, która ich nie widzi czy udaje, że ich nie widzi. Twardy orzech, wiem. Ale właśnie tak jest na tym świecie, że twarde orzechy trzeba gryźć.
-Co to jest masoneria? Nie chodzi mi o jej genezę historyczną ani o jej organizację. Zastanawiam się nad jej strukturą duchową. Widzę tu trzy momenty: 1. „W naturze człowieka założona jest miłość zgody i pokoju. Wrogość i wojny są sprzeczne z naturą człowieka”. 2. „Jeśli chce się coś zrobić, trzeba działać w małych, zamkniętych grupach”. 3. „Ludzi i grupy ludzkie dzieli wszelka transcendencja. Dlatego transcendencję trzeba wyplenić”. – Pierwsza i druga myśl są zupełnie słuszne. Myśl trzecia jest oparta na prawdziwej obserwacji. Bo istotnie transcendencja (religijna, narodowa, wszystko „bez czego można żyć”, wszystko co „właściwie nie jest potrzebne, a więc właśnie wszelka transcendencja) jest zarzewiem niezgody i walki”. Tyko że człowiek bez transcendencji jest tak dalece „skrócony”, że w ogóle przestaje być człowiekiem. – Dlatego szlachetne zasady masońskie prowadzą do skarłowacenia i w końcu degenerują człowieka zamiast go wyzwalać.
W moim liście jest zapewne sporo powtórzeń. Wynika to stąd, że mogłem zapomnieć wykreślić z mojego notatnika różne uwagi przeznaczone dla Pana. W sumie: ma Pan najlepszy dowód swego oddziaływania na czytelników. Bo czymże jest to moje gadulstwo, jeśli nie reakcją na różne Pana myśli, oceny, idee i projekty? Na szczęście nie wszyscy Pana czytelnicy są tak skłonni do zwierzeń…
Kończę ten przydługi list, składając jeszcze raz wraz z uściskiem dłoni, serdeczne gratulacje z powodu szczęśliwego powiększenia się rodziny i życząc wszelkiej pomyślności.
4.
Caracas, 3.1.56
Szanowny Panie,
List Pański szczęśliwie doszedł. Otrzymałem go wczoraj, 2 stycznia. Datowany 2 listopada! Oto tutejsza poczta.
Odpowiadam również stylem telegraficznym, z tą różnicą, że mój „telegram” będzie dłuższy od Pańskiego. Właśnie opracowywałem jeden artykulik, kiedy list Pana otrzymałem. Ten artykuł Pan otrzyma. List Pański bardzo mi się przysłużył, gdyż pomógł mi do podkreślenia pewnych momentów, które może bym pominął. Tutaj nie odpowiadam na wszystkie poruszone sprawy, tylko na te, które nie są objęte moim przygotowanym artykułem.
„Rosja jest potęgą przemijającą”. Pogląd zupełnie dowolny. Konflikt rosyjsko-chiński istnieje potencjalnie. Jednak na tym nie można budować żadnych nadziei. Przypomina mi się to, co nam sugestionował Dmowski: „Rosja jest związana na wschodzie przez Japonię. Nie bójmy się”. I w tym było coś z prawdy. Ale dogmatyzowanie tego zagrożenia było fałszywe. Tak samo tutaj rozwiązania tego konfliktu mogą być rozmaite. Może powstać organizm chino-sowiecki, co było by zagładą Europy. Rosja tradycyjna wchłania elementy azjatyckie i robi to doskonale.
„Jedyny ratunek to rozejście się dróg Ameryki i Niemiec” – Bagatela. Ale jakie istnieją szanse na taki obrót spraw? Yankesi nie pójdą w głąb Rosji brnąć w śniegach i odmrażać sobie jelita. Od tego są właśnie Niemcy. Dobrze o tym wie Ameryka. Tak samo w Azji mają rezerwę w Japonii.
„Dmowski działa przeciw aliantom, jako przykład jego walka z Lloyd Georgem”. Doskonale. Ale tu mówimy o różnych rzeczach. Nie twierdziłem, że Dmowski był przez cały czas posłuszny aliantom. Opierał się im w poszczególnych wypadkach i dzielnie się bronił. Jednakże chodzi mi o to, że ów system wersalski, o którym Pan wspomina i który nazywa Pan stworzeniem niezależnego państwa polskiego (Dosłownie: „niezależności państw między Niemcami i Rosją”, mnie obchodzi Polska) – był pozostawieniem Polski bez żadnych zabezpieczeń. Sojusz z Francją był fikcją. Późniejszy sojusz z Anglią (Beck kontynuował tu politykę Dmowskiego robiąc nagle koziołka) był fikcją. System wersalski pozostawił Polskę bezbronną. Stało się tak dlatego, że Polska „niezależna” była tylko dla Anglii obiektem prowokacji politycznej. Dla Francji sojusz z nami był nieznośnym ciężarem, który chciała co prędzej zrzucić. Te rzeczy nietrudno było przewidzieć. Nie można zaprzeczać temu, że wszystko, co u nas szło w znaku ND [14] entuzjazmowało się tymi bezwartościowymi sojuszami. Beck człowiek słaby, bez busoli, miał moment zachwiania, po czym nawrócił do polityki Dmowskiego całą parą. Nie można mówić o obaleniu przez niego systemu wersalskiego. Decyzja ostateczna była ściśle wersalska. Czyż minister ND, gdyby się znalazł w pozycji Becka odrzuciłby „gwarancje” angielskie? Nie mógłby tego zrobić.
