«
»

Archiwum Stańczyka

JAN EMIL SKIWSKI „TO, O CZYM SIĘ NIE MÓWI”

01.17.13 | brak komentarzy

JAN EMIL SKIWSKI „TO, O CZYM SIĘ NIE MÓWI”

Pierwodruk: “Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 36/37, 2002.

Ils se determinent par le moment present,  sans prevoir  l’avenir et sans s’instruire par le passe.
(Bernardin de Saint Pierre, Observations sur la Pologne)  [1]

Zastrzeżenie pierwsze. Niniejszy artykuł zawiera niemal same rzeczy nieprzyjemne. Ci, których to zraża, niechaj go nie czytają.
Zastrzeżenie drugie. Czy jest do pomyślenia, aby człowiek widzący wybuchający pożar zwracał się do otoczenie w tych słowach: „Szanowni Państwo! Jestem zdania, że te czerwone języki, od których bije żar i które wydzielają smugi dymu są ogniem. Sądzę wobec tego, że byłoby nader pożądane wezwać straż ogniową i skłonić ją do ugaszenia tego, co według wszelkiego prawdopodobieństwa jest pożarem”. Pytanie jest naturalnie retoryczne. Toteż czytelnik, nie zrażony zastrzeżeniem pierwszym, zechce zrozumieć, że ponad formy układnej skromności i kurtuazji polemicznej przedłożę otwartość tam wszędzie, gdzie tylko zaślepienie lub obłuda mogą nie dostrzegać oczywistości.

Cechą polityki polskiej jest prostolinijność. Ta prostolinijność ma zajmującą genezę. W skrócie to się przedstawia. 1-a faza. Rozkład wewnętrzny społeczeństwa. 2-a faza. Poczyna się opamiętanie. 3-a faza. Rodzi się czyn. Doskonale te trzy fazy uwydatniają się np. w okresie wojen szwedzkich i kozackich. Warcholstwo i ciemnota szlachty, egoizm możnowładztwa doprowadziły do rozkładu niemal zupełnego. Jednak nie stoczyły organizmu narodowego do dna. Sumienie, choć zagłuszane, żyło. Wielkość klęski je zbudziła. Naród stanął do walki, odegnał wroga. Jest jasne, że w tej lawinowej reakcji czynu toną elementy, które składają się na pojęcie polityki: rozmysł, dyplomacja, przewidywanie o przyszłości. To wszystko rzeczy niebezpieczne. Rozmysł zalatuje tchórzostwem, dyplomacja ¬– zdradą, przewidywanie – indolencją. Grzesznik jest podejrzliwy i boi się cnót, które są „białymi” odpowiednikami jego grzechów. Naród, który nagle zdrowieje po długim okresie upadku, kocha tylko bohaterstwo i poświęcenie. Nic nie rehabilituje lepiej niż śmierć. Kto szuka czegoś więcej – paktuje z szatanem. (Dlatego to u nas ludzie mający własne poglądy polityczne odbiegające od norm przyjętych przez ogół są zwykle samotnikami albo zgoła cnotliwcami. Ludźmi, którzy nie poczuwają się do zbiorowej pokuty). W takim nastroju umysłów hasło „Wygnać wroga z granic Rzeczypospolitej” staje się jedynym hasłem godnym uznania. Wroga, który dziś depce Ojczyznę polską. A jutro? – Zobaczymy!

Ponieważ ta amplituda wahań była w narodzie zjawiskiem powtarzającym się, wynikła z tego trwała nasza apolityczność. Nawet antypolityczność. Bezwzględnie, ale trafnie scharakteryzował ją Bernardin de Saint Pierre. Antypolityczność da się zamknąć w zdanie dogmatyczne. Nasz podstawowy dogmat (anty) polityczny brzmi: „Nieprzyjacielem naszym jest ten, kto nas w tej chwili bije. Przyjacielem – kto bije tego, kto nas bije”. Ani kroku dalej – bo to zalatuje zdradą! Wykluczone tu jest przewidywanie przyszłości, wykluczona ocena własnego położenia na tle rozgrywającego się dramatu dziejów. Dogmat jest przede wszystkim wyznaniem mas. Ale góra społeczeństwa wyznaje go również (przynajmniej nie zdradza się nigdy – gdzieżby! – z jakąkolwiek wątpliwością w tym punkcie). Różnica między dołem a górą na tem polega, że dół wyznaje swą wiarę po prostacku, a góra wyrażają ortograficznie [2]. Tu rzeczywiście jesteśmy oryginalni. Nigdzie poza Polską (nie mówię o Polsce dzisiejszej, podsowieckiej, to odrębny problemat) nastroje mas nie sterują polityką. Polityka wyzyskuje te nastroje dla swoich celów, szuka uzgodnienia pomiędzy własnymi założeniami a masą narodową (inaczej być nie może). Ale „uzgodnienie” suponuje rozmysł, krytykę, plan. W Polsce polityczne nastroje mas są świętością nietykalną, źródłem i ujściem polityki. Lata 1939-1945 były doskonałą ilustracją tej prawdy. Mimo tragicznych doświadczeń tego okresu nasza apolityczność zdaje się nie straciła na sile. Z dnia na dzień możemy stanąć całkowicie odsłonięci wobec wydarzeń najwyższej doniosłości.

Sprawy, o których dalej będę mówił, rozpadają się pod względem treści na dwie grupy. 1. Tyczące naszego położenia w razie wybuchu trzeciej wojny światowej. 2. Tyczące naszej orientacji politycznej w zagadnieniach przyszłego ustroju Europy.

Czy trzecia wojna światowa jest nieunikniona? – Jest w każdym razie prawdopodobna. Jeśli stanie się rzeczywistością, naród polski znajdzie się w położeniu nie tylko trudnym, ale bardzo zawikłanym. Cała ludność państwowego terytorium polskiego okupowanego obecnie przez Sowiety będzie zmobilizowana i pchnięta przeciw Angloamerykanom i narodom europejskim walczącym po ich stronie. Udział Anglosasów na teatrze europejskim będzie jak zwykle minimalny. Wielkie Demokracje dadzą środki finansowe, sprzęt wojenny, wywiad pilnujący „porządku” i instruktorów technicznych. Żołnierzy jak zawsze da Europa. Jakiż to będzie żołnierz? Będzie to przede wszystkim żołnierz niemiecki. We wszystkich możliwych kombinacjach będziemy walczyli razem z Niemcami Zachodnimi jako sojusznicy aliantów, z wschodnimi – jako podkomendni Sowietów. Ale między nami i Niemcami stoi nie tylko tradycja wielowiekowej walki, nie tylko okupacja 1939-1944 z upiorem Oświęcimia. Stoi między nami epopeja wysiedleńcza z obszarów między Nissą [3] i Odrą włączonych do państwa polskiego po roku 1945. Moskwa, zupełnie logicznie, robiła wszystko, aby ten proces zaognił stosunki pomiędzy obu narodami w sposób stabilizujący nienawiść. Niedawna przeszłość, za którą odpowiadają Niemcy, ogromnie tej robocie sprzyjała. Niemcy są uchwytni, to znaczy można ich mobilizować. Tymczasem Polacy (pomijając oddziały ochotnicze, które powstaną na emigracji) są uchwytni tylko dla Sowietów, niedosięgalni dla ręki alianckiej, czyli będą nas pchali do dywersji. Wiemy, co to znaczy. Niemcy, to prawda, są sojusznikami – nawet po rozgromię i kilkoletniej nędzy – niepewnymi. Przy sprzyjających okolicznościach mogą odezwać się w nich zapędy imperialistyczne. My dajemy niezachwianą wierność. Czy jednak doświadczenia 1939-1945 i dalszych lat pokoju nie dowiodły, że ślepa wierność budzi w aliantach nie podziw, lecz lekceważenie i że daleko bardziej liczą się z sojusznikami niepewnymi? Wypłyną kwestie graniczne. Ziemie zachodnie staną się przedmiotem przetargów każdego z wielkich partnerów z Niemcami i stron walczących między sobą. Nie sądzę, by Niemcy czekali pokornie pokoju. Zażądają, by im płacono z góry. Wielkie potencje, przywykłe, że się nas kupuje kiepskim frazesem radiowym, znajdą pokrętne formuły kompromisowe. Sytuacja należy do najbardziej powikłanych i przez to utrudniających przewidywania. Jasne jest jedno, że społeczeństwo polskie, gdyby miało kierownictwo polityczne, powinno być instruowane w sensie jak najdalszym od odruchowości i emocjonalności właśnie w punkcie zagadnienia polsko-niemieckiego. Co zrobiła polityka polska (i prasa będąca na jej usługach), aby przygotować naród na dające się jednak przewidzieć w przybliżeniu przynajmniej konsekwencje wybuchu wojny, którą się uważa za wyzwoleńczą? Czy dość poważnie zastanowiono się nad tym, jakie katastrofalne wstrząsy może przejść naród polski zaskoczony niespodziankami właśnie w punkcie problematu polsko-niemieckiego? Pytanie wchodzi częściowo w dziedzinę, która z tzw. zrozumiałych względów musi być przemilczana. Ale rezygnując z niedyskrecji i opierając się na tym, co każdemu jest dostępne, jestem skłonny myśleć, że nie zrobiono nic, albo tyle co nic. Popularny pogląd jest ten: my jako wierni sojusznicy dostaniemy po zwycięstwie misję „trzymania Niemców za mordę”. Niech tylko się wszystko ułoży. Nieodzowne „szkoda gadać”. Ach, ileż już wytrzymaliśmy tych „szkoda gadać”. Ponieważ u nas nie ma istotnej różnicy między górą a dołami, zachodzi poważna obawa, że i tym razem jakimś „szkoda gadać” przeskoczy się nad najbardziej groźnymi zagadnieniami. Możemy stanąć wśród zawieruchy wojennej odwróceni plecami do rzeczywistości [4].

Bardzo ciekawe są polemiki i rozważania prasowe na temat przyszłego ustroju Europy. Przeciwnicy zbiegają się w jednym punkcie – Nie chcemy niczyjego imperializmu. Czyli nie chcą tego, co jest nieuniknione. Inaczej: godzą się tylko na imperializm zamaskowany.

Istnieją tylko imperializmy i ich klientele. Dopiero przyjęcie tej zasady daje podstawę do dyskusji. Zagadnienie: jaki powinien być ustrój przyszłej Europy, obrane z deklamacji, będzie brzmiało: czyj imperializm jest najbardziej pożądany?

Naturalnie własny. Na to zgodzimy się wszyscy. Czy możemy rokować powodzenie polskiemu imperializmowi? W życiu Polski Niepodległej (1918-1939) ujawniały się chwilami nasze imperialistyczne fumy. Ale nie można było dostrzec imperialistycznej woli. Warunkiem imperializmu jest istnienie w narodzie licznej warstwy ludzi gotowych narzucić swój ideał polityczny innym narodom. Nie musi to być imperializm pięści. Identyfikowanie imperializmu z bandytyzmem politycznym jest wykrętem, który zwalnia z wysokiej klasy i rozgrzesza indolencję. Pospolitym łgarstwem jest sugestia, że imperializm jest zawsze wyrazem chciwości materialnej. Nie ma narodu bardziej opanowanego przez chciwość materialną niż – niestety! – dzisiejsza Francja. I równocześnie nie ma narodu bardziej dalekiego od imperializmu politycznego – drugie, jeszcze głębsze niestety! – niż dzisiejsza Francja.

