«
»

Archiwum Stańczyka

ERNST JÜNGER „KREW”

11.12.12 | brak komentarzy

ERNST JÜNGER  „KREW”

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 26, 1995.

Rodzaj ludzki jest tajemniczą, labiryntową dżunglą, której korony, oślizgane wiewem swobodnych mórz, coraz potężniej prą z duchoty, mroku i otępienia ku jasnemu słońcu. O ile szczyty trwają w otoczce woni, barw i kwiecia, o tyle u korzeni rozplenia się gąszcz osobliwych roślin. Gdy już po zgaśnięciu słonecznego żaru w kielichy sprężystych palm opadnie łańcuch czerwonych papug jak eskadra królewskich snów, wówczas zaczyna unosić się z podłoża już pogrążonego w nocy ohydny chaos pełznących, skradających się zwierząt, pełzające wrzaski ofiar, które podstępny atak pożądliwych, wprawionych w mord kłów i pazurów, wtrąca w śmierć ze snu, z pieczar, z gorących gniazd.

Tak jak dżungla coraz potężniej i coraz sterczyściej prze ku wyżynom, wysysając moce wzrostu z własnej śmierci, z własnych szczątków rozpadających się i gnijących w bagnistym gruncie, tak każde nowe pokolenie ludzkie wyrasta z własnych podwalin, układających się warstwami rozpadu niezliczonych pokoleń, spoczywających tu po korowodzie życia. Ciała tych, którzy przeminęli kończąc taniec rozpadły się wprawdzie, uległy zniszczeniu, rozwiały się w ulotnych piaskach albo zgniły na dnie mórz. Ich cząstki jednak, ich atomy porywa życie, zwycięskie, wiecznie młode, w nieustannych przemianach, czyniąc tym samym wiecznymi nośnikami żywotnej mocy.

Tym samym wieczną wartość zachowuje treść bytu, każda myśl, każdy czyn i każde uczucie, pchające ów nieskończony szereg poprzedników przez błonia życia. Tak jak człowiek wzrasta na zwierzęciu i jego uwarunkowaniach, tak wrośnięty jest we wszystko, co jego ojcowie z biegiem dziejów stworzyli pięścią, mózgiem i sercem. Jego pokolenia podobne są do kolonii koralowców; żaden z kamyczków nie jest do pomyślenia bez niezliczonych, już martwych, na których się zasadza. Człowiek jest nośnikiem, wciąż zmieniającym się naczyniem tego wszystkiego, co przed nim czyniono, co pomyślano, co odczuwano. Jest także dziedzicem wszelkiej tęsknoty, która z przemożną mocą pędziła przed nim innych ku celom dalekim, spowitym w mgły. Wciąż jeszcze pracują ludzie nad budową wieży o niezmierzalnej wysokości, nawarstwiając jedno pokolenie na drugim, jeden stan swego bytu z krwią, męką i tęsknotą na drugim.

Wieża wznosi się wprawdzie na zawrotną wysokość, jej blanki każą coraz to bardziej stawać się człowiekowi kimś, kto przezwycięża, odsłaniają jego spojrzeniom coraz to większe, bogatsze krainy, a jednak budowa nie posuwa się równomiernym tempem. Często dzieło bywa zagrożone, mury się osuwają lub bywają burzone przez głupców, małodusznych lub zrozpaczonych. Żywotną moc prastarych sił objawiają regresje do stanów uznawanych od dawna za przezwyciężone, wybuchy mocy elementarnych, kipiących pod zastygłą skorupą.

Także jednostka zbudowana jest z niedającej się policzyć ilości cegiełek. Przy ziemi wlecze ją nieskończony łańcuch przodków; jest spętana i powiązana tysiącami więzów z plątaniną korzeni bagnistego gruntu dżungli, którego fermentujące ciepło nosiło jej prazalążek. Wprawdzie dzikość, brutalność, jaskrawe barwy popędów pokryły się gładzią, zeszlifowały się, stępiły przez tysiąclecia, w ciągu których społeczeństwo okiełznało gwałtowne żądze i pragnienia. Wprawdzie postępujące wysubtelnienie uszlachetniło ją i wyklarowało, wciąż jeszcze jednak śpi zwierzęcość na dnie jej bytowania. Wciąż jeszcze wiele w niej zwierzęcia, drzemiącego na wygodnych, tkanych dywanach gładkiej, spiłowanej, zazębiającej się bezszelestnie cywilizacji, otulonego w nawyk i miłe formy, jednak w chwili, gdy falista krzywa życia cofnie się drgając ku prymitywizmowi, opada maska; nagi jak zawsze, jawi się praczłowiek, jaskiniowiec w pełnym nieokiełznaniu swych rozpętanych popędów. Rozpala się w nim dziedzictwo ojców, wciąż na nowo, gdy życie zaczyna respektować swe pradawne funkcje. Krew, co w maszynowym biegu swych kamiennych rusztowań, miast, chłodno i regularnie płynęła żyłami, zaczyna się pienić, a praskała, spoczywająca przez długi czas w chłodzie i odrętwieniu w ukrytych głębiach, topi się znów w rozpalony żar. Atakuje go swym sykiem, płomień, żagiew, niszczący atak, zawsze, gdy zstąpi w labirynt pochylni. Wciąż jest dawnym człowiekiem, targany głodem, w sapiącym skłębieniu płci, w walce na śmierć i życie.

