«
»

Archiwum Stańczyka

ERNST JÜNGER „PEJOTL”

10.22.12 | brak komentarzy

ERNST JÜNGER „PEJOTL”

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26, 1995.

296

Przywiązaliśmy konia ogonem do płotu: Europa, Orient, Meksyk. Początkowo czysta przyjemność z zyskiem i niebezpieczeństwami, następnie przygoda z jej fantastycznymi, estetycznymi i duchowymi obszarami, wreszcie przybliżenia, za które dawniej albo by spalono, albo otoczono podziwem, a których określenia zataimy. Słowo krystalizuje.

297

Podczas przeprowadzki z Überlingen do Kirchhorst miałem nadzieję, że nastąpi okres spokojnej pracy. Zerkając jednak znad biurka na drogę za ogrodem parafii, zacząłem przeczuwać, że niedługo nacieszę się spokojem – wibrował na niej ruch, coraz żywszy i coraz groźniejszy. Podczas tego intermezza zostałem zaproszony do Fuschl, z Sieburgiem, Pucklerem i innymi – i to mianowicie przez Ribbentropa, który zamierzał powołać coś w rodzaju brain-trust i udzielił tam wprowadzającego przeglądu na temat sytuacji w polityce zagranicznej. W tej sprawie nic nie mogłem zdziałać – ta figura powtarzała się kilkakrotnie za mego życia. Opis tej podróży – polecieliśmy z Frankfurtu do Salzburga i z powrotem – stał się później dla Sieburga tematem jednego z typowych dlań wirtuozowskich opowiadań w anegdotycznym stylu.

Powróciłem do Kirchhorst w pewnej mierze uspokojony mniemając, że odbywa się partia pokera. Faktu, że w gruncie rzeczy wiedziałem lepiej, dowodzi tekst Skał marmurowych, którym w sposób konieczny wówczas się zajmowałem. To opowiadanie w mniejszym stopniu należy do obszaru literatury niż do wizji – jako przykład tego, co w Westfalii, a także u nas w Dolnej Saksonii określa się mianem „przedświtu”. Nieuniknione było również, iż to małe dzieło z najwyższym ożywieniem komentowano politycznie, natychmiast po jego wydaniu, a nawet w czasie wojny: nieuniknione i trafne, gdyż los instrumentowany bywa także przez politykę. W gruncie rzeczy przegrałem wojnę, zanim się jeszcze zaczęła. Choć nasza świadomość jest wielowarstwowa, a poznanie rzadko sięga aż do gruntu. Niekiedy myślałem, że się mylę – na przykład wkraczając do Paryża. A później znów znajdowałem potwierdzenie w szczegółach, których nie mogłem znać, na przykład 20 lipca 1944 – mówiąc o „złym przebudzeniu się”, oddajemy trafnie taką sytuację. Rzadko jednak znamy treść poprzedzających ją snów.

298

Przez lata całe nie korzystałem z wiejskiej samotności, na jaką miałem nadzieję. Nic nie wyszło z medytacyj, rozległych lektur, spacerów przez torfowisko i pustać, wieczornych rozmów w małym, zaufanym kręgu. Należało podołać pełni spotkań. Nie chce księgować tego jako straty. Ludzie nas ubożą, ludzie nas jednak także bogacą. Zwłaszcza w „Majesticu”, gdzie teraz toczą się rokowania dotyczące Wietnamu, spotkaniom nie było końca. Widziałem tam paletę w całym jej bogactwie – od głównodowodzącego aż po telefonistów, od wysokiej rangi esesmana po Żyda objętego proskrypcją –  idealistów i realistów, siepaczy, ofiary, zamachowców, morderców, samobójców. Miało to dalszy ciąg, gdy byłem już w Kirchhorst. Niepokój trwał jeszcze latami po wkroczeniu obcych wojsk. Plebania leżała przy trasie Hanower-Hamburg – wówczas nie było jeszcze autostrady. Wozy jechały w ściśniętych kolumnach starym szlakiem przemarszu wojsk do Celle, drogą, której bruk wyślizgały opony. Goście zaglądali na kilka minut, kilka godzin albo kilka dni; niektórzy pozostawali na lata.

