«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – XXXIII

10.15.12 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

PARTIE POLITYCZNE – WZLOT I UPADEK

Philip Plickert („Frankfurter Allgemeine Zeitung”) pisze, że jeszcze parę dekad temu w kampanii wyborczej mogło pojawić się hasło „wolność albo socjalizm”, dziś już nie. Politycy stali się doskonale wymienialni, nie posiadają wyrazistych konturów ideologicznych, nie reprezentują żadnych odmiennych treści, wszyscy tłoczą się w centrum, stanowiąc jedną wielką niezróżnicowaną polityczną breję. Politolodzy i ekonomiści mają proste wytłumaczenie tego procesu: partie, które chcą zdobyć większość muszą przekonać nie tylko wyborców lewicowych lub prawicowych, ale również tych w centrum, gdyż to oni są języczkiem u wagi zapewniającym większość.

Ponad 50 lat temu amerykański ekonomista Anthony Downs w książce An Economic Theory of Democracy opisał reguły tej gry, której rezultatem jest konwergencja ideologiczna partii lewicowych i prawicowych. Oczywiście, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż ten model. To, jak dalece wyborcy i partie czysto racjonalnie maksymalizują swoją korzyść, jest od dawna problemem spornym. Obserwuje się też, np. w USA, rosnącą polaryzację partii. Lewica to – jak się przyjmuje – więcej wydatków państwowych, więcej interwencji rządu, więcej redystrybucji, świadczeń socjalnych i subwencji, natomiast prawica – „mniej państwa”, czyli mniej wydatków, mniej redystrybucji zasobów, mniej subwencji. Czy nie jest to aby tylko retoryka? Czy walka ideologiczna nie jest pozorna? A może występują jednak istotne różnice w działaniu rządów lewicowych i prawicowych?

Odpowiadając na to pytanie Plickert powołuje się na młodego ekonomistę Niklasa Potrafke, który w swojej pracy doktorskiej poddał analizie empiryczno-ekonometrycznej politykę fiskalną i socjalną RFN w okresie od 1949 do 2005 roku. Wynik jego badań nie pozostawia wątpliwości: nie było znaczących różnic pomiędzy rządami CDU i SPD, a na decyzje o tym, czy ma być „więcej państwa”, czy „mniej państwa” nie miała wpływu ideologia polityczna danej partii, lecz okoliczności zewnętrzne, sytuacja ekonomiczno-społeczna. Parte różniły się jedynie koncepcją, jak należy podzielić budżet, jednakże ideologia polityczna na ogólną sumę wydatków nie miała znaczącego wpływu.

Różnice ideologiczne miały natomiast znaczenie na poziomie landów. Potrafke, posługując się, opracowanym przez ekonomistę Clemensa Fuesta, „indeksem wolności gospodarczej” (wielkość aparatu państwowego, wysokość podatków, liczba pobierających świadczenia socjalne itp.) wykazał, że występują różnice w zależności od tego, kto rządzi danym landem. Z regionu na region zakres wolności zmienia się: lokalne rządy socjaldemokratów wyraźnie korelują ze zmniejszeniem zakresu wolności. Na płaszczyźnie lokalnej, gdzie polityczne orientacje i wyobrażenia aksjologiczne są zbliżone, można pokazać wyrazistszy profil ideowy i jedną linię polityczną. Jest to – zdaniem Plickerta – argument przeciwko centralizmowi a za federalizmem; w mniejszych jednostkach terytorialnych mamy do czynienia z łatwiej odróżnialnymi politycznymi koncepcjami i rozwiązaniami, które następnie muszą zwyciężyć we współzawodnictwie z innymi terytoriami. Plickert zauważa, że Unia Europejska idzie w dokładnie przeciwnym kierunku, coraz bardziej się centralizując. Ponieważ na płaszczyźnie ogólnoeuropejskiej ideowe różnice nie mają znaczenia, Bruksela jest tylko miejscem, gdzie kłębią się zorganizowane grupy interesów. Dlatego: „Uwaga na centralizację!”