W latach okupacji niemieckiej mieliśmy dużo wolnego czasu, który jest przywilejem ubóstwa i dyskutowaliśmy na temat przyszłej Europy. Grzmiało się na ustroje totalne, ale rykoszetem dostawało się i demokracji. Poszukiwano ideału. Na jednej z tych dyskusji zabrał głos człowiek, który zwykle nie miał wiele do powiedzenia. Dziś wyrzekł słowo prorocze. Zanim przytoczę jego wypowiedź, muszę powiedzieć parę słów o momencie. Nasza dyskusja odbywała się bezpośrednio po głośnym swoją niebywałą, rekordową brutalnością napadzie Gestapo na pewną rodzinę polską podejrzaną o udział w ruchu oporu. Jeden z członków rodziny znajdował się w momencie wtargnięcia siepaczy w ubikacji. Wywalono drzwi i wywleczono go stamtąd, kiedy jeszcze „nie był gotów”. Nawiązując do tego wypadku, nasz przyjaciel powiedział: „Jakiego ja chcę ustroju? No to ja wam powiem jakiego. Chcę takiego ustroju, żeby mi wolno było u siebie w domu spokojnie się w…”. Naprawdę trudno o postawę mniej imperialistyczną. Interpretacja jest bardzo zacieśniająca, ale w gruncie rzeczy nasz dyskutant trafnie ujął sprawę. Rzeczywiście, czego my chcemy? Chcemy, żeby nam dali święty spokój. I za ten święty spokój gotowiśmy umrzeć każdej chwili. Tylko że na to, aby mieć święty spokój, trzeba chcieć rzeczy stokrotnie większych i umieć po nie sięgać. Kto chce tylko świętego spokoju, ten nie zazna nigdy – świętego spokoju.

Jeśli naród nie może innym narzucić własnego imperializmu, to musi się podporządkować imperializmowi obcemu.

Dlaczego jednak uważam imperializm i jego klientele za jedyne formy rzeczywistości politycznej? Mówiąc najkrócej dlatego, że tam gdzie powstaje silny ośrodek woli zbiorowej, tam powstaje również potrzeba ekspansji. Pragnienie rozszerzenia swego wpływu jest u człowieka równoznaczne z życiem. Uważam ten proces, wbrew marxistom, za przede wszystkim duchowy. Strona materialna towarzyszy mu, może też być jego efektem. Mogą mi zarzucić, że eliminuję moralność z polityki. Ale o moralności czy niemoralności polityki decyduje cel,  który sobie stawia. Imperializmy mogą być moralne lub niemoralne stosownie do tego, do czego dążą. Bajeczka o niemoralności polityki polega na konfuzji. Szukano tej moralności w poszczególnych działaniach zamiast szukać jej w celach. Zasada „cel uświęca środki”  nie jest czymś, co ktoś w pewnym momencie sformułował, a ktoś inny musi odrzucić. Jest zasadą każdej realizacji. Każda polityka ma swój cel główny i temu celowi wszystko inne musi być podporządkowane. Kiedy Napoleonowi potrzebne było zjednanie sobie Aleksandra I dla szczelnego zamknięcia blokady kontynentalnej, nakazywał swym ministrom policji, aby nie dopuszczali ani w prasie ani w manifestacjach publicznych jakichkolwiek aluzyj do bitwy pod Austerlitz [5]. Z tych samych powodów musiał cesarz instruować Caulaincourta [6] w kierunku uspokojenia Aleksandra I co do zaniechania przez Napoleona zamiarów odbudowy Polski. Mimo to imperializm napoleoński był moralny, bo moralny byt cel, który sobie stawiał: usamodzielnienie Europy i podniesienie jej na wyższy poziom duchowy. Gdyby Napoleon zwyciężył, znalazłaby się i sprawiedliwość dla Polski, bo to wynikało z założeń jego imperializmu [7].

Imperializmowi przeciwstawia się hasło „Wolni z wolnymi, równi z równymi”. Choć w atmosferze tych pojęć wyrośli tacy wielcy ludzie jak Józef Piłsudski, nie trzeba taić, że to hasło pozbawione jest wszelkiej treści (t.j. treści odpowiadającej słowom). Za jego odpowiednik realny uważa się zasadę „samookreślenia narodów”. Ale „samookreślenie narodów” jest wyrazem imperializmu angloamerykańskiego. W tym wyczerpuje się cała jego treść i cały sens. Przypomnijmy sobie trochę historii.

Dlaczego Anglia nie mogła ścierpieć wojsk Napoleona w Belgii? Belgia nie należała do korony brytyjskiej, ani nie była zamieszkana przez Anglosasów. Odpadają motywy patriotyczne, wolnościowe. Anglia sprzeciwiała się umocnieniu władzy francuskiej w Belgii dlatego, że nie chciała mieć przy La Manche kraju silnego, tylko kraj słaby. Kraju wzrastającego w moc, który mógłby stać się potęgą morską, tylko kraj, którego losami Wielka Brytania może swobodnie kierować. Po roku 1815, w okresie „naprawiania krzywd” zadanych Europie przez cesarstwo francuskie i ustanawiania „sprawiedliwego” (to znaczy wygodnego dla Anglii) statutu Europy, o jednej rewindykacji nie było tylko mowy. O powtórnym wcieleniu Belgii do korony Habsburskiej. Niech tam już będą lepiej słabe Niderlandy. W roku 1914 złamanie neutralności belgijskiej było bardzo ładnie roztrąbione. I ostatecznie tak było, neutralność belgijska została pogwałcona. Wszystko poszło jak z płatka. Imperializm brytyjski ma bardzo ładną fasadę. Dzisiejszy imperializm amerykański przejął tę fasadę i oba imperializmy (mimo dąsów wzajemnych) wchodzą w fuzję. Toteż zgruba można mówić o Angloameryce jako o politycznej jedni.

W narodzie o takim jak nasz kulcie gestu imperializm angloamerykański ma zapewnione powodzenie. Ten imperializm odbiera wprawdzie rzeczywistą samodzielność narodom, ale zachowuje chorągiewki i protokół. Ma swoich niezmordowanych (uczciwych, bezinteresownych) agentów w szlachetnych panienkach. Rozumie się, że w poszczególnym wypadku szlachetna panienka może mieć majestatyczną łysinę, nosić mundur generała, togę rektora, nazwisko cenionego publicysty. Ten imperializm daje potężne atrakcje emocjonalne dzięki hasłom głoszonym „samodzielności narodów”, zwalczania przemocy, dzięki zwracaniu się zawsze przeciw temu, kto w Europie jest silny, zatem kto już ma „złą prasę”. Nie trzeba lekceważyć w polityce szlachetnych panienek. Właśnie dlatego, że nie mając racji naprawdę, mają ją pozornie. Anglicy zawsze o tym pamiętali. Ten element entuzjastyczny i bezkrytyczny jest bezcennym narzędziem politycznym w ręku ludzi znających swój fach. Proszę pomyśleć, w jakiem położeniu znalazłby się mówca, któryby wobec polskiego patriotycznie nastrojonego audytorium próbował przekonywać, że zależność nasza od imperializmu angloamerykańskiego jest o wiele groźniejsza niż zależność nasza od jakiegokolwiek imperializmu kontynentalnego. Dość w jednym wierszu zestawić takie słowa jak „Sybir”, „hakata”, „obozy koncentracyjne” z takimi łagodnymi gabinetowymi pojęciami jak preponderancja gospodarcza Anglii i Ameryki; nazwiska takie jak Mikołaj I, Bismarck… ale mniejsza o nazwiska – aby wywołać śmiech na sali. Nigdy się tym ludziom nie wytłumaczy, że człowiek, który bije i strzela może być mniej niebezpieczny od człowieka, który upodobał sobie w zajęciu tak niewinnem i na wskroś pokojowym jak handel. Istnieje absolutna sugestia słowa, przed którą ludzie pewnego gatunku zawsze się ugną. Gatunku większości. Bo doznać wstrząsu od strzału jest bardzo łatwo. Wystarczy, aby ktoś wystrzelił. Zato śledzić maskowane związki przyczynowe jest znacznie trudniej. Trzeba wyjść poza pierwszy plan widzenia. A szlachetne panienki są właśnie przywiązane bardzo przywiązane do pierwszego planu [8].

Ale dlaczego ten drugi imperializm jest aż tak niebezpieczny? Rodaków jest trudno przekonywać. Jeśli mówi się rzeczy nowe, jest się dziwakiem. Jeśli znane – głosi się truizmy. Trudno.

Rozróżniam dwa typy imperializmów. Nazwę je imperializm waleczny i handlowy. Jeden narzuca się, ale występuje w imię celów idealnych. Panowanie ekonomiczne jest dalszym wynikiem powodzenia. Ten imperializm chce reformować, chce nadać światu nowe oblicze. Imperializm handlowy nie ma tych pretensyj, chce tylko zarabiać. Narodów nie trzeba, broń Boże, reformować, zmieniać, podnosić. Trzeba im tylko mówić przyjemne rzeczy, tak aby były stale podchmielone i gotowe do ofiar. Podchmielone na codzień i gotowe do awantury, kiedy to reżyserowi jest potrzebne. A potrzebne jest wtedy, kiedy jakiś naród zaczyna wykazywać tyle siły, że to pozwala przewidywać jego usamodzielnienie się gospodarcze. Do tego dopuścić nie można. Wtedy mówi się rzeczy, które działają na szlachetne panienki jak zastrzyk heroiny. Mogą to być „gwarancje”. Tego zresztą lepiej unikać. Zwykle wystarczają hasła patriotyczne. Technika tych działań jest pedantycznie opracowana. Są jednak osoby, które uważają sprawę za należącą do przeszłości, które wierzą w radykalne zmiany.

Nie gdzie indziej jak właśnie w jednym z numerów „Kultury”  [9] znalazłem argumenty zebrane dla udowodnienia fikcyjności imperializmu amerykańskiego. Przy najlepszej woli nie sposób uznać ani jednego z tych argumentów za przekonywający. Przeciw istnieniu imperializmu amerykańskiego ma przemawiać to, że: 1. Ameryka dąży dziś do scalenia, a nie do rozbicia Europy; 2. że zaopatruje Europę we wszystko, co jest jej potrzebne bez żadnego w tem zysku, bez udziału kapitału prywatnego, za pieniądze skarbowe; 3. że (stawiam kropki nad i tam gdzie autor jest bardziej dyskretny) Ameryce ani w głowie plany imperialistyczne, bo musi walczyć o całość własnej skóry.

1.Ameryka scala jedną część Europy przeciw drugiej. Zachodnią – aby uderzyć na wschodnią (Sowiety). Trzymanie się zasady „divide et inpera” [10] dziś w stosunku do narodów zachodnio-europejskich byłoby właśnie jak najbardziej sprzeczne z dążeniami imperializmu amerykańskiego. Taktyka obecna jest tylko dowodem żywotności tego imperializmu.