Jednym z gości, którzy przychodzili ustawicznie, był Walter Federking, lekarz hamburski, którego Kayserling określił raz jako jednego z naszych najzdolniejszych psychoterapeutów. Kurował wówczas mojego wydawcę Benno Zieglera, który cierpiał na paraliż narządów mowy, schorzenie mózgu, na szczęście występujące z nadzwyczajną rzadkością. Diagnoza zawiera w sobie wyrok śmierci. Także Ziegler kilka razy mnie odwiedził; przedstawiał sobą ściskający serce obraz postępującego rozpadu. Do objawów choroby należy pełzający paraliż organów mowy, prowadzący między innymi do tego, że w trakcie mówienia giną poszczególne dźwięki. Już podczas wizyt w „Majesticu” ocieniały Benna troski, które odnosiły się nie tylko do własnego losu. Jego żona cierpiała intensywnie z powodu daru proroczego i przeczuć przyszłej katastrofy, które się później potwierdziły. Nadciągały teraz nowe chmury.

Początkowo pasjonowały mnie jego oceny sytuacji i jego plany; był umysłem inteligentnym, aktywnym, kimś, kto ze skromnych początków stał się osobą wpływową. Nadchodził jednak moment, od którego począwszy nie nasłuchiwałem treści, ale tylko formy słów – tej nędznej aparatury, na którą jesteśmy skazani. Znów pojawiał się brak, jak przy naciśnięciu głuchego klawisza lub pustej czcionki w maszynie. Następnie pojawiały się ataki duszności – wychodził za drzwi, by się wykasłać trzymając serwetkę przy ustach. Rozmawialiśmy po tym dalej, jakby nic się nie stało – było to jednak niesamowite. W wielu przypadkach tej choroby przychodzą dni i tygodnie, podczas których cierpiący nie jest w stanie mówić. Musimy wówczas w naszym bezsłownym skarbie poszukiwać nie wybitej jeszcze monety, aby poczuł, że może na nas polegać.

299

Nie ulegało wątpliwości, że koniec nastąpi, jedynie aspekt staje się przy takim cierpieniu dramatyczny – groza tego, co czasowe wysklepia się nieomylnie i w całkowitej bliskości. Lekarzowi nie bardzo podobało się to, że pacjent, zamiast zdawać sobie z tego sprawę, chwytał się intensywnie swych codziennych zatrudnień. „Nie zrozumiał jeszcze powagi sytuacji”. A jednak właśnie małe odwroty są szczególnie bolesne – ostatnia podróż, ostatni spacer, ostatni podpis. Podpisuje się czek pocztowy, podczas gdy nie tylko urząd pocztowy, ale także świat nazw i liczb zapadają się jak tło w głąb.

Wydawało mi się, że terapeuta wkroczył tutaj w domenę duchownego. Do tego jest oczywiście uprawniony każdy, założywszy, że ma wystarczająco wiele do zaoferowania. W takim przypadku jest w stanie prowadzić nas za rękę w głąb bezimiennego, a także kawałek poza nie. Nie mogę stwierdzić, w jakim stopniu zdolny był do tego Federking – w każdym razie słyszałem wiele dobrego o nim jako pilocie pacjentów, którzy przeżyli ciężką katastrofę. Wówczas interesowała go mocno, prócz „autogennego treningu”, także „narkoanaliza” – a więc zgłębianie problemów psychicznych w spowodowanym ad hoc głębokim upojeniu.

Wówczas mają ujawnić się ukryte cierpienia chorego i zostaną wyleczone. Wystarczyć może ich „omówienie” lub nazwanie. Upojenie już ze względu na swą naturę może być źródłem katharsis: oczyszczenia. Ale w równej mierze może przynieść szkody. Są to drastica, których działaniu nie każdy pacjent może sprostać, i do których zastosowania nie każdy lekarz jest powołany. Czy Federking wprowadził upojenie meskalinowe do sztuki lekarskiej? W każdym razie był jednym z pierwszych, którzy w tym celu zajmowali się narkotykami. Szczegóły przedstawił w artykułach opublikowanych w „Medizinischer Monatsspiegel” i w „Psyche”. Rozmawialiśmy o tym, po omówieniu stanu Benna; później,  gdy przeniosłem się do Szwabii, nawiązaliśmy korespondencję.  Rozciągała się, jak wnioskuję z dossier, przez okres piętnastu lat, do śmierci Federkinga.