Mathew D. Rose, (ur.  1954) jest  Amerykaninem  od wielu lat mieszkającym w Niemczech. Z wykształcenia historyk, należy do rzadkiego już gatunku dziennikarzy śledczych, skupia się na wykrywaniu korupcji i nepotyzmu, kumoterstwa, klientelizmu i rządów kolesi w Niemczech, zwłaszcza w Berlinie, gdzie mieszka. Pisał dla „Handelsblatt”, „Manager Magazin” i innych gazet. W swoich książkach – Warten auf die Sintflut. Über Cliquenwirtschaft, Selbstbedienung und die wuchernden Schulden der Öffentlichen Hand (Czekanie na potop. Gospodarka klik, samoobsługa i rosnące długi sektora publicznego), Eine ehrenwerte Gesellschaft. Die Berliner Bankgesellschaft (Szanowane towarzystwo. Berlińska Spółka Bankowa), Berlin. Hauptstadt von Filz und Korruption (Berlin – stolica kumoterstwa i przekupstwa), Korrupt? Wie unsere Politiker und Parteien sich bereichern – und uns verkaufen (Skorumpowani? Jak nasi politycy i nasze partie się bogacą – a nas sprzedają) – tropi machlojki, przekręty, szemrane prywatyzacje, oszustwa i przekupstwa, wylicza zmarnotrawione subwencje, piętnuje władzę niemieckich klik i sitw działających na styku polityki i biznesu, w towarzystwach budowlanych i bankach krajowych.

Rose pragnie skierować snop światła na nieprzejrzyste układy i powiązania polityczno-biznesowe, ukazać mechanizmy działania klasy rządzącej, traktującej politykę jako środek zarabiania i bogacenia się. Idzie śladem pieniądza, zagląda za finansowe kulisy partii i polityków, którzy zamiast reprezentować „wolę narodu”, pracują na własny rachunek jako lobbyści dużego biznesu, obejmując lukratywne posady w gospodarce – w tych samych branżach, na które wpływ miały podejmowane przez nich wcześniej decyzje polityczne.

W Berlinie, w którym jak w soczewce skupiają się problemy całych Niemiec, partyjni żołnierze do swoich kieszeni przelewają publiczne pieniądze wydawane na wielkie prestiżowe projekty budowlane, lotniska, stadiony, systemy pobierania myta na autostradach etc. Rose opisał kulisy decyzji i historię budowy nowego wielkiego berlińskiego lotniska. Według Rose’a pomysł był całkowicie oderwany od rzeczywistości, zadłużone po uszy miasto porywa się na nowe, drogie lotnisko, na które żaden prywatny inwestor by się nie zdecydował. Decyzja o jego budowie była merytorycznie błędna, ale za to ponadpartyjna, to znaczy wszystkie partie zgodnie opowiedziały się za tym szaleńczym projektem, chociaż szaleńczym tylko pozornie, jeśli się rozumie, że chodzi o ogromne zamówienia publiczne, o milionowe umowy dla doradców i wysoko płatne posady dla ludzi z klasy politycznej Berlina.

Inna sprawa opisana przez Rose’go to jeden z największych skandali gospodarczych w historii RFN – afera wokół Bankgesellschaft Berlin. Towarzystwo bankowe utworzono wyłącznie dla posad, zleceń i kredytów, urzędnicy, menedżerowie bankowi, politycy, prominenci z branży budowlanej wspólnie dokonali „grabieżczego rajdu na kasy z publicznymi pieniędzmi”, rewidenci przymykali oko, berlińska prokuratura też niczego nie zauważała (w Berlinie  spekulowano, czy była aż tak nieudolna, czy po prostu przekupiona). Miliardowe straty musieli pokryć podatnicy. Jeden z recenzentów napisał, że historia opowiedziana przez Rose’go traktuje o przestępczej chciwości i niewyobrażalnej wprost niekompetencji, o samozwańczej elicie, która w bagnie po zjednoczeniu Niemiec ogromne sumy przelała do swoich własnych kieszeni, o politycznej nieodpowiedzialności, możliwej tylko wtedy, gdy dysponuje się pieniędzmi podatników, a nie prywatnym kapitałem.