2.Kapitał prywatny nie ma ochoty na inwestowanie Europy, która może stać się placem boju. Jest to zwykła reakcja egoizmu. Państwo widzi dalej. Państwo amerykańskie wie, że warto teraz nawet stracić, aby potem się wielokrotnie odegrać.

3.Że Ameryka boi się o własną skórę, temu nikt nie przeczy. Ten strach może ją pchnąć do wojny. I cóż potem, jeśli zwycięży? Amerykanie powiedzą nam „dobranoc”, szczęśliwi ze spełnienia swej oswobodzicielskiej misji i pójdą spać? Chyba nie. Imperializm amerykański po zgnieceniu swego największego rywala, poczuje się wolny. I tę wolność wyzyska. Amerykanie nie są wariaci. Skłócenie całej Europy stanie się znowu dogmatem polityki angloamerykańskiej.

Tendencja artykułu jest przejrzysta. Autor chce immunizować czytelnika przeciw sugestiom sowieckim. Przeraża go myśl, że Polacy mogą tym sugestiom uwierzyć i zamiast z Ameryką pójdą z Sowietami. Próżne obawy i błędna taktyka. Umiłowanie wolności jest w naszym narodzie tak olbrzymie, że nie jest do pomyślenia pojednanie z wrogiem, który zajął nasze terytorium państwa, narzuca nam swoje porządki, obstawia kraj żołnierzem. Nie ma obawy. Natomiast jest obawa i to bardzo uzasadniona, że wybuchnie w narodzie polskim znowu histeria wierności (piszę wyraźnie histeria wierności, a nie wierność należna uczciwemu sojusznikowi), która może być źródłem nowych, bezsensownych strat. Tę histerię trzeba zwalczać, a nie skrobać ją za uchem jak starą kocicę. O Anglii i Ameryce mówił wiele słusznych rzeczy Hitler, a teraz mówi o nich wiele słusznych rzeczy Stalin. Nie oddaje się usługi swemu narodowi, ucząc go, [że] jeśli wróg widząc słońce mówi, że jest dzień, my koniecznie mamy wtedy mówić, że jest noc. Dobra diagnoza jest dobrą diagnozą. Różnice mogą być tylko w sposobie jej użytkowania dla celów obcych i własnych.

Nasza niechęć do imperializmu tłumaczy się przerzutami od anarchii do waleczności, o których mówiłem. Najpierw mamy problematykę mętną i skomplikowaną (wskutek rozbicia myśli, krzyżowania się egoizmów), która potem nagle się upraszcza. Przerzut od anarchii do czynu jest łatwiejszy niż od anarchii do polityki.

Okres wojen szwedzkich był przez nas rozegrany fatalnie. Przede wszystkim imperializm polski nie był wcale chimerą. Po wielkich powodzeniach Sobieskiego był nawet czymś logicznie napraszającym się realizacji. Sam król myślał o tym nieśmiele. W narodzie spotkał się z wyraźną niechęcią (Instrumentem tego imperializmu byłby tron dziedziczny – zmora, która od razu pogodziłaby szlachtę z możnowładztwem przeciw królowi). Imperializm własny jest zawsze najlepszym wyjściem. Ale wówczas było możliwe inne jeszcze wyjście, gorsze, ale wcale nie najgorsze. Sprzymierzyć się z imperializmem szwedzkim przeciw rosnącemu rosyjskiemu. Zabiec drogę dziełu Piotra Wielkiego, uniemożliwić przyszłą Połtawę [11]. Dość jednak przypomnieć sobie, czym była w Polsce ówczesna partia szwedzka, aby ocenić niewykonalność planu. Ci Volksdeutsche XVII wieku nie mieli żadnego autorytetu w narodzie. Pogardzali nimi też Szwedzi. Partia szwedzka nie była polityką, była mówiąc najłagodniej – karierą. W ten sposób nie zrobiwszy nic dla własnego imperializmu zadaliśmy pierwszy mocny cios imperializmowi szwedzkiemu. Utorowaliśmy drogę Piotrowi. Podważyliśmy imperializm narodu należącego do cywilizacji zachodniej, o mniejszym potencjale biologicznym na korzyść imperializmu narodu wschodniego o potężnym potencjale biologicznym. Drugim tragicznym dla Europy i Polski wypadkiem był upadek imperializmu Napoleona. Rozkwit jego imperializmu był korzystny dla całej Europy zachodniej i środkowej. Był tylko niebezpieczny dla Rosji i zabójczy dla Anglii (tzn. dla handlu angielskiego). Imperializm francuski (ówczesnej Francji przełomu XVIII i XIX wieku) byłby rozciągnięciem na Europę wszystkich dobrodziejstw cywilizacyjnych Grecji Peryklesa wzbogaconych wspaniałością duchową Sparty. Jedyny niepowtarzalny wypadek w dziejach. Ale imperium Napoleona było szkodliwe dla wełny angielskiej. Musiało przeto być zburzone. Bezwzględność, z jaką Anglia zgniotła potęgę Napoleona nie zdołała ani rozwiać w narodach złudzeń, co do prawdziwych jej zamierzeń wobec Europy, ani zabić ducha imperialistycznego narodów europejskich. Niemcy, których latynizacja byłaby kwestią czasu w Europie rządzonej przez Francję, wróciły do gensericha [12]. Bismarck, Wilhelm II, Hitler, ta trójca jest kreacji angielskiej.

Niemcy padły. Klęska ich jest tak olbrzymia, że imperializmu niemieckiego można przynajmniej na długo, jeśli nie na zawsze, nie brać w rachubę. Na horyzoncie ukazał się potężny jak nigdy przedtem imperializm rosyjski. Anglia jest za słaba, aby dziś sama się z nim zmierzyć. Mrucząc przekleństwa pod nosem, idzie w ogonie imperializmu amerykańskiego.

***

Sprawa najważniejsza. Jeśli imperializm angloamerykański jest tak bardzo niebezpieczny, to czy nie lepiej nam jako narodowi kontynentalnemu wejść w orbitę działania imperializmu sowieckiego? Ogromnie trudny jest wybór między dwoma rzeczami bardzo złymi, z których każda niesie ze sobą zniszczenie. Uczciwa odpowiedź może być oparta na porównaniu zniszczeń. Imperializm Anglosasów to wiecznie krwawiąca Europa. Europie nie wolno być silną i zorganizowaną, bo na takiej Europie Anglia (i Ameryka) nie mogą zarabiać. A zasadniczo pozostały świat po to właśnie istnieje, aby dać zarobek Anglosasom. Europa powinna być skłócona, słaba, zdezorientowana. Na Europie niespokojnej i jęczącej pod ciężarem budżetów wojennych zarabiać można. Demokracjom Zachodu zależy „tylko” na utrzymaniu w Europie ducha rozdarcia i bierności. Imperializm sowiecki jest natomiast aktywny. Celem jego jest wzięcie Europy za kark i rzucenie jej na kolana przed bożkami, którym on w Moskwie stawia ołtarze. Imperializm angloamerykański, najgłębiej amoralny, jest oparty na kombinatorstwie politycznym, które zresztą udaje od wieków. Ta kombinacja jest jednak zanadto skompromitowana, aby długo się jeszcze mogła udawać. Sugestie stamtąd płynące, przestają działać. „Uczniowie” coraz lepiej już wiedzą, co myśleć o „dobrym nauczycielu”. Na oślej ławce zostaliśmy my jedni. Wciąż jeszcze wdychamy narkozę komplementów sprzed dziesięciu laty. Imperializm angloamerykański obraca się na sprycie politycznym jak na sztyfcie. Choć szpic się ułamał, ale sztyft wciąż się kręci. Naturalnie wynajdą nowe maski, nowe sugestie. Kombinacja może się tu i ówdzie udać, ale zasada została jednak już rozpoznana. Krótko mówiąc, imperializm sowiecki ma oddech mocniejszy i dłuższy, niż już astmatyczny imperializm Anglosasów. Dlatego jest bardziej niebezpieczny.

***

Dzielenie skóry na niedźwiedziu, który jest w lesie, z reguły mobilizuje ironię. Mimo to warto zastanowić się nad sytuacją choćby daleką, ale taką, której elementy są w dużym stopniu znane.

Ludzkość żyje w znaku apokalipsy. Okropność zniszczeń wojny atomowej przysłania wszystko. Zawsze skłonni jesteśmy myśleć, że to, co teraz nastąpi będzie zupełnie niepodobne do wszystkiego, co działo się dotąd. Przypomnijmy sobie nastroje z lat 1914 i 1939. Dziś po wynalazku oczywiście prześcigającym wszystko, co dotychczas było zrobione do zniszczenia, obrazy, które podsuwa wyobraźnia są tak rozpaczliwe, że w ich obliczu zdaje się ginąć wszelka sensowna i dająca się dyskutować problematyka polityczna. Mroczne przepowiednie o świecie, w którym człowiek będzie całował odnaleziony ślad stopy ludzkiej utorowały sobie drogę wszędzie. Pamiętajmy jednak, że nawet wyładowania apokaliptyczne mają urządzenie zegarowe. Mimo ogromu zniszczeń przyszłej wojny, nie zginą dzisiejsze problematy, jeśli choćby nie wiedzieć jak przetrzebione, ale zostaną przy życiu narody – aktorzy historii. Wystarczy kilku, może kilkunastu lat „odgryzienia” się, aby ludzkość znowu wróciła do formy, to znaczy do walki. Również jest pewne, że ta strona zajmie pewniejszą pozycję w przyszłym konflikcie, która na te paniczne sugestie okaże się odporniejsza. Czy trzeba podkreślać, że wszystkie przewagi są w tym wypadku po stronie sowieckiej? Kolosalna rutyna śmierci ułatwia życie – narodom. Nasza pozycja jest podobna. Jesteśmy psychicznie tysiąckroć lepiej sytuowani od „Wielkich Demokracji Zachodu”. Ale gorzej od Sowietów. Bo mamy tylko zapał i nieograniczoną gotowość ofiar. Oni – pogardę śmierci, ale i wielką (przyznajmy to) politykę. Politbiuro nie zajmuje się pięknem wyrażaniem popularnych haseł i nastrojów. Oddane jest zajęciom bardziej racjonalnym. W tej piekielnej zawierusze, która jednego dnia może spaść na ludzkość, nasza polityka bez góry gotowa nas pchnąć w nową katastrofę. Korzystajmy z czasu, który pozostaje, aby przygotować pozycje.

Przewidywania są zawodne. Ale nie można rozważać spraw politycznych bez przewidywań. Ryzyko takiej „polityki” byłoby większe. Świadomy relatywizmu każdego rzutowania w przyszłość, nie mogę uchylić się od tej podróży.

Przewiduję dwie rzeczy. Że Anglia i Ameryka po tej wojnie ogromnie zubożeją i że zmaleje ich rola polityczna. I przewiduję również, że załamie się dzisiejszy ustrój Rosji Sowieckiej. Te przewidywania są bardzo podejrzane wskutek zawartego w nich optymizmu. Kontroluję przesłanki.