300
Nieuniknione było, że umówiliśmy się na seans. O meskalinie miałem wówczas dość awanturnicze wyobrażenia. Zasadzały się na monografii Beringera, który eksperymentował we Freiburgu z tym narkotykiem, i na relacjach podróżników. Umówiliśmy się dopiero w styczniu 1950 roku, gdy zamieszkałem w Ravensburgu. Chcieliśmy spotkać się w Stuttgarcie;  Ernst Klett wybudował tam na południowym stoku pewnego wzgórza nowy dom w miejsce zburzonego. Był przestronny, sufity wyłożone były trzciną, ściany książkami – aż po oszklony front z widokiem na gęsto zabudowaną dzielnicę. Horyzont zamykało olesione przeciwległe wzgórze. Ogród, stara winnica z czerwoną grudą, leży tak osłonięty w słońcu, że paulownia tworzy grube pnie a jaszczurki szmaragdowe zdolne są przetrwać zimę.

Od tamtego dnia w styczniu zaimpregnowały się w mej pamięci zarówno dom, jak i ogród. Paulownia zyskała kontury meksykańskie; światła, które jaśniały w dole, w blokach mieszkalnych, zyskują na kilka chwil czar kosmicznej zawiei śnieżnej. Może się zdarzyć, że stanę nieoczekiwanie na jakiejś ulicy lub na jakimś dworcu w Meksyku. Harmonizują z tym przedmioty i ludzie. Odnotowuję to, gdyż pozwala na wyciąganie wniosku, że engramy się wbijają w pamięć.

Termin był dla mnie niekorzystny; akurat teraz nie odczuwałem chętki na ekstrawagancje. Mieszkanie zbyt małe; musiałem pozostawić część książek, druga część piętrzyła się na korytarzu. Z trudem posuwała się praca nad manuskryptem; wiadomości pocztowe nie nastrajały do radości. Morze Śródziemne było jeszcze dla mnie zamknięte, owo wielkie, sprawdzone źródło pogody ducha. Banine starała się dla mnie w Paryżu o wizę; raczej bez powodzenia. Ponadto pokłóciłem się z Perpetuą – albo, dokładniej mówiąc, po raz kolejny dałem jej powód do gniewu. Pojechała do Goslaru, gdzie przed wojną spędziliśmy kilka dobrych lat.

Sangwiniczne temperamenty mają szczęśliwe usposobienie; szybko zapominają. Gdy wysiadła w Goslarze z pociągu, a Fritz Lindemann zapytał, co się stało, jej gniew już się ulotnił. „Ach, znów pochamrałam się ze starym” – a przy tym zastanawiała się już trochę nad podróżą powrotną. Ja byłem bardziej pamiętliwy. Jeśli Martin powiedział o mnie: „Nie jest wierny, ale pamiętliwy”, to także w odniesieniu do irytacji. Fale nie unosiły się wysoko, ale wolniej się uspokajały. To są różnice temperamentów, a także znaków zodiaku. Pewnego razu studiowała przy śniadaniu jakiś kalendarz astrologiczny i stwierdziła: „Tak, teraz wiem, i tu jest napisane: koziorożce zżerają ryby”. Moja odpowiedź: „Istnieją także wieloryby”, była może niezbyt słuszna biologicznie, jednak pomyślana jako komplement i tak też odebrana. W uczuciach, myślach i działaniach była szczodra. Theodor Heuss powiedział niegdyś o niej: „To jest kobieta, której można powierzyć trzy majątki ziemskie”. Niestety, mnie tego brakowało.

Tego poranka byłem zatem w fatalnym nastroju; mieszkanie, nieogrzewane, zionęło pustką. Ponadto musiałem rano wstać, by zdążyć na czas do Stuttgartu. Musiałem nastawić budzik, instrument, którego od dawna nienawidziłem. Nie zjadłszy śniadania, poszedłem do pociągu, doprowadzając się do ładu za pomocą zimnej wody. Walter Federking przybył już do Stuttgartu: mogliśmy od razu przystąpić do rzeczy. Przypadkowo w domu był Mathias Wieman; jego obecność działała jak zawsze krzepiąco. W ciągu dnia pojechał dalej będąc jedynie świadkiem naszych preliminarzy. Zachęciły go do specjalnej wizyty, którą wkrótce złożył wraz ze swą żoną Eriką.