„Siły wpływowe na Zachodzie… chcą ekspansji niemieckiej po Ural”. Czyżby? Niemcy usadowione tak mocno na wschodzie Europy byłyby wrogiem groźniejszym dla nich od Sowietów. Cios w handel i przemysł anglo-amerykański.
„Zawsze są dwie fazy” – zgoda. Ale sytuacja obecna tym się różni od poprzednich, że wypadki nie rozgrywają się w zamkniętym systemie narodów cywilizacji zachodniej (włączając nawet w to pojęcie Amerykę). Sprawa rozgrywa się w systemie otwartym. Siły Azji już są zmobilizowane, poruszają się, wkraczają w naszą historię. Trzeba stworzyć taktykę i strategię dostosowaną do tej sytuacji. Starałem się to umotywować w poprzednim artykule Kompleks Maginota [15]. (Nazwałem go niezbyt fortunnie konstruktorem. Ale jak to określić – protektorem, inicjatorem? To za mało). Mniejsza [o to].
„W drugiej fazie trzeba posłużyć się przeciw Niemcom aliantami, a może nawet Rosją”. Doceniam niebezpieczeństwo niemieckie. Jednak zniszczenie Niemiec i to przy pomocy Rosji byłoby azjatyzacją Europy. Co by z tej Europy zostało? Francja w agonii. Mówię to z bólem, bo mam wielką sympatię do tego narodu. Poza tym narody małe, na peryferiach, choćby nawet szlachetnej descendencji [16] jak Szwecja, Norwegia itd. I narody sutenerskie jak Italia, Rumunia. Co mieli szlachetnego, to zniszczyli. Pozostają dosłownie dwa narody zdrowe: my i Niemcy. Zdrowe, to znaczy witalne i gotowe bronić do upadłego swoich ideałów. Skłócenie polsko-niemieckie jest tragedią Europy. Nie chcemy być narodem euroazjatyckim.
„Endecja opierała się przede wszystkim o chłopstwo”. To niespodzianka. Sądziłem, że (to) raczej wielkie stronnictwo chłopskie, przede wszystkim witosowcy, włada masą chłopską. Tym dziwniejsze, że ND była przez długi czas finansowana przez najbogatszego w Polsce ziemianina, ordynata Maurycego Zamoyskiego, zresztą zacnego człowieka i patriotę, [i] prezes[a] klubu sejmowego Ks. Seweryn[a] Czetwertyński[ego]. [17]
Na zakończenie pragnę podzielić się z Panem pewną obserwacją, która mnie bardzo zresztą zastanawiała. – Oto jestem głęboko przekonany, że na dnie sporu polsko-niemieckiego tkwi coś, co nazwał bym dramatem etnicznym. Nie trzeba być uczonym antropologiem, żeby zauważyć, jak bardzo ludność pomiędzy Wartą i Sprewą jest jednolita pod względem typu fizycznego, zachowania, sposobu pracy itd. Weźmy takiego Ratajskiego[18]. Widzę go na tle Berlina. Dmowskiego, który zresztą nie pochodził, o ile wiem, z Wielkopolski, nie znałem osobiście. Ale widywałem go i słyszałem go przemawiającego. Wybitny dryl pruski. Osoby, którego go dobrze znały, przyznawały mi rację. Jego surowość, despotyzm, nieustępliwość. I wygląd zewnętrzny. Typowy „młody endek” był, co tu gadać, rodzonym bratem hitlerowca, przynajmniej zewnętrznie złagodzonym przez katolicyzm. Innymi słowy: jednolita masa etniczna podzielona historycznie, językowo i kulturalnie. Każda ich część chciałaby przeciągnąć „tamtych” na swoją stronę. I my i oni wyobrażamy sobie życie pod warunkiem zniszczenia tych „z tamtej strony”. Nie zapomnę jednej sceny w czasie okupacji niemieckiej w Warszawie. W jakimś urzędzie okupacyjnym, gdzie coś załatwiałem, widzę grupę trzech pań mówiących z urzędnikiem niemczyzną tak świetną, że nie tylko ja, ale i chyba rodowity Niemiec by nic nie miał do zarzucenia. A dopiero wygląd: istne „niemry”. Cóż się okazało: te panie były ausgewiesen [19] z Poznańskiego czy z Pomorza. Czyli musiały być tęgie patriotki polskie. Byłyby przyjęte na łono ojczyzny niemieckiej bez najmniejszych trudności. Na tle Warszawy raziły po prostu jako element obcy, „hitlerowski”. Jest to piekielne zawęźlenie, które okropnie trudno rozerwać. Jak Pan widzi nie przesadzam w optymizmie. Znane są syntezy narodów takie jak np. synteza galo-romańska, która wydała naród francuski. Ta analogia nie jest ścisła. Tu nie chodzi o syntezę etniczną, ale o stworzenie pewnego współżycia zgodnego wobec zagrożenia, które nie jest fikcyjne.