Wśród naprężonych sytuacyj politycznych nieodzownie wynurza się pytanie, na kogo pracuje czas. I dziś, choć nie ma jeszcze wojny, słyszy się to pytanie. W krajach znajdujących się w zasięgu władzy angloamerykańskiej powtarza się je raczej szeptem, bo czas zdaje się pracować na Sowiety. Rzeczywiście, im bardziej wojna się odwleka, tem więcej rosną w siłę Sowiety. Tam nie ma strajków, tam praca nie kosztuje. Każdy dzień przynosi wzrost potęgi, odwrotnie, przewlekanie się stanu między wojną a pokojem wciąga Amerykę w kryzysy, budzi niepewność i nerwowość. Gdyby znowu Stany z wojny naprawdę zrezygnowały, wtedy Moskwa przyjdzie do Waszyngtonu, co nie tylko byłoby klęską dla kapitalistów, ale i niewolą dla Ameryki. Opchana bogactwami i techniką Ameryka dusi się w pętli tych alternatyw. Konieczność oscylowania między programem społecznym i wojennym jest na dłuższą metę nie do zniesienia. W Moskwie można kazać – i to wystarcza. W Ameryce nie można kazać, można tylko przekonywać – i to nie wystarcza. Sowietom znacznie mniej przeszkadza propaganda amerykańska (jeśli można o niej w ogóle mówić), niż Stanom propaganda sowiecka. To są wszystko rzeczy znane, ale o których się mówi niechętnie. Opublikowanie wiadomości o posiadaniu przez Sowiety bomby atomowej sprawia wrażenie, jakby rządowi amerykańskiemu przyszło na myśl (bardzo słusznie) wziąć się za oswajanie obywateli z myślą o przyszłej wojnie. Sowiety takiej profilaktyki nie potrzebują. Psychoza lęku nie jest tam chorobą nagminną. Cały ten obraz, którego wcale nie starałem się przejaskrawiać jest dla strony amerykańskiej niemiły i nie rokuje różowych widoków.

Popularny pogląd na sowiecką wygraną w r. 1945 specjalnie reklamowany przez emigrację rosyjską sprowadza się do twierdzenia, iż dopóki masy rosyjskie wierzyły, że Hitler niesie im wolność, Sowiety przegrywały. Wojska czerwone masowo szły do niewoli. Dopiero niemiecka polityka eksterminacyjna i okrucieństwo SS-ów spowodowały zwrot. Ludność zrozumiała, że zwycięstwo Niemiec przyniesie zamiast wolności nową niewolę. Sprężyna się odkręciła. Żołnierz sowiecki zaczął się bić i zwyciężył. Tego rozumowania trzymają się dziś jak pijany płotu wszyscy, którzy chcą Ameryce wyprorokować zwycięstwo. Amerykanie przecież nie wpadną w bezmyślną brutalność hitlerowców. Otworzą oczy ludności sowieckiej na rozkosze dobrobytu, udostępnią jej „dobrodziejstwa cywilizacji”. No i naturalnie lud rosyjski pod urokiem tych przynęt zwróci się przeciw własnym tyranom. C.b.d.d . [13] Nadzieje na rewolucję w Sowietach są wciąż bardzo żywe. Jest to kapitalny problem, którego mogę dotknąć tylko w paru punktach.

Trudno powątpiewać, że szaleńcza brutalność Niemców była wielkim bodźcem propagandowym na korzyść Sowietów. Ale tym czynnikiem za wiele próbuje się wytłumaczyć.

Już w roku 1941 Niemcy bardzo narzekali na „verfluchten Mongolen” [14], których się wprawdzie bije, ale którzy wciąż są. W prasie niemieckiej można było znaleźć oceny armii sowieckiej dalekie od lekceważenia. Ale optymiści mają na wszystko odpowiedź. „Terror politruków”, „strzelali w plecy uciekającym”. Łatwo zrozumieć, że takimi środkami nie sposób olbrzymich armii pchać do boju. Gdyby czerwona armia w swej masie była nastrojona kapitulacyjnie, zmiotłaby politruków w jedną godzinę. Terror daje prawie nieograniczone wyniki w czasie pokoju wobec nieuzbrojonego obywatela. Wobec żołnierza na wojnie jego skuteczność jest o wiele mniejsza i musi być stosowana oględnie. Sowiety przegrywały przede wszystkim dlatego, że niemiecka sztuka wojenna stała wyżej od sowieckiej. Stalin, wiemy tradycjom rosyjskim, nie spieszył się i nie żałował przestrzeni. Stopniowo wprowadzał do boju coraz lepsze siły. Przysłowiowy karabin na sznurku, o którym rodacy opowiadali sobie pocieszające anegdotki pękając ze śmiechu, został zastąpiony sprzętem znacznie wyższej klasy.

Naród rosyjski ma za sobą starą tradycję imperialistyczną. Nie mogę się nadziwić, jak to się stało, że kiepską bajeczkę o Rosji, której dość z daleka pokazać amerykańską kiełbasę, aby ją rzucić na kolana, znalazła tak nieograniczony kredyt właśnie wśród nas. W narodzie, którego polityce można stawiać najbardziej uzasadnione zarzuty, ale dla którego poświęcenie i bohaterstwo były i są chlebem powszednim. W narodzie, gdzie każdy, magnat Sanguszko, czy robotnik Okrzeja, szlachciura, mieszczuch, proletariusz, przynosi na świat gotowość rzucenia wszystkiego na kartę, kiedy wezwie Ojczyzna. To wielki nasz skarb, którym najgłupiej nieraz szafowaliśmy, ale który jest i pozostanie spoidłem naszych mocy duchowych. I jakże to się stało, że my właśnie dajemy się zwodzić bredniom wyhuśtanych cwaniaków kapitalistycznych, którym poświęcenie nie przyśniło się nigdy, a jeśli im się zdarza myśleć o niem, to chyba z przerażeniem, jak kiedy widzi się coś, co przeczy wszystkim prawom i oczywistościom? Jakże to może być, że dziwi nas w innych to, co sami nosimy we własnej duszy? Dlaczegóż to tak trudno nam zrozumieć, że naród ze stara tradycją imperialistyczna zamiast łakomić się tłuste przynęty, gotów sprężyć wszystkie siły, aby ten swój imperializm dalej dźwignąć w dzieje? Ale – zastanawiam się w tej chwili – czy aby słusznie się dziwię? Nie! Wszystko w porządku. Uwierzyliśmy w yankesowską bajeczkę, bo jest przyjemna. Bo ta oklepanka o Rosji, która za sadło i korty gotowa duszę zaprzedać, zapewnia nam spokojny sen. Bo pod jej narkozą widzi nam się, że obręcz niewoli sowieckiej pękła i jesteśmy pod opiekuńczymi skrzydłami zamorskich przyjaciół, którzy – szkoda gadać! – naprawią krzywdy i dadzą nam wolność. Wszystko według przyjętej raz na zawsze zasady: umierać i ratować złudzenia za wszelką cenę.

Co tu owijać w bawełnę. Łatwe i szybkie zwycięstwo Ameryki (takie na „mur”, o którym marzy dzisiejszy Polak) byłoby katastrofą i dla nas i dla ludzkości. Nie trzeba być mocarzem wyobraźni, aby zrozumieć, w co obróciłaby się Europa wychodząca spod obucha trzeciej, na czysto przez Wielkie Demokracje wygranej wojny światowej. Europa wyzbyta swych najcenniejszych pomników cywilizacji, zdziczała w nędzy i głodzie, nagle stająca się obiektem amerykańskiej dominacji ekonomicznej. Jej schorzały organizm nie tylko przyjąłby wszystkie zarazki tego, co Amerykanie nazywają swoją cywilizacją, ale przyjąłby je jako objawienie. Nowa katastrofa, gorsza od wojennej, przeorałaby narody europejskie. Stalibyśmy się posłusznym stadem „odbiorców”, dzikusów oszołomionych zabawkami dla dorosłych, którymi zarzucałby nas dobry Sam. Znana to rzecz, że upadek cywilizacji ma przebieg szybszy i łatwiejszy niż jej wznoszenie się. Co się specjalnie Polski tyczy, to myślę, że upadlibyśmy głębiej od innych narodów. Bo nie mamy żadnych tam, żadnych zabezpieczeń wewnętrznych przeciw inwazji barbarii, dość przebiegłej, by zostawić nietkniętą naszą symbolikę narodową i nasze slogany. Reagujemy dopiero na brutalność. Najbardziej zabójcze działania prowadzone metodą bezbolesnych (ach, nawet przyjemnych, jak tutaj) zastrzyków przyjmujemy z błogim uśmiechem. Myślę, że w tej okropnej sytuacji, od której niech nas i Europę Pan Bóg broni, bylibyśmy w awangardzie upadku. Ale ten koszmar na szczęście nie stanie się rzeczywistością. Obie potęgi, fatalnie idące ku zderzeniu, zetrą sobie w nim tak rogi, że to pozwala oczekiwać odbudowy powojennego świata w ramach nowych, które ze zburzonych herezji przyjmą to, co człowieka wspiera, odrzucając to, co go upadla. Nie wierzę w raj na ziemi, ale periodyczność okresów upadku i wznoszenia się w historii jest oczywista. Następna fala po obecnej może być tylko falą wzniesienia.

***

Teraz parę zestawień. Niemcy położone w samym środku Europy, biedne w surowiec, otwarte na naloty i wszelką dywersję, mające wroga w każdym obywatelu krajów podbitych, głoszące ideologię odpychającą od nich inne narody (tragiczny nieświadomie aforyzm Goebbelsa Der Nationalsozialismus ist keine Exportware [15]  – te Niemcy przetrwały sześć lat w bojach, nieraz zadając przeciwnikowi groźne, prawie śmiertelne ciosy. Rosja leży „na końcu świata”, obejmuje ogromne przestrzenie, jest bardzo niewdzięcznym terenem dla wywiadu, ma potrzebne surowce, głosi ideologię pociągającą szerokie masy jeśli nie wszystkich, to wielu i najludniejszych krajów (Chiny, Indie), ma żołnierza, dla którego śmierć znaczy mniej niż dla Anglosasów grypa. Przeciwnicy jej mają w swoim inwentarzu technikę – a poza tym strach i „atrakcyjne” wytrząsanie puszką z corn-beefem [16]. Trudno jest bardzo wyeliminować z pojęcia zwycięzcy wszystkie imponderabilia.

