ALBERT SOREL „OBYCZAJE POLITYCZNE”
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 30, 1997.
Mówiąc o Europie przedrewolucyjnej, popełnia się zazwyczaj błąd w samem ujęciu kwestyi, ponieważ pojmuje się Europę ówczesną jako prawidłowo zorganizowaną społeczność państw, gdzie czyny wszystkich stosowały się do powszechnie uznanych zasad, poszanowanie prawa kierowało zawieraniem traktatów i układów, wykonywanych z dobrą wiarą, a trwałość zobowiązaniom, zaciągniętym przez panujących, wraz z utrzymaniem porządku publicznego zapewniała solidarność monarchów.
Taka „respublika chrześcijańska”, której to nazwy używa się chętnie zazwyczaj, nie istniała w czasach nowożytnych; miała ona swój krótki okres w wiekach średnich, choć i wtedy była raczej zarysem rzeczywistej organizacyi, a upadła razem z marzeniem papiestwa o rządach teokracyi nad światem katolickim. Odrodzenie obaliło tę ideę wraz z systemem feodalnym i filozofią scholastyczną. Odtąd istniała ona jedynie, jako wspomnienie tego abstrakcyjnego ideału, pielęgnowane przez utopistów.
***
Zatem zasada Boskiego pochodzenia władzy stosuje się wpierw do państwa, a potem dopiero do jednostek i jest wynikiem teoryi, że wszelka władza pochodzi od Boga. Ta teoria nie odróżnia ani formy władzy, ani sposobu jej przekazywania. Należy utrzymywać taki stan, do jakiego przyzwyczaił się lud przez długie wieki. Dlatego Bóg bierze w opiekę prawowite rządy, bez względu na to, w jaki sposób zostały one utrwalone. Z łaski Bożej rządzą wszyscy królowie: i dziedziczni, ponieważ Bóg jest panem przyrody, i obieralni, ponieważ Bóg kieruje wszelkimi zgromadzeniami. Nie ma na ziemi władzy, która by nie pochodziła od Boga – Non est potestas, nisi a Deo, mówi Pismo Św.
***
„Gdy Karol Wielki – takie zdanie znajdujemy w pamiętnikach Ludwika XIV – postanowił poddać inne państwa swej jedynej władzy, osiągnął ten szczyt sławy nie przez wybory monarchów, lecz dzięki swemu męstwu i zwycięstwom, które stanowią dowód wyboru i woli niebios”.
Władza opiera się w zupełności na przedawnieniu, żadne prawo nie ma tak ciemnych podstaw. Tajemnica, przez którą fakt dokonany staje się prawnym, należy do tych, które powinny być utrzymane. Są to niebezpieczne mroki i byłoby groźnem chcieć je przeniknąć, szczególniej gdyby je chciał poznać lud.
„Nie trzeba – mówił Pascal – by lud zrozumiał prawdę uzurpacyi, władza została niegdyś wprowadzona bez racyi, lecz stała się racyonalną i dziś należy zapatrywać się na nią, jako na autentyczną i wieczną, i ukrywać jej początki, jeżeli się nie chce jej końca!” Zwolennik empiryzmu był w tej mierze jednego zdania z filozofem: „Prawa narodów i królów zgadzają się najlepiej nawzajem, gdy się o nich nie mówi” – pisał Retz.
***
Władza zwierzchnia staje się prawną wobec innych państw z chwilą, gdy zostanie przez nie uznana, nie stawia się przytem żadnych warunków co do jej pochodzenia. A nawet w rzeczy samej jest przyjęta zasada, że stosunki między państwami nie są zależne ani od formy rządu, ani od rewolucyi, które mogły wpływać na jej zmianę. Bordeau, poseł Ludwika XIV, oświadczył dn. 21-grudnia 1652 r. parlamentowi respubliki angielskiej:
„Związek, jaki powinien istnieć między sąsiednimi państwami, nie zależy od formy rządu, jeżeli zatem Opatrzności Boskiej podobało się zmienić ustrój, istniejący w tym kraju, niema konieczności zmiany w stosunkach handlowych i wzajemnem porozumieniu Francyi i Anglii; królestwo angielskie mogło stać się respubliką, lecz położenie geograficzne nie ulega zmianom i narody w dalszym ciągu utrzymują z sobą stosunki i traktaty zawarte obowiązują bardziej narody, niż monarchów, ponieważ ich głównym celem była wzajemna korzyść ludów”.
