«
»

Archiwum Stańczyka

ERNST JÜNGER „ANARCHA”

10.08.12 | brak komentarzy

ERNST JÜNGER „ANARCHA”

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26, 1995.

Mój przypadek nie wprawił gremium w jakiekolwiek zakłopotanie: nie było tu trudności. Jestem, co mogę o sobie powiedzieć, ustawiony nie tyle ukośnie, ile prostokątnie – nie obciążony ani na prawo, ani na lewo, ani do góry, ani do dołu, ani na Zachód, ani na Wschód, lecz wyważony. Te przeciwieństwa interesują mnie wprawdzie, choć tylko w aspekcie historycznym, a nie aktualnym; nie jestem zaangażowany. Znany jest fakt, że mój ojciec i mój brat sympatyzowali z trybunami, choć umiarkowanie, a nawet nie bez skromnej krytyki. Było to w Eumeswil regułą; brakowało wyjątków, bo i po co?

Piekarz, kompozytor, profesor ma ostatecznie inne troski, niż polityczne zadęcia; troszczy się przede wszystkim o swój interes, sztukę, urząd, nie chcąc tracić najlepszych lat życia. Poza tym łatwo go zastąpić; inni czekają tylko na to. Pominąwszy to wszystko, takie typy bardziej potrzebne są następcy niż „sprawiedliwi, chroniący święty ogień idei, chorążowie dobrej sprawy”, którzy w ogóle zasługują na pochwały formułowane żargonem wojskowym, stanowiącym teraz słownictwo wojny domowej. Ci najlepiej prezentują się w nekrologach. Jako żywi ludzie stają się szybko dość nieprzyjemni.

Wiedzą o tym członkowie komisji; zachwyt jest podejrzany. Stąd korzystne było dla mnie, że w odniesieniu do Condora wypowiadałem się wyłącznie jako historyk. Jak sądzę, powiedziałem pod wpływem twardego narkotyku: „Nie jest przywódcą ludowym; jest tyranem”.Wiedzą, jak groźne jest bezwarunkowe oddanie. Polityka, autora, aktora podziwiamy z oddali. Wreszcie dochodzi do spotkania z idolem – jako osoba nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom. Łatwo zmienia się wówczas nastawienie. Niewiarygodne szczęście, udało się wejść do sypialni divy – musi temu towarzyszyć rozczarowanie. Z szatami opada także boskość. Eros oddziaływa najsilniej w tym, co niespodziewane, nieoczekiwane.

Nie robiłem ceregieli. Byłem normalny, niezależnie od toni, jakie we mnie zgłębiali. A jednocześnie prostokątny. Trzeba powiedzieć, iż rzadko się zdarza, by normalność szła w parze z „prostokątnością”. Normalność jest konstytucją człowieka; prostokątny jest logiczny rozsądek. Dzięki niemu mogłem udzielać odpowiedzi, które ich zadowalały. Substancja ludzka natomiast jest czymś tak ogólnym, a jednocześnie zaszyfrowanym, że jej nie postrzegają, podobnie jak powietrza. Tak więc nie byli w stanie wniknąć w anarchiczną podwalinę mej struktury. Brzmi to zawikłanie, chodzi jednak o prostą rzecz: anarchiczny jest każdy; to jest właśnie w nim normalne. Już od pierwszego dnia ograniczają go ojciec i matka, państwo i społeczeństwo. Są to obrzezania, upusty prasiły– ulegają temu wszyscy. Trzeba się z tym pogodzić. Jednak element anarchiczny pozostaje w gruncie rzeczy tajemnicą, nieświadomą najczęściej dla samego nośnika. Może wybuchnąć zeń jak lawa, może go zniszczyć, może go wyzwolić.

Potrzeba tu rozróżnień: miłość jest anarchiczna, małżeństwo nie. Wojownik jest anarchiczny, żołnierz nie. Zabójstwo jest anarchiczne, mord nie. Chrystus jest anarchiczny, Paweł nie. A jako że element anarchiczny jest czymś normalnym, to jest także w Pawle i ujawnia się w nim niekiedy potężnie. Nie są to przeciwieństwa czy stopniowania. Anarchia dynamizuje historię powszechną: wolny człowiek jest anarchiczny, anarchista nie.Gdybym był tylko anarchistą i nikim więcej, wówczas bez trudu by mnie zdemaskowali. Są szczególnie wrażliwi na ludzi, którzy próbują „ze sztyletem w szatach” dotrzeć krzywymi ścieżkami do mocarza. Anarcha może żyć samotnie; anarchista jest istotą społeczną i musi spotykać się z równymi sobie.