Inna strona zagadnienia. Nowa wojna światowa nie będzie znała linii demarkacyjnych. Już wprowadzony przez Niemców system desantów spadochronowych był naruszeniem pojęcia „linii boju” jako kresu, poza którym płynie życie kraju, niezagrożone bezpośrednio przez działania wojenne. Ten system dał druzgocące wyniki w krajach mniejszych, ale był za słaby, mimo swej sprawności, aby wedrzeć się do wnętrza olbrzymiej Rosji. „Szósta część świata” nie dostała w dach. Ten dach kurczył się i łamał, ale zaraz go naprawiano. To, co oderwało się (z ludzi) od wielkiego pnia sowieckiego, zostając poza dachem, później po zwycięstwie było bezlitośnie wytępione. Integralizm sowiecki wyszedł z wojny bez szczerby. Wszystko jednak wskazuje na to, że dziś sytuacja bardzo się zmieniła. Pomijając bombę atomową, technika rakietowa zrobiła niewątpliwie duże postępy od czasu pierwszych wystąpień niemieckich z lat 1944-45. Można uważać za pewne, że wojna wedrze się do wnętrza obu walczących potęg. To pociągnie za sobą ważne konsekwencje polityczne w obu państwach. To, co nie udało się Hitlerowi – wprowadzenie zamętu w funkcjonowanie sowieckiej machiny państwowej – może się doskonale udać Amerykanom. Równocześnie runie mit o Ameryce, która przychodzi do Europy w rękawiczkach na ostatnią chwilę, aby odegrać finał wielkiej opery wojennej. Kontynent amerykański niedosięgalny dla Niemców w poprzedniej wojnie, stanie się dosięgalny dla rakietowych pocisków i bomb atomowych Stalina. Ameryka, zagrożona u siebie (proszę sobie wyobrazić wyniki materialne, a przede wszystkim psychiczne zniszczenia choćby jednego miasta amerykańskiego) nie będzie już tym wesołym okupantem, któremu tylko w głowie „porządki” i dziewczynki. Ameryka zagrożona na własnym terytorium przestaje być w ogóle „okupantem” w Europie. Wyobraźmy sobie rzuconego na wielkie przestrzenie rosyjskie amerykańskiego żołnierza świadomego dramatu, który rozgrywa się u niego w domu, odciętego od baz i próbującego grać w Rosji (w Rosji, która przeszła tresurę trzydziestoletnią bolszewizmu) pana życia i śmierci. Nie, opera okupacyjna już się nie powtórzy. Powstanie chaos. I naród rosyjski będzie miał swobodę (związaną z każdym chaosem), aby zacząć się organizować na nowych zasadach. Na „nowych zasadach”? – Sprecyzujmy.

„Sowieckie” – „antysowieckie”. Te kategorie są niewystarczające. Antysowiecka jest biała emigracja rosyjska. Antysowiecka jest w swej większości (wyjąwszy sow-agentów) emigracja pepesowska [17] . Ale to są najmniej ciekawi Rosjanie. Żyją strachem o własną skórę (dobrze zresztą uzasadnionym) i zwietrzałymi wspomnieniami. Ale jest trzecia Rosja. Nie współgnijąca z tamtymi, Rosją Kiereńskiego i tow. [arzyszy], ale Rosja dziś bezimienna, do której należy przyszłość.

Istnieje związek genetyczny między bolszewizmem i imperializmem rosyjskim. Nie ulega wątpliwości, że bolszewizm uratował Rosję. Większość starych emigrantów oburza się bardzo, kiedy o tym mówię. Jednak inteligentniejsi spośród nich, skoro się rozgadają nazywają Stalina „mołodcom”, który kontynuuje dzieło Piotra i Katarzyny („A s komunizmom my uż sprawimsia” [18]. Proszę pomyśleć, w co obróciłaby się Rosja, gdyby rewolucja nie zmusiła do abdykacji słabego Mikołaja II, albo gdyby po detronizacji utrzymały się rządy Kiereńskiego. Rosja w okresie pomiędzy abdykacją ostatniego cara a przewrotem październikowym była literalnie w przeddzień likwidacji. Rozłożenie imperium rosyjskiego na odrębne państwa narodowe nastąpiłoby nieuchronnie i to w bardzo szybkim czasie. Niemcy rosyjscy pracowali jednak na imperializm rosyjski. Przykład najbardziej instruktywny: Katarzyna II [19]. Obszary imperium rosyjskiego stałyby się, gdyby nie tryumf rewolucji bolszewickiej, domeną wpływów brytyjskich, nie spętanych w owym czasie preponderancją amerykańską. Anglia wystąpiłaby w swej doskonale wyuczonej roli orędowniczki narodów słabych i potrzebujących opieki, zapewniając sobie panowanie ekonomiczne na nowym ogromnym obszarze. Sprawy jednak potoczyłyby się inaczej. Biała reakcja załamała się, bolszewizm ukazał się zdumionym oczom politycznych mądrali i rutynistów jako ruch potężny i groźny. Rosja została ujęta w stalową obręcz nowego barbarzyńskiego ustroju, w obręcz tak silną, jakiej nie byli jej w stanie zapewnić potężni carowie. Imperializm rosyjski, pozbawiony podstaw prawno-państwowych (nie ma Rosji, są tylko międzynarodowe „antyimperialistyczne” Sowiety) de facto nie tylko przetrwał, ale spotężniał zasilony niewyzyskaną dotąd energią i wiarą rosyjskich mas narodowych. Dość by centralizm sowiecki załamał się, a wypłynie, już nie maskowany marxiszmem i międzynarodowymi hasłami, stary imperializm rosyjski. Szansa tego imperializmu będzie tem większa, że będzie miał niezwykle szerokie oparcie. Nie będzie wyrazem aspiracji dynastycznych, ambicją arystokratów i generałów, ale wyrazem woli narodów. Na ten imperializm pracowali Lenin i Trocki, Stalin i Kaganowicz [20]. Kto lubi medytować nad sprawiedliwością dziejową, ten trafi na piękną okazję.

A teraz przytoczę jedną rozmowę.
„Uciekł pan z piekła sowieckiego?” zapytuję. „Uciekłem – odpowiada mój rozmówca powściągliwie – od władzy sowieckiej”. Ja: „Straszne tam życie, prawda?” –  On (z namysłem) „Trudne, ale nie takie straszne, jak mówią”. Zaczyna, popychany przeze mnie opowiadać, jakby tylko z uprzejmości. Ale skoro zdecydował się już mówić, stara się być ścisły. Widzę po wszystkiem, że chciałby wrócić do ojczyzny. Nie ma na sobie „grzechów”. Człowiek umiarkowany, stateczny, inteligentny. Mówi z uznaniem o usiłowaniach rządu sowieckiego wyciągnięcia na powierzchnię życia talentów (on sam jest chemikiem, o ile mogę sądzić z pewnych aluzji, cenionym u siebie). Ten motyw pochwały wyciągania na powierzchnię życia ludzi, którzyby nigdy nie doszli nie tylko do wiedzy, znaczenia, stanowiska, ale którzyby utonęli w mule ślimaczej niejako egzystencji za dawnej Rosji, powraca często w opowiadaniach tych ludzi. Próbuję replikować (bez przekonania, raczej dla sprowokowania odpowiedzi) w stylu „wzorowego demokraty”. Mówię o Ameryce, o tem, że przecież najwięksi milionerzy wychodzą z dna społecznego. Tamten patrzy na mnie niechętnie, ironicznie. Krótka odpowiedź „Geszeft i geszeft, nic więcej”. A ja sobie myślę: na to ich sowieccy komisarze wychowali przez lata na materialistów, żeby w końcu dochować się nowego wydania idealistów i to wydania bardzo poprawionego.

Rozmowa przybiera ton praktyczny. Mój rozmówca zapewnia mnie, że życie sowieckie nie jest takie straszne – o ile się nie siedzi w więzieniu. Śmieję się ja –  on patrzy na mnie z czysto rosyjską naiwnością zbudzonego cudownie dziecka. Mówi uczciwie, a tu się śmieją. I znowu fala pół-zachwytów (mój rozmówca jest wciąż pełen rezerwy) na temat otaczania opieką wszystkiego co cenne. Kryteria tego wychowania są elitarne, jak my mówimy, choć naturalnie to jest słownik „faszystowski”. Ta elitarność jest zdrowa: uzdolnienie, wola, wytrwałość są podstawą kariery społecznej. Z b. niezdrową domieszką lojalizmu politycznego, który często przeradza się w serwilizm. Owszem, temu on nie przeczy. Ale mimo tego wrzodu, organizm rozwija się, strony pozytywne przeważają. Poruszam temat Krawczenki [21]. Mój rozmówca przyznaje, że w tem, co mówi Krawczenko jest prawda, ale nie pieje z zachwytu jak starzy emigranci. „Widzi pan, jak oni wysyłają kogoś zagranicę, to wiadomo szpieg”. Krzywo się uśmiecha. W ogóle nie leci na tzw. rewelacje. Miły Boże, toć on wie, jak tam jest. Raz powiedział mi zdanie, które mnie zastanowiło: „Wszystkie rewelacje bardzo zbliżają elementy rzeczywistości. A bywa, że i (…) są ciekawsze”. Ja: „Pięknie, więc czemu siedzi pan na emigracji?” – On: „Bardzo proste. Gdybym wrócił do Rosji, mnie obowiązkowo wysłaliby do koncentracyjnego obozu. A może i rozstrzelali. Fakt, że byłem w niewoli faszystowskiej przez dwa lata zupełnie wystarcza”. – Parskam śmiechem. Ładny finał zachwytów! On patrzy na mnie poważnie, jakby trochę podrażniony, jakby mówił: wy tylko umiecie się śmiać, dla was wszystko kawał. Mój znajomy chodzi do cerkwi i oswaja się z chrześcijaństwem. Przy całym uznaniu dla zdobyczy sowieckich nie przypisuje ich magii marxo-leninizmu, jest w ogóle obojętny na doktrynę. Procesy, które przeszła Rosja od roku 1917 widzi syntetycznie. To było zdzieranie starej zmurszałej kory. Popłynęły nowe soki. Zdaje sobie sprawę z ceny, którą jego ojczyzna zapłaciła za tę renowację. Mówi o tym ze smutnym determinizmem. Dużo instytucji sowieckich trzeba zachować, to dla niego jasne. Poza tym uważa, że Sowiety doszły do punktu, kiedy muszą się zhumanizować. W Rosji już jest nowe życie, po co do niego przymuszać terrorem? Zauważam, że Sowiety dobrowolnie nigdy na humanitaryzm nie przejdą bez „pomocy” z zewnątrz. Uśmiecha się wymijająco. Jak każdy człowiek podsowiecki, nie chce mówić zbyt wyraźnie (a czort jewo znajet? [22]). – Ten człowiek należy w moim pojęciu do trzeciej Rosji. Do Rosji, która sięgnie jutro po władzę. Patrzę na tych ludzi nie bez pewnej obawy, jak się patrzy na bombę, o której nie wiemy na pewno, czy jest rozładowana. Bądź co bądź wychował się w sowietyzmie. Klimat sowiecki go ukształtował. Ten rozsądny, smutnawy i inteligentny człowiek może pokazać jakieś ukryte pazury, których istnienia być może sam nie podejrzewa. Ale mimo niedowierzania, mam dla niego uznanie. Jego prosto-linijny rozsądek ma siłę. Pod chłodną logiką czuje się prąd, którego brak cwaniakom pseudo-idealizmu.

***

Każdy pogląd występujący z roszczeniem do wyjaśnienia większego kompleksu spraw, musi być nazwany. Stanowisko, którego tu bronię określam jako kontynentalizm.

Powiedziałem na początku, że dopiero przyjęcie zasady „istnieją tylko imperializmy i ich klientele” daje podstawy do dyskusji. Kto chce „samookreślenia” narodów, ten chce po prostu imperializmu Anglosasów.