Państwo jest celem samym w sobie, jest ono najwyższym zwierzchnikiem i nie uznaje żadnej innej władzy ponad sobą. „Panujący są bogami, – głosiła doktryna – i tylko Bóg może orzekać o ich sądach i osobach”. Władcy katoliccy nie uznawali wyższości władzy papieża; poza sferą religijną, był on równy innym monarchom. „Któż mógłby być sędzią w tych sprawach – pisał Richelieu – któż mógłby je rozważać bezstronnie? Nie może tego uczynić papież, bo jest władcą doczesnym i nie wyzbył się aż do tego stopnia ziemskich dążeń, by zająć stanowisko zupełnie niezależne. Jedynie Bóg może o tem stanowić. Dlatego też królowie podlegają tylko Bogu, bo On wyłącznie posiada znajomość ich czynów”.
Zwracać się w takiem znaczeniu do Boga, to znaczy zwracać się do historyi, która jedynie wykazać może zamiary Opatrzności. W rzeczy samej dla oceny zdarzających się faktów potrzeba jakiegoś kierunku i jakiegoś miernika, państwo może je znaleźć tylko w samem sobie, w swej wszechpotędze. Najwyższą zatem racyą państwową jest racya stanu, czyli zasada dobra powszechnego, stawiana przez Rzym Starożytny.
***
Z zasadą tą (racji stanu – P.S.) słusznie łączy się imię Machiawella, lecz był on raczej obserwatorem, niż teoretykiem, i główne znaczenie jego dzieła polega na tem, że umiał nadać mu cechy rzeczywistości. Opisuje on to, co widzi, i poprostu tłumaczy swą zasadę przez politykę współczesnego pokolenia.
Tak sądził o Macchiawellu Richelieu, który czerpał z niego natchnienie i uważał za „konieczne” zasady tego „poważnego i pełnego prawdy pisarza”. W Apologii Macchiawella pióra jednego z uczniów kardynała spotykamy zdanie: „Jego zasady są tak stare, jak świat i państwa, nie głosi on nic szczególnie nowego, a tylko opowiada to, co zrobili nasi poprzednicy, i to, co ludzie dzisiejsi muszą niezbędnie stosować w praktyce z pożytkiem dla swej działalności”.
***
Panuje ona (racja stanu – P.S.) wszędzie, gdzie ma się dość siły na to, by bezkarnie dążyć do wskazanych przez nią celów. Podsuwa ona te same zamiary w Wiedniu i w Berlinie, jest przedmiotem nauczania młodych władców i przyszłych ministrów; Bielfeld np. pisze w swych Urządzeniach politycznych: „Bez względu na to, w jakich okolicznościach może znaleźć się państwo, podstawowa zasada racyi stanu pozostaje niezmienna. Jest to twierdzenie, przyjęte przez wszystkie ludy starożytne i współczesne, że dobro narodu jest zawsze najwyższym prawem”. „Wielkie państwa – pisał w 1791 roku dyplomata austryacki – powinny kierować się zawsze tylko racyą stanu. Interes powinien brać górę nad uczuciem, bez względu na jego słuszność”.
Racya stanu więc stanowi regułę, a wzrost państwa jest przedmiotem polityki. „Kto nie zyskuje, ten traci”, pisała Katarzyna II. Idea wielkości państwa ściśle łączy się z jego rozmiarami, są to tak stare zasady, jak same społeczności ludzkie. Odkąd powstały zbiorowiska ludzi, zawsze walczyli oni między sobą, by podbijać lub bronić się. Grabież i podbój są równie stare, jak chciwość, a ta ostatnia narodziła się wraz z ludzkością i przez wszystkie wieki była tytułem do sławy monarchów.
***
Fryderyk W. (Wielki – P.S.) w początkach swych „Pamiętników” traktuje „o wypadkach zerwania przymierza” i rozróżnia cztery rodzaje: odstąpienie przez sprzymierzeńca, konieczność uprzedzenia go, siła wyższa, brak środków, zapomina jednak o piątym, który zdarza się najczęściej i który był mu znany z własnego doświadczenia: racya stanu, czyli interes polityczny. Fryderyk, tak samo jak Machiawell, tylko opisuje zwyczaje swej epoki.
***
„W sprawach politycznych – mówił baron Bielfeld – trzeba się wyzbyć teoretycznych poglądów ogółu o sprawiedliwości, słuszności, umiarkowaniu, prawości i innych cnotach narodów i ich kierowników. Wszystko sprowadza się ostatecznie do siły”. Siłą zdobywa się wszystko, nawet uznanie, które w pewnej mierze również ulega przedawnieniu, jak i inne uzurpacye. Cynicy wprost oświadczają, że pomyślny skutek usprawiedliwia środki: mędrcy zaś muszą się zgodzić, że, jeśli nie usprawiedliwia, to zmusza do zapomnienia o nich.