W boju, podczas wojny, zrywającej z człowieka wszelką umowność jak połatane łachmany żebraka, wynurza się z dna duszy zwierzę jako tajemniczy potwór. Tryska wtedy do góry jako pożerający płomień, jako nieodparty szał upajający masy, bóstwo tronujące nad wojskami. Gdzie wszelkie myślenie i wszelki czyn sprowadza się do jednej formuły, tam muszą w regresie stopić się wszelkie uczucia stosując się do straszliwej prostoty celu – zniszczenia przeciwnika. Tak pozostanie, jak długo ludzie prowadzić będą wojny, a wojny będą prowadzone, jak długo jeszcze istnieć będą ludzie.

Tu forma zewnętrzna nie odgrywa jakiejkolwiek roli. Czy w momencie konfrontacji wysuną się pazury, obnażą zęby, czy śmigną surowo obrobione topory, napną drewniane łuki, albo czy też subtelna technika podniesie zniszczenie do rangi wielkiej sztuki, wciąż pojawiać się będzie punkt, gdy z białka w oku wroga rozpłomieni się upojenie czerwonej krwi. Zdyszany skok, ostatni, rozpaczliwy atak, wyzwala wciąż tę samą sumę uczuć, bez względu na to, czy pięść ciska wyciętą maczugą czy wypełnionym materiałami wybuchowymi granatem. I wciąż na błoniach, gdzie ludzkość krwawo rozstrzygać będzie swe sprawy, czy to w wąskiej przełęczy między dwoma małymi ludami górskimi, czy to na rozległych rzutach łuków nowoczesnych bitew, nic tak nie przepoi człowieka grozą – choćby stał wobec nagromadzenia najbardziej wyrafinowanych okrucieństw – jak sekundowe mgnienie jego własnego obrazu, wynurzające się przed nim, wszystkie płomienie pradziejów w zniekształconym obliczu. Wszelka technika jest bowiem maszyną, jest przypadkiem, pocisk jest ślepy i bezwolny, człowieka jednak gna wola zabijania wśród burz z materiałów wybuchowych, żelaza i stali, a gdy dwaj ludzie zderzą się w upojeniu walką, wówczas następuje spotkanie dwu światów, z których tylko jeden ostać się może. Bowiem te dwie istoty ustanowiły praukład między sobą, w formie walki o byt w swej najbardziej nagiej formie. W tej walce słabszy pozostać musi na ziemi, podczas gdy zwycięzca, broń ściskając mocniej w dłoni, przestępuje zabitego idąc ku głębi walki, ku głębi życia. Tak więc wrzask, łączący się w zderzeniu z krzykiem przeciwnika, wydarty z serca, jest wołaniem odsłaniającym zarysy granic wieczności. Jest to krzyk zapomniany od dawna w nurcie kultury, krzyk z rozpoznania, grozy i żądzy krwi.

Także z żądzy krwi. To drugi element obok grozy zalewający wojownika wodospadem czerwonych fal przyboju: upojenie, żądza krwi, gdy drżący obłok zniszczenia ciąży nad polami gniewu. Osobliwie brzmieć to może komuś, kto nigdy nie zmagał się w walce o byt: widok przeciwnika niesie prócz ostatecznej grozy także wyzwolenie od ciężkiego, nieznośnego napięcia. To jest rozkosz krwi, zwieszona nad wojną jak czarny żagiel szturmowy nad czarną galerą, pokrewna jedynie miłości ze względu na bezgraniczną dynamikę. Już w łonie chłostanych miast szarpie nerwy, gdy kolumny w oczekiwaniu śmierci udają się obsypywane deszczem płonących róż w drogę na dworzec. Tli się w masach okalających je szaleństwem okrzyków radości i przenikliwych wrzasków, jest częścią uczuć opadających deszczem na kroczące ku śmierci hekatomby. Zebrana w dniach poprzedzających bitwę, w bolesnym napięciu przedednia, w marszu ku przybojowi, w strefie grozy przed walką na noże, rozpłomienia się trzaskająca wściekłością, gdy rój pocisków masakruje szeregi. Zespala wszelkie dążenia w jedno pragnienie: by runąć na przeciwnika, schwytać go jak domaga się tego krew, bez oręża, w gąszczu, dzikim chwytem dłoni. Tak było już od dawna.

Oto krąg uczuć, walka, szalejąca w piersi bojownika, gdy przemierza płomienistą pustynię ogromnych bitew: groza, lęk, przeczucie zniszczenia i żądza, by w walce rozpętać wszystkie instynkty. Gdy tylko ów mały świat pędzący przez grozę rozładował krańcowo spiętrzoną dzikość w eksplozji chwil utraconych na zawsze jasnemu światłu pamięci, wówczas płynie krew, czy to bijąca z własnej rany, czy z rany innego i opadają mgły sprzed jego spojrzeń. Rozgląda się dokoła, lunatyk, przebudzony z uciskających go snów. Mija upojenie niesamowitego snu, który śniła w nim zwierzęcość jako wspomnienie z czasów, gdy człowiek we wciąż zagrożonych hordach walczył przemierzając puste stepy i pozostawia go w przerażeniu, zaślepieniu tym co nieprzeczuwalne we własnej piersi, w wyczerpaniu olbrzymim marnotrawstwem woli i brutalnej mocy. Dopiero wówczas rozpoznaje miejsce, gdzie rzucił go bojowy krok, rozpoznaje armię niebezpieczeństw i blednie. Dopiero za tą granicą zaczyna się odwaga.

Ernst Jünger, Der Kampf ais inneres Erlebnis, (Walka jako przeżycie wewnętrzne) Berlin 1922

przełożył Wojciech Kunicki

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 26, 1995.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»