Nieraz się słyszy, że polemiki są bezcelowe. Bezcelowe dlatego, że osoby prowadzące dyskusję w końcu wracają do domu każdy pod rękę ze swoją starą tezą. Nie uważam tego poglądu za słuszny. Nie chodzi o to, aby ten biały stał się czarnym i odwrotnie. Polemiki pomagają do precyzowania własnego stanowiska. W tym ich pożytek. W końcu wolno i mozolnie zbliżają do prawdy. Prowadzone zbyt zawzięcie wpadają łatwo w styl „strzyżone golone”. To jest nieciekawe. Nam to nie grozi. Pan nie ma czasu, ja go mam może trochę więcej, ale też nie za wiele. Toteż będę raczej polemizował artykułami, które będę Panu nadsyłał.
Z wyrazami poważania
[PS] Przypominam bardzo trafne ostrzeżenie Dmowskiego o formującym się niebezpieczeństwie azjatyckim. Ludzie to zbywali żarcikami. Była w tym głęboka prawda. Tu Dmowskiego intuicja nie zawiodła. Ten proces posunął się kolosalnie naprzód. Nie może być polityki realnej bez jego uwzględnienia. – Hitler wyrządził straszną krzywdę nie tylko Niemcom, ale całej Europie przez swój histeryczny rasizm. Dziś jakakolwiek troska o oblicze rasowe narodów Europy, to zaraz „hitleryzm”, zbrodnia przeciw ludzkości itd. Wiemy dobrze kto i dlaczego chciałby, abyśmy się stali jakąś mazią bezkształtną mieszańców, zmongolizowaną, bez poczucia swej własnej odrębności. Bo i cóż by warta jakaś Polska – klucha moskiewsko-żydowsko-mongolska. Zostałyby nam tylko symbole. Proszę mnie zrozumieć. Ja nie neguję niebezpieczeństwa niemieckiego, nie myślę wcale, że te dwie wojny zdołały oduczyć ich od marzeń panowania nad światem itd. I że warunkiem tych marzeń jest sprowadzenie naszej roli do minimum. Ależ tak. Wiem to wszystko. Ale też wiem, że w dzisiejszej sytuacji nie możemy szykować zagłady sproszkowania jedynego poza nami narodu, który przy całym swym barbarzyństwie jednak reprezentuje cywilizację zachodnią. O to chodzi, że sytuacja jest nowa i metody muszą być do niej dostosowane.
Przypisy
[1] Szerzej na temat Skiwskiego pisałem m.in. w „Polskim Słowniku Biograficznym” (1998, z. 157) oraz we wstępie do jego szkiców wydanych w 1999 przez Wydawnictwo Literackie (Na przełaj oraz inne szkice literaturze i kulturze).
[2]W archiwum pisarza zachowały się dwa odpisy tego listu z dwiema różnymi datami: 5 kwietnia 1955 i 16 maja 1955.
[3] Prawdopodobnie chodzi o obszerny memoriał Problematyka polityczna Polski dzisiejszej, który Skiwski rozesłał w roku 1955 wielu czołowym osobistościom na emigracji.
[4] Skiwski był kilkakrotnie w Rzymie w roku 1947, w celu zdobycia dokumentów niezbędnych do wyjazdu do Wenezueli.
[5] Skiwski miał zapewne na myśli szkic Wańkowicza „Klub Trzeciego Miejsca” opublikowany w paryskiej „Kulturze” w roku 1949.
[6]Ruś włodzimierzowsko-suzdalska, dzielnica Rusi Kijowskiej położona w międzyrzeczu Oki i Wołgi, w drugiej połowie XIX w. utworzyła trzon państwa moskiewskiego.
[7]Skiwski od wiosny 1945 roku do lata roku 1946 przebywał w obozie dla dipisów w Wildflecken -Durzynie, na południu Niemiec.
[8] conspiration… [franc.] – spisek milczenia
[9]Bartek Zwycięzca, tytułowy bohater opowiadanie H. Sienkiewicza, bohatersko walczył w mundurze pruskim przeciw Francuzom w wojnie roku 1870.
[10]Tertium non datur (łac.) – trzeciego wyjścia nie ma.
[11]Klasyczna książka Dmowskiego wydana po raz pierwszy w 1903 r.
[12]pis-aller (franc.) – ostateczność
[13] Chodzi zapewne o wydaną w 1950 roku powieść Giertycha W Polsce między wojnami.
[14]Narodowej Demokracji.
[15]Artykuł Skiwskiego z roku 1955, nie był drukowany.
[16]descendencji – pochodzenia
[17]Seweryn Czetwertyński (1873-1945) – działacz Narodowej Demokracji, poseł na Sejm II RP w latach 1919-1935.
[18]Cyryl Ratajski (1875-1942) – polityk z wiązanych z Frontem Morges, prezydent Poznania w 1. 1922-1934.
[19]ausgewiesen (niem.) – wydalone.
opracował: Maciej Urbanowski
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 36/37, 2002.