Wojna jest środkiem rządzenia i najwyższym argumentem racyi stanu. Uznaje się ją za sprawiedliwą z chwilą, gdy doszło się do przekonania, że jest konieczna; prowadzi się wojny dla zdobyczy i dla utrzymania stanu posiadania, w celu odparcia napaści lub dla jej uprzedzenia. Coligny, namawiając Karola IX do uderzenia na zagrażającą mu Hiszpanię, oświadczył, że „lepiej jest podłożyć ogień pod dom sąsiada, niż czekać, zanim on podpali nasz dom”. „Monarchowie – mówił Henryk IV – muszą się zdecydować na los młota lub kowadła, ja wolę dać dwa uderzenia mym nieprzyjaciołom, niż samemu otrzymać jedno z ich rąk”. Kartezyusz, który przecież nie był zwolennikiem macchiawellizmu. uznawał, że ten pogląd nie sprzeciwia się filozofii. „Sprawiedliwość między monarchami – rzekł on do pewnej damy, która pytała się go o zdanie o „Księciu” – ma inny zakres, niż między ludźmi prywatnymi. Należy odróżniać przyjaciół, czyli sprzymierzonych i nieprzyjaciół, w stosunku do ostatnich panujący ma niejako prawo czynić wszystko, byle było to z korzyścią dla niego lub dla jego poddanych; w tym wypadku nie potępiłbym połączenia lisa ze lwem, czyli przebiegłości z siłą. A nawet uznałbym za nieprzyjaciół wszystkich, którzy nie są sprzymierzeńcami, ażeby mieć prawo wypowiedzieć im wojnę, jeżeli to może być pożyteczne, ponieważ z chwilą, gdy stają się oni podejrzanymi lub groźnymi, ma się zasadę niedowierzać im”.
***
Państwa przyznają tylko samym sobie prawo oceny swych czynów, a miarą tej oceny jest własna korzyść. Paradoksalność tej teoryi znajduje zarazem umiarkowanie w jej treści: dobrze zrozumiany interes jest hamulcem dla pokuszeń chciwości. Żądza wyniesienia się podsuwa jakiś plan, lecz przezorność kieruje jego wykonaniem. Fryderyk W. był zdania, że trzeba umieć zatrzymać się w porę: „Zmuszać szczęście jest to niweczyć je, a pragnąć zawsze powodzenia to znaczy nigdy nie być szczęśliwym”. Ten morał opiera się wyłącznie na doświadczeniu, a właściwie nie jest morałem, lecz rachunkiem i polityką.
***
Nastąpił dzień spotkania wyniosłej matrony i filozofa z Sans-Souci , podali sobie wtedy ręce i przyjęli wspólną komunię ciała Polski. Cesarzowa płakała, a król się śmiał, lecz jedyną różnicą między nimi było to, że cesarzowa żądała zwiększenia swego działu Polski za swe wyrzuty sumienia i większej ilości Polaków za swe skrupuły. Żądania jej spełniono i to stanowi jedyne zadośćuczynienie, jakie moralność otrzymała w tej sprawie.
***
W gruncie rzeczy niema jednego prawa, szanowanego i uznawanego przez wszystkich, lecz liczne prawa, które każdy jest gotów sobie przyznawać. Jest to zbiór zwyczajów feodalnych, skomplikowanych przez subtelności prawa rzymskiego. Do większości monarchów można zastosować słowa Tercy’ego o Karolu VI: „Patrzy on na państwa, nie należące do niego, jako na odebrane mu gwałtem”. Posiadłości państwowe uważa się zawsze za nierozdzielne i przedawnienie w stosunku do nich nie istnieje, czyli spór zawsze jest otwarty.
„Panujący – pisze pewien publicysta XVIII w. – uznają przedawnienia swych praw, a ponieważ nie mają nad sobą sędziego, któremu mogliby się poskarżyć na niesprawiedliwe zajęcie swych posiadłości, oczekują więc, aż przewaga będzie po ich stronie, żeby odebrać to, co im się należy”: termin nie jest określony, nawet tysiąc lat nie ma tu znaczenia – mówi starożytny prawoznawca.
***
W Spirze w 1689 r. żołnierze Ludwika XIV zrabowali katedrę, gdzie spoczywały groby ośmiu cesarzy, a ich popioły zostały rzucone na wiatr. Louvois chciał przerazić w ten sposób Niemców. Nie cofano się nawet przed rozpętaniem namiętności i ślepego fanatyzmu tłumu. W 1691 r. rozeszła się w Paryżu pogłoska o śmierci Wilhelma III. „Zaczęły się –pisze Louvois – radosne uroczystości, pijatyka”. Policya próbowała tłumić to wzburzenie, lecz tłum otaczał agentów, ściskał ich, całował i wciągał w swoje szeregi. Ruch ten ogarnął i prowincyę, wszędzie podniecony lud radował się ze śmierci wroga. Był to pierwowzór karmanjoli, lecz tę karmanjolę wprawiła w ruch królewskość. Posłuchajmy, co mówi człowiek współczesny, będzie się nam zdawało, że rzecz się dzieje w wieku następnym, w okresie pełnego rozwoju sankiulotyzmu: „W ciągu kilku dni miało się przyjemność oglądania portretów tego księcia i jego żony wieszanych, rozdzieranych, włóczonych po błocie lub obwożonych na osłach z ubliżającymi napisami itd.”. W ten sposób pod rządami monarchy, który uważał siebie za niezwalczonego obrońcę lub mściciela zgwałconego majestatu, interpretował lud w Paryżu zasady racyi stanu, a policya tolerowała to wszystko. Uczono się zatem, że królowie mogą popełniać zbrodnie, że można ich sądzić i że króla zdrajcę lub wroga można nie uważać za króla. A jeżeli posunąć to rozumowanie dalej, to lud zwróci się przeciwko władzy króla i król stanie się uzurpatorem, zdrajcą i wrogiem. A więc zupełnie prosta droga do 1793 roku.