Wsiedliśmy w czwórkę około 3 po południu, o 4 zażyliśmy następną dawkę i około dwunastu godzin byliśmy w podróży. Także Federking zabezpieczył się niewielką dawką akceptując tym samym jeden z przepisów Persa Yazdiego: „W mieszanym towarzystwie niepalący zapalić muszą przynajmniej symbolicznie małą  «dawkę»”.  Przygotowałem sobie kartkę papieru i ołówek, niczego jednak nie zapisałem. Doktor mnie o tym uprzedził. Po tym, jak spędziłem niecałą godzinę w lekkich mdłościach, wystraszył mnie huk jak strzał z pistoletu. Koło mnie jakaś kobieta otworzyła puszkę kawy neski. Jednocześnie zaczęła poruszać się paproć w doniczce, i to w sposób równocześnie witalny, co mechaniczny, podobnie jak łańcuchy gąsienic – mogły to być segmenty olbrzymiej stonogi.

Był to początek. Pęta nas, chwyta szczególny sygnał. Tak więc rozlega się wystrzał z działa, wznosi się sztandar przed wielkimi spektaklami: sygnał.Gdy się rozglądamy, ktoś stoi za nami. W taki sposób należy, nawiasem mówiąc, postrzegać nowoczesny świat, jego precyzję, jego niesamowitą podaż faktów. Ma to wartość sygnału. Zajęci byliśmy wizjami, medytacjami, oglądaniem i słuchaniem obrazów i kompozycji do około 6 wieczór, gdy świat w dość dużej mierze wytrącony był z równowagi, a jednocześnie w męczącym napięciu wzrastała ciekawość. Było tak, jakby przypływ obrazów już nie wystarczał; powinny zostać wyhamowane. Domagaliśmy się trzeciej, mocniejszej dawki; lekarz uznał to za niemożliwe.

Jeśli tego rodzaju potęgowania mają być owocne, to wówczas nastąpić musi ich jakościowa przemiana. Podobne są, jeśli mamy posłużyć się obrazem ze świata mechanicznego, do przebicia bariery dźwięku. Jazda osiąga granicę, na której spiętrzone powietrze rozrywa się jak na wydmie – a tym samym pojazd wkracza w nową fazę lotu: ponaddźwiękową. Jest to, powtórzmy, prymitywny przykład z fizykalnie-tytanicznego świata, typowy jednak dla jego łaknienia i jego eskalacji. Po niesamowitym przyspieszeniu zniesiona zostaje grawitacja podobnie jak dźwięk. W krytycznych punktach, także termodynamiki, nie ma już potęgowań, ale niespodzianki. Istnienie tego punktu należy przeczuwać tam, gdzie graniczą czas i wieczność.

301

Federking protokołował. Nie opłaca się go cytować, bowiem takie utrwalenia są raczej szkodliwe. Choć format Federkinga sięgał poza to, co psychologowie w ogólności oferują lub co uzurpują sobie. Było w nim coś, czego nie powinno zabraknąć żadnemu specjaliście a czego niedostatek powodował niestrawność wiedzy, jakby nie dostawało soli – mam tu na myśli substancję artystyczną. Od razu wyczułem w nim jej obecność, gdyż bez tego nie mogłoby dojść do trwałych kontaktów – jednak owej nocy uwyraźniła się, w ogóle jak substancja za zjawiskiem. Powiedziałem mu to także, i włączam ten oto wycinek jego relacji:

17. 10. „Jakże świat może potężnie się rozszerzyć! Więcej niż na kilkaset lat. Nie, to okres karbonu z jego rybami i dinozaurami. Patrzcie na Federkinga. Człowiek o zamiłowaniach artystycznych, wielki. Dziwi się, że dawniej tego nie widział”.
Nie wspomniał, jak widzę o tym, że później przyszedł raz jeszcze, po chińsku krokiem tanecznym z sąsiedniego pomieszczenia. Nałożył na głowę abażur jak chiński chłop i zapytał: „Jak mnie widzicie”? „Teraz widzę pana jako Portugalczyka. Stoi pan w ciemnym pokoju i spogląda na osłoneczniony plac. Między placem a pokojem Jalousie. Spogląda pan przez nią. Teraz w pokoju zapada całkowity mrok, jakby ciemność spływała do kałamarza”.