Hitler lubił prorokować i najczęściej się mylił. Wszakże ostatnie jego proroctwo brzmi prawdziwie. Ku końcowi wojny, wobec monstrualnej klęski armii niemieckiej i upadku Reichu, powiedział Hitler, że przyszłość należy do ludów Wschodu. Inna rzecz, sam w niemałym stopniu to zwycięstwo Wschodu przygotował. Nie chodzi tu jednak o sąd nad Hitlerem. Chodzi o ważniejsze rzeczy.

Europa się zorientalizmuje. Wierzę w to niezachwianie, a wierzę dlatego, że nie jestem materialistą. Wola narodu, gotowego pokierować losami kontynentu jest czymś nieskończenie większym i bogatszym w skutki niż wola narodu, który chce zarabiać, a poza tym nie ma światu nic do powiedzenia. Idę dalej. Będę próbował zorientować się w koniunkturze przyszłych możliwych imperializmów.

W „trzeciej Europie”, która się wynurzy z kurzawy trzeciej wojny światowej rolę centralną odegra odrodzony imperializm rosyjski. Nie będzie jednak bez rywali. Głównym jego, choć znacznie słabszym rywalem będzie młody imperializm ukraiński. Antagonizm polsko-ukraiński należy do bardzo głębokich. Poza innymi pretensjami mają Ukraińcy do nas wiecznie żywą ansę [23] o to, że wskutek ciągnącego się wiekami atrakcyjnego działania kultury polskiej zostali bez góry społecznej, która uległa spolonizowaniu. Mówiąc symbolicznie, Tarnowscy, Sieniawscy, Kazanowscy spolonizowali Sanguszków, Sapiehów, Tyszkiewiczów, którzy z kolei stali się polonizatorami naszych kresów. Był to piękny rozdział z historii imperializmu polskiego, w najwyższym stylu, bez gwałtów wynaradawiania. Ale takie sukcesy ilustrujące cudzą przewagę cywilizacyjną są najboleśniejsze dla drugiej strony. Wykopują głębszą przepaść między narodami niż różne pacyfikacje. – Sytuacja zmieniła się zasadniczo. Polska z lat 1918-1939 przestała być tym ośrodkiem atrakcji cywilizacyjnej, którym była przez wieki ubiegłe. Piłsudski, jedyny człowiek predestynowany na kontynuatora dawnej tradycji, był też bezsilny. Energia szła na zabezpieczenie zrębów państwowości polskiej i na utrzymanie ładu wewnętrznego. Cóż mówić o późniejszych rządach Zyndramów i Sławojów [24]. Prawem kontrastu polska polityka Ukraińców może być tylko polityką rewanżu. Imperializm ukraiński byłby bardziej antypolski niż antyrosyjski.

Głupie lekceważenie okazywane przez wielu z nas ukraińskiemu ruchowi emancypacyjnemu może nam wyjść bokiem. To, że Ukraina teraz dopiero dochodzi do uświadomienia nie tylko narodowego, ale państwowego, czyni jej imperializm i rzeczywistym i groźniejszym. Nasze umiłowanie niepodległości, czysto emocjonalne, pcha nas do natychmiastowych wyładowań. Ukraińcy, niemniej od nas fanatyczni, mają więcej od nas woli rządzenia. Naród ukraiński to masa czterdziestomilionowa rozrzucona na dużych obszarach, sięgająca Kaukazu. Polska niezdolna do stworzenia własnego imperializmu, stałaby się pierwszym obiektem młodego imperializmu ukraińskiego. Nie mam, tak u nas rozpowszechnionych, uprzedzeń do Ukraińców. Zachwycam się ich folklorem, podziwiam ich muzykalność, a z moich zetknięć osobistych z nimi wyniosłem niejedno dobre wspomnienie. To wszystko nie może mi przesłonić prawdy, która wyraża się w stwierdzeniu ogromnego niebezpieczeństwa imperializmu ukraińskiego nie tylko dla państwowości polskiej, ale i dla samego bytu narodu polskiego. Nie życzę żadnemu Polakowi znalezienia się w zasięgu nowego imperializmu ukraińskiego. Stosunkowa odległość poruszonego tu zagadnienia pozwala mi dodać, że nie życzę również żadnemu Ukraińcowi znalezienia się w zasięgu polskiego imperializmu, gdyby
taki powstał. Co jednak najważniejsze, to że imperializm ukraiński byłby imperializmem o zasięgu ograniczonym. Jednym z tych, którymi można manewrować; za słabym, by sięgnąć do zagadnień kontynentalnych w uniwersalnej skali. Imperializm ukraiński byłby tylko nowym pretekstem interwencyjnym dla potęg handlu zewnętrznego. Naturalnie można przeskoczyć te rafy i zasadzki bajeczką o „wolnej Ukrainie sprzymierzonej z wolną bratnią Polską”. Zostawmy te nadzieje szlachetnym panienkom.

Myśl oparcia się o Rosję głosił Roman Dmowski. Była to – do roku 1917 – koncepcja realna. Po tej dacie zarysowała się głęboka szczerba w myśli politycznej Dmowskiego, który zaczął głosić z niepojętą lekkomyślnością dwie rzeczy; że Anglia nie dopuści do utrwalenia się bolszewizmu w Rosji (zabawna jest ta wiara we wszechmoc niemal mistyczną Anglii; w czasie ostatniej wojny też wciąż ludzie powtarzali, że przecież Anglia „nie pozwoli” bolszewikom zająć Polski, tak zupełnie jakby Stalin był uczniem w szkółce Churchilla i winien mu nieograniczone posłuszeństwo). I drugie twierdzenie: że Rosja jest tak silnie zagrożona na wschodzie przez Japonię, że wyklucza wszelką jej ekspansję na zachód. Ten pierwszorzędny środek nasenny był później kolportowany, [jak] za panią matką pacierz, przez całą prasę endecką. Tłem psychologicznym tych bałamutnych zapewnień było, jak sądzę u Dmowskiego, pragnienie zachowania pod osłoną anglojapońskich „gwarancji” wierności dawnej koncepcji. Skoro Sowiety są „unieszkodliwione”, to można w ostateczności oprzeć się na nich bez obawy. Ponieważ jednak myśl przymierza z byłym zaborcą występującym teraz w odrażającej postaci dzikiego bolszewika nie mogła być popularna w narodzie, więc też z rojeń tego swoistego optymizmu politycznego zatrzymano to tylko, co mile brzmiało: wiarę w przyjaciół zachodnich. Dmowski, chcąc czy nie chcąc, pracował w ostatniej fazie swej działalności na histerię proaliancką[25] .

Imperializm rosyjski, choćby szczerze antybolszewicki, kryje w sobie duże niebezpieczeństwa. To wątpliwości nie ulega. Jest to przede wszystkim imperializm narodu o wielkim rozmachu biologicznym. Niestety, w ciągu trzech ostatnich stuleci obalone zostały, częściowo z naszej winy (jeśli o pierwszy z nich chodzi) dwa imperializmy biologicznie słabszych: szwedzki i francuski. Finalnie polityka anglosaska wmanewruje nas w imperializm rosyjski.

Tryumf polityczny Rosji będzie rozlanym się bizantynizmem na Europę. Z początku środkowo-wschodnią, później, jeśli nie powstaną tamy w samych narodach europejskich, na jej część pozostałą. Dla nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem jest to perspektywa bardzo niemiła. Na korzyść imperializmu rosyjskiego można głównie przytoczyć dwie rzeczy. Nie miałby wilczej zachłanności imperializmu niemieckiego (i ukraińskiego). Rosja rozłożona między Bałtykiem i Oceanem Spokojnym nie spieszy się i nie zaczynałaby od przegryzania kręgosłupa. Rosja miała tradycyjnie dobrą dyplomację. Tkwi w tym niebezpieczeństwo rusyfikacji, która może się krzewić nie budząc czujności. Cóż na to można powiedzieć? To, że trzeba się mieć na baczności, nie dać się zachloroformować. Drugą i najważniejszą cechą dodatnią imperializmu rosyjskiego byłaby jego trwałość. Jeśli wiązać się z imperializmem, to tylko z trwałym, zdolnym sięgnąć do rozwiązań uniwersalnych. Potęga Rosji ustalona po dwóch wyniszczających wojnach zdobyłaby tak niezachwiane podstawy istnienia, że realizm anglosaski nie zechciałby więcej łamać sobie na niej zębów.

Na wstępie artykułu obiecałem mówić prawie same rzeczy nieprzyjemne. Spieszę dotrzymać obietnicy. Powiem teraz rzecz najnieprzyjemniejszą. Po imperializmie rosyjskim spodziewam się korzyści materialnych i długotrwałego pokoju dla Europy i świata. Jeśli ten okres, który nastąpi nie będzie wypełniony walkami orężnymi, to nie znaczy, że będzie symfonią zgody i pojednania. Pod kloszem imperializmu rosyjskiego będzie się toczyła walka cywilizacji zachodniej z bizantyjską. Od nas w dużej mierze będą zależały jej wyniki. Od tego, czy zdołamy wziąć ją tak poważnie, aby zrozumieć, że chcąc ją wygrać, musimy oprzeć się na naszym sąsiedzie zachodnim, na Niemczech. Ujmując sprawę we wniosek ostateczny, dojdziemy do formuły jak najbardziej odstręczającej: W interesie naszym jest popieranie imperializmu rosyjskiego, który powstanie na gruzach dzisiejszych Sowietów i prowadzenie pod jego materialną osłoną walki o zwycięstwo cywilizacji zachodniej w oparciu o Niemcy. Tak, o Niemcy. Bo mimo bezprzykładnej klęski, którą ponieśli, mimo korupcji stosunków okupacyjnych, mimo tak dla nas odrażających cech charakteru niemieckiego, tam w Niemczech i – tam tylko – słowa „obrona cywilizacji zachodniej” coś jeszcze mogą ważyć. Niemcy mają ten niezbędny procent barbarzyństwa, bez którego nie da się obronić – cywilizacji. Francuzi powiedzą: „faut bien se debrouiller” [26]. Włosi też nie wyjdą poza „debrujardyzm”, tyle że będą zręczniej harcować w kole koniunktury. Niemcy jedni wezmą sprawę dość poważnie. Lubimy bardzo legitymować się na bankietach „przynależnością do cywilizacji zachodniej”. Czy jednak znajdziemy w sobie dość opanowania i niezbędnej dalekowzroczności, by stanąć do walki razem z tymi, od których dzielą nas wieki nienawiści i morze krwi? Pamiętajmy jednak, że polityka jest między innymi sztuką zapominania.

Sytuacja jest taka, że dziś mogą bronić cywilizacji tylko barbarzyńcy czy pół-barbarzyńcy, Rosja dając podstawy materialnego bezpieczeństwa i Niemcy, jako jedyny naród zachodni gotowy zneutralizować przerosty bizantynizmu. I cóż by nam przyszło z tego, że Ameryka zostawiłaby nam nasze chorągiewki i protokół dyplomatyczny? Przecież nie może być żadnej Polski w Europie sprowadzonej do roli yankesowskiej faktorii. Naród historyczny nie ma warunków rozwoju w atmosferze antycywilizacyjnej.