Anarchiści są wszędzie, a więc także w Eumeswil. Tworzą dwie sekty: pozytywnych i destruktywnych. Pozytywni nie są groźni; marzą o Złotym Wieku, Rousseau jest ich patronem. Druga grupa przysięga na Brutusa; obradują w piwnicach, mansardach, także w jednym z pokoi na tyłach „Calamaretto”. Siedzą wspólnie jak filistrzy, popijający swe piwo skrywając przy tym nieprzyzwoitą tajemnicę, jaka zdradza się w ich chichocie. Ich nazwiska są odnotowane w rejestrach; gdy dochodzi do powstawania jaczejek i chemicy zaczynają pracę, wówczas obserwacja ulega zaostrzeniu. „Wrzód wkrótce pęknie”. Tak twierdzi Majordomo major, przez Condora nazywany krótko Domo; ja zachowuję ten skrót. Zanim doszłoby do zamachu, dokonuje się albo aresztowań, albo zamach jest kierowany. Nie ma lepszego argumentu przeciw opozycji, która stara się okrzepnąć, niż zamach, jaki można jej przypisać.

Niejasny idealizm anarchisty, jego dobroć bez współczucia albo także jego współczucie bez dobroci, czynią go użytecznym na wiele sposobów, także dla policji. Przeczuwa tajemnicę, ale tylko przeczuwa: niesamowitą moc jednostki. Upaja go; zużywa się jak mól, spalany w płomieniu. Absurd, jaki wiąże się z zamachem, nie zasadza się na sprawcy i jego samoświadomości, ale na czynie i jego powiązaniu z ulotną sytuacją. Sprawca sprzedał się zbyt tanio. Stąd jego zamiary obracają się najczęściej w swe przeciwieństwo. Anarchista jest zależny – po pierwsze od swej niejasnej woli, po drugie od władzy. Podąża za władcą jak jego cień; książę wciąż musi mieć się przed nim na baczności. Gdy Karol V. stał na wieży ze swym orszakiem, jeden z kapitanów zaczął się śmiać, a intensywnie wypytywany, przyznał, iż naszła go myśl, że gdyby objął cesarza i runął z nim w otchłań, wówczas imię jego zapisałoby się nieśmiertelnie w historii.

Anarchista jest antagonistą monarchy, którego zniszczenie zamyśla. Uderza w osobę i umacnia dziedzictwo. Przyrostek -izm ma zawężające znaczenie; potęguje wolę kosztem substancji. Tę notatkę zawdzięczam gramatykowi Thofernowi, grawerowi sylab par excellence.Pozytywnym odpowiednikiem anarchisty jest anarcha. Nie jest antagonistą monarchy, ale kimś najbardziej odeń oddalonym, nietknięty przezeń, choć groźny. Nie jest przeciwnikiem monarchy, ale jego odpowiednikiem. Monarcha pragnie panować nad wieloma, ba, nad wszystkimi; anarcha jedynie nad sobą samym. Daje mu to obiektywny, także sceptyczny stosunek do władzy, której figury defilują wobec niego – z pewnością nie dotknięty władzą, choć we wnętrzu nie pozbawiony emocji, nie bez namiętności historyka. Anarchą jest w mniejszym lub większym stopniu każdy urodzony historyk; jeśli ma wielkość, wówczas wznosi się z tego powodu, pozbawiony partyjnych namiętności, do urzędu sędziego.

Dotyczy to mego zawodu, który traktuję poważnie. Poza tym jestem nocnym stewardem w Kasbah; nie chcę powiedzieć, że tę funkcję traktuję z mniejszą powagą. Tu jestem wpleciony bezpośrednio w zdarzenia, mam do czynienia z ludźmi żyjącymi. Substancja anarchy nie wpływa źle na moją służbę. Raczej ją gruntuje jako to, co mam z innymi wspólnego, jedynie odczuwam to świadomie. Służę Condorowi, który jest tyranem – to jego funkcja, jak moją jest być jego stewardem: obaj możemy się wycofać ku substancji: ku temu, co ludzkie w jego bezimiennym rodzaju.

Gdy w trakcie moich prac dokonywałem rekapitulacji prawa państwowego od Arystotelesa do Hegla, i do epok jeszcze późniejszych, przyszedł mi do głowy aksjomat pewnego Anglosasa o równości ludzi. Nie szuka jej we wciąż zmieniającym się podziale władzy i jej środków, ale w konstatacji: każdy może zabić każdego. Jest to banał, sprowadzony jednak do frapującej formuły. Możliwość zabicia innego należy do potencjału anarchy, z którym to potencjałem każdy się obnosi, rzadko sobie zdając z tego sprawę. Drzemie zawsze w tle, nawet wówczas, gdy dwaj ludzie pozdrawiają się na ulicy lub omijają wzajemnie. Przybliża się już choćby w chwili, gdy stoimy na wieży lub koło nadjeżdżającego pociągu. Prócz technicznych zagrożeń wietrzymy obecność innego. Może nim być także mój brat. Dawny pisarz, Edgar Allan Poe, ujął to na sposób geometryczny w Malströmie. W każdym wypadku nie może trwać jakiekolwiek zagrożenie za plecami. Później pojawia się tłok w czasie katastrofy, głowa meduzy, głód w łodzi ratunkowej.