302

Powtórzyłem tę wycieczkę jeszcze dwa razy w towarzystwie i raz samemu. Nie osiągnąłem intensywności pierwszej eksploracji. Erika Wieman napisała do mnie po swojej próbie, że nie pojmuje, jak można powtórnie odważyć się na coś takiego – wyniosła wspomnienie o częściowo wzniosłych, częściowo straszliwych wycieczkach w aureolach i dzwonach nurkowych. Poza tym widziała mnie i moich znajomych, oceniając nas w sposób, który się potwierdził. Niektórzy wyzierali na podobieństwo sów jak wieszczące ptaki z pustych pni. Mathias dorzucił: „Jest to z pewnością -i to stało się dla mnie wobec doświadczeń Eriki znów jasne – wymuszone spojrzenie w przyszłość, przejście do strefy pośredniej, w której dusza przebywa tuż po opuszczeniu ciała”. Wątpię, czy takie wymuszenie, dokonane wprawdzie nie za pomocą dźwigni i śrub, ale chemii i alchemii, nie jest występkiem; czy prawomocna droga nie prowadzi przez posty i modlitwę, przez skupienie i medytację do oświecenia; czy człowiekowi nie przyporządkowana jest droga duchowa zamiast magicznej.
Przypomina to wniosek, jaki wyciągnął Baudelaire. Ale obydwoje nie trzymali się własnych reguł gry – czerpiąc z tego zysk.

Raz wystarczy – w tym muszę Erice przyznać rację. Także Gurdjieff był tego zdania, przynajmniej w odniesieniu do adeptów. Zyskują wówczas wyobrażenie wymiarów, w obrębie  których poruszają się jak ślepcy, gdy raz zgłębią toń, jaka zieje za burtami ich łodzi. Tam docierają do dna, a taka zdobycz jest trwała.

303

Sądzę, że następnym razem wszystko poszło nie tak – popołudnie w grupie ludzi, którą Federking, dzięki różnym dawkom zgrał ze sobą; znał się w tym względzie na sztuce reżyserskiej. Także jego małżonka była przy tym. Nocą światła lśniły na dole w takim oddaleniu, jakie przewyższało międzygalaktyczne dystanse. Nie była to już przestrzenna odległość. Światła nie miały w sobie zła jak na obrazach Hieronima Boscha – były bez życia i bez możliwości ich ożywienia – wykrystalizowana nicość. Jaskinia świata zionęła beznadziejną pustką – nie chciało pojawić się nowe światło. Nie było też instancji, która by to opłakiwała.

Melancholią napawała też samotna wycieczka w Ravensburgu, ciągnąca się aż do nocy. Siedziałem w oknie spoglądając na płaszczyzny śniegu. Każdy malarz wie, że śnieg jest barwny – tu jednak w coraz silniejszych emanacjach promieniował obłokami i falami świetlistej materii. Gdzieniegdzie błyskały wplecione weń iskierki – scintillualae. Tryskały z żagwi. Także tu była dal – słyszałem szczekanie psa – to wilk Fenris. Z jego piany toczącej się z pyska powstała Droga Mleczna. Przestrzeń była jednak ożywiona; przenikało ją napięcie oczekiwania. Na pół byłem z tym pogodzony, choć czułem się nieswojo.

Chodziłem w tę i z powrotem, usiadłem w fotelu i patrzyłem na książki. Grzbiety wysklepiały się jak wieże – nie wiedziałem, jakie tkwią w nich siły. To nieistotne, że były wydrukowane, że miały karty tytułowe i zawierały teksty, to było tylko zwyczajnym odblaskiem, platonicznym cieniowaniem duchowej mocy. Autorstwo było kredytem na czas ograniczony.

Tak więc nie powinienem był oglądać zjawisk, nawet czystych zjawisk. To dobrze, iż nasze postrzeganie jest dla nich filtrem, że nasze zmysły je rozszczepiają, że słowo je oddaje. Poszedłem tam, gdzie za stołem siedział syn; posiłek się skończył. Żona mijała drzwi w postawie kapłańskiej, z rękoma założonymi na piersi. Ręce opadły dotykając ziemi. Stała świetliście w ciemnej przestrzeni; widziałem ją w jej urzędzie i zadaniach, widziałem także zwierzę totemiczne syna, tak jak widziałem książki.

Tak było w porządku, tak było dobrze. Stąd długo siedziałem ich oglądając, w cichym, przyjaznym pomieszczeniu. Tak jak wcześniej wypływał ogień ze śniegu, tak teraz wpływały we mnie moc i ufność. Gdy później o tym rozmyślałem, uderzyło mnie, iż nie wypowiedziano ani słowa. Nieprzebyte dale grożą oddzieleniem nas od bytu, o ile się nie powiedzie przybliżenie. Jeśli się jednak uda, wówczas byt zaczyna się zagęszczać; powierzchnia i wnętrze, przeszłość i przyszłość zaczynają się stapiać ze sobą, świat staje się jak bliska ojczyzna. Lęk wytwarzany jest przez postrzeganie niesamowitego. Przybliża się do nas, wkrótce w nas wejdzie. Jednak wówczas pozyskamy chwilę, w której zdejmuje ono maskę i da się rozpoznać jako coś bliskiego – stanie się nam znane jak część nas samych.