A zatem, jeżeli mogłoby coś wydawać się nieprawdopodobnem w końcu istnienia dawnego porządku i sprzecznem z panującymi zwyczajami, to chyba koalicya, utworzona na podstawie prawa publicznego dla jego obrony. „Gdyby papież – mówił Fryderyk – chciał obecnie głosić wyprawę krzyżową, nie znalazłby na pewno dwudziestu chętnych”. Święte przymierze przed 1789 r. byłoby zupełnym paradoksem, Europa dawnego porządku była do tego zupełnie niezdolna i dopiero rewolucya francuska mogła ją do tego przygotować.
Wybrał P.S.
Paweł Siergiejczyk „Albert Sorel – rewizjonista historii i filozof polityki”
Albert Sorel (1842-1906) należał do najwybitniejszych historyków francuskich ubiegłego stulecia. Był profesorem École Libre des Sciences Politiques, a także członkiem Akademii Francuskiej. Zajmował się dziejami Europy (w tym zwłaszcza Francji) XVII i XVIII wieku. Napisał m. in. prace: Kwestia wschodnia w XVIII w. oraz Europa a rewolucja francuska. Szczególnie interesowała go problematyka rewolty, która nawiedziła jego ojczyznę w roku 1789. Szukał jej przyczyn i znajdował je – podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej Alexis de Tocqueville – w obyczajach politycznych panujących w Europie przedrewolucyjnej. Szczególne znaczenie przywiązywał Sorel do faktów rewolucjonizowania mentalności ludu przez władców ancien regime`u, którzy w ten sposób sami stawiali sobie gilotyny. Francuski historyk obalił wiele mitów, stworzonych zwłaszcza przez kręgi konserwatywno-monarchistyczne, a składających się na legendę „wspaniałej, chrześcijańskiej epoki sprzed zburzenia Bastylii”. Udowadniał on na niezliczonych przykładach, że epoka ta wcale nie była taka wspaniała, a preferowane wówczas metody polityczne niewiele różniły się od tych, które stosowano po roku 1789. W ten sposób Sorel stał się chyba jednym z pierwszych rewizjonistów historycznych, badających prawdę o przeszłości bez względu na sympatie czy antypatie polityczne, ideologiczne i wszelkie inne.
Ale ów rewizjonizm to tylko jedna strona dziejopisarstwa francuskiego uczonego. Drugą – być może znacznie ważniejszą – jest jego refleksja nad polityką, pojmowaną przezeń jako sztuka walki o zdobycie władzy i jej utrzymanie. Albowiem pod maską Sorela-historyka kryje się Sorel-filozof polityki, niemal tak samo przenikliwy, jak Makiawel. To porównanie ma zresztą głębsze uzasadnienie: tak, jak wielki Florentyńczyk pokazywał prawdziwe mechanizmy rządzące polityką na przykładzie starożytnego Rzymu, tak i nasz Francuz czynił to samo posługując się historią przedrewolucyjnej Europy. Obaj opierali się na faktach, a nie – jak to się często przypisuje autorowi Księcia – tworzyli jakieś własne koncepcje. Albert Sorel, który pisał o nadrzędnej roli racji stanu, o tym, że władca nie może podlegać innym ludziom, o sile jako najważniejszym kryterium „słuszności”, wpisuje się w tradycję realizmu politycznego, zapoczątkowaną przez Makiawella (stąd nazywaną też makiawelistyczną), a kontynuowaną przez takie umysły jak Vilfredo Pareto, Robert Michels, Gaetano Mosca, Carl Schmitt. Stąd też jego obecność na łamach „Stańczyka”. Obecność – z konieczności – dość skromna, gdyż ograniczona tylko do kilkunastu, najbardziej charakterystycznych dla myślenia Sorela, fragmentów jego pracy pt. Obyczaje polityczne, wydanej po polsku w roku 1918 w tłumaczeniu dr Justyny Jarzębowskiej.
Paweł Siergiejczyk