Na swoich kolegach po fachu nie zostawia Rose suchej nitki; coraz więcej dziennikarzy odnajduje się w roli rzeczników prasowych ministerstw i przedsiębiorstw. Oznacza to potężny skok w zarobkach i inne finansowe korzyści. Dochodzi do sytuacji, że dziennikarz pisze o jakiejś sprawie, starając się równocześnie o posadę u drugiej strony. Generalnie media stają coraz bardziej lizusowskie, biorą udział w kampaniach dezinformacyjnych, władza i wielki biznes używają ich jako swojego pasa transmisyjnego do opinii publicznej. Rose uważa, że dziennikarze nie są mniej skorumpowani niż politycy. Z takimi jak on krytycznymi dziennikarzami walczy się nasyłając na nich prawników, którzy zasypują ich pismami, napominają i straszą. Także sądy coraz częściej wydają wyroki sprzeczne z wolnością słowa. Ale największa cenzura jest w samych mediach, niewygodne informacje przemilcza się i zataja. Dziennikarze i redaktorzy nie są nawet świadomi swojego konformizmu. Mają po prostu w głowach zainstalowane naturalne filtry, które zatrzymują wszystko, co mogło by im zaszkodzić.

Obserwując przez wiele lat niemieckie życie polityczne Mathew Rose doszedł do wniosku, że od drugiej połowy lat 90., zachodzi coraz silniejsza komercjalizacja niemieckiej demokracji. Polityka stała się doskonale zorganizowaną gałęzią gospodarki, funkcjonującą na zasadach wielkiego biznesu według zasad zysku i stopy zwrotu z inwestycji. Partie polityczne w RFN coraz mniej mają wspólnego z ideologiami i kształtowaniem rzeczywistości społecznej, stały się firmami usługowymi nastawionymi na zysk, osiągającymi miliardowe obroty i zatrudniającymi, ostrożnie licząc, ok. 20.000 ludzi. Czołowi działacze partyjni, lojalni wobec partii-firmy, postrzegają siebie jako menedżerów lub bankierów, mających na uwadze karierę i wzbogacenie się.

Spadek liczby głosów oddanych w wyborach oznacza zmniejszenie obrotów handlowych partii-firmy; maksymalizacja głosów oznacza maksymalizację gospodarczego zysku. Partie-firmy mają bogatą ofertę: dotacje, subwencje, przywileje podatkowe, rozporządzenia korzystne gospodarczo dla określonych grup, rocznie 40 miliardów euro w zleceniach na poziomie federalnym, krajowym i gminnym. Główna usługa jaką świadczą, polega na przekuwaniu partykularnych interesów w ustawy parlamentarne.

Wielu Niemców – uważa Rose – nie wierzy już w partyjną demokrację dochodzącą do punktu, w którym społeczeństwo jest konsekwentnie wykluczane z procesu podejmowania decyzji politycznych. Z partiami nie należy wiązać żadnych nadziei, jedyna droga do odbudowy demokratycznych struktur prowadzi poprzez budowanie ruchów społecznych.