304

Dość ryzykowne jest nawiedzanie w towarzystwie granic, na których przezroczystym staje się behaviour, zachowanie, w które się odziewamy, i w którym podobamy się sobie. Czujemy to już podczas popijawy a o wiele silniej tam, gdzie upojenie rozwiera furty, które zamykamy nawet wobec siebie. Yazdi stwierdził dlatego w swym traktacie poświęconym opium, że palić nie należy wprawdzie samemu, ale też nie wraz z przyjaciółmi.

Wprawdzie przyzwoitość, tam, gdzie jest prawdziwa, sięga niemal to tego, co niepodzielne. Widać to u chorych, którzy także wówczas zwracają uwagę na formy, gdy ciężko im przychodzi mówienie – „mają jeszcze szacunek do siebie”.

Stany upojenia nie są ściśle oddzielone od normalnych; wiją się jak osnowa na krawędziach powszedniości. Nić nabiera wprawdzie niezwykłego zabarwienia, mimo to jest ciągła. Prowadzi to do aktów śmiałości i nieporozumień, na których zasadza się oddziaływanie gier hazardowych – rzeczywistość rozgrywa się na rozmaitych płaszczyznach.

Podobne sceny wystąpić mogą podczas meksykańskich wypadów. Zwykle zaczyna się, z powodu długości czasu ich trwania, wcześnie, a gospodarstwo domowe stawia wymagania, zwłaszcza w epokach, w których brak posługujących braci i sióstr staje się coraz bardziej wyczuwalny. Ale także o nich trzeba było się troszczyć, albo przynajmniej wprawić w nastrój lekkiej pogody ducha, by harmonizowali jak w operze, gdzie bez śpiewu niemożliwe jest oddanie listu lub wykonanie ruchu miotłą. To czyni życie w miastach takich jak Neapol a priori lżejszym, podczas gdy na Północy ludzie zadowalają się librettem, o ile w ogóle nie milkną.

Byliśmy już dość ożywieni i rozmawialiśmy, podczas gdy pani domu zeszła na parter, by przygotować kolację. Wkrótce wróciła przestraszona utrzymując, że jajka na patelni się ożywiły. Raptownie wypiętrzyły się w żółte stożki. A w ogóle tam w dole coś jest nie w porządku -było gorąco i niesamowicie. Może coś się nawet pali? Ha ha, centralne ogrzewanie. Powinniście pójść na dół i zrobić porządek – najpierw zdjąć marynarki. Przez moment dobiega nas z dołu jakby wiew knajpy; cała sprawa staje się dwuznaczna. Mija jednak i była tylko komiczna; zła muzyka mogłaby stanowić zagrożenie.

305

Meskaliny nie można uznać za środek łagodny, co czyni Huxley. Prawdą jest, że ewentualne szkody nie są tak wielkie w porównaniu z tymi, jakie wyrządzają alkohol, tytoń, tabletki. Należy wziąć pod uwagę i to, że meskalina wzmacnia pozycję wyjściową, w której może kryć się słabość lub deformacja. Tak więc dziecko, na podobieństwo ucznia czarnoksiężnika, może posiąść moc, której nie zdoła okiełznać, albo też ulegną wzmocnieniu tyrańskie skłonności. Spotęgowaniu ulec może także coś nieistotnego, jak w przypadku pewnej stenotypistki: widziała góry bitej śmietany.

Nie dochodzi tu do „wycieczki przez chemiczne drzwi w świat transcendentalnego przeżywania” i do „krótkiego, bezczasowego oświecenia”, którego Huxleyowi słusznie brak w naszym zaprogramowanym toku edukacyjnym. Nie można tego zmienić, gdyż:
Gdyby nawet mieli kamień filozoficzny,
Filozofa przy kamieniu braknie.