Program, który tu proponuję – co do tego nie mam złudzeń – jest czymś jak próba pchnięcia biegu rzeki pod górę. Kto bardzo się zżyma, niech sobie jednak przypomni cośmy zyskali na posłusznym płynięciu z prądem usypiających melodii. Sprawy zaszły tak daleko, że mimo wszystko oparcie się o dwóch odwiecznych wrogów naszych rokuje więcej niż zwycięstwo przyjaciół.

***

Prawdę mówiąc nie piszę nic tak bardzo nowego. Oryginalną stroną tego artykułu jest tylko to, że w ogóle mówi o tym, o czym się nie mówi i o czym się nawet niechętnie myśli. Ale to nie jest dobrze, kiedy się myśli niechętnie o rzeczach, które myśli się narzucają. W sztuce wykręcania się od wniosków niemiłych, choć rzucających się w oczy – to już trzeba przyznać – jesteśmy mistrzami. Co jakiś czas wynurza swą rumianą buzię bajeczka o Anglii, która „nareszcie zrozumiała”, o „innej”, „nowej” Anglii (i Ameryce). Zrozumiała co? Że trzeba się wyrzec waśnienia Europy, kolejnego popierania wyrastających imperializmów, by zadać cios najgroźniejszemu z nich; że nie trzeba przeszkadzać zorganizowaniu się gospodarczemu i politycznemu naszego kontynentu. – Nie, tego Anglia ani Ameryka na pewno nie zrozumiały. Mają za dużo jeszcze apetytu, aby myśleć o samobójstwie. Ludzkość nie wymyśliła innego sposobu utrzymania dominacji ekonomicznej niż wojny! Ale prawda, my wciąż liczymy na Apokalipsę. Na to, że stanie się coś takiego, czego jeszcze świat nie widział – i zaraz potem raj. Integralizm, w którym już nie będzie żadnych szczerb. Jeden pasterz i jedna owczarnia. Ale trzeba pamiętać, że nowy właściciel globu wcale nie będzie tak integralnie zabezpieczony z tego tytułu, że opanował całość. Pytanie „dlaczego właśnie ty, a nie ja?” jest tak samo usprawiedliwione, kiedy chodzi o „sferę wpływów” jakiejś Somalii czy Kongo, jak kiedy stawką jest „administracja” globu ziemskiego. Rozwój historii i ekonomiki idą rzeczywiście ku integralizacji. Pytanie tylko Kto będzie dystrybutorem? Właśnie chodzi nie o co, nie o materię, tylko daleko więcej, o kto, o człowieka. Materializm w końcowej fazie swego niby triumfu dostaje kopniaka. Walka idzie o imponderabilia. I najkrwawsza wojna rozegra się panowie marxiści o to, co nazywacie nadbudową. Nie o węgiel, nie o żelazo, tylko o to kto ma być ich rozdzielcą. Materializm daje tylko preteksty, choć bardzo efektowne. Walki toczą się zawsze o cywilizacje.

W momencie tak patetycznym chcielibyśmy, Polacy, dostać jakieś ładne solo. Znowu czarować świat, i znowu śpiewać (przy nabitej jak nigdy sali – ha!). Ale tak się fatalnie składa, że właśnie wszystkie racje pchają nas ku jak największemu umiarkowaniu. Musimy nauczyć się cenić milczenie, przegonić na cztery wiatry politycznego Biedermeiera. Trzymać się jak najdalej wojny i jak najbliżej neutralności. Właściwej neutralności zachować nie możemy, gdyż będziemy automatycznie wciągnięci w wojnę, co wynika z faktu okupowania terytorium polskiego przez Sowiety. Od nas jednak zależy wybór między „polityką” maksymalnego wkładu do wojny – a polityką minimalnego angażowania się w walkę kolosów. Mieliśmy już taki jeden „wkład do wojny” – powstanie warszawskie, wymowniejsze od wszystkich argumentów za neutralnością. Należałoby rozlepiać plakaty tam wszędzie, gdzie skupiają się Polacy, plakaty z napisem wybitym wołowymi literami: „Śmierć sama przez się nie ma żadnej skuteczności politycznej”. Ciężar służby narodowi powinien być zdjęty z ramion żołnierza i przerzucony na ramiona dyplomaty. Hiszpania, Szwecja, Turcja wciąż popychane do wojny przez zmagające się potęgi obroniły jednak swej neutralności. To prawda, że nie były tak zdeterminowane warunkami jak my. Ale stąd tylko jeden płynie wniosek. Ponieważ nasza sytuacja jest trudniejsza od ich sytuacji, musimy mieć dyplomację lepszą od ich dyplomacji. Zacznijmy od tego, aby mieć dyplomację z prawdziwego zdarzenia.

***

Artykuł powyższy został napisany przed ukazaniem się w „Kulturze” świetnego szkicu Melchiora Wańkowicza „Klub Trzeciego Miejsca” [27]. Niezależnie od wielu punktów stycznych pomiędzy tym, co pisze Wańkowicz i moimi wywodami, nie chcę podsuwać myśli o identyczności wniosków. Autor Klubu… może w czambuł potępić moje poglądy nie wpadając przez to w sprzeczność z sobą. To, co Wańkowicz pisze, sprowadzone do najprostszych treści daje taki mniej więcej obraz. Kierownicze sfery polskie ugrzęzły w straszliwej mikrobiologii. Ale to nie oznacza przegranej sprawy naszej. Coraz to wynurza się z tej mazi jakaś głowa, która chce myśleć, bary gotowe dźwignąć choćby największy ciężar. Bije w tych ludziach nieustraszone serce. – Podzielam tę wiarę. Uważam też, że tym ludziom trzeba powiedzieć na co liczyć mogą, a na co liczyć nie mogą, gdzie kończy się legenda, a gdzie zaczyna rzeczywistość, jaki jest między nimi obieg i wymiana wartości. Nie chodziło mi o danie „oryginalnego przekroju”, „zajmującej próby” czy innego popisowego kawałka. Chodziło mi zupełnie po prostu o wyszukanie drogi w ciemnościach.

Charles du Bos ogłaszał swoje znakomite studia literackie pod tytułem Approximations [28]. Genialnie pomyślany tytuł. Bo prawda nie jest przecież czymś, co się kupuje jak kilo szynki, ale czymś, do czego się wciąż zbliżamy.

Przypisy

1.”Mają na względzie tylko chwilę obecną nie bacząc na przyszłość, nie ucząc się z przeszłości”, Jacques Bernardin Saint-Pierre (1737-1814) – pisarz francuski, prekursor romantyzmu, autor m.in. powieści Paweł i Wirginia.

2.Tu w sensie: wyrafinowanie, precyzyjnie.

3.Nissą – Nysą

4.Jeszcze przed paru laty, kiedy obecna sytuacja już się rysowała, choć mniej wyraźnie, czytałem artykuł, w którym autor uspakajał czytelnika twierdząc, że terenem wojny będą Chiny, teatr europejski jest rzekomo bez znaczenia. Byle utopić kłopotliwy kompleks niemiecki. Ten swego rodzaju surrealizm polityczny jest ilustracją głęboko pokutującego w nas antyrealizmu działającego pod hasłem „Ratować złudzenia za wszelką cenę”. [przypis J. E. Skiwski]

5.W 1805 pod Austerlitz (obecnie Sławków) Francuzi pod wodzą Napoleona pokonali połączone armie austriacką i rosyjską.

6.Armand de Caulaincourt (1773-1827) – generał i dyplomata francuski, adiutant Napoleona, w latach 1807-1811 ambasador francuski w Petersburgu.

7.Napoleon przeżuwał, cedził i odwlekał sprawę polską. Nawet już po rozpoczęciu kampanii moskiewskiej, kiedy polecił X. Józefowi ściganie Bagrationa, daleki był od decyzji. Jest to zrozumiałe na tle niezmiernie trudnej sytuacji Cesarza zagrożonego wciąż nowymi koalicjami reżyserowanymi przez Wielką Brytanię. Ta powściągliwość Bonapartego w naszej sprawie, zwłaszcza w świetle ostatnich doświadczeń polskich, może tylko budzić uznanie. Bonaparte był wielkim europejskim mężem stanu, który wstydziłby się komiwojażerskich chwytów w rodzaju „Polski – natchnienia narodów”. Nawet w momentach krytycznych, kiedy zależało mu na pozyskaniu sprzymierzeńców, nie poniżał się do łapichłopstwa. [przypis J. E. Skiwski]

8.Tej absolutnej sugestii słowa ulegają również historycy. Wiedza ich nie zabezpiecza. Historyk oglądający przebiegi dziejowe przez dokumenty archiwalne, korespondencje i inne źródła historiograficzne, badający związki bezpośrednie, autentyczność poszczególnych elementów, nachylony bardziej nad powikłaniami niż nad magistralnym łańcuchem przyczynowości, skłonny jest do przyjmowania generaliów na wiarę. Staje się czujny dopiero, kiedy natrafi na dokument konkretnego sprzeniewierzenia, fałszerstwa, zdrady. Ale nicować odwrotną stronę takich haseł jak wolność, postęp, samookreślenie narodów – to nie jest, a raczej zdaje mu się, że nie jest, jego, historyka sprawą. To, o czem tu piszę, nie jest naturalnie zasadą. Możliwa jest historiografia łącząca krytycyzm źródeł z krytycyzmem idej. Ale to się co dnia nie zdarza. Respekt przed etymologią jest jednak wielki. Dlatego to historycy tak często pozbawieni są przenikliwości politycznej. [przypis J. E. Skiwski]

9.Chodzi zapewne o artykuł Diplomaticusa [Anatola Mühlsteina] „Legenda o imperializmie amerykańskim”, opublikowany w „Kulturze” 1948 nr 9-10.

10.Divide… [łac.] – dziel i rządź.

11.Połtawa – miasto na Ukrainie, w 1709 r. miejsce bitwy, w której wojska Piotra I pokonały armię Karola XII.

12.Genserich – chodzi o Genzeryka (ok. 390-477), króla Wandalów.

13.C.b.d.d. – co było do dokazania.

14.Verfluchten… [niem.] – przeklęci Mongołowie.

15.Der Nationalsozialismus… [niem.] – narodowy socjalizm nie jest towarem eksportowym.

16.Com-beef (ang.) – mielonka.

17.Depesowska – dispisowska; od skrótu D.P. – „displaced persons” – oznaczającego uciekinierów z krajów Europy Środkowej i Wschodniej po 1945.

18.A s komunizmom… (ros.) – A z komunizmem to my się już rozprawimy.

19.Nasze wyobrażenia o Niemcach są niedokładne. Tak np. zapomina się, że jest to naród niezwykle łatwo asymilujący się. Braliśmy zanadto serio ich programy i ryki Übermenschowskie. Ten naród głodny przestrzeni, podsycany przez psychopatycznego Hitlera był niedostępny perswazji. Czy Niemcy po trwałym opanowaniu obszarów wschodnich, po przemieszaniu się z masami narodowymi swych sąsiadów długo utrzymaliby ten ton „nadludzki” – to pytanie. Pytanie, na które jestem skłonny odpowiedzieć negatywnie. Dziś to są refleksje tylko teoretyczne, [przypis J. E. Skiwski]

20.Lazar Kaganowicz (1893-1963?) – polityk sowiecki, poplecznik Stalina, do 1957 zajmował szereg eksponowanych stanowisk w ZSRS.