Dirk Schümer, dziennikarz, reporter, pisarz, korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w Wiedniu uważa, że Europa już dawno wkroczyła w epokę postdemokratyczną; cały kontynent znajduje się w ciężkim kryzysie konstytucyjnym, europejski projekt zmierza ku samolikwidacji. Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny zaczynają pełnić taką rolę jaką w Chinach pełni Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin. Jeśli nic się nie zmieni, raz jeszcze przeżyjemy implozję kruchego przedsięwzięcia o nazwie „demokracja”. Rządy demokratyczne zastępowane są administratorami stanu wyjątkowego; parlamenty mają coraz mniej do powiedzenia. Kiedyś posłowie latami wykłócali się w parlamencie o subwencje dla mleka i dopłaty do żłobków, a dziś ponad ich głowami wypłaca się sumy tysiąckrotnie wyższe; rządy organizują ekonomiczne pucze, poniżają i upokarzają posłów.

Obecny kryzys – twierdzi Dirk Schümer – jest nie tylko kryzysem finansowym, lecz także kryzysem partii politycznej jako takiej. Sama instytucja partii wciągana jest w wir kryzysu; choroba ma charakter systemowy, brak jest  politycznych alternatyw, zanika demokratyczne współzawodnictwo. W wielu krajach europejskich obojętne jest, który kierunek ideologiczny  administruje sytuacją, partie występują jako cienie swoich dawnych ideologii, są politycznymi zombie ugrupowań z czasów, kiedy było jeszcze co rozdawać. Partie rozdzielają to, co jeszcze zostało z lepszych lat, a zostało już niewiele, o wyniku wyborów rozstrzygają emeryci, urzędnicy, wszyscy finansowani z podatków. Jedyną utopią, jaką chce się realizować w Europie to wcześniejsze emerytury. Życie polityczne demokracji psieje do poziomu współzawodnictwa chciwców i szantażystów. Dawne partie ludowe – przewiduje dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – zastąpione zostaną jeszcze bardziej bezczelnymi i zuchwałymi zrzeszeniami klientystycznymi, które będą łudzić ludzi, że mają jeszcze jakiś wybór. Z napięciem przyglądać się będziemy, co pozostanie z sytemu partyjnego. Europa jako muzeum demokracji? Europa jako ogródki działkowe emerytów, którzy swojej działki broni, jeśli to konieczne, z bronią w ręku?

Publicystka i pisarka Vera Lengsfeld w latach 80. XX wieku była działaczką praw człowieka w NRD, a następnie aktywistką  Partii Zielonych, którą opuściła przechodząc do CDU (z ramienia chadecji była posłanką w latach 1998-2005). Latem tego roku, oburzona przyznaniem przez Bundestag miliardów euro na ratowanie hiszpańskich bankierów, oświadczyła, że niemiecki parlament sam siebie zdegradował do organu złożonego z potakiwaczy. Posłowie głosują nad tekstami w niepełnej wersji, rząd zataja przed parlamentem istotne informacje, parlament zrezygnował ze swojej funkcji kontrolnej. Według Lengsfeld posiedzenia i głosowania w Bundestagu coraz bardziej przypominają posiedzenia i głosowania w Izbie Ludowej NRD, tam również posłowie po prostu wykonywali wolę partii i kierownictwa państwa.

Warto na koniec odnotować wydanie książki Die Pleite-Republik. Wie der Schuldenstaat uns entmündigt und wie wir uns befreien können (Zbankrutowana republika. Jak państwo długów nas ubezwłasnowalnia i jak możemy się wyzwolić). Jej autor Reiner Hank, szef redakcji gospodarczej „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, opisuje w jaki sposób niemieckie „państwo długów” ubezwłasnowolnia obywateli i jak można się z tego wyzwolić. Krytykuje nie tylko starzejące się państwo socjalne, ale samą logikę systemu demokratycznego, w którym coraz bardziej fantastyczne obietnice socjalne mogą być zaspokajane wyłącznie poprzez coraz większe zadłużenie. Hank kreśli projekt autentycznie liberalnych Niemiec, postuluje decentralizację władzy, żąda wolności opinii i odpowiedzialności za własne czyny. I ostrzega: ani banki, ani państwa nas nie uratują. Z czym trudno się nie zgodzić.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na prawo” 2012 nr 8



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»