Wspomnieć należy, iż meksykańskie narkotyki nie potęgują erotyzmu, jak eter lub alkohol. Prowadzą głębiej w charakter niż do skrzyżowania, na którym rozchodzą się płcie. Płeć wpływa na charakter, choć go nie określa. Stąd grafolog jest w stanie przeprowadzić dobrą analizę, choć pozostaje w niepewności co do płci ocenianej osoby. Wiek, wykształcenie, styl epoki i temperamenty wywierają istotniejszy wpływ.
Ryzyko jest innego rodzaju. W jednej chwili można poznać to, co odsłania się zwykle latami. W te głębie nie prowadzi żadna spowiedź.

***

Skąd się bierze właściwie lekkie potknięcie przy lekturze takich pojęć jak „transcendentalny”? Zapewne stąd, iż odgraniczenia idealizmu nie są już dla nas miarą rozróżnień w obrębie kosmosu. Wprawdzie nie dysponujemy lepszą wiedzą, ale nowym punktem widzenia. Oprócz gramatycznego, istnieje także instynkt filozoficzny.

Ernst Jünger, Annäherungen. Drogen und Rausch (Przybliżenia. Narkotyki i upojenie) Stuttgart 1970

przełożył Wojciech Kunicki

Wojciech Kunicki

NOC LAUROWA

W Awanturniczym sercu napisał Jünger, byśmy wystrzegali się banalności życia. Poszukiwanie tego, co awanturnicze, co skrywa się głębiej niż anarchia rozumu, jest istotnym elementem dokonań autorskich Jünger i jednocześnie jedną z jego alegorii buntu przeciw światu norm, światu mieszczańskiemu. Te poszukiwania obejmują szereg różnorodnych sfer: podstawową z nich są podróże Jüngera, stanowiące kontynuację pierwszej, archetypicznej podróży – ucieczki 18-letniego młodzieńca do Legii Cudzoziemskiej, którą to ucieczkę opisze w powieści Gry afrykańskie (1936). Tam też opisze procesy niszczące iluzję pozornego oddalenia, dochodząc do wniosku, że oddalenie geograficzne nie musi być warunkiem rozszerzenia świadomości. Drugą sferą „działalności awanturniczego serca” jest fascynacja porządkami natury, a zwłaszcza światem chrząszczy. Uzdolnienia entomologiczne Jünger (autor jest posiadaczem olbrzymiej kolekcji chrząszczy i jednym z najbardziej znanych entomologów) są potwierdzeniem jego wspaniałego daru obserwacji: jakimże okiem dysponuje autor potrafiący po kilku pozornie niedostrzegalnych punkcikach zróżnicować dwa niewielkie stworzenia. Poszukiwanie owadów stanowi dla Jüngera czynność egzystencjalną, utwierdzenie się w rozmaitości świata i przekonanie o jego plastycznym kształcie: stąd pisarz określa je mianem „subtelnych łowów”. Taki też tytuł nada książce, która stanowi rekapitulację jego postrzegania i kreowania świata: Subtile Jagden (1967). Istnieje także trzecia sfera poszerzania świadomości, doświadczenie z substancjami groźnymi, a jednocześnie fascynującymi : ze środkami upajającymi wszelakiego rodzaju, wśród których niepoślednie miejsce zajmują narkotyki. Opowieść o stanach narkotycznych stanowi również sumę autobiograficzną, bowiem doświadczenia takie prowadził autor przez całe życie (nigdy nie popadając w uzależnienie). Świadectwem jest książka Przybliżenia. Upojenie i narkotyki (1970), stanowiąca opis doświadczeń Jüngera  z niebezpiecznymi substancjami: od alkoholu i tytoniu, przez haszysz, heroinę, kokainę, eter, grzyby, po meskalinę i peyotl. Oprócz tej autobiograficznej opowieści odgrywają narkotyki istotną rolę niemal w każdym dziele Jüngera: w Grach afrykańskich opium służy do rozszerzania świadomości, w Wizycie na Godenholm i w Heliopolis zawarte są artystyczne opisy narkotycznych wizji.  Jüngera opisy działania narkotyków nie zawsze były właściwie rozumiane przez czytelników: w powodzi lewicowych protestów przeciw przyznaniu autorowi nagrody im. Goethego miasta Frankfurtu nad Menem w roku 1982 znalazł się głos deputowanego CDU, który zarzucił mu deprawowanie młodzieży. Zarzut ten ma podobną wartość, co formułowane od dziesięcioleci zarzuty o gloryfikację wojny lub heroizmu. Wszystko w imię sterylności życia, odcięcia egzystencji od tego, co może nadać jej sens.

Wojciech Kunicki

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 26, 1995



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»