Ów Anglik sprowadził to do mechanistycznej formuły. Przyczyniło się do tego doświadczenie wojny domowej. Prowadzi to do ustaleń przedkartezjańskich. Pod prawem ludzkim działa prawo zoologii, pod nim zaś prawidła fizyki. Nasz czyn warunkują moralność, instynkt i czysta kinetyka. Nasze komórki składają się z molekuł, te zaś z atomów.

Przełożył Wojciech Kunicki

Fragment powieści Ernsta Jiingera, Eumeswil, Stuttgart 1977.

Wojciech Kunicki

WOLNOŚĆ I  ŁAD

Postawa anarchy nie jest u Jüngera wyłącznym nawiązaniem do słynnego traktatu Maxa Stirnera Der Einzige und sein Eigentum, z którym Marx prowadził zagorzałą polemikę w Ideologii niemieckiej. Koncept anarchy wywodzi się z antyideologicznej postaci lancknechta, jaką Jünger zobrazował w swej drugiej książce – Walka jako przeżycie wewnętrzne. Ów anarcha zachowuje przede wszystkim swą wolność, nie negując bynajmniej więzi, które zależnie od swej woli mógłby respektować. Ta postawa jest raczej świadectwem oporu przeciw wszechmocy demokracji parlamentarnej typu powojennego (po II wojnie), realizowana w warunkach, gdzie nikt niczego nie traktuje serio (poza profitem i komfortem). Samotny wędrowiec leśny z traktatu Waldgang nie zaszywa się na odludziu urojonej samotni (choć oczywiście musi dysponować rezerwami pozwalającymi mu oderwać się od „społeczeństwa” – ostatnią płaszczyzną tych rezerw może stanowić samobójcza śmierć), ale działa w obrębie układów, w które wpisała go historia.
Jünger jest autorem dziesięciu powieści, które tworzą jakby dwa ciągi rozwijające się konsekwentnie przez całość jego życia. Pierwszy z nich określić by można mianem realistycznego: są to książki o charakterze mniej lub bardziej autobiograficznym: Sturm (1923); Gry afrykańskie (1936); Wizyta na Godenholm (1952); Proca (1973); Niebezpieczne spotkanie (1985). Drugi nurt jest wizjonerski, odnosi się do rzeczywistości zaszyfrowanej, do sytuacji i postaci stanowiących model świata historycznego i jego prawideł: Na skałach marmurowych (1939); Heliopolis (1949); Szklane pszczoły (1957); Eumeswil (1977); Problem Aladyna (1983). Świat przedstawiony w powieściach wizjonerskich jest rzeczywistością modelu. Stanowi wizję ponadhistorycznych układów, w których dokonuje się odwieczna gra sił, związanych przede wszystkim z władzą: Heliopolis jest modelem, którego wizję Jüngerowi dostarczyła walka o władzę w okupowanej przez Niemców Francji: między nihilistyczną SS i gestapo a głównodowodzącym, straconym później, gen. von Stülpnaglem. Eumeswil stanowi diagnozę świata zmieniających się tyranii i demokracji: żadnej z tych form Jünger nie przyznaje szczególnej wartości, widząc możliwość realizacji wolności raczej w tyranii, niż we wszechogarniającej demokracji. Problem Aladyna jest zaszyfrowaną diagnozą świata Zachodu i Wschodu, krytyczną diagnozą upadku kultów i kultur, świadectwem (mówiąc językiem Spenglera) „fellachizacji” społeczeństw masowych, procesów neutralizacyjnych dokonywanych z „żywotnego” centrum naszej epoki: myślenia w kategoriach ekonomicznych. Wolność w takim świecie zachowuje tylko anarcha, który żywiołowy bunt przeciw roszczeniom społeczeństw potrafi sprowadzić do zasady usensowiania świata ad hoc: do trwania w wierności dzięki formom przekazanym przez tradycję, zakorzenionym jednak w antropologicznych przesłankach istnienia osoby ludzkiej (np. walka). Samotność anarchy wynika z braku społeczności, gdzie kult byłby kultem, stanowiąc zalążek kultury; gdzie wartościowania oparte byłyby nie na dającej się wypowiedzieć „umowie”, ale na więzach najradykalniejszych, bo sięgających w głąb ludzkiej substancji. Impuls rewolucyjno-konserwatywny nie dopuszcza do stworzenia całości o charakterze zamkniętym, romantycznym, gdzie królowałyby dawno już nie istniejące „wartości”. Propozycja Jüngera stanowi raczej modelowy przykład  „zachowania się w niebezpieczeństwie”, daje przekonanie o sile, jaką jednostka dysponuje nawet w warunkach świata ogarniętego umasowieniem. Główny bohater Eumeswil spełnia dwie funkcje: jest historykiem, mającym do dyspozycji instrument techniczny umożliwiający żywe kształtowanie dziejów (tzw. luminarz); jednocześnie stoi blisko centrów władzy: obserwuje jej realny kształt jako barman w zamku tyrana – Condora, Kasbah.

Wojciech Kunicki

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26, 1995.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»