21.Wiktor Krawczenko – sowiecki inżynier, kapitan Armii Czerwonej, w 1944 roku uzyskał azyl polityczny w USA i opublikował głośną książkę I chose freedom (1946), demaskującą życie w ZSRS. Książka wywołała wściekły nań ataki światowej lewicy.

22.A czort… [ros.] – diabeł go wie.

23.Ansę [arch.] – urazę.

24.Marian Zyndram-Kościałkowski (1892-1946) – polityk, związany z BBWR, w latach 1935-36 premier rządu II RP; Felicjan Sławoj-Składkowski (1885-1962) – generał, polityk, od maja 1936 do września 1939 premier i minister spraw wewnętrznych rządu II RP.

25.Publiczność przyjęła te opowiadanka jak najżyczliwiej. Szły po linii fałszywie urobionego poglądu na przegraną Rosji w wojnie z Japonią. W rzeczywistości porażka armii Kuropatkina była dziełem przypadku. Oyama nakazał odwrót. Kuropatkin, nie wiedząc o tym, zrobił to samo i Japończycy wczas spostrzegli swój błąd i krzyknęli „Banzaj!”. Witte zachowywał się w Portsmouth jak magnat, który przegrał proces z ubogim dzierżawcą i teraz, nie patrząc na tamtego, wypłaca mu skąpe odszkodowanie. Zwycięzcy japońscy dostali tak kompromitująco mało, że to można tylko wytłumaczyć ich bezsiłą wobec Rosji, zresztą zabsorbowanej wówczas groźnymi sprawami wewnętrznymi. Ale ten moment został przemilczany. Zapamiętano tylko to, co przyjemne:  Że kacap dostał od Japońca. Nietrudno było dośpiewać: Jak dostał raz, dostanie drugi raz. Smok japoński czuwa nad Polską. Śpijmy! [przypis J. E. Skiwski]

26.Faut bien…(franc.) – trzeba sobie dawać radę.

27.Por. M. Wańkowicz, „Klub Trzeciego Miejsca”, „Kultura” 1949 nr 6. W latach 50. Skiwski korespondował z Wańkowiczem, zob. Wańkowicz-Skiwski: korespondencja, oprac. M. Urbanowski, „Arcana” 1997 nr 18.

28.Charles du Bos (1882-1939) – francuski pisarz i krytyk literacki, jego najważniejszym dziełem był 7-tomowy zbiór studiów literackich Approximations [Zbliżenia] publikowany w latach 1922-1937.

opracował: Maciej Urbanowski

MACIEJ URBANOWSKI „POD ZNAKIEM HEREZJI”

Pierwodruk: “Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 36/37, 2002.

Jan Emil Skiwski (1894-1956) był jednym z czołowych krytyków literackich II Rzeczypospolitej, poetą, prozaikiem, tłumaczem, a także publicystą politycznym [1]. O tym, że stał się on postacią całkowicie niemal zapomnianą, przesądziła jego postawa w czasie II wojny światowej. Skiwski bowiem najpierw usiłował wydać w działającym pod nadzorem niemieckim Wydawnictwie Polskim swą powieść psychologiczną Czad, co mu wyperswadowały groźby podziemia i rady kolegów po piórze. Potem znalazł się w pierwszej grupie Polaków, która wyjechała na zaproszenie Niemców do Katynia. Po powrocie z miejsca zbrodni, tym razem nie oglądając się na zakazy podziemia, Skiwski udzielił wywiadów legalnie ukazującej się prasie, obciążając winą za masakrę polskich oficerów NKWD. Wreszcie na wiosnę 1944 wraz z Feliksem Burdeckim i Jerzym de Nisau współtworzył ukazujący się za zgodą i pomocą niemiecką dwutygodnik polityczny „Przełom”. Pismo to, odwołując się m.in. do antysemityzmu i haseł proeuropejskich, ostro krytykowało tak politykę aliancką wobec Polski, jak politykę polską wobec III Rzeszy. Wskazując na coraz bardziej nieuchronną perspektywę zajęcia ziem polskich przez Armię Czerwoną, publicyści „Przełomu” apelowali o porzucenie polityki „terroru” podziemia wobec wojsk niemieckich, wskazując na jej nieskuteczność i irracjonalność w ówczesnych warunkach. Sam Skiwski pisał wówczas m.in. „Jedno jest niewątpliwe – to zagrożenie Europy przez Sowiety i zupełna bezsilność Anglii i Ameryki wobec tego stanu rzeczy. O ile by to zagrożenie, powiększając się stale, osiągnęło swój cel, dając Sowietom wolną rękę w Europie – byłaby to śmierć narodu polskiego. […] Wniosek […] brzmi jasno: zrobić wszystko, aby zgnieść potęgę bolszewicką.” („Nasz głos”, „Przełom” 1944 nr 2); „Klęska Niemiec byłaby katastrofą dla całej Europy, a dla nas przede wszystkim. Ani nam w myśli pomniejszać grozę tej najstraszniejszej możliwości.(…)  zwyciężyć możemy tylko z Europą, nigdy przeciw Europie! Dziś, jak wczoraj mówimy: – jedyną siłą zdolną doprowadzić do zwycięstwa Europy są walczące Niemcy.” („Gdyby przegrali”, „Przełom” 1944 nr 10); „Na współpracę z Niemcami skazani jesteśmy, dopóki słowo Europa zachowa jakiś sens. […] Nie jest dla nas zagadnieniem to, czy Niemcy są mili czy nie, czy nam się z nimi dziś żyje słodko czy gorzko. Są ważniejsze zagadnienia, do których musimy się przebić, aby uratować przyszłość własnego narodu.” („O wyobraźnię polityczną”, „Przełom” 1944 nr 3).

Działalność Skiwskiego w „Przełomie” spotkała się z jednoznacznym potępieniem prasy podziemnej. Widziano w niej jeden z wyjątkowych przejawów kolaboracji i współdziałania z propagandą hitlerowską. Podkreślano nierealność głoszonych przez Skiwskiego koncepcji tak w obliczu niewątpliwej klęski Niemiec, jak też ich dotychczasowej polityki w Polsce. Do tego dodawano (J. Mackiewicz) argument o szkodliwości podobnej działalności, która powodowała, że w oczach opinii publicznej antykomunizm stawał się tożsamy z propagandą hitlerowską.

Po 1945 r. Skiwski wraz z rodziną opuścił Polskę i po pobycie w obozach dla dipisów w Niemczech, rocznym pobycie w obozie jenieckim we Włoszech, gdzie znalazł się na skutek interwencji kontrwywiadu II Korpusu, wyemigrował w 1948 r. – pod zmienionym nazwiskiem jako Jan Rogalski – do Wenezueli. W kraju tymczasem został rozesłany za nim list gończy. Pisarz został też potępiony za kolaborację z Niemcami na I Zjeździe Delegatów ZZLP. W czerwcu 1949 roku odbył się wreszcie przed Sądem Okręgowym w Krakowie zaoczny proces Skiwskiego, w którym oskarżono go o współpracę z okupacyjną prasę niemiecką wydawaną w języku polskim. Wyrokiem z dnia 13 VI t.r. pisarz został skazany na karę dożywotniego więzienia oraz utratę praw publicznych i obywatelskich.

W Wenezueli Skiwski żył w bardzo trudnych warunkach materialnych. Pracował w tamtejszej Biblioteca Nacional, działał przez pewien czas w lokalnych organizacjach polonijnych, redagował pismo „Głos Polaka w Wenezueli”. Od chwili ucieczki z kraju nie przestawał pisać, najmniej zresztą o literaturze, najwięcej o polityce. Polityce Skiwski poświęcił najwięcej pasji, analizując niedawną przeszłość i starając się wytropić oznaki nadchodzącej przyszłości. Pozostawał wierny swej klerkowskiej zasadzie „heretyckiego”, samotniczego myślenia „na przełaj”, sceptycznego, rewizjonistycznego wobec opinii elit, w Polsce zbyt jego zdaniem podatnych na presję „ulicy”, komunałów, emocji, endeckiego rodowodu afektów prorosyjskich i proalianckich, wreszcie samobójczego romantyzmu politycznego spod znaku liberum conspiro. Bronił przy tym Skiwski zasadniczej dla siebie tezy o tym, iż we współczesnym świecie zasada niepodległości państwowej ustępuje na rzecz niepodległości ponadnarodowych bloków skupiających się wokół pewnych silnych ośrodków politycznych. Z tego powodu polityczna przyszłość Polski związana być powinna z Niemcami, a od sojuszu obu narodów zależy los całej Europy, dla której z kolei śmiertelnym zagrożeniem była w jego przekonaniu coraz bardziej azjatycka Rosja oraz – równie barbarzyńska – Ameryka. Najpełniejszy wykład politycznych koncepcji Sławskiego dawał niepublikowany dotąd, obszerny memoriał Problematyka polityczna Polski dzisiejszej z 1955 roku.

Tak ze względu na swoją przeszłość, jak i same poglądy Skiwski miał spore kłopoty z dotarciem do czytelników. W zasadzie publikował go – pod pseudonimami, zresztą na życzenie samego Skiwskiego – tylko Jerzy Giedroyć, któremu zresztą coraz trudniej przychodziło zaakceptowanie antyanglosaskich wypadów pisarza. Współpraca między nimi została zerwana po tym, jak w 1950 r. redaktor „Kultury” nie zgodził się opublikować cyklu artykułów Skiwskiego: „Solidaryzmu europejskiego”, „Rzeczywistości zwycięstwa”, „Wołania w ciemnościach”, wreszcie publikowanego tutaj z maszynopisu szkicu „To, o czym się nie mówi”. W sumie polemizowały one z Jamesem Burnhamem, którego fragmenty Walki o świat „Kultura” ogłosiła właśnie na początku 1950 r.,  stając się zarazem pretekstem dla Skiwskiego do wysnucia szerszych koncepcji geopolitycznych [2].

Dwa lata temu w Wydawnictwie Literackim ukazał się obszerny wybór szkiców literackich Skiwskiego. Na wydanie czeka jego bardzo bogata publicystyka polityczna, powojenna, ta sprzed 1939 r., bo i wówczas Skiwski sporo pisał na ten temat, a chyba i ta z „Przełomu”. Z pewnością jest ona ciekawym, dającym do myślenia, dokumentem meandrów rachitycznej w sumie w polskiej myśli politycznej opcji proniemieckiej i proeuropejskiej. Niewątpliwie istotne są też spore, jak sądzę, literackie walory publicystyki politycznej Skiwskiego, pisarza obdarzonego pod tym względem iście sarmackim temperamentem. Czy i co zaś pozostaje aktualnego z wydobywanej dziś spuścizny tego pisarza, o tym niech rozsądzą czytelnicy „Stańczyka”.

Maciej Urbanowski

1.Szerzej o życiu Skiwskiego zob. „Polski Słownik Biograficzny” 1998, z. 157.
2.Szerzej na ten temat oraz Solidaryzm europejski, zob. „Arcana” 1999, nr 28.

Pierwodruk: “Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, nr 36/37, 2002.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»